Śmiertelna przyjemność

Dodane przez: blanka666, 13.02.2015, 01:54
Reklama:
To był następny szary, nudny dzień. Jak co rano wstałem, umyłem się, zjadłem śniadanie i wyszedłem do pracy. Do wieczora siedziałem pogrążony w papierach, a potem zmęczony wróciłem do domu. Ta rutyna była dobijająca. Wręcz ociekałem normalnością. Miałem już tego dosyć. Od ponad roku nic się nie zmieniło. Czasem ogarniało mnie wrażenie, że wpadłem w jakąś pętlę czasową i w kółko powtarzam ten sam dzień. Na szczęście jakiś czas temu znalazłem na to idealny sposób...

Zaczęło się od drobnego wypadku. Mieszkam na przedmieściach w starym domu, który odziedziczyłem w spadku po babci. Jestem sam. Pewnego wieczoru przygotowywałem sobie kolacje, aż nagle nóż obsunął się i wbił mi w dłoń. Oniemiałem. Zawsze byłem bardzo ostrożny. Moi nadopiekuńczy rodzice nie pozwalali mi się bawić na dworze z innymi dziećmi, z obawy, że stanie mi się jakaś krzywda. Dlatego na mojej skórze nie było żadnych blizn. To brzmi nieprawdopodobnie, ale było to moje pierwsze poważne skaleczenie. Stałem w bezruchu i nie do końca wiedziałem co robić. Wciąż trzymałem ostrze zagłębione w dłoni. Byłem przerażony, bo krew powoli zaczęła sączyć się z dość głębokiej rany. Jej intensywna czerwień pięknie odbijała się na nożu i coraz większym strumieniem spływała po mojej ręce, aż z samego czubka serdecznego palca jej krople spadały na talerz. To było niezwykłe. Czułem przyjemne mrowienie w miejscu skaleczenia, subtelny ból, który pulsował w stałym rytmie. Przepełniało mnie niewyobrażalne szczęście. Nie chciałem, żeby ustało więc powoli wbiłem ostrze głębiej. Moje tętno przyspieszyło. Czułem na zmianę chłód i gorąc, a krew zaczęła przelewać się już na drewniany stół. Magiczne chwile... Delikatnie przesuwałem nóż wzdłuż dłoni i uniosłem ją ku górze w stronę lampy. To był ten moment. Przełom, na który czekałem. Wtedy wszystko się zmieniło...

Następnego dnia, w pracy nie mogłem przestać o tym myśleć. Niektórzy pytali dlaczego jestem taki radosny. Nie potrafiłem im tego wytłumaczyć, więc powiedziałem, że to zasługa pogody. Trochę dziwnie się na mnie patrzyli, bo akurat było zimno i padał deszcz. Przynajmniej uniknąłem zbędnych wyjaśnień. Ludzie raczej nie są przyzwyczajeni do mojego entuzjazmu. Cały czas zastanawiałem się co tak naprawdę się wczoraj wydarzyło. Przypominałem sobie wszystkie uczucia jakich zeszłej nocy doznałem. Doszedłem do wniosku, że chcę więcej...
Kiedy moja praca dobiegła końca od razu wsiadłem na motocykl i pojechałem do miejscowego sklepu z narzędziami. Gdy tylko wszedłem do środka nogi się pode mną ugięły, a serce zabiło mocniej. Moja wyobraźnia zaczęła szaleć gdy oglądałem te wszystkie przedmioty. Przechodziły mnie zimne dreszcze na myśl o tym co niedługo miało się wydarzyć. Gdy mój koszyk był już pełen różnych pił, scyzoryków, śrub i innych ostrych rzeczy, których nazw nawet nie znałem, podszedłem do kasy, zapłaciłem za wszystko i pojechałem do domu.

Siedziałem w salonie na ulubionym fotelu. Przed sobą miałem rozłożone narzędzia. Już chciałem zagłębić któreś z nich w swojej bladej skórze, ale wtedy do głowy zaczęło napływać mi pełno pytań. Po pierwsze, nie mogłem dopuścić, żeby ktoś się o tym dowiedział. To znaczyło, że musiałem wybrać odpowiednie miejsca na ciele. Po drugie, potrzebowałem jakiegoś pomieszczenia, gdzie trzymałbym niezbędne mi rzeczy. Zszedłem do piwnicy. Za życia babci był to dom pogrzebowy, taki rodzinny interes. Dlatego w pomieszczeniu znajdowała się stara kostnica. Był tam metalowy blat na którym niegdyś mój tata kroił zwłoki i krematorium z dwoma dużymi piecami w sali obok. W sumie całkiem przyjemnie było mieszkać w tym domu. Nie przeszkadzała mi świadomość jak wiele trupów w nim kiedyś było. Jak dla mnie to nawet dość pociągające. W dzieciństwie lubiłem oglądać rodziców podczas pracy, kiedy obrabiali zwłoki, malowali i przygotowywali do pogrzebu. Szkoda, że ich już ze mną nie ma...
Położyłem się na metalowym stole, jako być może pierwszy żywy człowiek i patrzyłem na dużą, lekarską lampę nade mną. Tak, to było dobre miejsce. Ściany w białych kafelkach, szafki w których znajdowały się jeszcze stare narzędzia do „upiększania” martwych ciał. Wszystko pasowało idealnie. Przyszedł czas na przyjemność. Włączyłem płytę mojego ulubionego zespołu, odgarnąłem swoje kasztanowe włosy i rozpiąłem koszulę. W oczy rzucił mi się nieduży metalowy hak. Podniosłem go, wziąłem głęboki oddech i przyłożyłem do siebie jego ostrą część naciskając z wzrastającą siłą, aż poczułem jak moja skóra pęka. Wtedy polała się krew. Tym razem ból był dużo silniejszy, podobnie jak moje szczęście w tamtym momencie. Zacząłem wbijać narzędzie głębiej. Nasycałem się widokiem swojego rozrywanego ciała, jego zapachem. Wszystko czułem doskonale, ciepłą krew spływającą po mnie strumieniami, narastający ból, zimne dreszcze, które co chwilę przeszywały moje ciało. Dla tych doznań mógłbym zabić. Byłem tylko ja. Już nic do mnie nie docierało. Nie liczył się świat zewnętrzny, ludzie, ani problemy. Chciałbym, aby ten stan trwał wiecznie, ale zrobiło mi się słabo. Straciłem już za dużo krwi. Musiałem to przerwać i wrócić do rzeczywistości. Szybko opatrzyłem ranę i ostatkiem sił przywlokłem się do sypialni na pierwszym piętrze domu. Chyba jeszcze nigdy to łóżko nie było tak wygodne...

Otworzyłem oczy mrużąc je kiedy tylko dotarło do mnie światło. Słońce rozjaśniało swoim złotym blaskiem szare zakątki pokoju, a kurz lekko połyskiwał unosząc się nad ziemią. Dopiero po chwili moje oczy przyzwyczaiły się do tego widoku. Jeszcze nie w pełni przytomny zacząłem rozglądać się po pomieszczeniu. Wyglądało inaczej. Niby wszystko było na swoim miejscu, ale nigdy jeszcze go takim nie widziałem. Pewnie dlatego, że musiało być koło południa. Zawsze wstawałem rano, niezależnie czy było wolne, czy nie. Po raz pierwszy byłem tu o tej godzinie. Czułem się jak we śnie. To było niesamowite... Moment później dotarło do mnie, że mam rozdarty brzuch i chyba wciąż krwawię. Ledwo podniosłem się z łóżka i przywlekłem do łazienki. Zamroczony spojrzałem w lustro. Byłem jeszcze bardziej blady niż zazwyczaj, ciemne włosy opadały mi na twarz, a pod oczami widniały głębokie cienie. Przypominałem trochę martwe ciała, którym przyglądałem się w dzieciństwie. Wróciły wszystkie wspomnienia, od beztroskich lat wyobraźni małego chłopca, przez śmierć rodziców i babci, aż po wczorajszy wieczór, który był ucieleśnieniem moich najskrytszych pragnień. Spojrzałem na swój tors i powoli zacząłem zdejmować przekrwawiony bandaż. To co zobaczyłem było dość niezwykłe. Rana była jeszcze dłuższa i głębsza niż się tego spodziewałem. Zafascynowany tym widokiem zbliżyłem do niej dłoń i zacząłem jej dotykać. Przejeżdżałem palcem wzdłuż rozdarcia coraz bardziej się w nim zanurzając. Krew, która wcześniej była prawie już zatamowana z powrotem zaczęła intensywnie wylewać się na zewnątrz. Popadałem w coraz większy trans gołymi rękami rozrywając swoją skórę. W bezwładności zsunąłem się na zimną, białą podłogę. Czułem silne uderzenia serca, a oddech się załamywał. Kochałem to uczucie! Był to magiczny stan, w którym tak bardzo chciałem pozostać, ale zdrowy rozsądek dał o sobie znać. Jeszcze troszkę krwi mniej i już bym się nie podniósł. Powoli zaczęło mi się robić ciemno przed oczami, więc wziąłem wiszący obok ręcznik i przyłożyłem go do jeszcze większej przez moją zabawę rany, uciskając jak najmocniej. Podpierając się o wannę wstałem z ziemi i ledwo trzymając się na nogach dotarłem do kuchni, gdzie powinny być igły i nici. Jak na złość nigdzie nie mogłem ich znaleźć. Nie miałem już czasu na szukanie ich po domu, ale w pewnej chwili dostrzegłem coś zupełnie innego. W jednej z szuflad leżał pistolet na zszywki. Nie myśląc zbyt wiele odłożyłem przesiąknięty krwią, niegdyś biały ręcznik, złapałem dwa rozdarte kawałki skóry i przebiłem je. Zacząłem się śmiać, jak jeszcze nigdy. Nie mogłem się powstrzymać. Dźwięk dziurawionego ciała wywołał we mnie niewyobrażalną euforię. Nie wiem jak długo to wszystko trwało, ale skończyło się na około 40 „szwach”. Przypełzłem do przedsionka domu zostawiając za sobą długą smugę krwi. Były tam na środku duże, szerokie schody prowadzące na wyższe piętra, stare meble i kryształowy żyrandol zwisający z wysokiego sufitu. Położyłem się na podłodze wyłożonej biało-czarnymi płytami i przez dłuższą chwilę, beznamiętnie przyglądałem się światełkom odbijającym się od kryształków. Nie myślałem już o niczym, po prostu trwałem...

Tego dnia nie zjawiłem się w pracy. Chciałem zostać w domu i przemyśleć to wszystko. Potrzebowałem czasu. Zadzwoniłem tylko do szefa prosząc o dwutygodniowy urlop. Na pytanie o moją nagłą decyzje wytłumaczyłem się „problemami zdrowotnymi”. Życzył mi jedynie wszystkiego dobrego i rozmowa dobiegła końca.

Przez następne kilka dni nigdzie nie wychodziłem. Poświęcałem dużo czasu na pielęgnowanie rany i rozmyślanie nad ostatnimi wydarzeniami. Uwielbiam czuć na sobie ciepłą, soczystą krew otulającą z czułością całe moje ciało, ale to doznanie prawie mnie zabiło. Musiałem być bardziej ostrożny i szybciej wyczuwać granicę, której nie mogłem przekroczyć. Bałem się, że pewnego razu mnie poniesie i nie będę mógł się powstrzymać, co będzie dla mnie tragiczne w skutkach...

Z upływem czasu moja lodówka pustoszała i siłą rzeczy musiałem w końcu wyjść z domu. Nie czułem się na to w pełni gotowy, jednak ból wywołany głodem nie należał do tych z serii przyjemnych. Kiedy otworzyłem drzwi frontowe do zszarzałego holu wdarły się promienie słoneczne, całkowicie zmieniając smętne, przygnębiające wnętrze. Syknąłem jedynie, osłaniając się przed oślepiającym światłem i wsunąłem się w cień. To było cięższe niż myślałem... Po chwili zebrałem się w sobie i schroniony pod parasolem wyszedłem na zewnątrz, próbując na nowo oswoić się z tym światem. Jednak nie przychodziło mi to zbyt łatwo.
Szedłem przed siebie długą, wąską ulicą, której skraje porastały wysokie brzozy. Moje zmysły były jakby przytłumione, obraz lekko się rozmazywał, a jedynym dźwiękiem jaki do mnie docierał był głuchy szum. Moment później już kompletnie zapomniałem dokąd właściwie zmierzam. Zacząłem bezcelowo włóczyć się ciemnymi ulicami tego nijakiego miasta, które ostatnio zdawało się odżyć, mimo że jak dotąd nie spotkałem na swej drodze żadnej żywej istoty. Gdyby nie to, że wciąż czułem słodki ból uznałbym, że jestem martwy...

Nie wiem jak dużo czasu już minęło. Przestałem o czymkolwiek myśleć. To było tak cudownie dziwne... Ach, jeden z momentów oderwania się od przytłaczającej rzeczywistości. Zdążyłem wyjść na obrzeża miasta. W pobliżu praktycznie nie było już żadnych zabudowań. Znalazłem się przed jakimś polem, za którym widniał ciemny las od zawsze budzący we mnie pewien rodzaj niepokoju. Tempo mojego kroku jeszcze bardziej zwolniło. W pewnej chwili poczułem od tyłu gwałtowne szarpnięcie, a coś z ogromną prędkością przejechało naprzeciw mnie. Upadłem na ziemię mocno uderzając się przy tym w głowę. Wszystko wokół zaczęło wirować, aż zrobiło się głucho i ciemno.

Otworzyłem oczy. Byłem w jakimś niedużym, ponurym pokoju. W powietrzu unosił się subtelny zapach gnijących liści. Pochylał się nade mną smukły mężczyzna, z szerokim uśmiechem i szafirowymi oczami. Był schludnie ubrany, co raczej nie pasowało do jego chaotycznie roztrzepanych czarnych włosów sięgających nieco za ramiona. Wpatrywał się we mnie z ciekawością i zafascynowaniem. Nie rozumiałem jego wyrazu twarzy. Przerażał mnie... Po chwili zorientowałem się, że coś jest nie tak z moją raną. Spojrzałem w jej stronę. Moja koszula była rozpięta, a na brzuchu precyzyjnie założony świeży bandaż. Nie czułem już metalowych zszywek łączących w całość rozcięcie. Coś musiało je zastąpić...
- Jak się czujesz? - spytał nieznajomy. Jego głos był ciepły i głęboki. Przeszedł mnie zimny dreszcz.
Rozumiem twój brak odpowiedzi. - kontynuował – Też byłbym w lekkim szoku gdybym o mało co nie zginął pod rozpędzonym pociągiem... - uśmiechnął się słodko - Nazywam się David, a ty?
- Vincent... Co się stało? Gdzie ja jestem? Skąd się tam wziąłeś? Co mi zrobiłeś?! - krzyknąłem podnosząc się z łóżka. Ból był cholernie przyjemny, ale ciało osłabione na tyle, że upadłem na podłogę.
- Spokojnie, nie denerwuj się. - powiedział pomagając mi wstać z ziemi – Zauważyłem jak wychodzisz z miasta idąc w stronę pola. Wyglądałeś jakbyś był zahipnotyzowany i bałem się, że stanie ci się krzywda... Dlatego poszedłem za tobą i w ostatniej chwili wyciągnąłem z torów. Straciłeś przytomność więc przyniosłem cię tutaj. Pozwoliłem sobie zszyć i odkazić tą nietypową ranę, przy okazji zmieniając opatrunek. Miałeś zmasakrowany brzuch i zastanawiałem się co tak właściwie się stało...
Zamurowało mnie. Obcy mężczyzna śledzi mnie i ratuje przed śmiercią. Jak mogłem go nie zauważyć? David bacznie mnie obserwował, a ten makabryczny uśmiech wciąż nie schodził mu z twarzy.
- Dziękuję. - powiedziałem po chwili, lekko podnosząc kąciki ust – Ale już chyba czas na mnie. Muszę iść do domu i...
- Nie. - przerwał mi – Jesteś słaby, odpocznij jeszcze trochę.
Jego oczy pojaśniały, a uśmiech jeszcze się poszerzył. Chciałem jak najszybciej stamtąd uciec, jednak byłem wobec niego bezsilny. Musiałem więc ulec.
Przez jakiś czas siedzieliśmy w milczeniu. Ani na chwilę nie spuszczał mnie z oka. Dziwnie się czułem w jego towarzystwie. Nagle powiedział, żebym się przespał i niemalże bezszelestnie wysunął się z pokoju. Odetchnąłem z ulgą. Pomyślałem, że może wciąż śnię. Wszystko wydawało się tak nierealne. Zamknąłem oczy i starałem się obudzić. Coraz bardziej zaciskałem paznokcie na ramieniu, ale to nic nie dawało. Starałem się zobaczyć przed sobą swoją śliczną kostnicę, metalowy blat, białe kafelki, narzędzia, krew...
-Niesamowite. - otworzyłem oczy i odskoczyłem przerażony widząc twarz Davida tuż przy mojej – Musiało śnić ci się coś naprawdę przyjemnego. Nawet się uśmiechałeś. - powiedział niewinnie dając mi talerz z jedzeniem.
- Dziękuję... Kim ty właściwie jesteś?
- Przyjacielem. - Odpowiedział tajemniczo, wiercąc mnie spojrzeniem na wylot.
Wtedy przed oczami, w ułamku sekundy przeleciało mi całe dzieciństwo, które spędziłem odizolowany od świata, w domu, gdzie moimi przyjaciółmi, z którymi się bawiłem i rozmawiałem były jedynie trupy. Przyjaciel... To słowo utkwiło w mojej głowie. Ten dziwny, przerażający mężczyzna mógł być dla mnie... Zamarłem.
Zaczęliśmy rozmawiać. Dowiedziałem się, że jest w mieście od niedawna i pracuje jako architekt, chociaż niechętnie mówił o sobie.
W pewnym momencie, w pokoju rozległo się potężne bicie zegara.
- Och, już północ. Trochę za szybko to wszystko minęło... - jego uśmiech nieco zmalał.
- Muszę już iść. - stwierdziłem, patrząc się na niego wymownie.
- Odprowadzę cię. - zaproponował David.
Oboje wyszliśmy z domu. Okazało się, że było on tylko kilka ulic dalej od mojego. Szliśmy w milczeniu. Drogę rozjaśniało nam blade światło latarni, a księżyc nigdy jeszcze nie był tak jasny.
Kiedy znaleźliśmy się pod moją furtką, czarnowłosy mężczyzna objął mnie na pożegnanie i wsunął się w cień, znikając w mroku, jakby go nigdy nie było. Zesztywniały wszedłem do domu. Nie wiedziałem co o tym wszystkim myśleć. Może on faktycznie nie istnieje, a sam doświadczam jakichś halucynacji? Prawie bym w to uwierzył, jednak coś mnie natchnęło i popędziłem w stronę lustra. Pod wpływem emocji rozdarłem koszule i odwinąłem bandaż. Moim oczom ukazała się długa, bardzo mocno i dokładnie zszyta zapewne nićmi chirurgicznymi rana. Byłem zszokowany. Nie pojmowałem kim był ten człowiek, jak mógł to zrobić i to z taką precyzją nie mając żadnych odpowiednich kwalifikacji, skąd wziął potrzebne do tego rzeczy i czemu nie zadzwonił po pogotowie, albo policje. Najbardziej jednak zastanawiało mnie, czy jeszcze kiedyś go zobaczę...

Od tamtego wydarzenia minęło kilkanaście dni. Wróciłem do pracy i niemalże całkowicie ogarnęła mnie dawna rzeczywistość. Coraz ciężej było mi wytrzymywać tam tyle godzin. Nie mogłem się na niczym skupić. Jedyne chwile błogiej przyjemności nastawały w nocy. Nie robiłem już tak głębokich i obszernych rozdarć na skórze. Zacząłem eksperymentować z ogniem, przypalając sobie palce i nadgarstki. Lubiłem wbijać szpilki w okolice obojczyka i stopniowo nasilać ból, pchając je głębiej. Największą radość przynosił mi jednak widok soczystej, intensywnie czerwonej krwi. Żeby ją uzyskać najczęściej używałem kawałka szkła, lub starego scyzoryka ojca. To było bardziej niż kojące, ale wciąż czegoś mi brakowało...

Pewnej nocy obudziłem się zalany potem. Śniła mi się śmierć rodziców. Kiedy odchodziły z nich w męczarniach ostatnie resztki życia, stałem z boku i nie mogłem nic zrobić. Ostatnio coraz częściej nawiedza mnie ten koszmar. Dopiero po chwili poczułem charakterystyczny zapach gnijących liści. Jak oparzony wyskoczyłem z łóżka i zacząłem przeszukiwać dom. Nie znalazłem jednak nic oprócz karteczki z jakimś adresem, datą i godziną. Leżała na stole w kuchni, wraz z małym, niebieskim kwiatkiem , którego nie potrafiłem rozpoznać. Napisy na kartce wskazywały jutrzejszy wieczór. Wiedziałem, że to nieodpowiedzialne, ale moja ciekawość była tak silna, że nie mogłem oprzeć się przed pójściem tam. Chciałem znowu zobaczyć osobę, której zawdzięczam życie, swojego przyjaciela. Tamtej nocy już nie spałem...

Następnego dnia z niecierpliwością czekałem, aż znikną resztki słońca z nieba. Pół godziny przed czasem wyszedłem z domu, kierując się w wyznaczone miejsce. Niedługo potem dotarłem tam. Moim oczom ukazała się stara, opuszczona rudera z powybijanymi oknami i zapadającym się dachem. Emanowała grozą i sam jej widok budził niepokój. Zawsze lubiłem takie miejsca. W pobliżu nikogo nie było. Podszedłem bliżej i uchyliłem skrzypiącą furtkę. Znalazłem się w ogrodzie. Rosło tam kilka drzew, a od drzwi frontowych dzieliła mnie już tylko usypana z kamyków ścieżka. Wziąłem głęboki oddech i poszedłem przed siebie. Kiedy znalazłem się w środku, moim oczom ukazało się ponure, przesycone wilgocią miejsce. Ogólna stęchlizna sprawiała, że ciężko było tam oddychać. Wbrew pozorom jednak wnętrze było nieźle zachowane. Wyglądało jakby jakaś rodzina w pewnym momencie tak po prostu z niego wyszła i nie wróciła. Meble były na swoich miejscach, na podłogach dywany, tapety odchodzące od ścian, podarte zasłony, porozbijane szkło... To było całkiem przyjemne dla oka. Zacząłem się rozglądać. Wszedłem na piętro, gdzie znajdował się korytarz z szeregiem drzwi po obu stronach. Jedne z nich były uchylone. Po przekroczeniu ich progu zobaczyłem z pozoru normalny pokój małego chłopca. Dopiero po bliższym przyjrzeniu się zauważyłem grube, mocno zdarte sznury przywiązane po obu stronach łóżka. Pamiętam, że jeszcze nigdy nie byłem tak przerażony jak w tamtym momencie. Na gnijącym materacu dostrzegłem ślady krwi, a na podłodze leżały porozrzucane kawałki szkła, zardzewiały skalpel chirurgiczny i skórzane pasy. Zachciało mi się płakać, jednak zebrałem się w sobie i otworzyłem dużą drewnianą szafę, stojącą w rogu pokoju. Wypadł z niej zakrwawiony kaftan bezpieczeństwa i coś w rodzaju bicza zakończonego ostrym hakiem. Od wewnątrz była doszczętnie wydrapana... To było chore. Nie mogłem wydusić z siebie żadnego dźwięku. Moje oczy napłynęły łzami. Nie wyobrażałem sobie nawet co tu musiało się dziać. Nagle usłyszałem skrzypienie dobiegające z korytarza. Pod wpływem żalu ściskającego moje serce wybiegłem z pokoju jak oszalały i zobaczyłem następne otwarte przejście w tym piekle. Bez chwili namysłu wkroczyłem tam. Była to zapewne sypialnia rodziców. Na jej środku stało duże, wysokie łóżko, z boku komoda, telewizor i stara toaletka. Chcąc przyjrzeć się temu bliżej zrobiłem kilka kroków na przód niefortunnie potykając się o jakiś karton. Po otworzeniu go zobaczyłem kilkadziesiąt kaset i odtwarzacz do nich. Postanowiłem przekonać się co jest na nagraniach. Puściłem pierwsze z nich. Przez kilka minut słyszałem same szumy, gdy nagle pojawił się obraz. Około 8-letni chłopiec bawił się czymś na podłodze, z niepokojem patrząc w stronę kamery. W pewnej chwili wyszedł zza niej wysoki mężczyzna o postawnej budowie, trzymający w dłoniach strzykawkę z jakąś substancją. Na twarzy dziecka malowało się coraz większe przerażenie. Kiedy był już tuż przy nim wbił w niego igłę, po czym chłopiec upadł i zaczął się trząść. Mężczyzna podniósł go i rzucił nim o łóżko, przywiązując go do niego. Napił się wódki i roztrzaskał butelkę na kolanie małego. Ten krzyczał z bólu, ale on wciąż nie przestawał. Nożyczkami nacinał chłopcu skórę, potem bił go pięściami po twarzy, wyciągnął jakiś mały flakonik i wlał mu zawartość do oczu. Biedny chłopiec jeszcze bardziej spanikowany zaczął się szamotać i wyrywać. To musiała być jakaś substancja silnie żrąca. Po pewnym czasie nieludzkich tortur mężczyzna zdjął z niego ubrania, sam też się rozebrał i zaczął... Nie mogłem dłużej na to patrzeć! Moje całe ciało przepełniała szczera nienawiść do tego potwora. Przejrzałem jeszcze kilka kaset , mało nie tracąc przy tym przytomności. Na każdej z nich pokazane były sceny katowania chłopca pasem, zamykania go na kilka dni w szafie, łamania mu kości młotkiem i te potworne gwałty... To było odrażające. Znowu ogarnęło mnie koszmarne poczucie bezsilności. Kolejny raz musiałem stać bezczynnie i patrzeć jak komuś dzieje się krzywda. Wtedy dostrzegłem jeszcze jedną kasetę. Była zatytułowana „Dla taty”. Niepewnie podniosłem ją i włożyłem do odtwarzacza. Tym razem ktoś szedł kamerą z pokoju tortur, przez korytarz, aż do sypialni gdzie leżał śpiący gwałciciel. W pewnym momencie obraz się ustabilizował i pojawił się na nim czarnowłosy chłopiec. Trzymał on w dłoni ten sam młotek, którego używał przeciw niemu jego oprawca. Podszedł do niego i z całych sił zaczął roztrzaskiwać jego głowę, z której została tylko mokra, lepka miazga. Wszystko wokół ociekało krwią. Wtedy zobaczyłem, że ten blady, wątły chłopiec po raz pierwszy się uśmiechnął. To było niesamowite. Doskonale poznawałem ten przerażający wyraz twarzy. Kiedy skończył on ze swoim tyranem usiadł przy łóżku zwijając się w kłębek i zaczął się kiwać. Pozostawał w tej pozycji bardzo długo, aż do pokoju wpadli gliniarze i film się urwał. Poczułem się dziwnie szczęśliwy. Tamten potwór dostał to na co zasłużył...

Znowu usłyszałem skrzypienie. Tym razem dobiegało ono z pokoju, w którym się zajmowałem. Raptownie się odwróciłem i doznałem chyba największego szoku, o jakim nawet mi się nie śniło. Stał za mną David z tym upiornym uśmiechem i szklistymi oczami. Czas jakby się zatrzymał. Czarnowłosy przyjaciel zbliżył się i przytknął swoje zimne wargi do moich. Cały zesztywniałem. Nie byłem w stanie wykonać żadnego ruchu. Jego oddech był spokojny, a dłonie powoli zaczęły mnie obejmować. Nie pojmowałem tego co się właśnie działo, jednak coś sprawiło, że przyniosło mi to niesamowitą przyjemność. Po chwili moje ciało się rozluźniło i uległem Davidowi odwzajemniając pocałunek i dając się ponieść emocjom.
- Teraz już wiesz o wszystkim... - Szepnął na moment odrywając się od moich ust.
- Co się stało potem? - zapytałem patrząc mu się głęboko w oczy.
- Zamknęli mnie. Większość życia spędziłem w domu dla obłąkanych. Przez cały ten czas wmawiali mi niestworzone rzeczy na temat śmierci ojca, moich uczuć, tego kim jestem... Kazali mi brać leki, przez które zatracałem świadomość i nasilały się wszystkie koszmarne wizje i wspomnienia z przeszłości. Testowali na mnie nowe metody terapii i leki, które miały na celu mi „pomóc”. W rzeczywistości wyniszczały moje ciało i umysł, ale uciekłem. Po tylu latach męczarni nareszcie mi się to udało. Potem znalazłem ciebie...
Zaniemówiłem, a ogromna ilość żalu i współczucia kumulowana we mnie już od dawna całkowicie się przepełniła i pękła wylewając się ma zewnątrz w postaci gorzkich łez. To co przeszedł David było dla mnie niewyobrażalnie tragiczne. Jego ból i cierpienie, za które przyszło mu zapłacić wypalały mnie od środka. Z całego serca nienawidziłem ludzi, którzy go skrzywdzili i odebrali szansę na normalne życie. Już wszystko zrozumiałem. Znowu czułem tą straszliwą bezradność wobec otaczającego mnie świata i tego co się z nim dzieje. Chciałem zrekompensować mojemu przyjacielowi wszystko co złego go spotkało, wyleczyć traumy, pomóc odnaleźć się w tym świecie beznadziei... Musiałem to zrobić. Chciałem dać mu to na co zasługiwał i nigdy nie dostał. Nie wiem o się ze mną działo. Przed oczami miałem tylko jego.
- Już nigdy nikomu nie pozwolę cię skrzywdzić... Nigdy. - wydusiłem przez zaciśnięte zęby.
Wyraz twarzy Davida nagle się zmienił. Uśmiech pozostał, ale oczy nabrały zupełnie innego wyrazu. Wydawał się być poruszony tym co właśnie usłyszał.
- Chodźmy już stąd. - powiedział po chwili ciszy.
Opuściliśmy ten przeklęty dom i poszliśmy przed siebie. Był prawie ranek, a zza horyzontu już powoli wschodziło słońce. Zaprosiłem Davida do siebie. Przyjaciele nie powinni mieć przed sobą tajemnic, dlatego postanowiłem wyjawić mu swój sekret i pokazać co jest moją pasją. Zaprowadziłem go do piwnicy i opowiedziałem o historii tego miejsca, o tym czym zajmowali się moi rodzice, pokazałem wszystkie narzędzia, szczegółowo opisałem co teraz tutaj robię... Było mi dużo lżej po podzieleniu się z nim tym. Już nie byłem sam. David słuchał w milczeniu, z pełnym skupieniem i wyraźnym zainteresowaniem. Kiedy skończyłem, podziękował mi za wszystko i niedługo potem wyszedł.

Długo nie mogłem dojść do siebie. Bezustannie myślałem, o tym kim był mój przyjaciel, o jego przeszłości i co między nami zaszło. Jeszcze tak niedawno moje życie wyglądało zupełnie inaczej. Bałem się, że to kiedyś wróci, dlatego postanowiłem zrezygnować z dotychczasowej pracy. Łącznie z domem odziedziczyłem spory majątek wystarczający na pokrycie najprostszych potrzeb. Dzięki temu mogłem w spokoju przemyśleć kilka spraw i na dobre oderwać się od rutyny, która przerażała mnie bardziej niż cokolwiek innego. Wiedziałem, że na dłuższą metę to się nie sprawdzi i w końcu będę musiał gdzieś się zatrudnić, ale na razie wolałem o tym nie myśleć i w pełni oddać się pogłębiającej paranoi, bo ciężko to było nazwać inaczej... Ale właściwie, czy to coś złego? Nigdy nie byłem bardziej szczęśliwy, ani nie czułem wszystkiego tak mocno. Moje zmysły się nasiliły i zacząłem zwracać uwagę na rzeczy, których wcześniej nie dostrzegałem. Świat wydawał mi się zupełnie obcy i doskonale czułem się jedynie w zaciszu swojej kostnicy. Udało mi się przeżyć nieopisane dotąd doznania, o których istnieniu nie miałem pojęcia. Kochałem to życie i obiecałem sobie w duchu, że nigdy z niego nie zrezygnuję.

Kilka dni później, którejś nocy obudziłem się i poczułem przeszywający chłód. Odwróciłem się na drugi bok i nagle usłyszałem: „Witaj Vincent, mam coś dla ciebie.”. Gwałtownie otworzyłem oczy. Koło mnie leżał David z tym swoim psychodelicznym uśmiechem, wpatrując się we mnie z uporem. Przestraszyłem się na tyle, że z krzykiem spadłem na podłogę.
- Jak ty tu wszedłeś? - zapytałem podnosząc się z ziemi.
W odpowiedzi przyjaciel jedynie wymownie spojrzał na uchylone okno.
Westchnąłem ciężko z powrotem siadając na łóżku i włączając lampkę nocną.
- Proszę. - szepnął i wręczył mi jakieś papiery – To plany kilku urządzeń, które mogą ci się przydać.
Szczerze mówiąc już sam nie wiedziałem co powiedzieć. Każda chwila spędzona z nim wydawała się coraz bardziej nierealna. Co gorsza zacząłem dopuszczać do siebie myśl, że może faktycznie jestem obłąkany. Nie miałem jednak czasu się nad tym zastanawiać. Zacząłem po kolei przeglądać kartki i z każdą następną usta otwierały mi się coraz szerzej. To było niezwykłe, zachwycające i przerażające zarazem. Kreatywność Davida była niepokojąco zabójcza, ale tego właśnie pragnąłem. Swoimi maszynami mógł mi dać przyjemność, o jakiej marzyłem. Nie mam pojęcia gdzie on nauczył się konstruować takie rzeczy, skąd miał potrzebne umiejętności, żeby wtedy mnie zszyć i opatrzyć, jak udało mu się uczyć z obstawionego ochroną psychiatryka... Nie pojęte było to, że człowiek, którego prawie w ogóle nie znam był mi najbliższą osobą.
- Pomogę ci je wszystkie zrobić. Już mam większość potrzebnych materiałów. Brakuje tylko ciebie... - powiedział David z zapałem w oczach.
- Więc na co jeszcze czekamy? - uśmiechnąłem się patrząc porozumiewawczo na przyjaciela.

Następne parę miesięcy, które spędziliśmy razem na budowie narzędzi tortur były niezwykle owocne i przyniosły mi mnóstwo rozkoszy. Jeden z wynalazków przypominał coś w rodzaju krzesła elektrycznego, a porażenia prądem okazały się być naprawdę miłym uczuciem. Nad metalowym blatem zamontowaliśmy mechanizm haków, którymi David przebijał mi skórę i podwieszał za żebra łamiąc je przy tym. Co prawda rehabilitacja po takich zabiegach musiała trochę potrwać, zanim w pełni odzyskiwałem siły, ale w końcu mieliśmy na to mnóstwo czasu... Dzięki spędzaniu całych dni z Davidem lepiej się poznaliśmy i darzyliśmy nawzajem bezgranicznym zaufaniem. Mimo to, przyjaciel nie lubił mówić o sobie i wiele spraw wciąż było dla mnie zagadką. Dręczyło mnie wiele pytań, na które nigdy nie uzyskałem od niego odpowiedzi. Po jakimś czasie jednak musiałem to zaakceptować i przestałem drążyć temat. Ważne było to co aktualnie robiliśmy. Za cel obraliśmy sobie pewne urządzenie, które niedługo już miało być gotowe. Wyczekiwałem tej chwili jak małe dziecko swoich urodzin. Widziałem, że David też się niecierpliwił. Był to najważniejszy projekt, nad którym do tej pory pracowaliśmy.

Nareszcie nadszedł ten dzień. Nasze urządzenie było już w pełni gotowe. Dziś również mijał rok od kiedy poznaliśmy się z przyjacielem. Aby uczcić naszą rocznicę zaopatrzeni w czerwone wino zeszliśmy do kostnicy, która z upływem czasu zmieniła się w istną salę tortur. Otworzyłem butelkę i napełniłem czarną cieczą kieliszki. Włączyłem naszą ulubioną płytę jednego z najlepszych rockowych zespołów i wspólnie zaczęliśmy delektować się tą chwilą z dumą podziwiając nasze dzieło.
- Jesteś gotowy? - zapytał przyjaciel swoim ciepłym, głębokim głosem.
- Czekaliśmy na to od tak dawna... Nie mógłbym być niegotowy. - uśmiechnąłem się porozumiewawczo, dając tym samym znak, że możemy zaczynać.
Usiadłem na ulubionym fotelu, a David przywiązał mnie do niego pasami zabezpieczając ręce i nogi. Urządzenie, które stworzyliśmy było wielozadaniowe. Miało wykonywać kilkadziesiąt różnych cięć, nakłuć i rozdarć jednocześnie. Kiedy przyjaciel uruchomił maszynę byłem niesamowicie podekscytowany. Ostrza powoli celowały w moje ręce, długie stalowe igły z wolna przebijały mi łydki i ramiona, z oparcia na około 1cm wysuwały się piły tarczowe z precyzją rozrywając moje plecy. Nie da się opisać tego co wtedy czułem. Tysiące emocji jednocześnie przepełniały moje ciało. Zatracałem się w zupełnie innych strefach świadomości, doznając czegoś niewyobrażalnie pięknego, ale najlepsze miało dopiero nastąpić. Główną „atrakcję” stanowiło ogromne wiertło. Widziałem jak powoli się do mnie zbliża, z jaką czułością przebija pierwsze warstwy skóry. Myślałem, że nie da się już być bardziej szczęśliwym, jednak to co w tej chwili czułem pobiło wszystkie wcześniejsze doświadczenia fizyczne jak i duchowe. Na zmianę krzyczałem i śmiałem się. Ciepła, soczysta krew wypływała ze mnie jak potok. Wszystko zaczęło wirować i nie dochodziła już do mnie muzyka. Jedyny dźwięk jaki słyszałem to rozpaczliwy krzyk mojego Davida. Dobrze wiedziałem co właśnie się ze mną działo, ale dla tych doznań było warto się poświęcić. Pierwszy raz z życiu czułem, że jestem dokładnie tam gdzie powinienem. Nie żałuję niczego co wydarzyło się przez ostatni rok, bo robiłem coś co kocham i znalazłem najlepszego przyjaciela. Ostatnie co widziałem to zapłakany David desperacko starający się wyłączyć maszynę. Po raz pierwszy nie dostrzegłem na jego twarzy uśmiechu, który zawsze wzbudzał we mnie lekkie przerażenie nadając mu niepowtarzalny urok i podkreślając tajemniczość. Był piękny... Cały ociekający moją krwią i fragmentami wnętrzności, z cudownie roztarganymi włosami i tymi szklistymi oczami wydającymi się móc odczytać każdą najskrytszą, najintymniejszą, najbardziej mroczną i obsesyjną myśl. Wiedziałem, że nikt nie znał mnie lepiej niż on. Wiedziałem, że nikt nigdy nie kochał mnie mocniej... Jednak było już za późno, żeby powiedzieć mu, że ja też... Po chwili nie czułem już nic.




Nieee! To nie dzieje się naprawdę... Nie tak, nie teraz... To nie może się dziać! Niemożliwe, żeby... Vincent... Vinc... Wszystko dokładnie sprawdziłem, testowałem... To nie miało prawa się wydarzyć! Nic z tego nie rozumiem... Czemu musiałem stracić najlepszego przyjaciela?! Był pierwszą osobą, której naprawdę zaufałem. Cała kostnic, miejsce gdzie spędziłem z nim najpiękniejsze chwile ociekała krwią. Jakimś cudem udało mi się wyłączyć to ustrojstwo, ale było już za późno. Mój ukochany Vincent był martwy. W jednej chwili cały świat runął i przeszyło mnie wszechogarniające uczucie pustki. Zostałem sam. Nie było już nikogo. Klęczałem przed jego zmasakrowanym ciałem, a dookoła porozrzucane byłby strzępki organów wewnętrznych. Ociekałem krwią najlepszego przyjaciela. Miałem ją na dłoniach, na twarzy... To było najgorsze uczucie jakiego kiedykolwiek zaznałem. Ale dosyć już tego! Przez te wszystkie lata czekałem na kogoś takiego jak on. Nie w taki sposób zamierzam to kończyć.

Nie myśląc zbyt wiele, zaślepiony stratą przyjaciela wybiegłem z domu i wtargnąłem do jego szopy. Znalazłem tam dokładnie to na co liczyłem. Wraz z kilkoma litrami benzyny wróciłem do budynku, który w jednej chwili stał mi się zupełnie obcy. Bez wahania zacząłem oblewać wszystkie pomieszczenia paliwem, aż dotarłem do tej przeklętej kostnicy. Kiedy wszystko było już gotowe podszedłem do zwłok Vincenta biorąc je w objęcia. Były tak uszkodzone, że rozerwały się w kilku miejscach na nowo oblewając mnie świeżą porcją krwi i resztek wnętrzności. Wyglądał tak słodko i niewinnie... Vinc był jedyną osobą, przy której zapominałem o świecie zewnętrznym, o przeszłości, o tych wszystkich okrutnych, pustych ludziach, którzy od zawsze mnie gnębili. Nie mogłem bez niego wrócić do rzeczywistości... Poza nim nie było już nic, a skoro nie ma jego nie ma też mnie! Rzuciłem płonącą zapałkę wprost przed siebie, na urządzenie śmierci, które sami stworzyliśmy. Wszystko momentalnie stanęło w płomieniach. Każdy owoc naszej całorocznej pracy zajął się ogniem. Temperatura stale rosła, a w pomieszczeniu zaczęło brakować już powietrza. Kiedy nagle poczułem przeszywający ból od tyłu, jedynym co podtrzymywało nie na duchu był widok mojego ukochanego Vincenta, do którego właśnie uśmiecham się po raz ostatni...
Oceń:
9
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!