Rok 1943, odległa wieś w Bośni. Część I

Dodane przez: seventhseal, 20.03.2015, 12:02
Reklama:
Moja babcia przeżyła dwie wojny, II wojnę światową, oraz wojnę w Bośni i Hercegowinie w 1992r. Po otrzymaniu od niej listu, mam pewną teorię, mówiącą, jak tego dokonała. Pominę tutaj osobiste fragmenty listu, opowiem o najważniejszych wydarzeniach.

Babcia urodziła się w 1931 roku, w małej wiosce w Bośni. Opisuje ją, jako społeczność typowo rolniczą; we wsi było tylko 7 domów, zamieszkałych przez 7 rodzin. Poza domostwami oraz budynkami gospodarczymi, we wsi znajdowały się tylko dwa budynki: niewielka szkoła, która często służyła jako miejsce zebrań, oraz kościół. Babcia uważa, że kiedyś życie było dużo prostsze od obecnego (czyż nie każdy starszy człowiek uważa podobnie?). Uważa, że pomimo braku bogactw, wszystkim żyło się dobrze, ponieważ ich egzystencja opierała się na zasadzie wzajemnej wymiany towarów. Jedna z rodzin była odpowiedzialna za hodowlę owiec, druga za uprawę warzyw itd. Babcia twierdzi, że system, choć na tamte czasy, nietypowy, doskonale zdawał egzamin. Po pierwsze, utrzymywali bardzo przyjazne stosunki między sobą, z racji, że każdy w tej społeczności był potrzebny. Nigdy nie dochodziło do waśni między rodzinami. Po drugie, zżycie umocniło więzi społeczne, więc byli w stanie pokonać niemal każde zewnętrzne zagrożenie. W ciężkich czasach, podczas gdy reszta kraju przeżywała głód, wioska babci radziła sobie całkiem nieźle.

System, jaki funkcjonował w osadzie miał jeden efekt uboczny. Wieś szybko stała się odosobniona, niemal odcięta od reszty świata. Babcia twierdzi, że czasem mijało wiele miesięcy, zanim kontaktowali się z kimś obcym. Byli niemal wykluczeni z planów rozwoju kraju. Podobno, minął rok, zanim dowiedzieli się, o trwającej już przecież II wojnie światowej.

Tak, jak wspomniałem wcześniej, wieś zamieszkiwało siedem rodzin i jedna dodatkowa osoba: ksiądz. Były to czasy, gdzie nawet najmniejsza społeczność musiała mieć kościół i swojego księdza. Powodowało to, że czuli się bezpiecznie, nic dziwnego: siedem rodzin, żyjących praktycznie poza jurysdykcją państwa, Ja na ich miejscu chciałbym mieć kogoś, kto by mnie chronił.

W połowie roku 1940, trwająca wojna coraz częściej dawała o sobie znać. Czarne samoloty z dziwnymi czerwonymi symbolami często latały nad ich polami, echo wystrzałów i wybuchów dało się słyszeć co kilkanaście minut. Przez 3 lata konfliktu, wieś pozostała nietknięta przez siły niemieckie, ale 1943, oddziały Nazistów złożyły im wizytę.

Niemcy odebrali im zwierzęta, pozostawiając tylko dwie krowy i kozę, zawłaszczyli ogromną większość ich zasobów żywności. Zabrali tyle mąki, ile dali radę unieść. Oddział zastał żywiołową społeczność pracowitych ludzi, a pozostawił za sobą jedynie lament, spowodowany zabraniem większości zapasów. Tego, co zostało, wystarczyłoby co najwyżej na 10 dni.

Mój pradziadek, zdecydował, że uda się do sąsiedniej wsi, prosić o pomoc. Kiedy tam dotarł, ujrzał horror, który przerastał jego możliwości pojmowania rzeczywistości (a ów człowiek widział w życiu wiele). Po powrocie, powiedział, że wszyscy: mężczyźni, kobiety i dzieci, był martwy, zanim dotarł do wioski. Mężczyźni mieli obcięte głowy, wszyscy idealnie równo, jakby przez jakąś dziwną siłę, która za jednym zamachem zakończyła żywot każdego z nich. Ich głowy były ustawione, w formie totemu, na głównej drodze. Kobiety, nagie, ponabijane były na pale. To stara średniowieczna tortura. Mogły umierać przez wiele godzin, nawet dni. Dzieci natomiast, zwisały z największego dębu w okolicy, wszystkie powieszone.

Większość starszych, z wioski mojej babci, doświadczyła okropieństw I wojny, jednak nikt nie widział czegoś takiego. Co gorsze, nie był to styl Niemców, ci ustawiali ofiary przed rowem lub pod ścianą i po prostu strzelali. Oczywiście, gwałcili kobiety, ale nigdy nie stosowali tortur średniowiecznych. Nie, to boś zupełnie innego. Więc, najważniejszym pytaniem było: jeżeli to nie Niemcy, to kto? I co gorsza, ktokolwiek to zrobił, czy zamierzał kiedyś przyjść do nich?

Mieszkańcy mieli na głowie inne zmartwienia. Zapasy żywności szybko się kurczyły, zdecydowano o ograniczeniu racji do niezbędnego minimum. Wkrótce, możliwy był tylko jeden posiłek dziennie, a po krótkim czasie, żywność dostawały tylko dzieci. Jeden z mężczyzn postanowił udać się do najbliższego miasta, oddalonego o niespełna 100 kilometrów. Jako, że Niemcy odebrali im wszystkie konie, musiał iść pieszo. Nadzieja, na przetrwanie tej sytuacji, szybko opuszczała umysły ludzi. Ksiądz zebrał wszystkich w świątyni, starając się przekazać pełną łaski, bożą miłość, jednak ludzie zaczęli tracić wiarę. Jedna z kobiet uniosła swoje zagłodzone dziecko na rękach krzycząc "Czy tego chce Bóg?" Ksiądz nie odpowiedział. Babcia twierdzi, że utrata wiary, była wprost proporcjonalna do zdarzeń które później nastąpiły.

Była to dziesiąta noc, odkąd wieś odwiedzili Naziści. Z powodu głodu, babcia nie mogła spać, obserwowała więc widok za oknem. Księżyc oświetlał krajobraz, więc dokładnie widziała drogę biegnącą przez wieś. W pewnym momencie, dostrzegła na niej cień. Wyglądem przypominał ludzki. Szybko powiadomiła ojca, że ktoś jest na drodze. Mój pradziadek zapalił świeczkę i wyszedł na zewnątrz.
"Mój Boże!" - krzyknął. "Przecież to Marko!"
Marko, to mężczyzna, który udał się na wyprawę do miasta, w poszukiwaniu pomocy. Pradziadek podbiegł do niego i przyprowadził go do domu.

Mężczyzna nie mógł powiedzieć słowa, jego oczy były szeroko otwarte, jakby ze strachu.
"Co się stało?" zapytała go moja babcia.
"On nadchodzi." Po wypowiedzeniu tego zdania, Marko wstał, poszedł do kuchni, chwycił w rękę duży tasak (rodzina babci była odpowiedzialna za produkcję mięs) i podciął sobie gardło. Babcia twierdzi, że nigdy w życiu nie widziała takiej ilości krwi, nawet podczas świniobicia. Mówiła, że Marko miotał się przed kilka minut po podłodze, wierzgając nogami, zanim przestał się ruszać.

Cała społeczność szybko zebrała się przed ich domem. Po dwóch godzinach płaczu, rozmów i debat, ciało Marko zostało złożone w Kościele. Stwierdzono, że Marko nie mógł znaleźć żadnej pomocy i załamał się psychicznie, dlatego postanowił popełnić samobójstwo.

Tej nocy, moja babcia zdecydowała, że nie zmruży oka i będzie obserwować wieś, cokolwiek by się nie działo.

Dwie godziny przed świtem, zauważyła w oddali postać, było ciemno, więc nie mogła dostrzec kto to był. Mogła jedynie stwierdzić, że mężczyzna (najprawdopodobniej mężczyzna) był ubrany na czarno. Wszedł do pierwszego domu przy drodze, należącego do rodziny Radenovic, odpowiedzialnej za uprawę warzyw. 10 minut później, mężczyzna (babcia wciąż nie była pewna płci) opuścił dom sąsiadów.

Codziennie rano, mieszkańcy wsi spotykali się aby omówić stan pożywienia i decydować o wielkości racji. Przyszli wszyscy, oprócz Radenoviców.

"Niech ktoś ich wezwie."- powiedział George, głowa rodziny Popovic.

Kilkoro dzieci pobiegło do domu Radenoviców. Po chwili ciszę przerwały dzieci krzyczące w niebogłosy z przerażenia. Wszyscy pobiegli w stronę domu, z którego dobiegał hałas. Podczas gdy tłum przeciskał się drzwiami, moja babcia postanowiła wejść oknem. To co zobaczyła było straszne: Cała rodzina, ojciec, matka i trójka dzieci siedziała przy stole, wszyscy martwi. Mieli sine ślady wokół szyi. Najstraszniejsze było to, że na każdej zmarłej twarzy widniał nienaturalnie szeroki uśmiech.

Część druga: http://straszne-historie.pl/story/10437-Rok-1943-odlegla-wies-w-Bosni-Czesc-II-Mezczyzna-powraca

Autor: inaaace
Źródło: reddit.com
Tłumaczenie: seventhseal
Źródło: http://www.reddit.com/r/nosleep/comments/14kl5o/year_1943_remote_bosnian_village/
Oceń:
6
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!