Gdy kolor żółty przybiera barwę krwi. Część I: Historia serbskiego snajpera.

Dodane przez: seventhseal, 25.03.2015, 12:54
Reklama:
Stary, wojna to straszne gówno. Ludzie robią rzeczy, do których normalnie nie byliby w ogóle zdolni. Zastanawiam się czasem, czy wojna pokazuje prawdziwe oblicze człowieka, czy po prostu ludzie przystosowują się do środowiska i stają się bestiami, gorszymi od najokrutniejszych demonów.

Nie ma nic straszniejszego, niż drugi człowiek.

Wszyscy wiecie, że pochodzę z Bośni. Na szczęście, razem z rodziną przeprowadziliśmy się tuż przed wojną, ale większość naszych przyjaciół tam została.

Wróciłem tam, zaraz po zakończeniu konfliktu. Widziałem tylko grozę i zniszczenie. Zrujnowane miasta. Ubóstwo. Głód. Serbowie twierdzą, że to oni są ofiarami; Muzułmanie uważają, że odnieśli najdotkliwsze straty; Chorwaci wzywają do sprawiedliwości dla tych, którzy popełnili wobec nich zbrodnie. Prawda jest niestety taka, że wszyscy spieprzyli. Bez wyjątku.

Pewnego wieczoru, spotkałem się z wujkiem, który, tak jak ja, był Serbem. Miał również wielu kumpli, z których większość brała udział w wojnie. Tamtej nocy, piliśmy w barze z jednym z nich.

Usiedliśmy przy stole. Kiedy barman podał nam trzy szklanki i butelkę Jacka Danielsa, wiedziałem, że będzie grubo. Jestem dosyć sporym facetem, 195cm, 105 kg, więc mogę sporo wytrzymać, ale wujek i jego kumpel doili łychę tak, że wykraczało to poza moje możliwości.

Kumpel wujka miał na imię Mijo. Miał około 185 cm wzrostu i na oko ważył jakieś 120kg. Po prostu kawał chłopa. Typ człowieka, którego z którym lepiej nie zadzierać. Szerokie bary, mięsień piwny i twarz człowieka, który niejedno w życiu już widział. Miał zachrypnięty głos, po części dlatego, że palił dwie ramy Malborasów dziennie, po drugie, że niemal krzyczał, kiedy się wypowiadał. Jednak, wydawał się być całkiem sympatycznym gościem, wespół z wujkiem, tworzyli kompanię, w której pochłonięcie kilku szklanek (lub butelek) whisky, było dobrym pomysłem.

Z początku rozmawialiśmy o różnych rzeczach. Kobiety, pieniądze, polityka, znów kobiety, sport i kobiety po raz kolejny. Po pewnym czasie, zaczęliśmy rozmawiać na, nieunikniony w tym kraju, temat wojny. Wyrażaliśmy swoje poglądy polityczne. W momencie, gdy pierwsza butelka trunku pokazywała dno, kończyłem swój wykład na temat konfliktów zbrojnych. Mówiłem, że to jedno z najstraszniejszych doświadczeń, jakie człowiek może doznać, ponieważ, albo umierasz, albo żyjesz w ciągłym strachu o swoje życie, jeżeli przypadkiem uda Ci się przetrwać.

Mijo trzasnął szklanką o blat, o mały włos tłukąc ją w drobny mak, gdy kończyłem swoją wypowiedź.

"A co ty niby wiesz o wojnie?" zapytał, niemal wściekły.

"Wiem to, co widzę. Śmierć, zniszczenie, regresje." starałem się brzmieć na oczytanego.

"Heh, popatrz no na swojego siostrzeńca." odpowiedział Mijo, odwracając się do wujka, "Idealny materiał na prezentera CNN i opowiadania ich bajeczek."

Wujek śmiał się, w tym samym czasie, na blacie pojawiła się druga butelka łychy.

"Może opowiem mu, o tamtej nocy?" Mijo odezwał się, tak jakby nie było mnie z nimi.

"Dobry pomysł." odpowiedział mój wujek, nalewając sobie pełną szklankę.

Mijo odwrócił się w moją stronę. Wyglądał na poważnego. Nie był to typ pijackiej powagi, tylko takiej prawdziwej. Co ciekawe, ton jego głosu obniżył się, do normalnego, jaki słyszymy u ludzi.

"Słuchaj dzieciaku, opowiem ci, co przytrafiło mi się w 94. Uwierz mi na słowo, tego nie zobaczyłbyś w CNN, ani w Internecie."

"Ale ja nawet nie oglądam CNNu, po prostu myślałem, że..."

"Posłuchaj go." wtrącił mój wujek, "Posłuchaj i zapamiętaj. Wojna to nie tylko broń i śmierć. Jest tam jeszcze cała masa innego gówna."

"Niby czego dokładnie?" zapytałem, chwytając szklankę pełną trunku.

"Po prostu słuchaj." odpowiedział wujek, zapalając papierosa, "Słuchając tej historii, zawsze mam pełne gacie."


Historia Mijo.

Stary, wojna to totalne gówno.

Kiedy byłem dzieciakiem, uwielbiałem bawić się drewnianymi atrapami mieczy, czy pistoletów, udając, że walczę z kumplami. Kto by pomyślał, że wiele lat później, będę walczył z tymi kumplami, tylko, że zamiast drewnianej atrapy, będę miał w ręku prawdziwego gnata? Kto by pomyślał?

Kiedy woja się zaczęła, zmobilizowano nas bardzo szybko. Serbowie zebrali wszystkich mężczyzn zdolnych do walki, Muzułmanie zrobili to samo. Sarajevo szybko się podzieliło, ze względu na poglądy, więc zaczęła się regularna strzelanina. Byłem w małym, trzynastoosobowym oddziale, w północnej dzielnicy miasta. Większość mojego oddziału, to normalni ludzie, mieli normalne życie, prace, rodziny. Połowa z nich nie wiedziała nawet, jak poprawnie trzymać gnata. Ja natomiast odbyłem szkolenie wojskowe. Trenowano mnie na snajpera, więc dowodziłem jednostką.

Nie będę ci opowiadał szczegółów właściwych potyczek. Na pewno przeczytałeś o tym w sowim kochanym CNN, czy w Internecie. To wojna, my zabijamy, oni zabijają, nikt nie wygrywa. Uwierz mi, nie miałem żadnego problemu strzelać do ludzi, ponieważ wiedziałem, że jeśli tego nie zrobię, to oni zabiją mnie. Przez pierwsze półtora roku, mój oddział znacznie się powiększył. Znano nas z bezwzględności i efektywności. Wkrótce nasza renoma zapewniała nam pewną nietykalność, ponieważ każdy się nas bał. Przez pierwsze 18 miesięcy przedwcześnie zakończyłem wiele żywotów.

Jednak we wrześniu '93 przyszły rozkazy z góry, rozkazy których nienawidziłem. Serbowie usłyszeli plotki, że mała muzułmańska wioska, niedaleko stolicy pomagała oddziałom wroga, zaopatrując ich w żywność i inne dobra, a także oferując zakwaterowanie. Góra chciała, abyśmy przekazali im wiadomość. Wiadomość, która mówiła, że każdy, kto pomaga Muzułmanom będzie ukarany. Nienawidzę polować na cywilów, ale nie chciałem też odmawiać wykonania rozkazu.

Kiedy dotarliśmy do wioski, zobaczyliśmy, że to wręcz zaścianek. Dziesięć, może jedenaście domów. Jak tylko wkroczyliśmy, mieszkańcy zebrali się wokół nas.

"Czego od nas chcecie? Nic nie mamy!" krzyknął ktoś z tłumu.

"Cofać się! Cofać się, kurwa!” krzyczałem. Miałem ze sobą tylko siedmiu ludzi, a mieszkańców było około dwudziestu. Musiałem więc dbać o bezpieczeństwo.

"No czego chcecie?" któryś z wieśniaków zapytał po raz kolejny.

"Wiecie, czego chcemy. Mówcie, gdzie się ukrywają!" odkrzyknąłem, chcąc przyspieszyć cały proces.

"Nikogo nie ukrywamy, zostawcie nas w spokoju!"

Zaczynały puszczać mi nerwy. Tłum jakby zbliżał się do nas, zagęszczał się.

Wtedy ktoś dotknął moich pleców. Nagle cały gniew ze mnie wyparował, ustępując bezwzględnemu instynktowi przetrwania. Bez namysłu, odwróciłem się i nacisnąłem spust. Najpierw strzelaj, potem pytaj. Tak nas uczono. Mój kałach wypluł kilka pocisków i wszyscy rzucili się plackiem na ziemię. Wszyscy, oprócz osoby, która mnie dotknęła.

Była nią młoda kobieta, trzymająca malutkie dziecko. Byłem przerażony, że strzeliłem właśnie do niej. Miała na sobie żółtą sukienkę. Stała tak, przede mną, kompletnie zaszokowana. Myślałem, że może, jakimś cudem, chybiłem. Jednak jej sukienka, stopniowo zaczęła nabierać czerwonej barwy. Wciąż stała, nieruchoma, z otwartymi ustami, wydaje mi się, że z powodu szoku. Wtedy to zobaczyłem.

Trafiłem w dziecko.

Jedna z kul trafiła małego w oko i powędrowała dalej, do mózgu. Dzieciak nie ruszał się. Natychmiastowa śmierć, pomyślałem. Kobieta zaczęła stopniowo odzyskiwać świadomość. Spojrzała na martwe dziecko.

"Ja... ja... ja pierdolę... przepraszam, nie chciałem, myślałem, że... że ktoś mnie atakuje... ja... ja..." nie mogłem znaleźć właściwych słów. Nie wiedziałem, co mam powiedzieć. Zabiłem dziecko na oczach matki.

"Nie, nie, wszystko z nim w porządku." powiedziała kobieta, kładąc dziecko na ziemi, "Widzisz? Po prostu śpi.

"Przepraszam, naprawdę. Bardzo, bardzo cię przepraszam, nie chciałem..."

W tym momencie, tłum zaczął zbierać się wokoło martwego dziecka. Zorientowali się, co zrobiłem. Wściekłość wręcz wylewała się z ich twarzy.

"Zabiłeś dziecko!"

"Zapłacicie za to!"

Takie i podobne okrzyki wydawali z siebie mieszkańcy wioski, powoli idąc w nasza stronę.

Mój oddział cofnął się o kilka kroków, a wieśniacy szli w naszą stronę coraz szybciej. Wszyscy, poza kobietą, której dziecko zastrzeliłem. Klęczała i głaskała bezwładną główkę małego.

"Cofać się! Cofać się, do kurwy nędzy!" krzyczałem. "Cofać się, albo zaczniemy strzelać, przysięgam na Boga!"

Nic nie pomagało. Byli zbyt pochłonięci żądzą zemsty. Zrobiłem to, co musiałem, dla bezpieczeństwa mojego oddziału.

"Ognia!"

Wszystko trwało może 20 sekund. 17 wieśniaków leżało na ziemi. Dało się słyszeć charczenie, płacz, ktoś dławił się krwią. Po dwóch minutach nastąpiła absolutna cisza. Wszyscy martwi, z wyjątkiem tej kobiety, w żółtej sukience, która wciąż tuliła ciało swego dziecka.

W pewnej chwili wstała. Jej sukienka była teraz bardziej czerwona, niż żółta. Uśmiechała się, a z jej oczu nie leciała nawet jedna łza. Zrobiła krok w naszą stronę.

"Stój! Zatrzymaj się w tej chwili!" krzyknąłem do niej.

Mimo to szła. Nie stwarzała żadnego zagrożenia, więc opuściłem broń. Podeszła bardzo blisko. Skierowała rękę w stronę mojej twarzy, nie w formie groźby. Wyglądało to raczej, jak ślepiec próbujący poznać rysy czyjejś twarzy. Jednak nie dotknęła mnie. Jeden z moich podbiegł do niej i uderzył ją mocno w twarz. Tak, że upadła na ziemię.

"Szefie, spierdalajmy stąd jak najszybciej, Allachy zaraz mogą się tu pojawić." chwycił mnie za ramię. Wydaje mi się, że ciągle byłem w szoku.

Kobieta podniosła się. Uśmiechnęła ponownie. Z ust ciekła jej krew, a w dolnej szczęce brakowało zęba. Zaczęła gwizdać, to znaczy, bardziej próbowała, bo chyba nie da się tego robić z wybitymi zębami i ustami pełnymi krwi.

Każdy inaczej radzi sobie z taki szokiem. Jedni płaczą, drudzy stoją jak sparaliżowani. Widzieliśmy nawet ludzi zanoszących się histerycznym śmiechem, na chwilę przed śmiercią. Ale stary, ta kobieta, to coś zupełnie innego.

Zaczęła tańczyć. Matka przed chwilą zamordowanego dziecka, w sukni całej we krwi, tańczyła wokół świeżych ciał swoich bliskich. Pogwizdując.

Stwierdziliśmy, że mamy dosyć. Opuściliśmy tamto miejsce tam szybko jak to było możliwe. Będąc już jakieś pół kilometra za wioską, obejrzałem się ostatni raz, aby zobaczyć horror, który spowodowałem. Widok był przerażający, nawet dla mnie. Cała wioska była niespotykanie cicha. Żadnego dźwięku. Widziałem tylko tą kobietę, tańczącą pośród zwłok. To była najdziwniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałem.

Odeszliśmy stamtąd i nie rozmawialiśmy więcej o tamtej sytuacji. Sądziłem, że uda mi się zapomnieć o tym wszystkim, że wrzucę to do worka z wojną i że to właśnie wojna stanie się wymówką dla tych wszystkich okropieństw. I nawet mi się to udało. Do 24 grudnia 1994 roku.

24 grudnia, to, jak zapewne wiesz, wigilia Bożego Narodzenia. Dla nas i dla Muzułanów, niewiele to znaczyło, ale Chorwaci obchodzili to święto. Nawet w zamęcie wojennym, mieliśmy poszanowanie dla świąt innych. Nikt nie atakował nas w czasie naszych świąt, Katolicy nie byli nękani w trakcie Bożego Narodzenia i Wielkanocy, Muzułmanie byli bezpieczni w okresie Ramadanu. To zabawne, że w nieludzkich czasach, ludzie starają się czasem zachowywać po ludzku.

Moja jednostka zajęła pozycję na wzgórzu, niedaleko Sarajeva. Umiejscowienie było idealne, mieliśmy doskonały widok na całe miasto, w dodatku budynek, w którym stacjonowałem, był wyśmienitym lokum dla snajpera. Każdego dnia, Muzułmańska armia traciła kilku lub kilkunastu żołnierzy dzięki mnie. Z racji katolickiej wigilii, wysłałem swoich ludzi, do niedalekiej wioski, aby zaznali trochę snu. Nie spodziewaliśmy się żadnych akcji tej nocy. Osobiście, czułem się wtedy bardzo wypoczęty, więc zgłosiłem się na ochotnika trzymania warty w budynku. Miałem przy sobie swojego wysłużonego kałacha i karabin snajperski. Osłody dodawała butelka whisky, zdobyta poprzedniego dnia.

To była cicha, zimna noc. Przed oknem miałem wygodną ławę, więc cały czas tam siedziałem i monitorowałem otoczenie. Używałem śniegu do schłodzenia trunku, wiem, że to barbarzyństwo, ale, cholera jasna, była wtedy wojna.

Około 3 w nocy, butelka była już do połowy odpita. Chciałbym tutaj nadmienić, że ani trochę nie byłem pijany, o nie. Trzeba dużo, dużo więcej, żeby otumanić starego Mijo.

Siorbiąc alkohol, zrozumiałem, że coś jest nie tak. Było, bardzo, ale to bardzo cicho. Wiadomo, święta, chwilowe zawieszenie broni, ale to nie to. Wyszedłem na chwilę na zewnątrz, żeby to sprawdzić, ale niczego nie widziałem. Tylko śnieg. Wróciłem więc do środka i chwyciłem za szklankę. Jednak piłem dużo wolniej i byłem dużo ostrożniejszy.

Po kilku godzinach musiałem chyba troszkę przysnąć, bo obudził mnie głośny huk. Eksplozja. W mieście. Nic co powinno mnie obchodzić. Pewnie jakiś Serb wysadził samochód, żeby zrujnować Chorwatom święta.

Pomimo tego, że wybuch nie powinien mnie obchodzić, zdwoiłem czujność. Porozmawiałem chwilę z Valdo, kolegą z oddziału, przez walkie-talkie. Powiedział, że u nich wszystko w porządku. Poza echem wybuchu, cisza i spokój. Trochę więc wyluzowałem. Jednak po chwili coś usłyszałem. Wstałem i po cichu uchyliłem okno. Nie był to wybuch, nie były to również strzały.

Dźwięk przypominał... pogwizdywanie.

Część druga: http://straszne-historie.pl/story/10464-Gdy-kolor-zolty-przybiera-barwe-krwi-Czesc-II-Kolysanka-w-ciemnosci

Autor: inaaace
Źródło: reddit.com
Tłumaczenie: SeventhSeal
Źródło: http://www.reddit.com/r/nosleep/comments/15eein/when_yellow_turns_red_the_story_of_a_serbian/
Oceń:
4
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!