Całkiem realny DEMON

Dodane przez: gaary, 26.03.2015, 19:34
Reklama:
W zeszłe wakacje wybrałem się na urlop na Mazury, nad jedno z malowniczych jezior. Szukałem miejsca, w którym mógłbym odpocząć od ludzkich spraw - tych takich, które przepełniają codzienność i ustalają rytm tygodnia. Znalazłem ogłoszenie w internecie. Różniło się od pozostałych... nawet zdecydowanie. Gość, który je wystawił nie zachwalał, nie wymyślał i nie zachęcał. Dodał tylko jedno zdjęcie, wspomniał, że dom stoi na odludziu i wynajmie go za bezcen. Zapisałem sobie jego numer telefonu, poszedłem zjeść kanapkę i zadzwoniłem. Nie odebrał od razu, oddzwonił do mnie po chwili.

- Halo! - odezwał się ciężki, męski głos. Oczami wyobraźni widziałem wielkiego drwala, który właśnie wrócił ze zlecenia na Alasce albo kierowcę olbrzymiego tira, wiozącego bale drewna, co to je ten pierwszy niedawno ściął.
- Witam! Ja w sprawie ogłoszenia - odpowiedziałem i zdałem sobie sprawę, że mój głos, przy jego, przypomina dziecięcy.
- Ogłoszenia?
...Rzeczywiście. Powinienem powiedzieć jakiego.
- Znalazłem w internecie ogłoszenie wynajmu domku na Mazurach. Pan jest ogłoszeniodawcą?
- Tak, jestem, ale to żaden domek, to dom. Jest pan zainteresowany?
- Naturalnie. Chciałem zapytać o cenę oraz ewentualne wolne terminy w okresie letnim.
- Stówka za dobę, to moja cena. Jak chodzi o terminy, to nie będzie problemu. Przyjeżdżaj pan, kiedy chcesz, tylko wcześniej do mnie zadzwoń. Od dwóch lat nikt go nie wynajmował.
- Od dwóch lat? - Zdziwiłem się i nabrałem trochę dystansu.
- Właściwie to dwóch i pół. Czy to dla pana problem? - Zabrzmiał agresywnie.
Zastanowiłem się chwilę.
- Jeśli tylko nie jest to równoznaczne z zaniedbaniem, to żaden problem.
- Dom jest w jak najlepszej kondycji, o to nie musi się pan martwić. Płacę jednej dziewczynie z miasteczka, żeby tam zaglądała raz w tygodniu, trochę sprząta i wietrzy. Ja, gdy tylko jestem na miejscu, zawsze wszystko sprawdzam. Pan się nie martwi, jest na poziomie.

Dalsza gadka przebiegała już w typowy sposób. Poprosiłem o dokładniejsze szczegóły oraz numer konta, na które mam wpłacać kasę. Gość udzielił mi informacji, których potrzebowałem... A wszystko to robił tym swoim grubym głosem... Nie mogłem wyjść z podziwu.

Rozłączyłem się i uśmiechnąłem sam do siebie. Wydawało mi się, że znalazłem idealne miejsce by odpocząć. Nie miałem pojęcia, jak bardzo się mylę.

W połowie lipca z tylko jedną, nieszczególnie wielką walizką wsiadłem do samochodu i ruszyłem w czterystukilometrową trasę. Większość z niej to autostrada - zleciało szybko. Dojechałem na miejsce nie błądząc dłużej niż to dopuszczalne, nawet pomimo problemów z nawigacją. Nie ma się co dziwić, do takich miejsc jak to, w którym stał mój domek... O przepraszam! - dom, nie dociera ani satelita, ani ci, co się zajmują tworzeniem drogowych map. W zasadzie to była dobra wiadomość. Miałem dość asfaltu, silników, samochodów, stali, betonowego cienia, a nawet dość tych satelitów.
Dom wyglądał bajecznie. Nie sądzę by każdy z was był skłonny tak go nazwać, jestem pewien, że żadna z fejsbukowych nastolatek. Dla mnie, drewniana chata, z werandą z widokiem na zachód, oddalona od jeziora o tyle ile jego woda podczas wiatru wdziera się w głąb lądu, to spełnienie marzeń. Widziałem już siebie z kubkiem gorącej herbaty w otoczeniu drzew, kwiatów, wygrzewającego się na słońcu. To było to! ...To miało być to.

Zadzwoniłem do właściciela (kierowcy wielkiego tira), powiedziałem mu, że jestem na miejscu i wszystko jest w porządku. Chyba próbował udać, że się cieszy, ale nie najlepiej mu to wyszło, odniosłem wrażenie jakby sobie pomyślał „No ok, bądź sobie, co mnie to interesuje". To już nie miało znaczenia. Niech sobie myśli co chce. Liczy się, że mam ten dom na czternaście letnich dni.

Wnętrze było skromne, ale nie brakowało niczego, co było niezbędne. Znów sądzę, że nie każdemu by się to spodobało, ale dla mnie był to idealny układ. Zależało mi tylko na tym bym był sam, miał za sąsiadów tylko faunę i florę, a nocami mógł słuchać wyłącznie ciszy. Nie byłem zdziwaczałym gościem, który ćwiczy jogę, w wolnych chwilach medytuje i jest o krok od nauczenia się lewitacji. Zdecydowanie nie byłem, ale cholernie lubiłem odpoczywać w towarzystwie własnych myśli, wydaje mi się, że one również lubiły wypoczywać w moim towarzystwie. To uczciwe i wygodne... ale może przez to nie znalazłem sobie żony. Mam już czterdzieści dwa lata i raczej nigdy tego nie zrobię, chociaż będąc młodym bardzo chciałem.

Ale mniejsza z tym.

Pewnie jest wśród was kilku takich, jak ja, którzy chcą się wyrwać ze szponów miastowych układów. Ci będą doskonale wiedzieli jak wspaniale się czułem. To jednak tylko do czasu. Gdyby było tak wesoło, jakbym sobie tego życzył, wcale bym o tym nie pisał.

Co rozsądniejszy od razu zastanowiłby się dokładnie, o co chodzi z tym domem, co jest nie tak, że stoi tu pusty od tak dawna, pomimo swych niezaprzeczalnych uroków. Ja myślałem, że mogę to mieć w nosie. Już pierwszego dnia przekonałem się co jest nie tak, drugiego omal nie popadłem w obłęd, spakowałem się i odjechałem jak najdalej, byle dalej.

Pierwszy dzień spędzałem na zapoznaniu się z domem, z okolicą, trochę wygrzewałem się na słońcu. Uwielbiam wygrzewać się na słońcu, pokusiłem się nawet na kąpiel w jeziorze, nago. Woda była idealnie letnia, a ja poczułem się wolny. Myślałem sobie wtedy, to wspaniale, jak niewiele potrzeba bym był szczęśliwy, bo rzeczywiście byłem. Ale przyszedł wieczór, nie mówię, że zrobiło się zimno, ale chłodno, no i ciemno oczywiście. Wróciłem do wynajętego domu z zamiarem przygotowania sobie czegoś do zjedzenia i zapalenia w kominku. Nie musiałem w nim rozpalać, było ciepło, ale wiecie jak jest, chciałem pójść na całość i zadbać o klimat tej swojej osobistej chwili jak najlepiej. No to rozpaliłem. Długo patrzyłem na tańczące płomienie. Z gorącą herbatą w ręku i kocem okrywającym nogi siedziałem na fotelu bujanym. Może i przypomina to trochę starców, ale czułem się zajebiście. Wtedy właśnie miałem z nim pierwszy kontakt, choć nie podejrzewałem z czym, tak naprawdę przyjdzie mi się niedługo zmierzyć. Usłyszałem go. Dźwięk, który nie powinien się w ogóle pojawić, którego nie powinienem słyszeć. Do dziś przechodzą mnie dreszcze na samą myśl o nim, nawet teraz, gdy piszę. Pojawił się na krótko i zniknął. Wiecie jak to jest, gdy coś pojawia się na chwilę i po raz pierwszy. Wtedy wszystko zdaje się niewinne, tak samo sobie pomyślałem i nie zaprzątałem sobie tym głowy. W zasadzie to na początku uważałem, że to normalne. Co, miałem się bać? Jestem za duży.

W nocy wszystko się nasiliło. Położyłem się do łóżka i nakryłem kocem. Byłem zmęczony, wstałem wcześnie rano, żeby dojechać na czas na miejsce. Myślałem, że od razu zasnę. Nic bardziej mylnego. Słyszałem je wszędzie. To już nie był pojedynczy dźwięk, było ich mnóstwo, z każdej strony. Czułem się otoczony, ale nic nie mogłem zrobić. Nikogo nie widziałem, nic nie widziałem. Tylko te dźwięki. Doprowadzały do szału, nie potrafiłem tego znosić. Nakryłem głowę kocem. To trochę pomogło - ucichły albo nie słyszałem tak dokładnie. Gdy zrobiło się gorąco i musiałem się odkryć, znów zacząłem słyszeć wszystko bardzo wyraźnie. Nie spotkałem się z czymś takim nigdy wcześniej, w żadnym innym miejscu. W końcu zasnąłem, gdy obudziłem się rano było cicho, dźwięki ustały, a ja słyszałem tylko kilka ptaków za oknem i szum delikatnego wiatru - to, po co tu przyjechałem. Ale w pamięci miałem noc i późny wieczór. Myślałem sobie, że ktoś oprócz mnie mieszka w tym domu. Ktoś, kto uważa, że wkroczyłem na jego teren. Nie podobało mu się to, mnie też się to nie podobało, ale bałem się, że nie będę mógł z tym w żaden sposób walczyć.

Drugiego dnia pogoda była jeszcze lepsza niż pierwszego, nieba nie zdobiła najmniejsza chmurka, było idealnie błękitne, a słońce grzało jak szalone, czyli tak jak lubię. W normalnych okolicznościach czułbym się jak w raju, ale w ówczesnych czułem się, co najwyżej, jak na święta bożego narodzenia, niby szczęśliwy, ale gdzie tam do raju.

W godzinach okołopołudniowych przyszła do mnie młoda dziewczyna. Ukłoniła się, przedstawiła i zachowywała bardzo miło.
- Zaglądam tutaj raz w tygodniu, na polecenie właściciela. Doglądam czy wszystko jest ok, ewentualnie ścieram kurze. Pomyślałam, że może się panu do czegoś przydam albo w czymś pomogę?
To bardzo miło z jej strony. Nie sądziłem, że to możliwe, by nastoletnia dziewczyna z własnej woli oferowała bezinteresowną pomoc. Pozytywnie mnie to zaskoczyło, choć musiałem ją rozczarować, bo nie miałem dla niej żadnego zajęcia.
- Dziękuje ci, ale nic takiego nie będzie konieczne. Jestem dorosłym facetem, radzę sobie dobrze. Mimo wszystko, to bardzo miło, że pytasz.
- Rozumiem, w takim razie życzę miłego wypoczynku i żegnam pana. - Mówiąc te słowa wyglądała na rozczarowaną, zauważyłem to, zastanowiło mnie to. Myślałem, że sobie pójdzie, ale ona stała jeszcze chwilę, tak jakby chciała coś powiedzieć, ewentualnie o coś zapytać. Ośmieliłem ją nieco.
- Jest coś jeszcze?
- Właściwie tak. Przyszłam tu, by panu coś powiedzieć... O tym miejscu.
A to ciekawe - pomyślałem.
- Słucham.
- To nie jest dobre miejsce, nie powinien pan tu wypoczywać... To najgorsze miejsce do wypoczynku.
- Dlaczego tak uważasz?
- Nie dziwiło pana to, że od prawie trzech lat dom stoi pusty?
- Na początku nieszczególnie, przed chwilą trochę, a po twoich słowach cholernie.
- One budzą się wieczorem, i dopiero nad ranem zasypiają. Zauważył pan?
- Kto się budzi? O czym mówisz?
- Na pewno pan zauważył. Nie może pan tu zostać, nikt nie może tu wytrzymać. Z nimi. Musi pan wyjechać, jak najszybciej, dla pana dobra. Po to tutaj przyszłam, by to panu powiedzieć. Niech pan spakuje się jeszcze dziś. Ten las to ich siedziba. - Skinęła głową w kierunku gęstego pasa sosen, ciągnącego się wzdłuż linii północnego horyzontu. - W dzień się w nim kryją, wieczorem, gdy słońce zachodzi wychodzą na zewnątrz. Są okropne, przerażające. Nie może pan tu zostać! Nie może! - właściwie krzyknęła i pobiegła w kierunku ścieżki wzdłuż jeziora.

Nie zdążyłem nic odpowiedzieć, zostawiła mnie samego ze swoimi myślami, tymi, które podobno lubiłem... w tamtej chwili nie byłem tego taki pewien.
Dzień raczej nie minął mi miło. Myślałem o wieczorze, o nocy, a gdy już nadeszła w ogóle nie spałem.
Było ich jeszcze więcej.
Były wszędzie - Miałem pewność, chociaż żadnego nie widziałem.
Zapalenie światła nic nie dało. Pokój stał pusty, ale one nie przestawały. Cały czas je słyszałem. Zrozumiałem jak wielki błąd popełniłem przyjeżdżając w to miejsce. Okropny dźwięk wdzierał się głęboko, gdzieś tam w centralny punkt mózgu. Przynajmniej tak się czułem. Wiedziałem, że z każdą chwilą są coraz bliżej. Zaczęły mnie kąsać. Jeden za drugim, w okropny sposób. Nie potrafiłem nic zrobić, to jakieś niewidzialne stwory. Po godzinie zdało mi się, że jeśli za chwilę nic się nie wydarzy albo, jeśli nic nie zrobię, po prostu pożrą mnie żywcem. W pewnym momencie jeden z nich ośmielił się na dużo więcej niż reszta dotychczas.

Poczułem okropny ból.

Zaświeciłem lampkę nocną ustawioną przy łóżku. Zobaczyłem go, siedział na mnie, był obrzydliwy... Demon! Demon tamtego miejsca, ten, który za dnia chowa się przed światłem w przeklętym lesie, a nocą wychodzi ze swoją rodziną na polowanie. Nie zastanawiałem się długo.

Mimo tego, że siedział na moim nosie potraktowałem go mocnym uderzeniem otwartą dłonią. Poczułem jak niewielka ilość chłodnej, maziowatej krwi rozbryzguje się na mojej twarzy. To była moja krew.

Zrobiłem jak należy, bo właśnie tak postępuje się z... komarami, ale to nic nie pomogło, atakowały jeden za drugim, a czasami w dwójkach, trójkach albo czwórkach jednocześnie. Nie nadążałem z zabijaniem. Może i były powolne, ale w niewielkim pokoju było ich więcej niż Chińczyków w wielkim kraju. Kąsały raz po raz, a właściwie bez przerwy. Koc przestał pomagać, i pod niego, a być może przez niego się przedostawały. Przy tym wszystkim ten okropny dźwięk, to bzyczenie, wszędzie wokół. Nie mogłem już dłużej, nie dawałem rady po prostu. W tamtej chwili zrozumiałem doskonale, czemu nikt tu nie chce przyjeżdżać i sam również już nie chciałem.
Wziąłem się w końcu w garść. Miałem dość czekania aż zjedzą mnie do suchych gnatów. Wstałem, ubrałem się, spakowałem i od razu wyjechałem.

Jeszcze tej samej nocy wróciłem do domu. Górny Śląsk przywitał mnie dokładnie tym, przed czym uciekałem na Mazury, ale wiecie co? Gdy patrzyłem na swoje bąble, to nawet Bytom mógłby być spoko.
Źródło: Moja wyobraźnia zaledwie
Oceń:
16
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!