Dakar

Dodane przez: fugi, 29.04.2015, 22:06
Reklama:
Zza wydmy wyłoniło się zachodzące słońce. Pojazd wdrapał się na szczyt piaskowej góry, silnik zaryczał z wdzięcznością. Ari odetchnął i wrzucił wyższy bieg.
- Teraz prosto dół i zakręt sześćdziesiąt prawo – powiedział Bern. Przetarł oczy chusteczką. We wnętrzu auta musiało być około 45 stopni i pot lał się z czoła strumieniami.
- Daleko? – spytał kierowca.
- Około kilometra, pewnie za tym pagórkiem.
Pojazd rajdowy ruszył w dół zbocza, na boki wyrzucał fale piasku.
- Jeszcze kawałek, Ari.
- Wiem, wiem – mruknął kierowca i przetarł czoło. Było to niezwykle trudne z powodu kasku rajdowego i trzymania kierownicy trzystukonnego wozu sunącego po pustyni.
Pojazd znalazł się na płaskim podłożu. Wdepnął gaz, ogromna siła wcisnęła ich w fotele.
- O już widać!
Zza piaskowego pagórka wyłoniła się oaza z kilkoma palmami, otoczona namiotami. Na większości z nich były loga firm samochodowych. Ari skierował pojazd w tamtą stronę.
Widok zbawiennego obozu szybko rósł im w oczach. Mieli naderwaną tylną półoś i natychmiast trzeba było ją wymienić. To cud, że wytrzymała aż tak daleko.
Przejechał bramki kończące ten odcinek na pełnej prędkości. Mężczyzna po prawej stronie mety zanotował ich czas. Miał ogromne gogle ochronne chroniące jego oczy przed piaskiem. Cały był w kurzu i wyglądał na kogoś, kto chciałby być teraz w całkowicie innym miejscu niż środek pustyni.
Kierowca powoli zaczął wyhamowywać, rozejrzał się i zauważył dwa namioty całe obklejone znakiem Peugeota i firmy Camel. Podjechał do rampy naprawczej, dookoła zaczęli grupować się mechanicy w kombinezonach rajdowych.
Ari wyłączył silnik, nagle otoczyła go całkowita cisza mimo krzątających się ludzi wokół. Dopiero po chwili zrozumiał, że jego bębenki muszą przyzwyczaić się do braku dźwięku pracy silnika, który towarzyszył mu przez ostatnie siedem godzin.
Razem z pilotem wysiedli z pojazdu. Natychmiast podbiegł do niego niski francuz z wąsem. W kombinezonie roboczym wyglądał jak Mario z tej gry dla dzieci. Kierowca zdjął przepoconą rękawicę, podał mu rękę i spytał:
- Ile?
- Dla stałych klientów, dwadzieścia pięć minut – wąsaty mechanik wyszczerzył zęby.
Ari parsknął śmiechem i wszedł do namiotu.
W środku czekał już szef jego ekipy rajdowej. Siwy mężczyzna wyznaczał cyrklem trasę na dużej mapie. Miał na sobie krótkie spodnie i koszulę i w pustynne khaki. Wyglądał jakby zaraz miał się wybrać na safari z żoną i dziećmi.
Nawet nie spojrzał na Ari’ego i Berga.
- O dwanaście minut gorszy czas niż pierwsza ekipa, panowie.
Rajdowcy spojrzeli po sobie. Żaden z nich nie spodziewał się pochwał. Ale taka już była natura ich szefa. Dwa lata temu jak zajęli drugie miejsce w rajdzie Monte Carlo, starszy mężczyzna podszedł do nich, podał rękę i powiedział „Oby w przyszłym roku poszło Wam lepiej, panowie”. Cały Gerard, wieczny pesymista.
- Podejdźcie tutaj.
Otoczyli stół z mapą pustyni. Szef wprowadził ich w sytuację.
- Przed wami odcinek specjalny, panowie. Kawał, jebitnej pustyni. Zabierzcie dużo wody, bo jeśli coś wam się stanie z autem, pomoc dotrze do Was tylko ze startu albo mety. Jak wam się rozkraczy w połowie, to możecie czekać nawet cztery, pięć godzin.
Pokiwali głowami.
- Jakieś oazy po drodze, Gerard?
Mężczyzna poprawił okulary na nosie.
- Nic, a nic, nawet kałuży. Przygotujcie się na ciągłą jazdę, ale na mecie wam się spodoba. Słyszałem, że montują tam trybuny, zjedzie się trochę kibiców. Pewnie nawet załatwią szampana.
- Szefie, w takim razie będziemy pędzić na złamanie karku! Kij z widownią, ale szampana nie odpuszczę! – zawołał Berg.
Obaj się roześmiali. Gerard wygiął tylko usta, na kształt czegoś co możnaby nazwać krzywym uśmiechem.
- Odpocznijcie chwilę i ładujcie się do auta, panowie – mruknął.

Po niecałej godzinie znów byli w trasie. Obóz mechaników zniknął za wydmą jakieś dwie godziny temu. Zaczynało się już ściemniać. Pustynia zapadała w sen.
- Bardziej na północ, Ari, trzydzieści stopni, prawo, wyrównaj.
Kierowca posłusznie skręcił kierownice lekko w prawą stronę. Po lewej wystrzeliły w powietrze tumany piachu. Koła starały utrzymać przyczepność do podłoża.
- Dasz radę szybciej?
- Tak ci się śpieszy do tego szampana?
- Nooo! I może jakieś fajne modelki przy podium będą!
- Haha, marzyciel! Pewnie w czarnych płachtach tylko z otworem na oczy! – zawołał kierowca.
- A spierdalaj. Równo, dwadzieścia stopni, prawo.
Ari wdepnął gaz. Cylindry zaczęły pracować szybciej, auto przyśpieszyło.
Tarcza słońca zniknęła za pustynnym horyzontem. Przecięli kolejną wydmę i zaczęli zjeżdżać w dół.
- Berg, włącz mi reflektory przednie. Ledwo widzę!
- Zaraz, jeszcze się do końca nie ściemniło.
Ari sięgnął ręką w stronę włączników po stronie pilota.
- Kurwa, mówię ci czwarty raz, że słabo widzę w nocy, a ty mi kolejny odcinek powtarzasz, że...
- Trzymaj kierownicę! Zaraz ci je włączę, już!
Nagle ciemny kształt wyłonił się kilka metrów przed maską.
- O KURWA!
- Ari, zaham....!
Ari wdepnął hamulec, ale było już za późno.
Pojazd wjechał w czarne coś, głuchy dźwięk uderzenia przetoczył się po okolicy.
Potrącone zwierzę przetoczyło się przez maskę i zniknęło gdzieś po lewej. Ari natychmiast o nim zapomniał. Miał większe problemy na głowie.
Przez tak gwałtowne hamowanie, koła pojazdu nie mogły złapać przyczepności. Sunął po piasku praktycznie bezsterownie z zawrotną prędkością.
- Wyrównaaaaaaaaaj! – Berg starał się przekrzyczeć ryk silnika i przezwyciężyć siłę odśrodkową, która wbijała go w drzwi pasażera.
Obróciło auto na bok. Ari robił wszystko co w jego mocy, żeby pojazd nie dachował.
Nagle głuchy trzask oznajmił, że w coś znowu uderzyli. Sztywność uderzenia wskazywała na jakiś kamień albo drzewo.
(drzewo na pustyni, kurwa?)
Auto wyleciało za wydmę, obróciło dwa razy, bokiem ssunęło się z niej i zatrzymało w piaskowej zaspie.
Kierowca i pilot siedzili bez ruchu. Silnik wyłączył się automatycznie. Kurz i piasek powoli opadał.
Pierwszy odezwał się Ari:
- Cały?
- CO TO KURWA BYŁO?
- Daj spokój, stary, przecież to coś wyrosło dokładnie przed nami, pewnie wstało z ziemi...
- Ale CO to było?
- Pewnie wielbłąd tam spał i go obudziliśmy.
- KURWA!
- Co?
Berg pokręcił głową.
- Za stary na to jestem.
- Lepiej sprawdźmy co z wozem.
Wysiedli z auta.
Od razu jękneli, gdy zobaczyli dopiero co zreperowaną półoś.
- Jesteśmy udupieni – mruknął Berg.
- Kurwa.
Na pierwszy rzut oka wiedzieli, że nie uda im się jej zreperować. Mieli narzędzia, ale potrzebowali części zamiennej, żeby mogła poprawnie działać.
- Dzwonimy po pomoc?
- Tak.
Berg wrócił do auta i uruchomił radiostację.
Kierowca rozejrzał się po pustyni. Zaczynało się robić chłodno, piasek przybrał ciemną barwę.
Po kilku minutach z auta wyłonił się pilot.
- Jest problem, ściągają ekipę Toyoty i mogą być tu dopiero za cztery godziny.
- No to nic, czekamy.
Władowali się na swoje miejsca w pojeździe i przykryli zapasowymi kombinezonami rajdowymi.
- Szkoda, że wywaliliśmy normalne radio z auta, też żeś pewnie kaset zapomniał?
Ari parsknął śmiechem.
- Sam chciałeś odelżyć auto do maksimum, Berg.
Chwilę leżeli w milczeniu i patrzyli na niebo. Nagle pilot podniósł się i otrzepał z piachu.
- Pójdę sprawdzić w co przywaliliśmy – powiedział Berg.
- Po co?
- A co robić? Mamy co najmniej cztery godziny siedzenia na dupie, zanim ktoś po nas przyjedzie.
Rzucił kask obok auta i ruszył na szczyt wydmy.
Wszedł na jej wierzchołek i rozejrzał się. Piasek powoli już zasypywał ślady opon, ale nadal widoczne było miejsce zderzenia. Obok coś czarnego wyraźnie wyróżniało się na tle piachu. Ruszył w dół wydmy.
Włączył latarkę i podszedł do czarnej bryły. Była wielkości około półtora metra i zawinięta w jakieś łachmany.
- Nie jest to na pewno wielbłąd – mruknął Berg. Zaciekawiony zwrócił się w stronę miejsca wypadku. Z piachu wystawały części ich pojazdu, które musiały odpaść w wyniku uderzenia.
Nagle zamarł. Skierował światło latarki na leżące części. Zobaczył na wpół zasypany element przekładni napędowej. Oczy mu się zaświeciły.
(Naprostować, lutownicą zabezpieczyć, osłona na półoś...)
Te słowa przeleciały mu przez głowę jak porwane przypadkowe rzeczy wokół oka cyklonu.
Uda się go naprawić! Będzie z tym trochę roboty, ale da radę! Ruszył w stronę cennego znaleziska. Przetarł oczy, żeby się upewnić, że to nie jest fatamorgana. W końcu nie wiedział, czy jest możliwe zobaczyć takie złudzenie także w nocy.
Schylił się i podniósł część zawieszenia.Wyglądał jak gwiazda filmowa, która właśnie otrzymała statuetkę Oscara za swoją rolę życia.
- Ari!!!! Chodź!!! – zawołał.
Nagle za sobą usłyszał jakiś szelest. Odwrócił się i zwrócił snop światła w stronę czarnego kształtu.
Krzyknął i przewrócił się na ziemię.
Na ziemi nie było żadnego czarnego konturu dziwnej bryły.
Szybko podniósł się z piasku. Obrzucił pobliskie wydmy światłem latarki. Ale w ciemności nic nie było widać, nawet światło rzucane przez gwiazdy nie pomagało.
Przycisnął kawałek przekładni do siebie, jakby niósł małe dziecko. Drugą ręką trzymał latarkę. Czuł każde uderzenie swojego serca.
Postarał się uspokoić oddech, tak jak uczyli go na szkoleniu pilotów rajdowych wiele lat temu.
(Nie szkolili nic o takich sytuacjach kurwa mać)
Zduszone warknięcie gdzieś po prawej stronie sprawiło, że włosy stanęły mu dęba. Od razu obrócił się w tamtą stronę, ale w mroku nocy widział tylko piasek mieniący się w świetle gwiazd.
Ścisnął mocniej znalezisko i powoli ruszył w stronę swojego auta. Starał się iść tyłem i światłem latarki wychwycić to coś, co przed chwilą leżało martwe. Widział tylko wyżłobiony mały lej, w którym to coś wcześniej leżalo.
Nagle usłyszał za sobą cichy pomruk. Tuż za swoimi plecami.
Jęknął cicho i się odwrócił.
Srebrna przekładnia napędowa wypadła mu z rąk i wylądowała w piasku.



Krzyk Berga zerwał Ari’ego z półsnu. Przez sekundę oszołomiony omiótł wzrokiem pustynię i zepsuty pojazd, dopiero po chwili neurony w jego mózgu zaskoczyły.
(No tak, na pustyni, krzyk)
Czy to był zwykły krzyk, czy wrzask paniki?
Przez chwilę siedział w ciszy i myślał, że to wyobraźnia zrobiła mu dowcip. Rozglądnął się, czy gdzieś w pobliżu widać Berga. Sięgnął po ostatnią butelkę wody.
Nagle kolejny wrzask rozdarł ciszę pogrążonej w nocy pustyni. To nie był normalny okrzyk.
Zerwał się na nogi i zawołał:
- Berg!
Ruszył w stronę, w którą wcześniej skierował się jego przyjaciel. Po chwili zastygł w miejscu, odwrócił się i wrócił do auta po klucz francuski. Chwycił go i pobiegł na szczyt wydmy.
Na szczycie pochylił się, żeby złapać oddech i rozglądnął się. Jego uwagę od razu przykuła jakaś sylwetka człowieka. Ruszył w tamtą stronę.
Po chwili zauważył, że ta postać klęczy.
- Berg? – szepnął.
Zobaczył wyszyte logo Peugeota na kombinezonie rajdowym, w który klęcząca postać była ubrana.
Zrobił kilka kroków w jego stronę. Znajdował się już jakieś dwa metry od niego.
Nagle Berg się odwrócił. Zrobił to tak szybko, że Ari odskoczył do tyłu.
Poczuł jak włosy jeżą mu się na głowie.
Widok twarzy swojego przyjaciela sprawił, że klucz francuski wypadł mu z rąk.
- Boże... co się... ?
- CZARNY!!!!!!!! – ryknął pilot. Jego oczy dosłownie wychodziły z orbit. Było to widać nawet po ciemku. Cały się trząsł.
- Co czarny? – spytał Ari. Nigdy nie widział swojego przyjaciela w takim stanie.
- CZARNY CZŁOWIEK!!!!!!
Nagle Berg rzucił się na kolanach w jego stronę. Ari próbował się odsunąć.
- Ej, czekaj, cze... – nagle znieruchomiał, gdy tamten padł na ziemię i przytulił się do jego nogi. Zastygł w pozycji embrionalnej.
Po chwili do uszu kierowcy dobiegł cichy płacz jego pilota. Zaczął cały dygotać.
- Boże, Berg co ci się stało? – spytał, ale nie doczekał się odpowiedzi – Wstań, człowieku.
- To czarny człowiek.
- Jaki, do cholery, czarny człowiek???
Mężczyzna spojrzał na kierowcę przerażonym wzrokiem. W jego niebieskich oczach odbiło się światło gwiazd. Ari znów poczuł jak włosy stają mu dęba.
- Czarny jak smoła, Ari.
Kierowca miał już tego wszystkiego dość.
- Weź się w garść, Berg. Wstawaj!
Nagle oczy Ari’ego zalśniły w ciemności, gdy spojrzał na leżący przedmiot na ziemi.
- Czy to...?
Pilot nawet nie spojrzał, dalej cały dygotał i kurczowo trzymał się jego nogi.
- Co? Przekładnia? Tak, znalazłem ją, gdy ten czarny człowiek za... ARRRRRRRRGHHHH!!!
Berg rzucił się na ziemię i zaczął podrygiwać w konwulsjach jakby miał atak padaczki.
- Boże, co ci jest? Nie mogłeś dostać udaru słonecznego w nocy! Berg! BERG!
Klęknął, podniósł przyjaciela na wysokość swojej twarzy, w ciemności widział wywrócone białka oczu pilota.
- Nie, NIE! Czarni, boże, czarni wszędzie... CZARNY!!!!!
Ari chwycił go mocno za fraki i sprzedał mu solidnego liścia w policzek.
- OGARNIJ SIĘ!!! BERG! – zawołał.
Pilot zamilkł zdziwiony i zaczął tylko cicho łkać i pociągać nosem.
Chyba zaczął wracać do siebie. Po chwili potrząsnął głową i rozejrzał się dookoła.
- Gdzie? Co ja...?
Przyjaciel odetchnął z ulgą.
- Chłopie, jak dobrze, że wróciłeś.
- Co się stało? Zemdlałem?
- Nieważne, opowiem ci później, lepiej mi powiedz, czy to jest rzeczywiście to co myślę – powiedział wskazując metalową część lśniącą w blasku księżyca.
Pilot podążył zamglonym wzrokiem za jego palcem. Po chwili odpowiedział tylko:
- Yhy...
- I jakby to zlutować z półosią to wtedy...
- Yhy.
- Boże, czyli jeśli...
Berg kolejny raz kiwnął głową.
- Yhy.
- Berg!!! Pojedziemy! Wstawaj! Naprawiamy auto i jedziemy na metę, a później natychmiast do szpitala!
Pilot spojrzał na niego tępym wzrokiem.
- Szpitala? – spytał
- No... lepiej stary, żeby ktoś cię obejrzał.
- A co się sta...
- Nieważne chłopie, wstawaj, pomogę ci iść.
Pomógł się podnieść przyjacielowi, wziął go pod ramię i ostrożnie ruszyli w górę wydmy.
- Pierdolone egipskie ciemności, gdzie masz latarkę?
Chwila ciszy. Berg sprawdził kieszenie kombinezonu.
- Zgubiłem? – spytał jakby sam siebie.
- Co? Dobra, nie ma czasu! Mam drugą w aucie, patrz pod nogi, w tych ciemnościach nie zobaczysz nawet własnej dupy!
Pilot parsknął śmiechem. Ari uznał to za znak, że jego przyjaciel czuje się już lepiej. Dla dobra wyścigu i jego stanu uznał, że lepiej na razie nie pytać o te dziwne halucynacje. Będzie na to czas jak rano przekroczą linię mety.
Chwilę wspinali się po wydmie w milczeniu. Jednak pewna rzecz nie dawała mu spokoju. W końcu zapytał:
- Stary, co tam się stało? Znalazłeś to w co przywaliliśmy?
Berg się nie odezwał. Ari stracił już nadzieję na uzyskanie odpowiedzi, gdy usłyszał cichy głos:
- Nie.. Nie pamiętam do końca. – chwila ciszy – zobaczyłem ciało, potem znalazłem tę część, odwracam się, a ciała nagle nie ma...
- Czekaj, czekaj! Jak to nie ma ciała? Mówisz jakbyśmy potrącili człowieka!
- No bo to był człowiek! Odwróciłem się i zobaczyłem go, miał prawie dwa metry wzrostu i był cały czarny i...i... jego czarna twarz, jak poparzona, jak... – przerwał i nagle znów wybuchnął płaczem.
- Ej, Berg, EJ! Spójrz na mnie!
Pilot odwrócił głowę w jego stronę. Ari przez chwilę zapomniał o obecności języka w ustach, gdy zobaczył oczy jego przyjaciela. Wypełniał je strach, paniczny strach dziecka, które uwierzyło w straszną historię opowiedzianą przez starszych kolegów na nocnym biwaku.
Dopiero po chwili otrząsnął się i powiedział:
-Berg! Nie przywaliliśmy w żadnego człowieka! Jesteśmy na środku cholernej pustyni! To na pewno był wielbłąd albo jakieś inne zwierzę! Rozejrzyj się! Gdzieś na sto procent leży...
- Ale ja wi... – pilot próbował mu przerwać.
- Nie ma ‘ale’! Na pewno gdzieś tu leży truchło tego zwierzaka! Chodź idziemy, trzeba rozgrzać lutownicę, naprawiamy auto i spierdalamy z tej pierdolonej piaskownicy!
Odwrócił wzrok od Berga i ruszył dalej.
Pilot ostatni raz obejrzał się na miejsce wypadku. Światło gwiazd i księżyca odbijało się od części karoserii leżących na piasku. A na środku znajdował się w piasku lej, w którym wcześniej widział ten dziwny, czarny kontur.
Był pusty.
Odwrócił się i szybkim krokiem ruszył za przyjacielem.

Mimo ciemności nocy w ciągu dwóch godzin udało im się prawie całkowicie zregenerować uszkodzoną półoś. Nie była to może konstrukcja idealna, ale do mety odcinka powinna wystarczyć.
- Musimy przerwać – mruknął Berg.
- Czemu? Już prawie skończyliśmy!
- Lutownica jest zbyt rozgrzana. Musimy poczekać około godziny, żeby nam się nie rozpadła.
- Cholera.
Ari wstał z ziemi i jego wzrok zatrzymał się na szyi pilota.
- Co ci się stało w szyję?
- Co?
Na karku miał dwie czerwone ranki. Z jednej ciekła mała strużka krwi.
- Masz szramę na karku, kiedy to sobie zrobiłeś?
- Nie... nie wiem, może jak wtedy upadłem? – Berg dotknął swojego karku i tępym wzrokiem spojrzał na swoją krew na palcach.
- Wygląda raczej na jakieś ugryzienie.
- W mordę, myślisz, że węża? – przez chwilę patrzył tępo na kropelki krwi na jego palcu – a jeśli był jadowity?
Ari pożałował, że zauważył tę ranę. Berg należał do osób, które lubią panikować. Co ciekawe, w aucie jako pilot potrafił zachować zimną krew. Gorzej poza nim.
- Nieee, nie to na pewno nic groźnego, jad węża działa już po pierwszych trzydziestu minutach, pewnie się zadrapałeś – powiedział. Co do właściwości trucizny tych gadów mówił prawdę. Ruszył w stronę bagażnika mówiąc:
- Czekaj, przyniosę apteczkę.
- Nic mi nie jest, lepiej pomyślmy co zrobić przez tę godzinę. Świtać będzie dopiero za jakieś dwie godziny.
- Jak to co? Idziemy spać, za godzinę wstaniemy, kończymy robotę i lecimy na metę. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, nadrobimy na następnym odcinku.
Ziewnął i wgramolił się na swoje miejsce kierowcy. Obok niego swój fotel zajął Berg. Pokręcił się chwilę szukając dobrego miejsca.
- Powinni robić wygodniejsze te fotele kubełkowe - mruknął.
- Wygodny książę się znalazł.
- Spierdalaj na drzewo.
Obaj parsknęli śmiechem i każdy powoli zapadł w drzemkę.

Po około godzinie zimno panujące w nocy na pustyni przebudziło kierowcę. Zadrżał i poczuł, że ma gęsią skórkę na całym ciele. Spojrzał na wschód. Widnokręg zaczynał robić się pomarańczowy. Wstawał nowy dzień.
- Godzina chyba minęła, Berg. Hej, wstajemy – mruknął, ale nie usłyszał żadnej odpowiedzi.
-Berg, słyszałeś? Czas wsta... – głos mu się załamał, gdy spojrzał na swojego kolegę.
Jego oczy były otwarte. Patrzyły się na niego, nie, były wręcz w niego wlepione i były całe przekrwione, tak jakby wszystkie naczynka krwionośne w gałce ocznej miały zaraz pęknąć. Choć to nie pierwsza rzecz, którą zauważył. Od razu zauważył kolor jego skóry. Był cały czarny. Jak sadza, a skóra sprawiała wrażenie popękanej skorupy. Jednak nie to było najgorsze.
Najokropniejszy był jego uśmiech. Wyszczerzony uśmiech szaleńca, który właśnie znalazł swoją ofiarę.
Ari nie mógł powstrzymać krzyku, wydarł się na całe gardło.
Nagle Berg się na niego rzucił.
- Berg!!! BERG!!! To ja, BERGGGGGG!!!
Jego zęby z łatwością przebiły kombinezon i pilot wgryzł się w jego szyję.
Wrzask bólu kierowcy rozległ się po całej okolicy. Spróbował odepchnąć kolegę, ale ten zacisnął tylko mocniej zęby.
Resztką sił wymierzył i uderzył napastnika łokciem w klatkę piersiową. Berg zaskowytał i puścił jego szyję. Cios odrzucił go do tyłu. Uderzył głową w szybę.
(wydostać się z auta)
Ari nacisnął klamkę drzwi i wytoczył się na piasek. Był strasznie zimny. Przed jego twarzą na ziemię kapnęło kilka kropel krwi. Przez chwilę patrzył na nie niedowierzając.
(BERG)
Ze środka pojazdu wydobyło się warknięcie. Czarna ręka chwyciła jego stopę.
- Boże, Berg! BEEEERG! TO JA!
Oparł się rękami o ziemię. Drugą nogą kopnął pilota prosto w twarz. Przyjaciel wydał kwik przypominający wrzask zwięrzęcia. Puścił jego stopę i złapał się za wygięty w nienaturalnym kształcie nos.
(złamany?)
Wokół niego pojawiało się coraz więcej plam krwi, górna część jego białego kombinezonu rajdowego zmieniła barwę na czerwoną.
Podniósł się i zobaczył, że pilot próbuje wygramolić się z auta przez drzwi kierowcy. Dopiero teraz zobaczył, że strój jego przyjaciela zaczyna się napinać i jakby pękać. W niektórych miejscach widać było jego skórę. Była cała czarna.
(CZARNY CZŁOWIEK)
Berg spojrzał na niego oczami szaleńca. Białka jego oczu odbijały światło niknących już gwiazd. Wyglądał jak ubrudzony w sadzy strażak, który właśnie wyszedł z płonącego budynku. Tylko że uśmiechał się, a z jego ust spływały strużki krwi.
(mojej krwi)
Pilot wystawił głowę poza krawędź drzwi pojazdu.
- Ty skurwysynu!!!
Ari z całej siły trzasnął drzwiami w monstrum. Wrzask bólu nie przypominał krzyku wydawanego przez ludzką istotę.
Kierowca odwrócił się, chcąc ruszyć na tył auta, ale potknął się o własne nogi. Czuł, że kręci mu się w głowie i coraz bardziej niemiarowo oddycha.
(przerwał mi tętnicę szyjną?)
Upadł na kolana i dotknął ręką swojej szyi. Cała była we krwi. Nagle usłyszał za sobą skrzypnięcie otwieranych drzwi. Spojrzał za siebie.
Z auta wychodził Berg. Miał rozwalone czoło z którego krew zalewała jego całą twarz, ale mimo to patrzył na kierowcę. Patrzył jak na swoją schwytaną zwierzynę, której łatwo nie pozwoli uciec.
Nagle coś zamigotało w pierwszych promieniach wschodzącego słońca. Za tylnym kołem pojazdu leżał klucz francuski.
Na czworaka podsunął się do niego i chwycił ręką. Nagle ogromny ciężar spadł na niego i przygwoździł do ziemi. Ostry ból przeciął jego plecy.
- Berg, ty skur... – wrzasnął.
Zamachnął się ręką na odlew i poczuł jak prowizoryczna broń trafia w jakąś miękką powierzchnię. Do jego uszu dobiegł trzask łamanej kości i pisk bólu.
Podniósł się, nogami przygwoździł przyjaciela do ziemi i zaczął go tłuc kluczem francuskim. Przy każdym uderzeniu strużki krwi wylatywały w powietrze, a czarna twarz pilota powoli zaczynała zamieniać się w krwawą masę.
Pilot wrzeszczał, krzyczał także kierowca, ale nie przestawał zadawać ciosów. Po chyba dwunastym uderzeniu Berg przestał wrzeszczeć, po chwili przestał się poruszać. Ale Ari cały czas uderzał. Dopiero rozbryzgująca się gałka oczna z oczodołu potwora dała mu do zrozumienia, że Berg nie żyje.
Zaczerpnąl powietrza. Piasek latający w powietrzu natychmiast wgryzł mu się w usta. Rozejrzał się dookoła, jakby nie dowierzając gdzie się właśnie znajduje.
Dopiero gdy ponownie zobaczył truchło swojego przyjaciela, zrozumiał że to się stało naprawdę. Odsunął się od niego i przypomniał o swojej ranie.
Nie potrafił ocenić ile stracił krwi, bo na jego kombinezonie była też masa posoki jego kumpla.
(APTECZKA)
Ruszył do auta, wyjął pudełko ze znakiem równoramiennego krzyża, wyciagnął gazę i bandaże opatrunkowe. Oparł się o karoserię auta i opatrzył ranę na szyi.
(pomoc, jak najszybciej pomoc)
Tumany kurzu przelatywały wokół niego coraz szybciej. Zbliżała się burza piaskowa.
Musi dokończyć naprawę. Uda mu się, to tylko kilka minut lutowania.
(Skupić się na tym, nie myśleć, nie ma czasu)

Po chwili wszystko było gotowe. Samemu dał radę zamontować zreperowaną część. Do mety powinna wytrzymać, to tylko jakieś czterdzieści minut na pełnym gazie.
(wytrzyma?)
Burza piaskowa przybierała na sile, w powietrzu zaczęło latać coraz więcej drobinek piasku.
Wrzucił lutownicę za siedzenie pilota i przez chwilę spoglądał na fotel, który w tylu rajdach zajmował jego kumpel.
(Boże, Berg)
Otrząsnął się i ruszył do drzwi kierowcy, żeby odpalić silnik. Odwrócił się jeszcze ostatni raz, żeby zerknąć na ciało jego przyjaciela.
Nagle wydał zduszony okrzyk.
Nie było ciała Berga.
Obok auta znajdowało się tylko wyżłobienie, w którym wcześniej leżało to co zostało z pilota.
(boże, boże, to niemożliwe, boże, ja pierdole, o boże)
Rzucił się do drzwi i pociągnął za klamkę. Odskoczyły od razu. Usiadł na fotelu kierowcy i natychmiast zaczął sekwencję uruchamiania silnika.
Do jego uszu dobiegło kojące nerwy buczenie startu zapłonu.
Nagle ogromna siła uderzyła w lewy bok auta.
Silnik zgasł.
Ari wrzasnął i spojrzał prosto w coś co kiedyś było twarzą jego przyjaciela. Znajdowała się tylko dziesięć centymetrów od niego, a dzieliła ich jedynie cienka szyba.
Postać była cała czarna, a twarz była pokryta zaschnięta krwią. Nie miała gałek ocznych, a nos został zmiażdżony. Jedynie rozpoznawalny był otwór gębowy, w którym gdzieniegdzie tkwiły zęby, które zdołały uniknąc uderzeń klucza francuskiego.
Te pozostałe zęby wykrzywiały się w diabolicznym uśmiechu.
(wynosić się)
Ari przekręcił kluczyki w stacyjce. Pojazd tylko zakasłał.
(KURWA!)
Kolejne uderzenie aż przesunęło auto o kilka centymetrów w prawo. Na szybie kierowcy pojawiły się ryski pęknięć szkła.
(zapal, zapal, błagam, zapal)
Spróbował uruchomić go jeszcze raz, dodatkowo wciskając kilka razy pedał gazu.
Ciszę budzącej się ze snu pustyni nagle przerwał ryk trzystukonnego silnika. Auto całe się zatrzęsło, wszystkie kontrolki zaświeciły się.
- Tak, tak, TAK!!! – krzyknął z radości.
Z zewnątrz dobiegł go wrzask porażki.
Nie oglądając się na monstrum wcisnął pedał gazu i poczuł jak siła ruszającego pojazdu wciska go w fotel.
Ruszył przed siebie, dookoła podniosły się tumany kurzu i piasku, a jego przyjaciel powoli kurczył się we wstecznym lusterku.

Jechał już ponad czterdzieści minut. Burza piaskowa rozszalała się na całego, nie widział dalej niż na dwadzieścia metrów. Wiedział tylko, że musi jechać na wschód, kompas pozwalał mu utrzymać ten kierunek.
(jeszcze trochę, jeszcze trochę)
Rana na szyi bolała go coraz bardziej. Czuł, że opatrunek już dawno przesiąkł sączącą się krwią. Już na początku tego ostaniego odcinka trasy wywnioskował ważną rzecz. Berg został ugryziony przez to COŚ. Nie wiedział czym to COŚ było, ale to teraz najmniej ważne.
Nie wiedział też, czy to rzeczywiście wina ugryzienia przez to COŚ. Ale każdą komórką ciała czuł, że tak właśnie jest.
(jeśli Berg się przemienił tak szybko z taką małą ranką, to mnie dorwie to znacznie szybciej)
Dodał gazu.


Do pustynnego obozu od kilku dni przybywało coraz więcej aut i ludzi. Wszyscy chcieli zobaczyć koniec odcinka specjalnego i triumf zwycięzcy. Teraz wszyscy zebrali się na linii mety. Byli tam dziennikarze, zespoły uczestników rajdu, kibice, a także okoliczni mieszkańcy. Widzowie ustawili się po dwóch stronach drogi, którą wjeżdżało się do obozu.
Komentator zawołał przez mikrofon. Jego głos zwielokrotniły zamieszczone wzdłuż trasy głośniki:
- Na horyzoncie pojawia się kolejny zawodnik!
Głos podniecenia przetoczył się przez trybuny kibiców. Ludzie próbowali coś dostrzec przez tumany kurzu miotane przez burzę piaskową. Prawie wszyscy mieli gogle pustynne, „niedzielni” widzowie kryli się przed piaskiem pod parasolami i kapturami.
- To... To... TAK! To Vatanen i Berg!!!
Krzyk radości rozległ się wśród kibiców.
Pędzące auto właśnie dotarło do pierwszych trybun, jechało na pełnych obrotach.
Ludzie wstawali z miejsc, żeby lepiej zobaczyć cokolwiek przy i tak kiepskiej widoczności.
Pojazd przeciął linię mety odcinka i powoli zaczął wyhamowywać.
- Powitajcie, fińskiego kierowcę, bohatera grupy B, który po raz kolejny...
Auto zatrzymało się przy rampie honorowej, ze wszystkich strony podbiegali do niego mechanicy, reporterzy, ruszyły do niego też hostessy ubrane w obcisłe stroje niosące wieńce laurowe i szampana.
Komentator próbował przekrzyczeć wicher hulający po obozie.
- Przywitacje naszych bohaterów! Wysiadają!!! Nie, chwila... wysiada tylko kierowca. Gdzie jest pilot? Czy wszystko jest z nim w porządku? Uwaga, właśnie pierwsi fani są już przy Ari’m i... – nagle głos mu się załamał.
Od strony auta zaczęły dobiegać przerażone krzyki.
- Co do...? – zdążył spytać komentator, gdy kierowca o czarnej twarzy wgryzał się w swoją pierwszą ofiarę.
Źródło: Twórczość własna
Oceń:
6
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!