Opowieść Karlssona

Dodane przez: marcinov123, 29.05.2015, 11:43
Reklama:
- Mówiliśmy na niego „sowa” albo „nocny pilot”...

Pielęgniarz pokiwał głową i w skupieniu słuchał starca. Karlsson leżał na szpitalnym łóżku, patrząc niewidzącymi oczami w sufit. Kroplówki płynęły przez wenflony w jego żyły, a podpięty do wychudzonej klatki piersiowej kardiomonitor pikał cicho. Leżał na sali sam. Jego liczna rodzina odwiedzała go praktycznie codziennie i płaciła spore pieniądze, żeby miał jednoosobową salę. Nie. Nie była to jedna z tych sytuacji, kiedy rodzina wciska starca na siłę do szpitala, żeby mieć go z głowy. Pielęgniarz widział wiele takich spraw, nauczył się już rozpoznawać ten nerwowy ruch siwej głowy. „Ktoś do mnie? Czy ktoś do mnie przyszedł? Mój wnuk chce mnie odwiedzić?”. Nie. Karlsson miał bliskich, którzy go kochali. Rozmawiali nawet z lekarzem na temat opieki domowej, ale stanowczo odmówił. Pacjent wymagał stałego nadzoru. Dlatego starzec leżał nadal na oddziale. Personel go lubił. Był uprzejmy, nie robił problemów. Lekko zakłopotany swoją niezdarnością i brakiem sił. Nic dziwnego, w wieku blisko stu lat cudem było, że nadal zachował sprawność umysłu.

Pielęgniarz często przychodził wieczorami, kiedy cały oddział już spał, pielęgniarki oglądały seriale w pokoju socjalnym, a lekarz drzemał w dyżurce. Przysuwał krzesło do łóżka i słuchał. Słuchał o wojnie, o podniebnych potyczkach i zestrzelonych, niemieckich samolotach. Historię opowiadane przez kogoś, kto faktycznie to przeżył, były nieporównywalnie lepsze od filmów czy książek. Niemalże słyszał ryk silników i terkotanie karabinów maszynowych. Odwiedzał staruszka zawsze na swojej nocnej zmianie i siedział z nim czasem nawet kilka godzin.

Historia, którą zaczął wczoraj, wydawała się na tyle ciekawa, że specjalnie zamienił się dzisiaj z koleżanką. Przygotował termos z kawą i papierosy. Mimo kategorycznego zakazu dotyczącego całego szpitala, pozwalał czasami staruszkowi na mocnego chesterfielda bez filtra. Skoro ktoś przeżył blisko wiek i całą wojnę walczył jako pilot myśliwca, kilka papierosów nie powinno zrobić mu krzywdy.

- Nocny pilot? – zapytał, a starzec kiwnął głową.

- Tak. Na początku słyszeliśmy tylko opowieści o nocnych nalotach na nasze bazy. Z kilku różnych posterunków, mniej więcej w naszym rejonie. Byliśmy wysunięci najbardziej na wschód, skutkiem czego mieliśmy dość rzadki kontakt z wrogiem. Przynajmniej przez pierwsze miesiące wojny. Potem to się zmieniło, ale o tamtych kampaniach już ci opowiadałem, prawda?

Pielęgniarz pokiwał głową. A potem zaraz potwierdził na głos, kiedy przypomniał sobie, ze starzec jest niewidomy.

- Ale nie mówił pan nic o nocnym pilocie.

- Nie mówiłem - starzec zamilkł na chwilę. Przez moment jakby nad czymś się zastanawiał.

- Obiecaj mi, że wysłuchasz tej historii do końca, zanim uznasz mnie za skończonego wariata, dobrze?

Pielęgniarz spojrzał na niego zdziwiony. Dochodziła dwudziesta druga, za oknem pierwsze krople deszczu zaczynały bębnić w parapet. Zapowiadali dzisiaj burzę z piorunami. „Jak na kiepskim filmie grozy” - pomyślał.

- Niech panu będzie - wyciągnął z kieszeni paczkę fajek. – Może trochę dymu?

Starzec kiwnął głową i wyciągnął powykręcaną przez artretyzm rękę. Pielęgniarz włożył mu w palce papierosa i podniósł zagłówek łóżka. Odpalił chesterfielda sobie i Karlssonowi. Ten zaciągnął się głęboko. Zaczął mówić dalej.

- Miałem przyjaciół w jednej bazie, która została ostrzelana w nocy. Jeden krótki przelot, bezbłędne trafienia. Wtedy, jak stacjonowaliśmy w Normandii. Pamiętasz zresztą.

Pielęgniarz pamiętał bardzo dobrze. Opowieści o misjach z tego okresu należały do jego ulubionych.

- Zniszczyli cztery samoloty i wpakowali serię w namioty mechaników. Na całe szczęście zginęły tylko trzy osoby. Reszta wymknęła się wcześniej pić wódę z pilotami. Fart. A podobno alkohol zabija.

- Latali w nocy? – zdziwił się. Nie dalej jak tydzień temu starzec opowiadał mu o koszmarze lotów przy słabej widoczności. Bez radarów pokładowych, kontroli lotów czy nawet mocnych świateł.

- Latali. Też w to nie wierzyłem, tym bardziej że szwaby nie robiły wcześniej żadnych podejść w dzień. Ale potem ostrzelali jeszcze jedną bazę, trzysta kilometrów dalej. Cały schemat się powtórzył.

Pielęgniarz milczał. Gdzieś w oddali rozległ się pierwszy pomruk burzy.

- Tym razem zdążyli włączyć reflektory, a strzelcy uruchomili jeden karabin przeciwlotniczy. Oddali nawet kilka serii, ale nalot skończył się równie błyskawicznie, jak zaczął. Nie robili okrążeń, po prostu jeden przelot na niskiej wysokości. Perfekcyjne trafienia. Dwa myśliwce, jeden bombowiec. Na szczęście uszkodzili tylko lewe skrzydło. I seria w baraki. Tym razem było gorzej. Czterech.

- Jezu.

- Uwierz mi, wątpię, żeby miał z tym coś wspólnego. Dowództwo bazy się wściekło. Zaczęły się nocne dyżury przy karabinach, ktoś zawsze siedział w pobliżu szperaczy. Wątpiliśmy, żeby atak się powtórzył. Ale czuwaliśmy. Szybko zresztą pojawiły się pogłoski i plotki. Ludzie mówili, że kilka osób, które nie spały podczas ataku, widziało te myśliwce. Lecące bardzo nisko, bez świateł. Podobno były czarne jak noc, ale ja w to nie wierzę. Było zwyczajnie ciemno, a normalne, szare malowanie messerschmidtów wyglądało wtedy praktycznie jak czarne. Nie wierzyłem też w to, co mówiło się kątem w kantynie, kiedy pojawiał się temat nocnych ataków.

- To znaczy?

Starzec milczał przez moment.

- Mówiło się, że za sterami siedzą diabły.

Machnął ręką wskazując na papierosa. Pielęgniarz otworzył okno i wyciągnął ściętą puszkę po Coca–Coli, której używali jako popielniczki. Burza zbliżała się coraz bardziej. Światło błyskawicy rozświetliło na moment pokój, dając znacznie więcej światła niż samotna nocna lampka na stoliku.

- Przylecieli znowu?

Starzec kiwnął głową.

- Nie wiedzieliśmy, jak to robią. Gasiliśmy na noc prawie wszystkie światła, poza tym z kokpitu samolotu w nocy masz fatalną widoczność. Leciałem raz w nocy, i raz w potwornej mgle. Nie chcę powtarzać tego koszmaru.

- Noktowizor?

Starzec zarechotał.

- Uwierz mi, naprawdę gdyby coś takiego wtedy istniało w wersji dla pilotów, chętnie byśmy tego używali.

Pielęgniarz nalał sobie kawy. Zaproponował Karlssonowi, ale ten odmówił.

- Przylecieli jeszcze trzeci raz. Nad naszą bazę. Nie spałem. Nie mogłem spać. Masz tak czasami, że budzisz się w środku nocy, bo czujesz jakiś dziwny niepokój? Zmora dusi, tak mówiliśmy na to w naszym baraku. Wyszedłem na papierosa, kiedy usłyszałem jak nadlatują. Jacobs i Steven też usłyszeli. Mieli akurat zmianę na szperaczu. Od razu je włączyli i zaczęli przeczesywać niebo. I włączyli syrenę. Wszyscy wylecieli jak oparzeni i rozbiegli się po całej bazie. Karabiny od razu podniosły lufy ku niebu. Potem ich zobaczyliśmy. Dasz jeszcze papierosa?

Szybko wyjął paczkę i podał Karlssonowi ogień.

- Faktycznie były czarne – powiedział zaciągając się dymem. – Czarne jak smoła. Bez żadnych malunków, numerów. Kiedy włączyliśmy światła momentalnie zaczęli zwiększać wysokość. Chyba się nie spodziewali. Otworzyliśmy ogień. Ze wszystkich stanowisk. Oni też. Jeden karabin umilkł od razu. Widziałeś kiedyś człowieka trafionego serią z karabinów myśliwca? Ja zobaczyłem. Następnego dnia rano. Z Hermana niewiele zostało. Siedział przy karabinie przeciwlotniczym kiedy oberwał. Paskudny widok.

- Ktoś jeszcze zginął?

Pokręcił głową.

- Dostali ostry łomot, jednego cały czas trzymali w świetle szperacza, a chłopaki pruli do niego jak opętani. Widziałem, jak dostaje... Drugi oberwał tylko w skrzydło i odleciał. Trzeciego nawet nie drasnęli. Uwierz mi, nikt nie zasnął już tej nocy.

Burza przybrała na sile, pielęgniarz wstał i zamknął okno. Mimo że nie było chłodno, zauważył, ze na rękach ma gęsią skórkę. Usiadł z powrotem na krześle.

- Co dalej? Naloty się powtórzyły? – spytał. Skręcało go z ciekawości, jaki był finał tej historii.

- Nie. Ustały równie szybko jak się zaczęły. Nas przenieśli parę dni później do ochrony bombowców. Była wojna. Mieliśmy inne rzeczy na głowie. Ale czasami coś obijało mi się o uszy. Pojawiały się gdzieniegdzie pogłoski o czarnych BF-109 latających w nocy, ale wszyscy traktowali to jak legendy. Widzisz, na wojnie po prostu zbyt wiele się działo, żeby badać każdą taka sprawę, a kilka uszkodzonych samolotów i parę trupów nie robiły dla dowództwa jakiejś dużej różnicy - starzec skrzywił się zdegustowany.

Pielęgniarz był rozczarowany. Dopił kawę z kubka. Zdecydował się posiedzieć jeszcze z dziadkiem kilkanaście minut i iść obejrzeć jakiś film w socjalnym. Może jeszcze przewietrzy pomieszczenie, żeby pielęgniarki nie zrobiły awantury o palenie na sali chorych. Dziadek zrobił dobry wstęp, ale koniec historii był wybitnie nieciekawy. Szkoda.

- Co tak zamilkłeś? - spytał staruszek.

Pielęgniarz wzruszył ramionami.

- Nie nie. To nie koniec.

Wyrzucił niedopałek do puszki i oddał ją pielęgniarzowi.

- Następnego dnia rozmawiałem z Baumanem, który poleciał od razu do radiostacji, praktycznie jeszcze podczas nalotu, żeby zameldować „górze” co się dzieje. Złapał przez moment rozmowę pilotów. Musiał pokręcić coś z częstotliwością. Pech chciał, że nie znał niemieckiego, zapamiętał tylko hasło wywoławcze jakiego używał jeden z nich. Fledermaus Zwei.

- „Zwei” to numer, tak? Fledermaus - Dwa?

- Tak.

- A „fledermaus”?

- To nietoperz… Następnego dnia z sąsiedniej wioski przyszło kilka osób powiedzieć nam, że w nocy nad ich domami przeleciał jakiś samolot. I że rozbił się gdzieś w lesie. Myśleli, ze to nasz, więc skoro świt wyruszyli na poszukiwania. Dołączyliśmy do nich, rzecz jasna. To byli dobrzy, prości ludzie, którzy pomagali nam jak się dało... Podzieliliśmy się na cztery grupy po osiem osób i zaczęliśmy przeczesywać las. Może wydać się to proste, ale znalezienie roztrzaskanego messerchmidta w kilkuhektarowym lesie jest ciężkim zadaniem. Na całe szczęście Bronson wsiadł w samolot i zaczął kołować nad laskiem, szukając miejsca upadku. Nie mieliśmy wątpliwości, że to zestrzelony nocny pilot. Zgadzał się kierunek w którym odleciał. Sam też widziałem, jak dostaje serię z karabinów. Wyglądało to poważnie. No i w końcu go znaleźliśmy. Rozbił się dalej niż przypuszczaliśmy – prawie dwa kilometry wgłąb lasu. Wleciał w młodnik, ścinając drzewka. Chyba przekoziołkował kilka razy, bo prawe skrzydło było prawie całkowicie oderwane, z lewego też niewiele zostało. Łopaty wirnika leżały powyginane i rozrzucone na ziemi w sporych odległościach od siebie. Kadłub leżał na boku - poobijany, poszarpany. Przystrojony powyrywanymi kawałami darni i umazany ziemią. Wieśniacy zostali z tyłu, a my podeszliśmy do wraku z bronią gotową do strzału. Kadłub samolotu faktycznie był czarny jak smoła. Nie widzieliśmy żadnych oznaczeń, żadnych numerów. Jedynym symbolem był krzyż Luftwaffe, namalowany przy owiewce. Pilot zmarł podczas lądowania. Nie wyszedł nawet z wraku - zgnieciony kadłub skutecznie mu to uniemożliwił. Ze zgniecionego kokpitu wystawała tylko górna cześć ciała. Reszta uwięziona była w środku. Spłonął żywcem. Twarz, kark i ręce były zwęglone. Skórzana kurtka też była osmolona. Widzieliśmy wpółotwarte, martwe oczy - skurczone, wypalone. Hank chyba nawet się zrzygał. I śmierdziało paskudnie. Nie pasowało nam tylko to, że poza pilotem wrak nie nosił śladów płomieni. Odgięliśmy resztki kokpitu i owiewki na tyle, na ile się dało i wyjęliśmy ciało. W środku też nic nie było spalone. Wyglądało to tak, jakby z niewiadomych powodów zapłonęła tylko górna część jego ciała. Popatrzyliśmy na siebie zdziwieni. Roberts jakby odruchowo zdjął osmoloną maskę tlenową z jego twarzy. I wtedy krzyknęliśmy. Coś zasyczało, a potem jasna, niestrawiona przez płomienie skóra, skryta wcześniej pod maską, pociemniała i buchnęła płomieniem. Odskoczyliśmy, Hank wycelował karabin w zwłoki. Płomień buchnął na chwilę. I zaraz zgasł. Reszta twarzy pilota spłonęła błyskawicznie. Popatrzyliśmy na siebie zdziwieni. Wieśniacy, widząc naszą reakcję, próbowali podbiec, ale zatrzymałem ich ruchem ręki. Staliśmy przez jakieś trzydzieści sekund, patrząc na siebie przerażeni.

- Masz granat? – spytał mnie Roberts, a ja bez słowa podałem mu „cytrynkę”.

- Odejdźcie – powiedział i uklęknął przy zwłokach.

Odbiegliśmy chowając się za drzewami. Krzyknęliśmy na wieśniaków, żeby zrobili to samo. Roberts wyjął zawleczkę, umieścił granat na ciele pilota, po czym szybko odbiegł i schował się razem z nami. Huknęło. Wybuch rozerwał ciało na strzępy. Wróciliśmy do bazy. Nie rozmawialiśmy o całej sprawie. Dowództwu przekazaliśmy raport, że samolot rozbił się, a pilot zginął.

Pielęgniarz milczał. Burza jakby przybrała na sile.

- Nie wiem - zaczął cicho starzec. - Nie wiem, co oni robili. Naziści. Byli popieprzeni i źli. Wiesz... komory gazowe, eksperymenty na ludziach. Zanim twarz ukryta pod maską tlenową się zapaliła, przyjrzałem się jej przez sekundę. Widziałem te wykrzywione w grymasie nienawiści usta. Na Boga, nie wiem, jak to zrobili i nie chcę wiedzieć. Nie chcę wiedzieć, jakim sposobem zwerbowali to diabelstwo do współpracy. Roberts podniósł maskę, a ta blada skóra zapaliła się, kiedy tylko padło na nią słońce. Przez moment widziałem. Jezu. Widziałem te… te… zęby! – wyrzucił z siebie starzec.

Dopalający się papieros oparzył pielęgniarza w palce. Syknął i upuścił niedopałek.

***

Wyszedł ze szpitala o świcie. Czekał w dyżurce, aż wstanie słońce. Na parkingu, kiedy podchodził do samochodu, usłyszał warkot silnika i zamarł. Biało-czerwona Cessna podrywała się właśnie do startu z odległego o kilometr lotniska. Zanim wsiadł do samochodu, patrzył przez chwilę, jak samolot wzbija się w powietrze.
Źródło: motyw wampira-pilota pożyczony od Kinga, reszta z własnej głowy :)
Oceń:
8
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!