Studium Zbrodni Niedoskonałej Część 3 ost.

Dodane przez: gabriel grula, 2.06.2015, 15:27
Reklama:
STUDIUM ZBRODNI NIEDOSKONAŁEJ CZĘŚĆ 3
Niespełna miesiąc od popełnienia ostatniej zbrodni instynkt myśliwego znów dał o sobie znać.
Franek zdawał sobie jednak sprawę ze wzmożonej czujności wszystkich mieszkańców nie tylko jego dzielnicy, ale i kilku sąsiednich. Dlatego postanowił zaatakować na peryferiach miasta, odstępując tym samym od wcześniejszego ustalenia, dotyczącego zemsty na konkretnych kobietach, które w przeszłości zadały mu tyle bólu.
Jego najbliższa ofiara nie będzie w żaden sposób z nim powiązana, ale to żadne zmartwienie, najważniejsze by zapolować, a cel spełniający kryteria zawsze się znajdzie.
Problemem będzie tylko włączenie nowego miejsca do trasy pieszych spacerów. Choć z drugiej strony, jak raz w tygodniu zrobi sobie kilku dziesięciokilometrową wycieczkę, to nic wielkiego się nie stanie.
Nowe miejsce jego łowów oddalone było piętnaście kilometrów od miejsca zamieszkania. Zanim zdecydował się na działanie, jeździł tam przez dobre trzy tygodnie, cztery razy w tygodniu. Zazwyczaj była to środa, czwartek, piątek i sobota. Już drugiego dnia miał wytypowaną ofiarę, w zasadzie były to dwie ofiary, mianowicie starsze małżeństwo, wracające każdego dnia ostatnim przejeżdżającym tamtędy autobusem linii pięćset pięćdziesiąt dwa.
Dwie osoby będą większym wyzwaniem.
- Czy poradzę sobie z nimi w równie niepostrzeżony sposób? – podekscytowany zadawał sobie pytanie.
Powyższa nowość wprowadzała go w zupełnie inny od poprzednich stanów, stan niepewności, połączony zarazem ze stanem podniecenia.

Problemem był ten facet, w zasadzie bogu ducha winien, zupełnie nijak nie wpisujący się w jego nurt antykobiecej ideologii. Facet to facet, obawiał się uświadomienia sobie zabicia kogoś zupełnie niewinnego. Co innego babsztyl. Na pewno nie raz doprawiła mu rogi, albo solidnie wkurwiła swymi niekontrolowanymi, kierującymi jej życiem instynktami. Mimo nawiedzających wątpliwości postanowił spróbować, traktując to jako wyzwanie.

Dwie osoby za jednym podejściem, tego jeszcze nie było. Gdyby tylko mógł w jakiś sposób pominąć tego gościa. Niestety nie było takiej możliwości.
- Zgred jest stary, nie będzie więc stanowił większego zagrożenia. Niestety biedak znajdzie się w nieodpowiednim czasie i nieodpowiednim miejscu. Trudno, gdzie drwa rąbią, wióry lecą – uparcie tłumaczył, starając zabicie mężczyzny podciągnąć, pod tak jakby efekt uboczny całej swej misji.
Plan zakładał szybkie załatwienie sprawy. Jego pozbędzie się w pierwszej kolejności, natomiast wszelkie wrażenia oraz napawanie się śmiercią, pozostawi sobie dla niej.

Stojąc za przystankiem autobusowym czuł podniecenie.
- „Łowca zaczyna swój rytuał, rzeźnik znów w akcji” - uśmiechał się sam do siebie, dumny z nadanego mu przydomku, jednocześnie wkręcając umysł na odpowiednie obroty.
Teraz musiał w pełni wywiązać się ze swych wszelkich obowiązków.
Autobus przyjechał z minutowym opóźnieniem względem rozkładu. Starsi państwo wysiedli z niego, ostatnimi tylnymi drzwiami, stając na przystanku. Tylko trzy kroki oddzielały ich od wąskiej, piaszczystej dróżki biegnącej wzdłuż drogi, mającej doprowadzić ich do domu.
Na przeprowadzenie ataku miał przewidzianych kilka sekund.
Musiał on nastąpić na odcinku stu metrowej ubitej, szutrowej drogi, w którą oba jego cele miały skręcić za cztery minuty. Gęsty las i brak zabudowań, były wystarczającymi gwarantami kameralności, na której tak bardzo mu zależało.
Każdy ich krok był wyliczony, tak samo jak czas, w którym mieli przebyć drogę do domu.
Zaczaił się w krzakach na dwudziestym metrze drogi , licząc od skrętu z drużki prowadzącej do przystanku autobusowego.
Atak był błyskawiczny, najpierw ostrze zatopiło się w szyi mężczyzny, by dwie sekundy później zostać skierowanym w stronę szyi kobiety. Wtedy właśnie sytuacja po raz pierwszy wymknęła mu się spod kontroli.
Kobieta równie szybkim, zwinnym ruchem wymierzyła mu kopniaka wprost w krocze, następnie zaś chwytając oburącz jego głowę, zadała cios kolanem w twarz.
Tego się nie spodziewał.
Świat zawirował dookoła, a piekielny ból rozlał się nie tylko po kroczu ale i podbrzuszu. Poczuł także w ustach metaliczny smak, sączącej się z rozbitego nosa, krwi. Zanim zorientował się co się dzieje, leżał na ziemi inkasując kolejny cios butem w twarz. Pociemniało mu przed oczami. Instynktownie zasłonił obiema rękoma twarz, dzięki czemu nie przyjął kolejnych siarczystych razów. Nie myślał w tej chwili o niczym innym jak o jak najszybszej ucieczce w którąkolwiek stronę byle jak najdalej od tego wściekle kopiącego babska. Z ogromnym trudem, najpierw na czworaka, potem dopiero chwiejnie stając na nogi, zaczął najszybciej jak potrafił uciekać. Jego zmysł słuchu zarejestrował rzężenie konającego mężczyzny, oraz lament kobiety.
- Całe szczęście, że zajęła się facetem, w przeciwnym razie… - myślenie przychodziło mu z ogromnym trudem. Nie zatrzymując się uciekał na oślep, byleby jak najdalej.
Ten cholernie niefartowny wieczór przyjdzie popamiętać mu do końca życia.
-Kurwa, kim była ta baba? Jakąś mistrzynią kung-fu?
Całe szczęście że w promieniu kilkuset metrów nie było żywego ducha, inaczej jak nic by go złapali. Mimo, iż biegł najszybciej jak potrafił, ze sprintem nie miało to za wiele wspólnego. Szczerze powiedziawszy bez trudu dogoniłoby go dwunastoletnie dziecko. Krwotok z nosa nie ustawał, do tego ból krocza był tak intensywny, że aż go zemdliło.
Kilkanaście minut później, zatrzymał się pod jednym z drzew. Niemal natychmiast zaczął wymiotować. Paskudne skurcze żołądka wstrząsnęły nim kilkukrotnie, w końcu wyczerpany po zrobieniu kolejnych kilku kroków padł na ziemię.
Kompletnie stracił rachubę czasu, nie miał pojęcia czy zasnął, czy najzwyczajniej w świecie jego umysł zawiesił się w swego rodzaju próżni.
Choć przez cały czas miał zamknięte oczy, zdawało mu się, że jest przytomny.
Ból nieco minął, tak samo jak ustało krwawienie z nosa. Spojrzał na zegarek wskazujący pierwszą czterdzieści osiem. Musiał tu leżeć przeszło pół godziny. Aż dziw, że nikt go tu nie znalazł. Intuicyjnie oceniał, że nie oddalił się od miejsca nieszczęsnego polowania o więcej niż dwadzieścia minut drogi pokonywanej szybkim marszem.
- „Jeżeli to ma się szczęśliwie skończyć, to pora jak najszybciej się stąd zabierać” - pomyślał.
Jego ubranie zupełnie eliminowało możliwość skorzystania z jakiejkolwiek formy komunikacji miejskiej. Samochód zostawił na parkingu pod blokiem z obawy aby lepiej nikt go nie widział na terenie bliskim polowaniu. W tej chwili docenił swoją przezorność, kto by pomyślał, że wszystko może się tak popieprzyć.
Do domu dotarł przeszło trzy godziny później.
Ostatni wypad, już teraz przeklął kilkuset krotnie, a przecież upłynęło od niego zaledwie kilka godzin.
Zmęczony, wycieńczony, obolały nie mając nawet siły rozebrać się, usnął na podłodze w największym z pokoi.
Kiedy się ocknął, dzień chylił się ku końcowi, natomiast intensywny ból głowy przenikał obie jego skronie.
Ubrania, które miał na sobie, nadawały się tylko i wyłącznie do wyrzucenia, co też uczynił.
Twarz wyglądała dużo gorzej niż po starciu z Hubertem. Nos spuchł, natomiast lewa kość policzkowa wydawał się poważnie uszkodzona. To przez zainkasowanie tego kopniaka.
Co jednak poradzić? Nie pójdzie przecież na ostry dyżur.
Do tego zgubił nóż. Dobrze, że miał rękawiczki, inaczej mógłby się właśnie zacząć początek końca jego działalności.
Zamiast podniecenia, zadowolenia i euforii, czół gorycz porażki. W przeciągu sekundy z łowcy stał się ofiarą. Gdyby nie to, że babsztyl zajął się zdychającym gościem, zatłukłaby go na śmierć. Bez kitu w tamtej konkretnej chwili nie był w stanie walczyć, z ogromnym trudem przyszło mu nawet łapanie tchu.
Włączył telewizor, bojąc się usłyszeć podanej do publicznej wiadomości informacji o klęsce „Bestialskiego Rzeźnika”. Po czym zostanie pewnie zaprezentowany wywiad z bohaterką, która tylko przypadkiem nie przyczyniła się do pojmania tego groźnego psychopaty.
Jego obawy okazały się w pełni uzasadnione. Całe popołudnie nie mówiono o niczym innym jak o pierwszych ocalałych ofiarach najprawdopodobniej „Bestialskiego Rzeźnika”.
Mężczyzna, sześćdziesięciopięcioletni mąż ofiary, uniknął śmierci tylko dlatego, iż miał na szyi szalik, oraz błyskawicznie na miejscu pojawiła się karetka pogotowia. Natomiast pięćdziesięciopięcioletnia kobieta okazała się być instruktorką samoobrony.
Nic dziwnego, że poległ. Pewnie przez całe życie trenowała te swoje ciosy, bądź co bądź, ratujące jej teraz życie.
Na miejscu zabezpieczono nóż, nie znaleziono jednak na nim żadnych odcisków palców.
Dzięki ostatniej informacji odetchnął z ulgą.
- Czyli wciąż nic nie mają - wywnioskował
Widząc swoje lustrzane odbicie, czuł się paskudnie.
Wyglądał niczym ofiara napadu.
*********************

Komisarz Antoni Walski równo o godzinie siódmej rano, przekroczył próg pokoju służbowego.
Dziesięć minut później, wnętrze pomieszczenia wypełnione zostało dźwiękiem służbowego telefonu.
Pośpiesznie odebrał rozbrzmiewający dźwiękiem biurowego dzwonka, aparat.

Po zakończeniu rozmowy położył służbową Nokię na blacie swego biurka. Sam zaś usiadł na wygodnym obrotowym fotelu.
Przed chwila dowiedział się o pierwszych osobach, którym udało się przeżyć atak najprawdopodobniej „Bestialskiego Rzeźnika”.

Zanim uda się do komendy rejonowej zajmującej się sprawą usiłowania podwójnego morderstwa. Musi na spokojnie przeanalizować sprawę.

Jakby na to wszystko nie patrzeć, nieudana próba zabójstwa powinna nieco ostudzić zapędy psychopaty.
Pewnym jest jednak, że nie na długo.
*********************


Przez dwa kolejne miesiące jego instynkt łowczy zupełnie nie dawał o sobie znać.
Franek zdał sobie sprawę, że tylko obserwowanie celu, przygotowywanie ataku, dokonanie dzieła mordu, daje mu odpowiednia dawkę emocjonalnego kopa. Całe szare, przeciętne życie, było płaskim, pozbawionym sensu wykonywaniem czynności w żaden sposób nie satysfakcjonujących go, ani nie dających spełnienia. Raz posmakowany narkotyk, do końca życia stale będzie upominał się o należyte dla siebie miejsce w krwiobiegu.
Tak też było ze zbrodnią. Emocje jej towarzyszące nie mogły równać się z żadnymi innymi, nic też nie mogło ich w takim nasileniu i z taką intensywnością dostarczyć. Mimo to, mając w pamięci ostatnie polowanie, nie czuł się jeszcze gotowy do wznowienia swej działalności.

Chłopak kompletnie nie zdawał sobie sprawy z faktu stania się osobnikiem wyzutym z uczuć, opętanym tylko i wyłącznie chęcią zabijania. Gdyby tego nie spróbował, najprawdopodobniej wiódłby życie normalnego, przeciętnego człowieka, co i raz upokorzonego, w swoim mniemaniu, przez kolejną kobietę. Ale spróbował, zatracił się w tym nie dostrzegając w niczym inny sensu.
Pewnego razu umówił się z koleżanką z pracy na kolację. Choć prawda była taka, że to raczej ona się z nim umówiła.
Dziewczyna była naprawdę ładna, do tego inteligentna i błyskotliwa. W poprzednim życiu zakochałby się w niej bez pamięci, teraz jednak nauczony doświadczeniem z lat poprzednich od początku ją skreślił.
Słowa, które jeszcze dziesięć miesięcy temu zrobiłyby na nim niesamowite wrażenie, teraz były puste, bez znaczenia. Jednym uchem wpuszczał je, drugim wypuszczał. To było pierwsze, a zarazem ostatnie ich spotkanie. Franek nie dał jej najmniejszych szans, bojąc się kolejnego zawodu, na samą jego myśl dostawał mdłości. Z trudem powstrzymywał się by nie naubliżać dziewczynie już w trakcie obiadu. Przez moment chciał nawet zaprosić ją do domu a tam…
Dał jednak sobie z tym spokój, to byłoby jak wydanie na siebie wyroku śmierci.
Spotkanie pobudziło za to jego instynkt łowiecki. Do wyruszenia na łowy potrzebował jednak jeszcze dwóch tygodni, w trakcie których upatrzył sobie ofiarę. Kobieta była właścicielką sięgających ramion blond włosów, jak i długich zgrabnych nóg. Zdążył się zorientować, iż pracowała w klubie go-go. Idealnie wpisując się tym samym w nurt jego ideologii.
Zepsuta materialistka, której instynkty każą zrobić wszystko dla forsy.
Tak brzmiała krótka charakterystyka obranego celu.Tym samym zaniechał dalszej zemsty na, jak to określał „kobietach z przeszłości”. Obecnie nienawidził już całej kobiecej populacji. Nieważne którą z nich zabije, ważne że postąpi zgodnie z wyznawanymi poglądami, oraz samym sobą.

Znów zmysły kąpały się w ekstazie, a zanurzona w wnętrznościach pięknej dziewczyny dłoń, przyczyniła się do erekcji.
Znów programy telewizyjne szalały, nagłówki gazet krzyczał zaś „Powrót Rzeźnika”. Wróciło podniecenie, ekscytacja, był w centrum zainteresowania, kreował rzeczywistość. Wszystko wróciło na swoje miejsce.
Doświadczenie nauczyło go, by przewidywać każdy scenariusz, nawet ten wydający się niemożliwy, jak spotkanie kobiety supermenki. W swojej ocenie był teraz przygotowany na znacznie więcej.
Kolejną swą ofiarę wytypował wśród tych zajmujących się zawodem prostytutki. Wystarczyło tylko wiedzieć, w którym budynku, i w której klatce mieści się jej lokum. Poczekać aż obsłuży klienta i będzie wychodziła z mieszkania.
Atak miał być błyskawiczny jak również perfekcyjnie zabójczy. Cięcie celne oraz śmiercionośne, wszystko zgodnie z planem na odstępstwa, od którego nie można było sobie pozwolić. Wszystko miało się rozegrać na jednej ze śródmiejskich ulic. Kręciło się tu parę kobiet lekkich obyczajów, będących łatwym celem. Upatrzył sobie wysoką, bo mierzącą nieco ponad metr osiemdziesiąt postawną blondynkę.
Duże kobiety zawsze napawały go obrzydzeniem. Nigdy jednak nie potrafił powiedzieć z czego to wynikało, tak po prostu było i już.
Dopadł ją wychodzącą z klatki schodowej. Kiedy zaszedł cel od tyłu, ten niespodziewanie odwrócił się.

Jakież było jego zdziwienie gdy ujrzał przed sobą umalowanego, ubranego w sukienkę faceta. Obserwował swój cel przeszło pięć dni, nigdy jednak nie zbliżył się na tyle blisko by dostrzec wyraźnie, skrywaną za blond peruką, twarz. Bez wątpienia miał do czynienia z transseksualistą.
Poniekąd wyjaśniła się sprawa jego gabarytów.
Zdziwienie w przeciągu sekundy ustąpiło miejsca wściekłości. Jak można dobrowolnie upodabniać się do takiej pod istoty jaką jest kobieta?
Przebieraniec cofnął się o krok, w mgnieniu oka wyjmując gaz. Równocześnie z wbiciem noża w tułów transseksualisty, nastąpiło wciśniecie przez niego rozpylacza piekielnie mocnego gazu pieprzowego.
Ponieważ piersi mężczyzny były sztuczne, w pewnym stopniu utrudniły Frankowi wbicie zabójczego, wykonanego z nierdzewnej stali ostrza. Niesamowicie łzawiąc, ledwo łapiąc oddech, przy akompaniamencie głośnego krzyku mężczyzny z całych sił dopchnął rękojeść do końca, zatapiając ostrze na maksymalną głębokość.

Transseksualista z wbitym w klatkę piersiową nożem, zarobił kilka kroków do tyłu, potknął się o schody, lądując następnie na nich plecami. Franek niewiele widząc podążył za nim.
Końcowy efekt był taki, że obaj leżeli jeden na drugim.
Głośnego krzyku nie sposób było jednak nie usłyszeć, dlatego czym prędzej wyjmując nóż z piersi ofiary, rzucił się do ucieczki. Pierwsza fala wymiotów dopadła go tuż przed drzwiami klatki schodowej. Kątem oka dostrzegł dwie biegnące w jego stronę sylwetki.
- Ja pierdole, pewnie kolejni zboczeńcy – pomyślał, czym prędzej oddalając się w stronę bramy wyjściowej.
Na jego nieszczęście jedna z osób pobiegła za nim, krzycząc najgłośniej jak tylko potrafiła – Łapać mordercę!
Wbiegł na jedno podwórko, potem w drugie. Nie obyło się bez kolejnej fali wymiotów.
Znów lipa, co prawda zabił, ale nie mógł delektować się swym dziełem, no i został przyłapany niemalże na gorącym. Niewiele brakowało. Naprawdę niewiele.
Będąc przekonanym o powodzeniu swej ucieczki, po przemyciu twarzy wodą pochodzącą z jednego z osiedlowych hydrantów, postanowił wrócić do domu.

Czuł się paskudnie, zamiast euforii zawód, zamiast spełnienia, świadomość popełnionego błędu, niedopatrzenia, ale skąd mógł to wiedzieć? Niby był przygotowany na każdy scenariusz, a jednak… życie jest nieprzewidywalne.
Wiedział, że znów będzie potrzebował kilku miesięcy na dojście do siebie, na odbudowanie swej siły.
Koniec z polowaniami na przypadkowe osoby, to było bez sensu.
Postanowił powrócić do swego pierwotnego planu, zakładającego eliminowanie tylko znanych sobie celów.
Dokładnie pamiętał wszystkie dziewczyny, przez które stracił mnóstwo nerwów, o nieprzespanych nocach nie wspominając. Teraz będzie koncentrował się tylko na nich, ale najpierw musi znów dojść do siebie.
Otworzył drzwi klatki schodowej, chwilę później przekraczając ich próg.
Jakież było jego zdziwienie gdy nagle naskoczyło na niego czterech mężczyzn.
-Stój policja! Na ziemię! Twarzą do ziemi! – krzyczeli jeden przez drugiego.
To był szok, nawet nie wiedział kiedy, leżał skuty na betonie klatki schodowej.
Krótkofalówki policjantów co chwila brzęczały:
- Tu dwójka, macie go?
- Piątka, zdjęliście?
- Mamy go, wszystko okej – usłyszał niosące się echem po całej klatce schodowej głosy stojących nad nim policjantów.
-Wszystko jak wszystko – pomyślał.
W tej chwili jeszcze łudził się, że uda mu się jakoś z tego wywinąć. W jaki sposób? Tego nie miał pojęcia, dlatego też tylko się łudził, a że nadzieja umiera ostatnia do momentu usłyszenia wyroku skazującego, nie wierzył, że to wszystko dzieje się naprawdę.

*********************
W pokoju przesłuchań oprócz poznanego jakiś czas temu komisarza Antoniego Walskiego, siedział jeszcze jeden, ubrany po cywilnemu policjant.

- Masz straszną lipę psycholu – zaczął Walski – wiesz co mnie najbardziej boli? – i nie czekając na odpowiedź kontynuował – jak mogłem cię przeoczyć. Choć z drugiej strony, doskonale kamuflowałeś się. Nic, kompletnie nic podczas ostatniego przesłuchania nie wzbudziło we mnie podejrzeń. Do tej pory zastanawiam się jak to możliwe?

- Byłem sobą, to naturalne, zresztą zostałem zatrzymany przez… - spokojnie mówił Franek.
- Przypadek? – przerwał mówiącemu komisarz.
- No właśnie, przypadek. Jestem niewinny, nic nie zrobiłem!
- O transwestycie nie wiedziałeś, to fakt. Nie winny? Nie masz szans. Możesz się bronić, ale to tak jakbyś chciał stanąć z tym swoim nożykiem przeciw człowiekowi uzbrojonemu w dwa karabiny maszynowe. Dwaj koledzy twojej ostatniej ofiary, byli naocznymi świadkami morderstwa. Składają właśnie, tu w pokoju obok, wyczerpujące, pogrążające cię zeznania – blefował policjant, dobrze wiedząc, że przesłuchiwani nie widzieli samego aktu morderstwa.
- Nie jesteście sędziami i nie możecie wiedzieć czy zostanę uznany za winnego.

Obaj funkcjonariusze zaczęli się śmiać.
- Czy zostaniesz uznany za winnego? Jak nic dostaniesz „KS”.
- Wiesz w ogóle, co to jest „KS”? – zapytał milczący do tej chwili drugi z policjantów.
Franek pokiwał tylko przecząco głową.
- Kara Śmierci. W zasadzie to powinieneś się cieszyć, że cię złapaliśmy. Gdyby jako pierwsi dopadli cie ludzie, zlinczowali by cię. A więc jak przyznajesz się? Składasz zeznania?
- A może to mi w czymś pomóc? – zapytał szeptem Franek.

Policjant z trudem ukrył uśmiech, kręcąc przy tym głową.
- W zasadzie to… a zresztą rób jak chcesz. I tak już jest po tobie.

Franek zarówno tego, jak i następnego dnia, nie odezwał się ani słowem.
Widząc wyprowadzanego z pokoju przesłuchań zgarbionego chłopaka Walski pomyślał – „Nie pomoże ci żaden Adwokat”
Kiedy był już sam na sam z „Tłustym” powiedział:
- Wiesz, ci seryjni to takie buble genetyczne. Nigdy nie staną naprzeciw równego sobie rywala, zawsze wybierając kogoś słabszego, bądź działając zupełnie z zaskoczenia.
- Na tym to polega, chcą być panami sytuacji. Boją się konfrontacji z góry wiedząc, że skończy się ona porażką. Ewentualnie może skończyć się porażką. Wolą więc upatrzyć sobie kogoś teoretycznie słabszego.
- Jak myślisz, ile dostanie?
- Stawiam na „KS”. Ostatecznie po to go wprowadzili. Choć chyba większą karą byłoby dla niego przez najbliższe sześćdziesiąt lat siedzieć w zamknięciu z myślą, że tak już będzie do końca życia – odpowiedział Tłusty.
- Też byłem przeciwko przewróceniu kary śmierci. Choć z drugiej strony, dlaczego podatnik ma go przez dziesięciolecia utrzymywać?
- Szczerze, to przez te sześćdziesiąt lat jego utrzymanie kosztowało by dużo mniej niż dwumiesięczne utrzymanie bezproduktywnego parlamentarzysty.
- Fakt – skwitował Walski.

*********************

Franek według starego Kodeksu Karnego, zostałby skazany na dożywotnie pozbawienia wolności z możliwością ubiegania się o warunkowe zwolnienia po odbyciu czterdziestu lat kary. Oczywiście sama możliwość ubiegania się o warunkowe zwolnienie w żaden sposób nie gwarantowałaby mu odzyskania wolności. Innymi słowy, żywy raczej nie opuścił by murów zakładu karnego.
Najnowsza nowelizacja Kodeksu Karnego, zakładała jednak w szczególnych wypadkach orzeczenie wobec skazanego kary śmierci. Takim to właśnie szczególnym przypadkiem, okazał się przypadek „Bestialskiego Rzeźnika”
Trzech niezależnych biegłych psychiatrów Sądowych, uznało pełną poczytalność oskarżonego w chwilach popełniania zbrodni. Franek zresztą do każdej z nich dobrowolnie się przyznał, licząc, że coś tym ugra. Niestety ugrał tylko śmierć. Chociaż z drugiej strony, spędzenie reszty życia w więzieniu przez niespełna dwudziestoletniego chłopaka, byłoby chyba większą karą niż pozbawienie go życia.
Orzeczona kara miała być wykonana poprzez powieszenie.

********************
Każdy dzień poprzedzający egzekucję, był dla niego niczym sen lub film, w którym jest tylko głównym bohaterem, natomiast po jego zakończeniu najzwyczajniej wróci do domu. To nie mogło dziać się naprawdę. Mimo, iż spędził w areszcie śledczym przeszło rok, cały czas nie był w stanie pojąć, że to koniec.
Już nie zapoluje, już nie będzie mógł śledzić swej przyszłej ofiary. Dziwne, ale w tej chwili nie było mu żal niczego innego poza utraceniem możliwości wykonywania wszelkich czynności związanych z polowaniem, usprawiedliwionym jego filozofią życiową.
Przez cały ten czas Franek z racji wagi zarzutów, odizolowany był od wszystkich skazanych. Poza godzinnym widzeniem, mającym miejsce raz w miesiącu w małym pomieszczeniu, każdy dzień spędzał sam. Na spacerach także doskwierała mu samotność. W celi nie miał telewizora, mógł jedynie posłuchać radia nadającego przeważnie muzykę poważną, bądź relaksacyjną. Za obydwoma gatunkami nie przepadał, dlatego radioodbiornik zazwyczaj był wyciszony.
Wyposażenie celi było wręcz spartańskie, jedno krzesło do tego mały stoliczek i półeczka, wszystko przymocowane na stałe, a co za tym idzie nie do przestawienia. Toaleta wraz z maleńką umywalką, znajdowała się w narożniku celi nie będąc niczym oddzielona ani osłonięta od pozostałej części pomieszczenia. Cała jego garderoba składała się z czerwonych spodni, zapinanej na guziki bluzy w tym samym kolorze i dwóch białych podkoszulek. Były to niestety uroki celi oznaczonej literą „N”, czyli niebezpieczny.
Nie dało się nie odczuć, że zarówno strażnicy, jak i czasami przypadkowo mijani gdzieś na niższych piętrach pawilonu inni skazani, nie lubili go. Patrzyli na niego z widoczną pogardą.
No cóż? Więźniowie, czy to podejrzani o wyłudzenia czy kradzieże, bądź handel narkotykami, nie lubili morderców kobiet. Ostatecznie ofiarą takiego zwyrodnialca mogła paść przez przypadek dziewczyna, żona, siostra, matka, koleżanka bądź znajoma każdego z nich.

Rodzice nie byli w stanie uwierzyć, że ich syn mógł dopuścić się czegoś takiego. Mimo, iż podczas jednych z odwiedzin otwarcie im się do tego przyznał, nie mogli tego pojąć.
Mama odwiedzała go do samego końca. Tak się swego czasu cieszyła z jego komputerowej pasji, w pewnej chwili szczerze dziękując Bogu za tak cudownego syna.
Cały proces przeżyli strasznie, tak samo jak i zatrzymanie syna. Telewizje prześcigały się w newsach na temat właśnie pojmanego seryjnego mordercy. Widząc zdjęcie Franciszka z widniejącym pod nim podpisem „Bestialski Rzeźnik”, łzy same napływały kobiecie do oczu. Jasnym było, iż pomimo faktu nie ruszenia jeszcze procesów, chłopak już medialnie został skazany.
Natomiast samo ogłoszenie wyroku, było przeżyciem jakiego nie byli sobie nawet w stanie wyobrazić. Ostatnią sprawę pamiętają jakby składała się z kilkusekundowych migawek.
Czas pozyskał wtedy dość specyficzną właściwość, raz zwalniał swój bieg, to znów przyspieszał.

Świadomość nieodwracalności losu, oraz utraty możliwości normalnego życia w bliskości swojej rodziny, dopadła go dwa dni przed zaplanowaną egzekucją. To właśnie wtedy uświadomił sobie, że już nigdy nie spędzi żadnych świąt ze swymi najbliższymi, nigdy już nie pojedzie z nimi na wakacje.
Nigdy nie będzie dzielił radości, związanej z ważną chwilą mającą miejsce w życiu któregokolwiek ze swego młodszego rodzeństwa.
Nagle natura myśliwego zniknęła, znów stał się tym chłopakiem sprzed lat. Teraz dostrzegł bezsens swego postępowania, czynów jak i całej tej chorej ideologii dotyczącej kobiet. Miał wrażenie że przez ostatni rok nie on kierował swoimi myślami pchającymi do tak bestialskich czynów. To coś, lub ktoś, zatruło jego umysł, popychając do pozbawienia życia kilku niewinnych ludzi. Jak to dobrze, że nie zdążył wyprawić na tamten świat kolejnych bogu ducha winnych ofiar.
Obudził się! Właśnie ocknął się z letargu, tylko po co? Po to by zrozumieć, że za dwa dni będzie martwy?
Nie mógł sobie z tym poradzić. Nie mógł myśleć o niczym innym, nie mógł przełknąć nawet skórki od chleba, jego myśli zacisnęły się wokół mózgu z siłą podobną do zaciśnięcia się żołądka.
Tuż przed egzekucją doszedł do wniosku, że dobrze, iż to wszystko za chwilę się skończy. Pełna świadomość bezsensu popełnionych czynów, byłaby karą dużo gorszą, ciągnącą się lata, dziesiątki lat. A tak to wszystko zaraz się skończy.

Idąc na miejsce egzekucji nie czuł się zestresowany, znów powróciło odczucie, „To nie dzieje się naprawdę”.
Oprzytomniał dopiero stojąc na zapadni.
Czując sznur na szyi w myślach przeprosił najbliższych. Nie uczynił tego podczas żadnego ze spotkań, mając cały czas odczucie, że przecież niedługo znów się zobaczą, będzie więc jeszcze na to czas. Czas niestety jednak, właśnie dobiegł końca. Tak bardzo wszystko spieprzył, tak bardzo ich zawiódł.
- „Dobra, koniec z tym wszystkim, pora spadać” - pomyślał, próbując dodać sobie odwagi.
Na niewiele się to jednak zdawało. Natychmiast pierwotnie zaszczepiony instynkt życia, przetrwania, dawał o sobie znać. Obracając w pył jakiekolwiek wysiłki mające doprowadzić do choćby pozornego odnalezienia się, o zaakceptowaniu nie wspominając, w obecnej sytuacji.
- „ Boże zaraz umrę” – pomyślał, podejmując próby nerwowego uwolnienia się – „Nie chcę! Kurwa nie chcę!” – krzyczał w myślach czując spływające mu po twarzy łzy, oraz coraz bardziej trzęsące się nogi.
Dwóch strażników więziennych było jednak w pełni przygotowanych na taka okoliczność. Wzmocnili swe uściski, skutecznie unieruchamiając Franciszka.
- „Boże za sekundę spadnę” – pomyślał czując ściekający mu po nogawkach mocz.
W tej właśnie chwili zniknęła mu spod stóp zapadnia.
Spadł…
KONIEC.

Spis wszystkich części w profilu autora: http://straszne-historie.pl/profil/5577
Oceń:
2
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!