Galeria Śmierci

Dodane przez: blanka666, 6.07.2015, 16:47
Reklama:
Witajcie, nazywam się Anthony, jestem artystą i z zamiłowania produkuję własne farby. Przez ostatnich kilka lat podróżowałem po całym świecie szukając nowych barw, które dodałyby niepowtarzalnego charakteru moim pracom. Tworzyłem je z najpiękniejszych kwiatów, kory drzewnej, egzotycznych liści, skórek owoców, a czasem nawet z drobnych kolorowych żyjątek. Jednak wciąż brakowało mi „tego czegoś”, co sprawiłoby, że moje obrazy „ożyją”.




Po tak długim czasie niekończącej się podróży pragnąłem odpocząć i doznać natchnienia, które przerwałoby rutynę, w jaką powoli zaczynałem popadać. Dlatego udałem się do rodzinnego miasta. Było ono małe, szczególnie osobliwe i dość nieprzyjazne. Zawsze pogrążone w głębokiej mgle i nijakiej szarości, nadającej mu smętnego charakteru, odzwierciedlającego również tutejszych mieszkańców. Moi wszyscy krewni nie żyli, a w spadku odziedziczyłem duży dom na przedmieściach. Lubiłem melancholijny klimat tego miejsca, choć dosyć ciężko było mi tam przebywać... Jednak właśnie w tym budynku doznawałem największej weny, a w końcu czego się nie robi dla sztuki, prawda?




Minął już około miesiąc od kiedy tu jestem i jak dotąd nic się nie zmieniło. Żyłem z pieniędzy, które przypadły mi wraz z domem. Za dnia dużo spacerowałem po lesie rosnącym wokół miasta, a wieczorami malowałem obrazy tego, co mnie otacza. Pewnego razu przypadkowo skaleczyłem się w palec i kilka kropel krwi spadło na czyste płótno. To było coś zupełnie innego niż zwykła czerwień farby. Głębsza, bardziej soczysta i intensywna barwa zostawiała za sobą żywe smugi na białym tle. Oniemiałem z zachwytu i zrozumiałem, że właśnie na to czekałem! Udało mi się uzyskać coś niepowtarzalnie pięknego... Wiedziałem, że muszę się tego trzymać, że to jest "to coś" czego szuka każdy artysta. Jeszcze nigdy nie byłem tak szczęśliwy! Niesamowite uczucie, kiedy odkryjesz coś, czego pragnąłeś od bardzo dawna. To genialne... Pod wpływem emocji podniosłem nóż leżący przy mojej sztaludze i wykonałem głębokie nacięcie na spodzie dłoni. Zacisnąłem pięść i pozwoliłem krwi swobodnie ściekać na płótno, które po chwili zmieniło się w nowatorskie dzieło sztuki. Zacząłem rozcierać czerwoną ciecz i mieszać z innymi farbami, aż do uzyskania idealnego efektu. Jak do tej pory to był mój najlepszy, najbardziej fantazyjny obraz... Niestety zasoby mojej krwi były ograniczone. Po chwili zrobiło mi się słabo. Musiałem przerwać prace i szybko opatrzyć rękę. To skłoniło mnie do refleksji na temat dalszego tworzenia. Nie mogłem przecież kaleczyć się za każdym razem, kiedy zechcę malować... i chyba wpadłem na pewien pomysł.




Kilka dni później, wracając ze spaceru, spostrzegłem małego kotka przy moim domu. Był puchaty i naprawdę słodziutki. Postanowiłem zabrać go ze sobą, napoić i nakarmić. Po wszystkim wróciłem do swoich spraw. Nagle urocze zwierzątko weszło do pokoju i rozkosznie mrucząc, zaczęło ocierać się o moje nogi. Wtedy naszła mnie pewna myśl... Podniosłem futrzaka za grzbiet i nożem rozciąłem mu brzuch uwalniając wnętrzności i sporą ilość krwi. To wyglądało całkiem zabawnie, gdy kotek ostatkiem sił próbował się bronić i wyrywać. Zaśmiałem się cicho i poszedłem do swojej pracowni malarskiej. Położyłem zwłoki na blacie i zacząłem ostrożnie wyjmować malutkie organy wewnętrzne. Nerki, płuca, serce, wątroba... Wszystkie miały cudowne kolory, a to oznaczało, że nie tylko krew ma doskonałą barwę. Od razu zabrałem się do przetwarzania tkanek na farby. To nie było zbyt trudne, a jakie efektywne! Kiedy tylko były już gotowe, przystąpiłem do tworzenia sztuki, o jakiej jeszcze ten świat nie słyszał. Mieszając kolory z innymi pigmentami uzyskałem nowe, niepowtarzalne i znacznie bardziej żywe odcienie. Ten obraz był jeszcze doskonalszy od poprzedniego, a przedstawiał wątłe ciałko kotka, który niedawno wydał ostatnie tchnienie. Teraz, dzięki mnie dostał nowe życie... Był niesłychanie realistyczny i gdybym nie widział z boku resztek jego ciała, pomyślałbym, że zaraz wyskoczy z obrazu. Wszystkie czynności dokładnie opisałem w dzienniku, aby niczego nie zapomnieć i móc wracać do pięknych wspomnień natchnienia, kiedy tylko tego zapragnę.




Niedługo po pamiętnym wydarzeniu zacząłem myśleć nad czymś większym. Może upoluję jakieś zwierzę w pobliskim lesie? Nie... Nie mam odpowiedniej broni, a zaciąganie zwłok sarny, czy jelenia do domu raczej nie wchodziło w rachubę. W zasadzie... Ofiara sama mogłaby do mnie przyjść... I wtedy właśnie rozległo się pukanie do drzwi. Okazało się, że była to mała dziewczynka sprzedająca ciasteczka. Chwilę się zawahałem, jednak zaprosiłem ją do środka. Po moich dłuższych naleganiach i obietnicy kupna wszystkich jej produktów, zgodziła się wejść w głąb domu. Zaprowadziłem ją do salonu i poczęstowałem sokiem z czarnej porzeczki. Wyglądała jak przeciętna dziewczynka w tym wieku. Miała duże zielone oczy, ciemne włosy i bladą cerę. Wzruszała mnie jej czystość i niewinność. Cały czas nie wypuszczała z rączek lekko zniszczonego pluszowego misia.
- Jak ci na imię? - zapytałem uśmiechając się do niej szeroko.
- Anastazja... - odpowiedziało nieśmiało dziecko.
- Masz bardzo ładnego misia, Anastazjo.
- Jest chory. Ma dziurkę w brzuszku i oko mu wypada... - powiedziała smutno.

- Mogę go wyleczyć, jeśli chcesz. W mojej pracowni mam potrzebne narzędzia. - zaproponowałem, bacznie przyglądając się dziewczynce.
- Nic mu się nie stanie?
- Nie, obiecuję, że będzie zdrowy jak jeszcze nigdy...
Dziewczynka spojrzała na mnie i uśmiechnęła się. Podałem jej rękę i poszliśmy do pomieszczenia, gdzie malowałem. Kiedy byliśmy już w środku, szybko zamknąłem drzwi na klucz i wyjąłem igłę z nićmi. Nie byłem do końca przekonany do tego, co zaraz miałem zrobić, ale nie było już odwrotu. Wziąłem maskotkę od małej, pozszywałem wszystkie dziurki i przykleiłem mu oko. Dziecko niezwykle ucieszył efekt końcowy. Zaczęła się śmiać i przytulać swojego misia. Gdy tylko się obróciła, podszedłem do niej od tyłu, mocno złapałem za włosy i poderżnąłem gardło. To cudowne, że dławiąc się własną krwią, nie mogła nawet krzyczeć z bólu. Wyglądała na dość zdziwioną, ale w końcu mogła nie rozmawiać z obcymi, jak jej rodzice pewnie kazali. Kiedy już upewniłem się, że jest martwa, rozebrałem ją i powoli rozciąłem wzdłuż cały tors. Wyłamałem jej kilka żeber i po kolei wyjmowałem jeszcze ciepłe organy. Różniły się one znacząco barwą i konsystencją od kocich wnętrzności. Dużo bardziej przypadły mi do gustu, a w szczególności delikatny, pastelowy mózg. Co prawda, dość ciężko było się do niego dostać, bo w ruch poszła piła tarczowa, ale mój wysiłek się opłacił. Farba uzyskana w ten sposób miała wyjątkowy odcień. Bez chwili namysłu zabrałem się za tworzenie następnego arcydzieła. Namalowałem właśnie ją, małą dziewczynkę ze swoim pluszowym misiem. Muszę przyznać, że wyglądała całkowicie jak żywa, choć wzorowałem się na trupie. Patrzyła na mnie z obrazu tym samym zaskoczonym wzrokiem, co moment przed śmiercią. To było doprawdy urocze, jednak po chwili moje myśli zeszły na zupełnie inny temat. Jak się pozbyć niezużytych resztek dziecka? Szczątki kota najzwyczajniej zakopałem w lesie i nawet jeśli ktoś by je znalazł, nie sądzę, że zrobiłoby to na nim większe wrażenie, czy wzbudziło jakiekolwiek podejrzenia. Jednak z ludzkimi zwłokami byłoby zupełnie inaczej... I wtedy mnie olśniło. Pobiegłem do kuchni po maszynę do mielenia mięsa, poćwiartowałem resztki ciała małej i wszystkie kawałki po kolei przemieniłem w lepką, różową papkę. Wyglądała co najmniej nieapetycznie, jednak wlałem ją do kilku siatek i włożyłem w głąb zamrażalnika. No, to jeden problem z głowy. Najważniejsze, że wiedziałem już jakie kolory może dać mi małe dziecko i jak bardzo zachwycający efekt dzięki temu osiągnie mój obraz. Ale czy we wszystkich przypadkach działa to tak samo? Czy młode osoby mają te same barwy co dorosłe, czy stare? Jak bardzo wiek, płeć, rasa, czy pochodzenie wpływają na odcień człowieka? No cóż... Musiałem się o tym przekonać.




Postanowiłem już na stałe wprowadzić się do tego upiornego domu. Czas płynął mi tu niezwykle przyjemnie, a moje „badania” w poszukiwaniu idealnego koloru rozwijały się w szalonym tempie i przynosiły zaskakujące efekty, które sumiennie opisywałem w prowadzonych dziennikach. Porywałem i przerabiałem na farby dosłownie każdego człowieka, kiedy tylko nadarzyła się odpowiednia okazja. W pracowni miałem już pokaźną kolekcję obrazów. To był całkiem ciekawy patent, tworzyć portrety osób wykonane z ich własnych ciał. Na mojej osobistej wystawie wisiały już malowidła dzieci, dorosłych, starców, kobiet, mężczyzn, chorych, czarnoskórych, żółtych, białych, ludzi o różnej masie, budowie, wykształceniu i statusie społecznym. Okazało się, że każdy kolor czymś się różnił. Wszystkie obrazy były nad wyraz żywe, i perfekcyjne w oddawaniu ludzkiej niedoskonałości. Czasami trochę mi to przeszkadzało, bo czułem, że nie jestem zupełnie sam, ale zdążyłem do tego przywyknąć. Niektóre osoby już wcześniej "miksowałem" wewnętrznie, katując je tępymi narzędziami do chwili, aż nie przestaną oddychać. Potem, jak otwierałem ich ciała, wszystkie kolory były już pięknie wymieszane, a farby zyskiwały lepszą konsystencję. Swoje ofiary zazwyczaj wybierałem z pośród ludzi żyjących w dużym oddaleniu od mojego miasta, które nawet policja omijała z daleka. Kochałem to niepozorne, stęchłe miejsce, przyprawiające obcych o zawrót głowy. Zacząłem czuć się w nim lepiej niż gdziekolwiek indziej, na tym pozbawionym miłości, zaplutym padole ludzkiej beznadziei, po mimo tego co wydarzyło się tu przed laty... Kiedy byłem mały, doszło do pewnej tragedii. Mój ojciec był niezrównoważony, bardzo agresywny i łatwo popadał w nałogi, tracąc przy tym wszystkie pieniądze. Nienawidziłem go... Nie raz, z mamą i młodszą siostrzyczką, która miała wtedy 8 lat, byliśmy bici i poniżani. Starałem się to wytrzymywać, ale widziałem że one nie dawały już rady. Pewnej nocy, kiedy znowu przyszedł do domu schlany, czekałem na niego ukryty za drzwiami. Miałem wtedy 16 lat. Wchodząc do domu niepotrzebnie zbudził resztę rodziny, która niestety zeszła na dół. Jak zawsze zaczął się awanturować, lecz kiedy jego dłoń ujęła nóż leżący na stole, a mama z Emily zaczęły już krzyczeć z przerażenia, wybiegłem zza drzwi i oblałem go kwasem, po czym podpaliłem. Może to nie był zbyt konwencjonalny sposób na odebranie komuś życia, ale pragnąłem by cierpiał... Ojciec upadł na podłogę zwijając się z bólu, a ja patrzyłem, śmiejąc się z satysfakcją na twarzy, jak jego ciało, nieprzypominające już w ogóle człowieka, płonęło na środku pokoju. Mimo to przerażenie na twarzach jedynych osób, które kochałem, nie znikało. Nie rozumiałem dlaczego, ale mama kazała mi uciekać jak najdalej stąd, wyjechać i już nie wracać. Wtedy dotarło do mnie, co tak na prawdę zrobiłem i w pośpiechu opuściłem dom, do którego po raz pierwszy przyjechałem dopiero, gdy dowiedziałem się o samobójstwie matki. Nie miałem pojęcia, co stało się z moją małą, słodką siostrzyczką, ale nie było jej tam i nigdy więcej jej nie spotkałem. Od tamtej makabrycznej nocy minęło już prawie 14 lat i chyba bezsensu do tego wracać. Starałem się wielokrotnie wyprzeć z siebie te wspomnienia, ale nie potrafiłem... W każdym razie to jest już nieistotne. Moje życie w końcu nabrało sensu i wszystko się zmieniło...




Tego wieczoru znów wybrałem się na polowanie swojego następnego modela, który jeszcze tej nocy miał zmienić się w idealny obraz. Czatowałem na parkingu pod jakimś większym budynkiem. W pobliżu nikogo nie było i po jakimś czasie zrezygnowany chciałem już odjeżdżać, gdy nagle zobaczyłem, że ktoś przechodzi tuż przed moim samochodem. Jednak mam dzisiaj szczęście... Kobiety w ciąży jeszcze u siebie nie gościłem. Z całych sił wcisnąłem pedał gazu i z hukiem uderzyłem w dziewczynę, która powalona na ziemie, straciła przytomność. Szybko wciągnąłem ją do samochodu i spokojnie pojechałem w swoją stronę.




Kiedy dotarłem już do domu i zawlokłem związaną kobietę do pracowni, natychmiast przystąpiłem do pracy. Na początku nie mogłem się zdecydować, czy "zmiksować” ją wewnętrznie, jak to miałem w zwyczaju, czy bardziej tradycyjnie rozciąć ją nożem i ładnie wszystko wyselekcjonować. Ale przecież jest jeszcze dziecko! Właśnie! Hmm.. Ciąża wyglądała na zaawansowaną. Kiedyś chciałem zostać lekarzem, więc czemu by nie zabawić się z nią w cesarskie cięcie, oczywiście bez znieczulenia? Wyśmienity pomysł! Fartownie przyszła matka zdążyła odzyskać przytomność. Wepchnąłem jej do buzi kawałek szmaty, żeby tak nie krzyczała i nie zniszczyła języka, który jeszcze przecież mógłby mi się przydać. Wziąłem mój ulubiony nóż i wykonałem pierwsze, szerokie nacięcie w dolnej części brzucha. Ból musiał być tak ogromny, że materiał w ustach kobiety na niewiele się przydał. Na szczęście cała pracownia była wygłuszona i szczelnie zamknięta, przez co stojąc nawet o krok od domu i tak nikt by jej nie usłyszał. Świadomość tego tylko mnie rozbawiła i jakoś tak, nóż sam wbił się głębiej. Kiedy dziura w jej brzuchu była już odpowiednio duża i głęboka, odłożyłem narzędzie i gołymi rękami zacząłem grzebać w jej wnętrznościach szukając dzidziusia... O, znalazłem! Chwyciłem go za główkę i wyciągnąłem z martwej już, niedoszłej matki. Poklepałem go po pleckach i usłyszałem cichy płacz. Właściwie nie spodziewałem się, że dziecko przeżyje tą operację, a tu proszę, zdrowy, śliczny chłopiec, który zaraz wyląduje na moim obrazie. Trochę szkoda było mi zabijać niemowlę, ale czego się nie robi dla sztuki, prawda? Po przerobieniu matki z dzieckiem na farby, najtrudniejszym elementem było umieszczenie ich razem na jednym obrazie. Specjalnie musiałem jakoś ustawiać ich zwłoki, żeby były choć trochę stabilne. Największym plusem w martwych modelach jest to, że możesz malować ich portret nawet przez bardzo długi czas, a oni i tak nie drgną z miejsca i świetnie dotrzymają ci towarzystwa. Nareszcie udało mi się skończyć obraz kobiety z nowonarodzonym synkiem. Oddaliłem się od niego kilka kroków, by w pełni móc zobaczyć swoje arcydzieło… Zamarłem. W jednej chwili wygasły we mnie pasja i namiętność, coś wyssało emocje, a cały świat runął, doszczętnie niszcząc wszystko w co wierzyłem i do czego doszedłem. W oczach młodej dziewczyny, którą właśnie brutalnie zamordowałem, dostrzegłem to samo przerażenie, co pamiętnej nocy z dzieciństwa, w oczach mojej małej siostrzyczki Emily. To naprawdę była ona... Moja słodka dziewczynka... Ja... Ja zabiłem moją... Emily... Moją siostrę... Nieee! Wtedy coś zaczęło piszczeć mi w uszach, aż nagle usłyszałem ciche miałczenie dobiegające zza moich pleców. To nie może się dziać... Gwałtownie się odwróciłem, a wzrok wszystkich osób z moich obrazów był skierowany wprost na mnie. W jednej sekundzie zaczęli gnić, rozpadać się i ruszać. Przecież to niemożliwe! Każde spojrzenie było przepełnione złem, goryczą i nienawiścią, która wbijała się we mnie i wypalała od środka. Nagle zobaczyłem, że te nieludzkie kreatury wydostają się na zewnątrz! Próbowałem uciekać, ale nie mogłem znaleźć klucza. Odrażające bestie były zaledwie kilka kroków ode mnie. Nie było już ratunku. Zabiłem kilkudziesięciu ludzi, którzy właśnie mnie dopadli i ciągnęli w stronę dużego, białego płótna. Próbowałem się wyrywać, jednak na daremno. Nie zasłużyłem na to! Dzięki mnie stali się dziełami sztuki znacznie piękniejszymi i doskonalszymi niż ich wątłe, żywe ciała! Przecież wyświadczyłem im tylko przysługę! Nagle w tłumie potworów dostrzegłem moją dorosłą już siostrę. Wyszła przed wszystkich, trzymając martwe dziecko i wpatrując się we mnie, z tym samym makabrycznym wyrazem twarzy. Zaczęła przecinać moje ciało piłą tarczową. Inne monstra się do niej przyłączyły, rozszarpując mnie żywcem na kawałki. To był niewyobrażalny ból, gorszy od czegokolwiek czego wcześniej doznałem... Czułem, że jestem martwy, ale wciąż miałem świadomość... Nie rozumiem... Przecież mnie zabili! Jak to możliwe... Ja nie żyję... Nie żyję!




Nagle wszystko ucichło, potwory zniknęły, a ja nie byłem już tym kim wcześniej. Po chwili dotarło do mnie, że nie mogę się ruszać. Próbowałem krzyczeć, ale nie udało mi się wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Stałem się następnym idealnym obrazem wiszącym pośród innych tragicznych malowideł w mojej galerii śmierci, a jedynym co czułem, był ból ludzi, których pozbawiłem życia. Właśnie poznałem, czym jest piekło... Na wieczność...
Oceń:
8
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!