Wciąż patrzą 3

Dodane przez: kuro, 19.07.2015, 11:25
Reklama:
Część pierwsza: http://straszne-historie.pl/story/11034-Wciaz-patrza
Część druga: http://straszne-historie.pl/story/11296-Wciaz-patrza-2

Szybko przemykam na drugą stronę salonu szpitalnego, chowając się za pielęgniarkami, które znam. Udaję, że po prostu mam wystarczająco dużo dobrego humoru, by zaczepić je i zapytać, jak się mają. Nie, żeby mnie to obchodziło... nie obchodzi ani trochę, ale to jedyny sposób, by mnie nie zauważył.

Działa mi na nerwy. Gdzie pójdę, tam spotykam właśnie jego. Jest tak już od tygodnia. W dodatku zauważyłam, że nie uczestniczył szkoleniu dla nowych. Dają mu dużo swobody. Chyba pracował już kiedyś jako pielęgniarz. Ciekawe czy miał do czynienia z czubkami?

Otwieram drzwi i wchodzę do łaźni. Zatrzaskuję się w wolnej kabinie, opadając na podłogę. Cholera... chyba muszę poprosić ojca, żeby mnie przeniósł. Znów. W dodatku to on dofinansowuje ten szpital. Będzie wściekły, kiedy uzmysłowi sobie, ile pieniędzy stracił. Nie wiem co mam robić. Z jednej strony w tym domu wariatów jest lepiej niż we wszystkich poprzednich i nadal byłoby tu dobrze, gdyby nie ON. Mogliby go zwolnić. Rozważałam już przekupienie dyrektora, ale chyba nie jestem aż takim potworem, żeby wywalać kogoś z pracy, gdy mi się podoba.

Opieram głowę o białą ścianę i myślę, jak bardzo to wszystko jest beznadziejne. Jeszcze tylko brakuje, żeby dopadły mnie myśli samobójcze. Cholerny pech. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie wiem jak mam się zachować. Tu wszyscy się znają, więc szansa, że będę go unikać, dopóki on nie odejdzie albo mnie nie przeniosą do innego szpitala, raczej nie istnieje. Nie chodzi o moją nieśmiałość czy coś. Boję się w pewnym sensie, ponieważ nikt z mojego rodzinnego miasta nie wie, gdzie teraz przebywam. Uważają mnie za wykształconą, dobrze zarabiającą kobietę, a nie dziwadło w psychiatryku. Reputacja mojej rodziny może runąć, kiedy ktoś dowie się o Hannie psycholce. A bardzo prawdopodobne jest, że facet ma przyjaciół, z którymi utrzymuje kontakt. Nawet jeśli obowiązuje go jakaś tam tajemnica lekarska... Nikt nie może się dowiedzieć o moich schizach.

Wstaję i spoglądam w lustro. Brzydszej kobiety w życiu nie widziałam. Wyglądam o trzydzieści lat starzej, w dodatku posiwiałam. Na moich rzadkich, ciemnych włosach powstało już prawie całkowicie białe pasemko. Jeszcze kilka nocy, kilka koszmarów, parę szybszych uderzeń serca i zamienię się w babcię.

Przyglądam się swojej twarzy z bliska, kiedy za sobą słyszę ciche skrzypienie. Patrzę na odbicie i zauważam, że drzwi do kabiny, które zamknęłam na zasuwę, otworzyły się.

Jestem całkowicie odrętwiała od strachu. Nie mam odwagi wziąć nawet głębokiego oddechu. Staram się wytłumaczyć sobie, że to nie prawda. To nieprawda, co się dzieje. Tylko trochę mi odbija. Słyszę ciężkie kroki bosych stóp na posadzce, które zmierzają w moją stronę. Są coraz bliżej. Szaleńcze bicie mojego serca słychać chyba w całym wszechświecie. Dłonie drżą. Tak bardzo drżą.

Spoglądam w róg lustra, który odbija przestrzeń za moimi plecami. Nie chcę na to patrzeć. Nie chcę, ale z jakiegoś powodu nie potrafię odwrócić wzroku. Nagle w polu widzenia pojawia się przygarbiona postać z twarzą przysłoniętą włosami. Zanim mój pisk wypełnia łaźnię, rozlega się śmiech. Ten sam co zawsze. Chrapliwy, nieznośny śmiech.

Wbijam się w róg kabiny i daję sobie kilka chwil, by się uspokoić. Mam drgawki, a moje ciało błyszczy od potu. Czuję jak papierowa sukienka przylega do moich ud i pleców. Znowu. Ile razy można tak kogoś straszyć? Ile razy ten ktoś może nabierać się na ten banalny żart?

Wzdycham. Może i jestem strachliwą, bezbronną dziewczynką wobec mojej przypadłości, ale w relacjach międzyludzkich zdecydowanie rządzę. Dlatego tym razem nie odpuszczę. A niech mnie ubiorą w kaftan i zamknął w izolatce, ta baba oberwie za wszystkie podobne akcje.

Wychodząc, zauważam kawałek ciemnego materiału, zaczepionego na klamc. Pewnie znów ktoś próbował się wieszać. Łaźnia jest ulubionym miejscem ludzi z budynku D. Wszyscy tam są albo niedoszłymi samobójcami, albo cierpią na ciężkie depresje. Kilka razy ktoś się tu pochlastał, utopił, albo powiesił, choć to prawie niemożliwe. Samobójcy zawsze znajdą sposób na odebranie sobie życia. Widziałam już takie rzeczy, jak duszenie siebie prześcieradłem, albo przecięcie żył czymś z pozoru całkowicie tępym.

Popycham drzwi i wpadam do salonu. Rozglądam się po otoczeniu, usiłując wychwycić tę kobietę. Kiedy ją dostrzegam, jest właśnie w trakcie wykonywania swojego „tańca”. Zawsze to robi po przestraszeniu mnie. Wymachuje rękami. Skacze. Wydaje dziwne dźwięki. Myślę, że potrzeba jej bardziej egzorcysty niż lekarza. Rząd foteli, obitych kremową skórą staje mi na drodze, więc niewiele myśląc, przeskakuję przez nie, nie zważając na czubków, którzy na nich siedzą.


- Tu jesteś. – warczę, podchodząc bliżej. – Czego chcesz ode mnie do cholery?

Kobieta odwraca się do mnie. Ślina ścieka z kącika jej ust, a ja nabieram wątpliwości, czy na pewno chcę ją dotknąć. Wydaje się zaskoczona tym, że w ogóle do niej mówię. Dopiero po chwili jej twarz rozciąga się w szerokim uśmiechu. Gałki oczne schodzą na boki, a powykrzywiane, żółte zęby zaszczycają świat swoim widokiem.

Nie... jednak nie mam tyle odwagi, by jej dotknąć. Jest obrzydliwa.

- Boisz się ich. – mówi. – A one nie. One nie!

- Co?

- Boisz się wszystkiego. – zaczyna wymachiwać rękami jeszcze bardziej. – Boisz się nawet jego. A on też jest.

Patrzę na nią podejrzliwie. O czym, do cholery, mówi? To nie ma sensu.

- Cze-mu mnie prze-śla-du-jesz? – nie chciałam jej traktować jak debila, ponieważ nie znam jej przeszłości, ale inaczej nie da rady. Próba komunikacyjna nie powiodła się. Może jeśli rozrysuję jej to pytanie, to zrozumie.

- Wszyscy. Wszyscy zostawiają. A ty głupia. Boisz się. Czekają! Czekają. A ty głupia.

Zaciska pięć palców prawej dłoni w pięść. Wściekłość pulsuje w moich żyłach i wypływa strumieniami na policzki. Nie wytrzymam tego dłużej. Nikt nie będzie mówił, że jestem głupia. Mogą uważać mnie za wariata, psychopatę, ale nie za głupca. W ogóle co może o mnie wiedzieć takie dziwadło?

Zanim pojmuję co się dzieje, moja dłoń zmierza w stronę twarzy kobiety. Uderzam ją z wielką siłą. Chwilę później ona leży na podłodze, a mnie piecze skóra. Nie wiedziałam, że potrafię komuś tak przywalić. Jestem z siebie dumna i ani trochę mi jej nie żal. Może nauczy się, z kim nie wolno zadzierać.

Po całym piętrze rozlega się krzyk innego psychola, który widział zajście. Zbiegają się pielęgniarki i pielęgniarze. Robi się zamieszanie wokół. Ktoś coś mówi, słychać trzaski i dźwięk tłuczonego szkła.

Zauważam, że kobieta się podnosi. Dźwiga swoje ciało do pozycji siedzącej i spogląda na mnie jednym okiem.

- Dziś przyjdą. – mówi, chichocząc.

Wraz z końcem jej wypowiedzi, przestaję nad sobą panować. Rzucam się do przodu, gotowa ją zabić. Niech zdycha, jeśli to jest cena za mój spokój.

- Hej!

- Rozdzielcie je!

- Szybko!

Jeden z pacjentów zaczyna udawać syrenę policyjną. Drugi biega w kółko, śpiewając – „To już jest koniec”. Jakaś dziewczyna stoi w miejscu i patrzy na całe to zamieszanie nieobecnym wzrokiem. Zauważam to wszystko, kiedy pielęgniarze trzymają mnie za nadgarstki. Nie usiłuję się wyrywać. Nic nie mogą mi zrobić.

Młoda pielęgniarka podnosi z podłogi kobietę.

- O co poszło?

- Prześladuje mnie. Przenieście ją do innego budynku. A najlepiej na inną planetę!

- Tylko o to chodzi? – pyta inna.

- Kurwa, czy wy jesteście głusi? Ta baba ciągle mnie straszy. Zróbcie coś, do cholery!

Nerwy coraz bardziej mi puszczają i zaczynam wyrywać się z uścisków. Szarpię się, szamoczę, biję powietrze. Mam dość. Muszą ją zabrać z dala ode mnie. Inaczej zwariuję do reszty.

- Spokojnie. – słyszę męski głos.

- SPOKOJNIE!? Jak mam być... – podnoszę wzrok i mam ochotę umrzeć. Nasze spojrzenia znów się spotykają, a ja nie mogę darować sobie takiej wpadki. To on. Miałam go unikać... cholera! Te same zielone oczy, te same kasztanowe włosy, te same rysy twarzy, które pamiętam. Nic się nie zmienił. A jednak coś w nim mi nie pasuje.

Stoję przez chwilę całkowicie bez ruchu. Nie jestem pewna co się ze mną dzieje. Czemu czuję rozczarowanie? Spodziewałam się zobaczyć w nim współczucie albo chociaż jakieś poboczne emocje. Zastałam pustkę. Całkowitą pustkę. Jakby nigdy mnie nie widział, a przecież wczoraj na pewno mnie rozpoznał. Może to ja się pomyliłam? Może to nie jest ten sam mężczyzna?

- Nic ci nie jest Zosiu?

- Ona nie wie. A on tak. – mamrocze kobieta.

- Już wszystko będzie dobrze. – pielęgniarka kieruje się w stronę pokoi, prowadząc psycholkę za rękę.

Ogarnia mnie złość. Mam ochotę krzyknąć, że naskarżę ojcu i szpital nie dostanie więcej ani grosza, jednak uzmysłowiłam sobie, że ten pomysł jest idiotyczny. Zachowałabym się jak dziecko, którym już nie jestem. W tej sytuacji pozostała mi jedynie bezradność.

- Zaraz ktoś odprowadzi panią do pokoju. – mówi kobieta obok. – Podamy też środki uspokajające, które...

- Stul pysk. – rzucam w jej stronę. Natychmiast przestaje mówić. – A wy macie mnie puścić. Już! Albo odgryzę wam palce. Wiem, gdzie mieszkam.

Szarpię się. Uścisk jednego z mężczyzn się rozluźnia, ale ten drugi wciąż pozostaje zaciśnięty. Patrzę na „niby” znajomą twarz. Robię minę, która zazwyczaj budzi przerażenie u większości ludzi z personelu, ale na nim nie robi wrażenia. Wpatruje się we mnie i nagle w jego oczach coś się zmienia.

Robię krok w tył, gwałtownie wyszarpując nadgarstek. Odwracam się i uciekam do pokoju, najszybciej jak potrafię. Czy nie powiedzieli mu, kim jestem? Mnie nie można traktować jak zwykłego pacjenta. I co to było? Przed chwilą... Zawahał się. Czułam, że nie ma zamiaru mnie puścić, pewnie jakby to od niego zależało, zamknąłby mnie w izolatce, ale potem zmienił się cały wyraz jego twarzy.

Boję się, że wie, kim jestem.
I boję się, że ja wiem, kim on jest.

***

Naskarżyli na mnie. Edek był wściekły, mój ojciec był wściekły, wszyscy nawet teraz są wściekli. Powiedziałam, że chcę się przenieść do innego budynku i zażądałam niebieskich pastylek.

I co mi powiedzieli?
„Nie”
Po prostu nie.

Czyli muszę się męczyć z szurniętą Zośką, koszmarami i nowym pielęgniarzem. Super. Plus dziesięć do samopoczucia.

Kładę się na miękkim materacu. To śmieszne jak wszystko nagle ulega destrukcji. Było dobrze do pewnego momentu. Pamiętam, jak po kilku miesiącach intensywnej terapii, miałam wrócić do domu i zapomnieć o tym wszystkim. Nie śniłam. Nie widziałam ich. I niespodziewanie pewnego dnia BUM. Wszystko powróciło. Rodzina uznała, że lepiej będzie, jeśli zostanę i będę zdrowieć w „korzystnych” warunkach.
Zdaję sobie sprawę z tego, że nie chcieli mnie stąd zabrać.
Nie potrzebują mnie. Jestem jedynie problemem, którego nie rozwiążą pieniądze. Rozumiem ich, są bezradni i to ich dobija. Wolą więc udawać, że nie istnieję. Też bym pewnie tak zrobiła.

Zamykam oczy, wsłuchując się w dźwięk kroków na korytarzu. Kiedy pierwszy raz przyszło mi zasnąć w tym miejscu bez prochów, słyszałam krzyki. Naprawdę przeraźliwe, głośne krzyki. Powiedziałam o tym Edmundowi i pielęgniarkom, ale wszyscy jednogłośnie stwierdzili, że w nocy nic nie słyszeli. Podawali mi przez jakiś czas mocne tabletki, aż w końcu zaczęłam sypiać prawie normalnie. Teraz głosy ustały na zawsze. Nie słychać nawet cichych szlochów. A ja nie mam pojęcia, czy to mi odbiło, czy specjalnie dla mnie uciszyli tych biedaków. Przewracam się na bok.

- Gdzie to zanieść?

- Trzeba wezwać sprzątaczkę na drugie.

- Zaciął się zamek.

- Kowalewski znów chciał napaść na stołówkę.

- Tego nie da się wyleczyć.

- Mania prześladowcza?

- Kwiaty we włosach, potargał wiatr...

Chwytam poduszkę, zakrywając nią głowę. Nie mogę się skupić na spaniu. Są zbyt głośno.

- Zaraz przyjdę. Dostałem przydział, więc muszę jej powiedzieć.

- Grażyna, wołają cię.

- Gdzie moja mamusia?

Drzwi do mojego pokoju otwierają się z cichym skrzypnięciem. Trwam w bezruchu, udając, że śpię. Jeśli przyleźli, by dać mi proszki, to bardzo źle dla nich. Nic nie łykam, dopóki nie dadzą mi moich pastylek. Albo niebieskie tabletki, albo śmierć.

- Wiem, że nie śpisz.

Moje ciało zaczyna drżeć bez pozwolenia, kiedy rozlega się głos. Zdenerwowanie wypełnia mój umysł i kompletnie nie wiem jak mam się zachować. Strach zaciska palce na moich ramionach. On wie, kim jestem. Pamięta mnie. Rozważam paście na kolana i błaganie, by nikomu nie mówił o mnie i moich małych paranojach.

- Spojrzysz na mnie w końcu? – pyta zniecierpliwiony.

Po kilku chwilach decyduję się podnieść ciało do pozycji siedzącej, jednak nie ma mowy, żebym podniosła wzrok. W myślach przekonuję samą siebie o przeciętności sytuacji i usiłuję opanować myśli.

- Czego chcesz?

- Jestem nowym pielęgniarzem. Mam na imię Aleksy.

Moje oczy otwierają się szerzej. Wszelkie złudzenia zostały zmiażdżone, porzucone gdzieś w przeszłości. Mimo iż rozpoznałam go w pierwszej chwili, ciągle miałam nadzieję, że jest jedynie nieznajomym, przeciętnym człowiekiem. Teraz to wszystko straciło cały sens.

- Czego chcesz?! – błagam głos, by się nie załamał.

- Od dziś będę twoi opiekunem. Możesz zwracać się do mnie o każdej porze...

- Bzdura. Nigdy nie miałam opiekuna. Nie jesteś mi potrzebny. Wyjdź i nie wracaj.

Słyszę, jak wzdycha.

- Obawiam się, że to niemożliwe.

- Jesteś nowy... nowy nie może być opiekunem.

- A jednak. – prycha.

Siedzę kompletnie bez ruchu, obserwując, jak podchodzi do stolika i stawia na nim wodę z rozpuszczającą się tabletką musującą. Znam to świństwo. Po nim mogą wmówić każdemu, że jest z innej planety. Całkowicie ogłupia, a poza tym jest gorzkie.

- Wypij. – podaje mi szklankę.

Mam zamiar popatrzyć na niego z pogardą i powiedzieć coś w stylu – „Spadaj mały gnojku”, ale nie potrafię. Świadomość tego, że on pamięta, jaka byłam przed wylądowaniem tutaj, okropnie mnie onieśmiela. Do tej pory z nikim nie łączyło mnie nic szczególnego, więc teraz nie potrafię poradzić sobie z taką sytuacją.

- Nie wypiję tego. – szepczę, wpatrując się w płyn.

Aleksy milczy. Czuję się obserwowana przez jego zielone oczy. Wkurza mnie to.

Zaciskam zęby. Będę kompletnie nieświadoma tylko przez parę godzin, później wszystko wróci do normy. Decyduję się wypić proszki, tylko dlatego, że już dziś narobiłam zbyt dużo problemów. Przechylam szklankę.

- Dziękuję za współpracę. Teraz się prześpij.

- Nie będziesz mówił mi co mam robić...

Zatrzymuje się z dłonią na klamce i odwraca głowę w moją stronę.

- Kiedyś byłaś bardzo skryta. To zabawne jak ludzie zmieniają się przez lata.

Otwieram szeroko oczy, zastanawiając się, czy mówi to celowo, by mnie sprowokować. Postanawiam nie dać mu tej satysfakcji i przestać milczeć.

- No wiesz, – zaczynam. – Czas zawsze działa na naszą niekorzyść.

***

Budzę się w środku nocy. Widocznie „lekarstwo” przestało działać. Wokół mnie panuje nieprzenikniony mrok i mam problemy nawet z zobaczeniem własnej dłoni, którą trzymam przy nosie.

Przez małe okno wpada niebieska poświata księżyca, rysując w ciemności kształty mebli. Cisza. Kompletna cisza wypełnia cały budynek. Czasami przeraża mnie to, jak spokojne są tu noce. W psychiatryku to byłoby normalne, gdyby ktoś zaczął nagle śpiewać albo płakać, ale tu nigdy nic takiego się nie zdarzyło. Zupełnie jakbym była sama w tym wielkim budynku. To okropne.

Przewracam się na plecy. Teraz będę musiała leżeć w ciemności, czekając na świt. Nie uda mi się zasnąć. Właśnie dlatego nie lubię tych proszków.

Wzdycham głośno, chcąc przerwać ciszę. Nagle rośnie we mnie uczucie dyskomfortu. Czuję, jakby ktoś mnie obserwował. Zaczynam myśleć, że mój nowy opiekun, tak bardzo się przejął swoją nową rolą, że postanowił przyleźć tu i pilnować mnie nawet w nocy.

Podnoszę głowę, aby powiedzieć mu, że to, co robi może uchodzić za niesmaczne, ale zanim wykrztuszam choćby słowo, paraliżuje mnie strach. Oddech przyspiesza, a moje serce nie nadąża tłoczyć krwi. Usiłuję zachować spokój i powoli powrócić do pozycji leżącej. Jest w kącie, naprzeciwko. Stoi z palcami rozłożonymi na podłodze. Patrzy. Widząc dwa, jarzące się kółka w ciemności, miałam zamiar krzyczeć, wołać o pomoc. Zabrakło mi głosu.

Udaję, że go nie widziałam. Nie wiem, że tu jest. Nie wiem, że tu jest. Nie wiem, że tu jest. Nie wiem, że tu jest. Nie wiem, że tu jest. Nie wiem, że tu jest. Nie wiem, że tu jest. Nie wiem, że tu jest. Nie wiem, że tu jest. Nie wiem, że tu jest. Nie wiem, że tu jest. Nie wiem, że tu jest.

Słyszę skrobanie. Słyszę dziwne odgłosy. Szuranie. Stęknięcia.

Z przerażeniem stwierdzam, że to wczołgało się pod moje łóżko.

Przełykam gulę, która urosła w moim gardle. Postanawiam obrać nową strategię. Będę po prostu myśleć o przyjemnych rzeczach i udawać, że w życiu nie widziałam czegoś takiego jak te stwory. Tak. To dobre rozwiązanie.

Wyobrażam sobie łąkę, dom babci. Odtwarzam chwile, które spędziłam z nią. Pamiętam, jak uczyła mnie robić wianek ze stokrotek. Przytulała mnie, piekła przepyszne ciasteczka. Na moich ustach pojawia się nieśmiały uśmiech. To działa. Strach zniknął.

Biorę głęboki oddech, przewracając się na drugi bok. Usiłuję wyobrażać sobie babcię tak, jakby wciąż żyła, ale wyobraźnia przestała współpracować. Nie potrafię złapać się idei i jej rozwinąć. W dodatku ten cholerny dyskomfort.

Otwieram powoli oczy.

Gwałtownie nabieram powietrza w płuca, widząc te same świecące koła obok swojej twarzy i nie waham się wołać o pomoc.
Mój krzyk słychać chyba w całym wszechświecie.

Ciąg dalszy: http://straszne-historie.pl/story/11402-Wciaz-patrza-4
Oceń:
3
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!