Słupek 240491

Dodane przez: fugi, 5.08.2015, 22:16
Reklama:
Iza rzuciła peta na ziemię i przygasiła go butem. To był jej ostatni papieros. Poręcz drewnianej, pokrytej jakimś obskurnym grafitti ławki wbijała się jej w plecy. Chłód wrześniowej nocy zaczynał już być nieznośny. Poczuła na ramieniu gęsią skórkę.
- Gdzie jest ten pierdolony autobus? – zapytała sama siebie.
Śpieszyła się. Zapowiadał się taki zajebisty wieczór, ale nic nie poszło po jej myśli. Rozglądnęła się po okolicy. Znajdowała się na końcu Ołtaszyna, osiedla domków rodzinnych. Na prawo w oddali widziała płot ogradzający ogródki działkowe. Panowała cisza, gdzieś daleko tylko słyszała ujadanie jakiegoś psa. Droga była pusta. Od kiedy otworzyli nową wylotówkę z miasta, nikt nie jeździł tą trasą. Ewentualnie tylko kierowcy na podwójnym gazie, którzy liczą na uniknięcie kontroli policji.
Jakieś dwadzieścia metrów od przystanku autobusowego stał jej niebieski garbus. Zderzak był wgnieciony parę centymetrów do środka. Przód maski pod nienaturalnym kątem zakręcił się wokół betonowej latarni. Wyglądało to tak jakby małe dziecko chciało przytulić się do kogoś, ale miało za krótkie ręce.
Westchnęła. Lubiła to auto. Zero elektroniki i za grosz miejsca i komfortu, ale miało to coś. Nawet nie chce myśleć ile będzie kosztowała jego naprawa.
- Pierdolona sukienka – mruknęła.
To wszystko przez tą cholerną kieckę. Jechała tą drogą, nagle zobaczyła bilboard reklamowy. A na nim kobieta w tej zajebistej, czarnej sukience. Najlepsze jest to, że wcale jej się nie podobała, ot, kolejny ciuch. To przez tę babkę. Blondynka, wyglądała jak szefowa w jakiejś korporacji albo prawniczka. Miała świetną figurę, marzyła o takich biodrach jak ona. Mogłaby wtedy nosić czarne sukienki cały czas. Zapatrzyła się na nią o chwilę za długo. Nie zauważyła, że znosi ją na prawo. Chwilę później bach, uderzenie, ogromna siła pcha ją do przodu, pasy napinają się do oporu i jak proca odbijają ją w stronę fotela. Teraz jest tutaj.
Zapatrzyła się. I tyle. Co prawda była zjarana i jak ostatnia kretynka zamyśliła się prowadząc. Ale jeździła już setki kilometrów po trawie i nigdy jeszcze nie miała wypadku. Cóż, dobrze, że jej się nic nie stało. Zawsze mogło być gorzej, jak często powtarzał jej dziadek.
Mogłaby czekać na pomoc drogową albo zadzwonić po kogoś i scholować auto pod mieszkanie. Jednak dziś nie mogła się tym zająć. Nie z tym co ma w torbie. Musiała jak najszybciej dostać się do domu i to schować. Garbus musi poczekać do jutra.
Wracała od dilera, jej kumpla z liceum. Znają się od lat, często razem palili. Pomaga mu rozprowadzać zioło wśród jej koleżanek. Dostaje z tego też niezły profit.
Miała wpaść tylko po towar i jechać do mieszkania, ot klasyka. Ale od Romka nie da rady wyjść trzeźwym. Puścił muzykę, zaczął grać na gitarze, wypalili jointa na balkonie. Zeszło im prawie do pierwszej w nocy.
A teraz jest tutaj, a w jej torebce spoczywa torebka z pięćdzięsięcioma gramami marihuany.
(Nie myśl o tym)
Czasem musi się tak upomnieć w myślach. Nie może panikować, teraz potrzebny jest tylko spokój. Zaczęła myśleć o ciepłym prysznicu, który czekał na nią w mieszkaniu. Już niedługo będzie w domu.
Zerknęła na pogięty słupek, na którym znajdowała się tablica przedstawiająca kontur autobusu i tylko jeden rozkład jazdy. Bus jeździł raz na godzinę. Po tabliczce z nazwą przystanku zostały tylko dwie pordzewiałe śruby. Jedynym oznaczeniem na słupie były cyfry – 240491.
Zatrzęsła się z zimna. Tej nocy musiało być koło czternastu stopni, a ona wzięła ze sobą tylko ramoneskę. Otuliła szyję swoimi brązowymi włosami. Wiatr stał się mniej dokuczliwy.
Wyciągnęła długie bletki i oderwała papierek z paczki po fajkach. Zaczęła przygotowywać jointa. A co jej teraz szkodzi. W końcu dzisiaj już nie prowadzi.
Parsknęła śmiechem.
Polizała koniec bletki i zrolowała skręta. Sięgnęła po zapalniczkę i rozglądnęła się, czy nikogo nie ma w pobliżu. Szum gałęzi drzew i koncert świerszczy z pobliskich ogródków rozwiały jej wszelkie wątpliwości. Zapaliła jointa i zaciągnęła się. Przyjemny smak trawki. Poczuła jak się rozluźnia. Oparcie ławki przestało ją kłuć w plecy. Zrobiło się cieplej. Nie. Po prostu chłód już tak nie przeszkadzał.
Właśnie przykładała skręta z końcówką umazaną jej czerwoną szminką, gdy nagle silny promień światła rozświetlił okolicę.
- Kurwa – mruknęła.
Ktoś kiedyś zauważył, że za każdym razem, gdy stojąc na przystanku odpalasz papierosa i bierzesz pierwszego bucha, to długo oczekiwany autobus zawsze akurat wtedy wyłania się zza zakrętu i zmusza do wyrzucenia dopiero co rozpoczętej fajki. Jak widać to cholerne prawo tyczy się także jointów.
Po wyboistej drodze sunął stary pojazd. Przy każdej dziurze autobus podskakiwał, a snop światła z jego dwóch reflektorów zamieniał pobliskie drzewa i płoty w kuriozalne kształty.
Iza wywaliła dopiero co zaczętego skręta, chwyciła torebkę i wstała z ławki. Trochę nią zarzuciło.
(Skąd on bierze ten towar)
Bus zbliżył się do przystanku. Jęknęła, gdy zobaczyła jego stan. Musiał być starszy od wrocławskich Ikarusów, jak mogli w ogóle dopuścić go do ruchu?
Nic dziwnego, że jeździ na nocnych zmianach. W dzień ludzie wręcz uciekaliby na jego widok.
Był pokryty wyblakłą, czerwoną farbą. Po środku ciągnął się żółty pas, w niektórych miejscach korozja pozostawiła dziury wielkości pięści. Szyby całe zakurzone, prawie nic nie było widać w środku. W kabinie kierowcy paliło się tylko małe, czerwone światełko. Pojazd musiał mieć co najmniej 30 lat.
Z piskiem klocków hamulcowych, który nie wiedzieć czemu, skojarzył się jej z odgłosem zarzynanego hipopotama zatrzymał się przy ławce. Obroty spadły, gaźnik silnika miarowo mruczał. W wydechu musiało brakować tłumika. Aż dziwne, że w pobliskich domach nie zapalają się światła i w oknach nie pojawiają się twarze zaspanych mieszkańców. Podeszła do środkowych drzwi. Otworzyły się z przeraźliwym skrzypnięciem.
Zawahała się. Spojrzała jeszcze raz na swoje ukochane autko trochę za bardzo przytulone do słupu latarni. Nagle poczuła jak bardzo chciałaby być teraz w swoim bezpiecznym pokoju. Silnik autobusu zaczął głośniej pracować. Zaraz odjedzie.
Wskoczyła na pierwszy stopień i chwyciła się poręczy. Weszła po schodkach do środka.
Iza nie sprawdziła numeru autobusu. Przecież na tym przystanku zatrzymywała się tylko jedna linia. Ale gdyby chociaż zerknęła na tablicę wiszącą nad kierowcą, od razu zauważyłaby, że nie zapisano na niej stacji końcowej.

Składane jak harmonijka drzwi zamknęły się za nią. Zawiasy zaskrzypiały przeraźliwie. W środku panował półmrok. Działały tylko dwie lampy.
Pojazd ruszył. Ryk silnika zwielokrotniła mała przestrzeń w środku autobusu. Nagła siła zarzuciła nią w lewo. Od razu złapała się poręczy.
Pierwsze co ją zaskoczyło, to muzyka. Rzadko kiedy jest puszczana w autobusach, a jak już, to leci jakieś popularne radio z popowymi kawałkami. Ta brzmiała jak z filmów lat trzydziestych. Jakieś połączenie jazzu ze swingiem. Sekcja dęta, szybki rytm rodem z zadymionej knajpy z okrągłymi stolikami. Po chwili rozpoznała piosenkę Sing, Sing, Sing B. Goodman’a. Jej niedawno zmarły dziadek miał całą jego dyskografię w pokoju dziennym. Kierowca musiał być jakimś prawdziwym koneserem, że wzięło go na taką setlistę dla nocnych pasażerów. Patrząc na wiekowość busa, to wcale by się nie zdziwiła, gdyby puszczał ją z winyla.
Dziewczyna rozglądnęła się po wnętrzu pojazdu. Było w nim tylko kilka osób. Z przodu siedziało dwóch mężczyzn. Jeden z nich miał na sobie dziwny strój. Wyglądał jak mundur, ale napewno nie z polskiego wojska. I szarą czapkę noszoną przez oficerów.
Za to z tyłu na samym końcu siedziała jakaś młoda parka. Trzymali się za ręce i uśmiechali się. Najbliżej niej, przy oknie siedział mężczyzna w długim płaszczu i kapeluszu. Wyglądał jakby pomylił epoki albo po prostu naoglądał się filmów z James’em Dean’em i młodym de Niro. Na pierwszy rzut oka ciężko było określić jego wiek, ale na pewno przekroczył już trzydziestkę. Może jakiś kryzys wieku średniego, czy coś w tym stylu.
Zdała sobie sprawę, że za długo stoi na środku autobusu i gapi się na ludzi.
(nie zwracaj na siebie uwagi, kretynko)
Przypomniała sobie o bilecie, ale w busie nie było automatu. Pewnie jest tak stary, że nie dało się go zamontować. No nic, w nocnych i tak nigdy nie ma kanarów.
Ruszyła w lewo i zajęła fotel po drugiej stronie mężczyzny w kapeluszu. Przechodząc obok niego zauważyła, że trzyma opartą o kolano otwartą butelkę taniej whisky. Spotkali się spojrzeniami. To nie było, te często spotykane w nocy, typowe, podobne do napalonego zwierzęcia w rui spojrzenie pijanego faceta. Raczej wyrażało zaciekawienie.
Iza nie spodziewała się tego. Szybko odwróciła wzrok i zajęła miejsce przy oknie.
Autobus jechał przez ciemne ulice przedmieść Wrocławia. Przez szybę widziała właśnie mijane ogródki działkowe, teraz opuszczone i schowane w mroku nocy.
(schowane w mroku nocy? Co ja pierdolę?)
To zielsko naprawdę dobrze ją trzymało. Chyba jej siadło na lirykę. Na szczęście niedługo już będzie w domu, a teraz pozostaje tylko podziwiać te ciemne odludzie.
- Cześć.
Podskoczyła na fotelu. To jest ten najgorszy moment, najbardziej mrożący krew w żyłach kobiety, która sama w nocy wraca do domu. Nie chciała się odwracać. Ale nie miała słuchawek na uszach, on wie, że go usłyszała. Wstrzymała powietrze i odetchnęła. W autobusie są ludzie. Nic się nie stanie. Spław go.
- Wiem, że wypowiedziane w takim momencie słowa „nie musisz się bać” na kobietę działają całkowicie odwrotnie, ale chciałem tylko zająć ci parę sekund.
To całkiem klarowna wypowiedź jak na pijanego faceta około drugiej w nocy. Nie było wyjścia. Odwróciła się do mężczyzny w kapeluszu.
Siedział o fotel bliżej. Patrzył się na nią. Lekko uśmiechał. Nie wyglądał niebezpiecznie. Sytuacja zdaje się być pod kontrolą.
Nie odpowiedziała mu. Odgarnęła kosmyk włosów z twarzy i zdobyła się na wyraz twarzy wyrażający „nie wiem czy wiesz, ale jest druga w nocy i wracam właśnie styrana z pracy, chcąc zmyć z siebie smród potu i walnąć się do łóżka, więc proszę uprzejmie, odpierdol się, palancie”
Mężczyzna w ogóle się tym nie przejął. Pociągnął solidny łyk z butelki, otarł usta rękawem płaszcza i znów spojrzał na nią swoimi niebieskimi oczami.
- Mogę cię o coś spytać?
Cholera, znowu się zaczyna. Nie miała całkowicie ochoty na rozmowę z jakimś pijaczyną. Nie dzisiaj. Ale ciekawość wygrała. Najwyżej zaraz go spławi.
- No? – mruknęła.
Autobus zawył na wysokich obrotach. Kierowca wrzucił wyższy bieg. Całym pojazdem porządnie szarpnęło. Nieznajomy pochylił się w jej stronę i spytał:
- Co ty tutaj robisz?
Co to za świr? Trafiła na jakiegoś kolejnego zjeba, który zaraz ją zapyta, czy bolało jak spadła z nieba? Trzeba to szybko uciąć.
- Wracam do domu.
Mężczyzna najpierw popatrzył na nią, jakby chciał sprawdzić, czy żartuje. Poczuła jak jego rozbawione, niebieskie oczy bacznie ją obserwują. Przeszedł ją zimny dreszcz. Przyjazny uśmiech nie znikał z jego twarzy. W końcu odezwał się:
- Czekaj, możesz powtórzyć? Wra... wracasz do domu?
(co do kurwy się dzieje? Niedorozwinięty?)
Zbił ją z tropu.
- No... tak. Z pracy.
Mężczyzna odchylił się do tyłu i wybuchnął śmiechem. Kapelusz zsunął mu się na tył głowy i odkrył jego blond włosy. Śmiał się coraz głośniej, aż trochę złotego napoju z butelki wylało się na podłogę autobusu. Złapał się za brzuch i starał złapać oddech.
W końcu odwrócił się do parki z tyłu i zawołał:
- Słyszeliście? – tamci zerknęli w ich stronę zaciekawieni – ona wraca z pracy do domu!
Cała trójka zaczęła się śmiać. Mężczyzna klepnął się kilka razy po kolanie, a kobieta, urocza blondynka ze spiętymi w kok włosami chichotała zakrywając usta ręką.
Facet w kapeluszu nie mógł się opanować. W końcu zobaczył pełne zmieszanie na twarzy Izy i wytężył wszystkie siły, żeby zachować powagę.
- Prze... przepraszam, że tak rechoczę, ale od dawna nie słyszałem tak zabawnej rzeczy.
Nic nie rozumiała. Może palnęła coś głupiego? W końcu nieraz miała problemy z mówieniem po zielsku. Może wiedzą, że jest zjarana?
- A co jest w tym tak zabawnego?
- Ech... jak ci to wytłumaczyć... – przerwał w połowie zdania, żeby pociągnąć kolejny łyk z butelki.
Autobus skręcił w prawo. Zaczął wracać z przedmieść w stronę centrum Wrocławia.
(jeszcze jakieś dwadzieścia parę minut i będę w domu)
Pojazd zatrzymał się na przystanku. Silnik ucichł. Drzwi otworzyły się z hukiem. Nikt nie wsiadł.
- Wiesz co, to może być trochę dla ciebie zaskakujące – zaczął, poprawiając kapelusz – mogę się dosiąść?
Zanim zdążyła zaprzeczyć, wstał i usiadł obok niej. Przycisnęła się do ściany, żeby znaleźć się jak najdalej od nieznajomego. Poczuła zapach alkoholu.
Mężczyzna w płaszczu spojrzał na nią swoimi rozbawionymi oczami i powiedział:
- Wygląda na to, że wsiadłaś do złego autobusu.
Drzwi zatrzasnęły się i pojazd ruszył dalej.



(Kurwa)
To się wpakowała. Czemu to zawsze musi dziać się jej. Dobra, zachować spokój. Wyjdzie z tego.
- Jak to? – mruknęła.
Facet pokręcił głową jakby słuchał naiwnego dziecka, które nadal wierzyło w istnienie Świętego Mikołaja. Sięgnął do kieszeni płaszcza i wyciągnął srebrną papierośnicę. Otworzył ją. Autobus podskoczył na wyboju i ze środka wysypało się parę drobinek tytoniu.
- Chcesz?
Nie odezwała się.
- Jak uważasz, ale to naprawdę dobry tytoń – mruknął i wyciągnął papierosa. Chwilę gmerał w kieszeni i znalazł zapalniczkę. Kilka sekund później Iza poczuła w powietrzu zapach papierosowego dymu.
- Tu wolno palić? – spytała.
Mężczyzna wypuścił obłoczek dymu. Piosenka zmieniła się i z głośników zaczęły lecieć pierwsze dźwięki pianina Ray’a Charles’a. Słynne Hit the road jack.
- Wiesz, w tym autobusie tak naprawdę można wszystko.
O dziwo, nikt się nie odezwał, kierowca nie odwrócił i nie zwrócił mu uwagi. Coraz mniej z tego rozumiała. Jednak nie mogła się doczekać wytłumaczenia całej sytuacji.
- Więc... co jest nie tak z tą linią? Przecież bus powinien jechać przez centrum.
Znowu dobroduszny śmiech.
- Masz rację, jedzie przez centrum. Ale nie w taki sposób jak ci się wydaje.
(kurwa, niech on przestanie odpowiadać jak jakiś jebany filozof)
- Możesz mi to wytłumaczyć?
Zaciągnięcie się papierosem. Mężczyzna wypuścił dym z płuc. Autobusem zarzuciło na rondzie. Siła odśrodkowa przycisnęła ją do szyby.
- Cóż, moja droga, chyba najłatwiej będzie jak powiem ci to prosto z mostu... – przerwał, żeby napić się alkoholu – jeśli znajdujesz się w tym busie, to znaczy, że nie żyjesz.
Chwilę patrzyła na niego. Przez parę sekund słychać było tylko wycie silnika pojazdu i chrzęst ruchomych części zawieszenia.
Nagle tym razem ona zaczęła się śmiać. Odchyliła się lekko do tyłu, jej brązowe loki opadły na twarz.
Dobroduszny uśmiech nie znikał z twarzy nieznajomego.
Postarała się opanować.
- Każdej opowiadasz taką historyjkę?
Wzdychnął i zgasił papierosa w małym śmietniku przytwierdzonym do poręczy.
- Czekaj... – spojrzała na niego – ty nie żartujesz?
- Każdy na początku nie chce przyjąć tego do wiadomości – powiedział kręcąc butelką. Złocista ciecz odbijała się od szkła butelki – spójrz przez okno.
Dziewczyna, choć nie mogła uwierzyć w to co robi, posłusznie zwróciła głowę w stronę szyby.
- Widzisz jakiś ludzi?
Autobus przejeżdżał właśnie przez ulicę Wyścigową. Światła latarni oświetlały zamknięte sklepy i pobliskie domy mieszkalne. W żadnym oknie nie paliło się światło. A na chodniku nie było widać ani jednej osoby.
- Jest prawie trzecia w nocy... – zaczęła i aż sama poczuła jak niepewnie brzmi jej głos.
Hamulce zapiszczały i autobus zatrzymał się przy kolejnym przystanku.
- Nie zdziwiło cię, że nikt nie wsiada, ani nikt nie wysiada?
Cholera, miał rację. Jechała już ponad dziesięć minut, a nie widziała jeszcze ani jednej osoby.
Nagle usłyszała dziwny pisk w uszach. Uderzył ją ciąg obrazów przed oczami. Garbus, uderzenie w latarnię. Pusta ulica. Światło autobusu.
(o kurwa)
Obrazy zniknęły. Dźwięk w uszach też. Tylko ryk silnika starego pojazdu. Fotel wypełniony pianką stał się dziwnie twardy.
- Mogę papierosa? – spytała patrząc nadal przed siebie.
Po chwili obok niej pojawiła się papierośnica. Wzięła fajkę i zapaliła.
Mężczyzna uważnie się jej przypatrywał.
- Chcesz łyka? – wyciągnął w jej stronę butelkę.
Sięgnęła po szkocką i wypiła trochę. Napój zapiekł w gardle. Zakaszlała. Błogie, rozgrzewające uczucie rozluźnienia. Na ustniku butelki został ślad jej czerwonej szminki.
- Gdzie ja jestem? – spytała, patrząc przez szybę. Nadal nikogo nie widziała, a byli już na Ślężnej. Autobus sunął dwupasmową drogą, gdzie zazwyczaj można spotkać wiele przejeżdżających samochodów i mnóstwo osób wracających z imprez. Dziś ulice były puste – czy to niebo?
Rozmówca parsknął śmiechem.
- Nie, nie – założył nogę na nogę – niebo wygląda zupełnie inaczej.
- Więc co to za miejsce?
Chwila milczenia. Oddała mu szkocką.
- Znalazłaś się w czymś na zasadzie czyśca. Ten autobus przemierza Wrocław i zabiera tylko określonych ludzi, którzy przed chwilą umarli albo zginęli.
- Jakich „określonych ludzi”?
Mężczyzna spojrzał na nią. Wyglądał jakby zastanawiał się ile może jej powiedzieć. Zaciągnęła się papierosem.
- Jest przeznaczony dla morderców.
- Co? – Iza zająknęła się i zaczęła kaszleć dymem. Po chwili opanowała oddech – ale przecież ja nikogo nie zabiłam!
- Wiem – powiedział i pociągnął kolejnego łyka z butelki.
- Więc dlaczego tu trafiłam?
Nieznajomy wzruszył ramionami i sięgnął po fajkę.
- Cóż... każdemu zdarza się pomylić. Nawet temu na górze i na dole.
Dziewczyna pokręciła głową. To dopiero, kurwa, wieczór.
- I ci wszyscy pasażerowie to mordercy?
- Tak – mężczyzna wskazał na mężczyznę po prawej – tamten gwałcił i mordował kobiety. Mówili na niego Brzytwa, oryginalnie, nie? Dorwali go w Parku Szczytnickim, został zastrzelony na miejscu.
Mężczyzna w czarnej marynarce odwrócił się w ich stronę i pomachał do Izy. Wyglądał na około trzydzieści lat, miał przylizane włosy i wąsik typowy dla lat sześćdziesiątych. Wyszczerzył do niej zęby.
Wzdrygnęła się. Jego biała koszula była cała we krwi broczącej z kilku ran postrzałowych.
Gwałciciel odwrócił się i zaczął patrzeć przez okno.
Rozmówca machnął ręką.
-Nie przejmuj się, nie jest zbyt rozmowny. Za to tamten w mundurze to Hans.
Dopiero teraz zrozumiała, dlaczego mundur drugiego pasażera wydał się jej taki dziwny. Na ramieniu miał czerwoną opaskę z wyszytą czarną swastyką. Szara czapka i czarne oficerki wskazywały, że zajmował wysokie stanowisko w Wehrmachcie.
- Hans służył w Festung Breslau – mężczyzna kontynuował – szukał Żydów i ich zabijał albo wysyłał do Auschwitz. Jest tu głównie dlatego, że sprawiało mu to po prostu przyjemność... Chory sukinsyn – podsumował i przyłożył butelkę do ust. Izie zaczęło kręcić się w głowie.
- A tamci?
Wskazała na parkę z tyłu.
- Przestań, nieładnie pokazywać palcem – zganił ją i zapalił kolejnego papierosa – tamta dwójka miała wspólne hobby. Wynajdowała ofiary i razem je dusili sznurem do prania, a potem zakopywali. Zginęli w wypadku samochodowym. To był chyba dla nich jakiś sposób na spędzanie razem wolnego czasu, nie sądzisz?
Mężczyzna zachichotał. Dziewczynie nie było do śmiechu. Autobus przejechał obok wzgórza Andersa. Znajdował się tutaj uniwersytet i akademiki. Zazwyczaj wsiada lub wysiada tutaj cała rzesza pijanych studentów. Przystanek był pusty.
- I oni tutaj muszą zostać tutaj na zawsze?
Facet w kapeluszu pokręcił głową.
- Nie, mają wybór. Mogą skasować bilet – kiwnął głową w stronę starego kasownika, jedynego w autobusie, który znajdował się przy kierowcy. Był to stary, pamiętający chyba jeszcze lata czterdzieste ubiegłego wieku metalowy mechanizm. Wkładało się do niego bilet i zamontowanym w środku, specjalnym dziurkaczem przebijało się kawałek papieru.
- Skasować bilet? Po co? – spytała.
Wyrzucił papierosa do miniaturowego śmietnika.
- Jeśli skasują bilet, zostanie dokonany wybór. Pójdą do nieba albo piekła. Nigdy nie wiadomo co ich czeka. Niektórzy kasują go od razu. Inni wiedzą, że nieźle nabroili w życiu i nie chcą ryzykować trafienia na dół. Część z nich jeżdżą już tym autobusem kilkadziesiąt lat. O, czekaj! – rozmówca nagle poderwał się z miejsca i ożywił jakby podczas nudnego meczu piłka znalazła się w polu karnym – zaraz zobaczysz jak to działa! Brzytwa chyba się zdecydował.
Rzeczywiście, mężczyzna w czarnej marynarce wstał i ruszył w stronę kasownika. Wyciągnął bilet z kieszeni. Autobus pędził obok dworca PKP. Mężczyzna ledwo utrzymywał równowagę na licznych zakrętach. Złapał się poręczy przy kasowniku i wyciągnął rękę trzymającą bilet. Trzymał już ją nad metalowym sześcianem. Nagle zastygł w bezruchu. Jego ręka drżała. Wahał się.
Dziewczyna spostrzegła, że wszyscy patrzą na niego.
Brzytwa Gwałciciel włożył bilet do kasownika. Dwoma palcami złapał uchwyt dziurkacza. Dygnął głową niewidocznemu dla pasażerów kierowcy. Zza firanki wyłoniła się pomarszczona dłoń, która pomachała facetowi kurczowo trzymającemu się poręczy z kwadratową puszką.
- Wiesz, czasami mnie to nawet śmieszy – powiedział jej rozmówca.
Spojrzała na niego. Uśmiech nie znikał z jego twarzy. Obserwował całą scenę.
- Czemu?
- Dla jeżdżących całe życie na gapę, to pierwszy raz, kiedy skasują bilet. O, popatrz!
Odwróciła głowę w stronę Brzytwy i wydała zduszony okrzyk.
Mężczyzna zniknął.
- Gdzie on jest?
- Na górze albo na dole – rzekł nieznajomy i wypił resztę z dna butelki, po czym otarł usta rękawem – ale gdzie trafił, tego już nikt z nas nie wie.
Po chwili dodał:
- Ale obstawiałbym dół. Wykończył dwanaście Bogu ducha winnych kobiet – podrapał się po kilkudniowym zaroście i zawołał – Hans! Myślisz, że dół?
Oficer odwrócił się w ich stronę. Na nosie miał małe, okrągłe złote okulary. Zimne, niebieskie oczy nazisty sprawiły, że Iza wzdrygnęła się mimowolnie.
- Ich weiss nicht. Herr Brzytwa może mieć przebaczyć – zaskrzeczał łamaną polszczyzną – to być słowiańskie Madchen, gorsze ludzie, a gott mit uns!
Faszysta zaśmiał się i wrócił do poprzedniej pozycji.
- Nic dziwnego, że siedzi tu od czterdziestego piątego, rasista pierdolony – mruknął mężczyzna w kapeluszu i sięgnął do płóciennej torby po następną butelkę whisky.
Głośniki zaskrzeczały. Po chwili poleciały z nich pierwsze dźwięki Blue Suede Shoes Carl’a Perkins’a.
(ja chyba kurwa śnię)
Jest w cholernym autobusie z mordercami, nazistami i gwałcicielami. Do tego nieboszczykami. I jeszcze ta muzyka. Nagle zdała sobie sprawę, że nie wie najważniejszego. Jednak nie była pewna czy chce znać odpowiedź.
- A kogo ty zamordowałeś?
Chwila ciszy. Jedynym odgłosem było wycie silnika starej maszyny.
- Ja? Nikogo – odpowiedział z uśmiechem grzecznego dziecka, któremu zarzuciło się jakiś występek.
- To dlaczego tutaj jesteś?
Nieznajomy parsknął śmiechem. Autobus przejechał obok Galerii Dominikańskiej. Wszystkie okna były czarne jak smoła, a zazwyczaj świecące neony i szyldy wyłączone.
- Powiedzmy, że trochę pożarłem się z szefem – pociągnął większego niż zwykle łyka whisky – i przypadła mi zaszczytna funkcja kanara w tym oto cudzie motoryzacji.
Jak na zawołanie autobus najechał na coś i wieloletnie amortyzatory zawyły. Cały pojazd zadrżał.
- Czekaj, chcesz powiedzieć, że... o w mordę –urwała w pół zdania, gdy zobaczyła plecy nieznajomego.
Dopiero teraz to zauważyła. Na wysokości łopatek w płaszczu znajdowały się w równym odstępie dwie łaty. Różniły się kolorem od reszty materiału. Ktoś niedbale starał się nimi zaszyć dziury, które były kiedyś na...
(nie wierzę)
- To dopiero ironia, nie? – zaśmiał się i włożył papierosa do ust.
W głowie Izy wirowały pytania, które chciałaby zadać. Jeszcze do niej nie doszło, co przed chwilą usłyszała.
Nagle coś wydało jej się nie w porządku. Nie widziała, raczej poczuła ruch za sobą. Jedna rzecz jej nie dawała spokoju.
- Ale dlaczego po prostu nie wysiądziecie z...
Nie było dane jej dokończyć zdania. Sznurek mignął jej przed oczami i zacisnął się na jej szyi. Ogromna siła pociągnęła ją do tyłu. Straciła oddech. Zaharczała.
Ktoś jeszcze mocniej naciągnął sznur. Linka wrzynała się w jej gardło. Odrzuciła głowę do tyłu. Złapała dłońmi linkę i próbowała zmniejszyć nacisk. Sznur zacisnął się tylko mocniej.
(Powietrza)
Czarne plamy zaczęły pojawiać się przed jej oczami.
(On. Anioł. Czemu...)
Obraz się zaciemniał. Wydała kilka charknięć próbując złapać choćby odrobinę tak upragnionego tlenu.
(nie pomaga?)
Ostatkiem sił prawą ręką sięgnęła do kieszeni kurtki. Wymacała klucze od auta. Chwyciła je mocno i z całej siły zamachnęła się nimi do tyłu. W coś trafiła. Chyba skroń. Klucz wbił się w coś miękkiego i ugrzązł.
Krzyk.
Odpłynęła.
Otoczyła ją ciemność.
Czarny ekran.
Czerń jak smoła.
Nagle poczuła coś dziwnego.
(tak, poczuła)
Pisk w uszach. Coś się zmieniało. Czerń rozwarła się. Wrażenie jakby wypłynęła na powierzchnię po kilku minutach spędzonych pod wodą.
Rzuciło nią do przodu. Zachłysnęła się powietrzem. Jej serce biło jak oszalałe od nadmiaru tlenu przyjętego jednym haustem. Próbowała krzyknąć, ale wydała tylko charknięcie przez podrażnione gardło.
Oprzytomniała.
Lampy pod sufitem wirowały przed jej oczami. Uchwyty dla pasażerów falowały w lewo i prawo przy każdym skręcie autobusu.
Siedziała na starym foteliku wypełnionym gąbką. Obraz zaczął nabierać kolorów. Podciągnęła się i rozejrzała.
Obok niej, na tym samym miejscu znajdował się nieznajomy w kapeluszu. Palił papierosa.
I bacznie się jej przyglądał.
Starała się uspokoić oddech.
- Co... to kurwa było?
Mężczyzna już nie uśmiechał się. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Wypuścił obłok dymu i powiedział:
- Nieźle namieszałaś, moja droga.
- Ale co się...
Rozmówca odwrócił wzrok i rozsiadł się na foteliku.
- Nie zdążyłem ci powiedzieć jednej ważnej rzeczy – zaczął - ten autobus to także miejsce próby dla morderców. Mogą tutaj znaleźć przebaczenie i nauczyć się hamować swój popęd do zabijania. Ale jeśli nie wytrzymają i popełnią tutaj ten grzech jeszcze raz – wyrzucił niedopałek do śmietnika – to z miejsca trafiają do piekła. Tam gdzie ich miejsce.
Iza odwróciła się.
Z tyłu siedział tylko mężczyzna. Patrzył przez okno. Wyglądał jakby postarzał się o dobre dziesięć lat. Zwiesił prawą rękę obok kolana jakby nie wiedział co z nią zrobić. Po jego policzku spływała pojedyncza łza.
-Nieźle jej przywaliłaś, klucz przeszedł przez czaszkę – mruknął nieznajomy w kapeluszu i po chwili dodał - Teraz jesteś w dobrym autobusie.
- Przecież... ja... – starała się znaleźć usprawiedliwienie – nie zabiłam jej specjalnie! Broniłam się!
- Nie ja tu ustalam zasady – powiedział i zaczął grzebać w kieszeni starego płaszcza.
Po chwili wyciągnął bloczek białych biletów. Oderwał jeden i wyciągnął w stronę Izy.
- Twój bilet, moja droga.
Popatrzyła na mały papierek. Był pokryty dziwnymi znakami. Odczytała wytłuszczone wyrazy.

Bilet
w jedną stronę

Sięgnęła po niego drżącą ręką. Popatrzyła się na kasownik umieszczony przy kierowcy. Korytarz po środku autobusu wydał się jej strasznie długi.
- Zanim mnie zaczęła dusić chciałam cię o coś spytać – powiedziała.
- Mhm? – mruknął mając otwór butelki przyłożony do ust.
- Dlaczego po prostu nie wysiądziecie?
Mężczyzna zaśmiał się i omal nie wypluł napoju na spodnie.
- Myślisz, że nie próbowali? Każdy niedowiarek wygląda na zewnątrz i wiesz co sobie uświadamia? – popatrzył na nią jak wujek tłumaczący dziecku działanie żarówki – że tam nic nie ma. Świat pogrążony w ciemnościach, gdzie nie spotkasz ani jednej duszy. Nikt jeszcze nie wysiadł.
Siedzieli chwilę w milczeniu. Iza ściskała w dłoni bilet. Rozmówca odpalił następnego papierosa. Wypuścił chmurkę z tytoniu i przerwał ciszę:
- Dopóki ten autobus jeździ, będziemy tutaj siedzieć. I nigdy nie dojedziemy do przystanku końcowego.
Dziewczyna patrzyła na kasownik. Ścisnęła mocniej bilet w garści. Autobus podskakiwał na nierównym asfalcie.
Nagle wstała. Nieznajomy podniósł się i przepuścił ją. Ruszyła w stronę przodu pojazdu. Obraz wirował jej przed oczami. Co jakiś czas musiała łapać się poręczy albo siedzień, żeby nie wywrócić się w mknącej przez wymarły Wrocław maszynie. Miała wrażenie, że poruszała się tak godzinami.
A kasownik rósł jej w oczach.
Minęła firankę i zobaczyła kierowcę. Oddzielały ich tylko sięgające pasa drzwiczki. Spotkali się spojrzeniami. Autobus prowadził wychudzony dziadeczek około siedemdziesiątki. Na jego dłoniach i szyi widać było brązowe plamy, typowe dla starszych osób z chorą wątrobą. Na głowie miał podziurawiony i pokryty kurzem czarny kaszkiet.
Skinął jej głową.
Odpowiedziała mu tym samym. Uśmiechnął się do niej.
Popatrzyła na kasownik. Pamiętała go z dzieciństwa. Kiedyś były w każdym autobusie, zanim wprowadzili te śmieszne, wyglądające jak twarz elektroniczne maszynki. Niebieski sześcian z dziewięcioma dziurkami. Od góry wkładało się bilet i naciskało małą dźwignię. Schowany w środku dziurkacz przebijał bilet ustalonym wcześniej wzorem.
Odwróciła się do nieznajomego w kapeluszu. Nazista i facet z tyłu patrzyli się na nią. Nic nie mogła wyczytać z ich wyrazu twarzy. Za to jej rozmówca oparł butelkę na kolanie i palił papierosa.
- Zapomniałam cię spytać o jeszcze jedną rzecz – zawołała, żeby przekrzyczeć ryk silnika autobusu.
- Pytaj.
- Jak ci na imię?
Wyszczerzył zęby.
- Znajomi mówią na mnie Gabi.
- Iza – odpowiedziała.
- Wiem – puścił jej oko.
Jej pomalowane czerwoną szminką usta ułożyły się w uśmiech. Dodał jej otuchy. Odwróciła się i włożyła bilet do kasownika. Popatrzyła przez wielką przednią szybę autobusu.
Trzypasmowa ulica była pusta. Mijali właśnie Urząd Wojewódzki. Ogromna budowla, której kwadratowe kolumny zawsze były podświetlone przez rzędy lamp. Teraz stał skryty w ciemnościach niczym zapomniany grobowiec.
Położyła dłoń na dźwigni dziurkacza.
Wjeżdżali właśnie na most Grunwaldzki. Opony po lewej stronie autobusu ślizgały się na wmontowanych w asfalt torach tramwajowych.
Gdzie trafi? Niebo czy piekło? Na co zasłużyła? Momenty z życia przeleciały jej przed oczami.
Czy jedno pociągnięcie dźwigni może o wszystkim zdecydować? Tak właśnie ocenia się życie człowieka?
(Dopóki ten autobus jeździ, będziemy tutaj siedzieć)
Zasłużyła na niebo.Czuła to. A jeśli się myli?
Odwróciła głowę w stronę mężczyzny w kapeluszu.
- Miło było z tobą pogawędzić, Gabi.
Kiwnął jej głową. Pomachał jej ręką.
Byli na środku mostu.
Puściła uchwyt kasownika.
Rzuciła się w lewo. Odepchnęła dziadka i złapała wielką kierownicę.
- NIE! – usłyszała z tyłu.
Z całych sił skręciła czarne koło w lewo. Autobus z piskiem opon skręcił i wjechał w barierkę mostu. Przebił ją jakby była tylko papierową makietą.
- Co ty ro... – zawołał kierowca i chwilę później uderzył głową w boczną szybę. Na szkle pojawiła się pajęczyna pęknięć.
Silnik zaryczał od nagle utraconego gruntu pod kołami. Opony zawirowały w powietrzu. Pojazd przechylił się w dół.
Spadali do rzeki. Straciła grunt pod nogami. W przedniej szybie zobaczyła czarną toń.
Zbliżała się w zawrotnym tempie.
Niecały metr.
Pochłonęła ją ciemność.



- Panienko, panienko, słyszy mnie pani?
(co do cholery?)
Zamrugała. Mocne światło pozwoliło jej tylko otworzyć powieki na milimetr.
Pochylała się nad nią jakaś starsza kobieta. Jej oczy wyglądały jak spodki od filiżanek przez szkła korekcyjnych okularów.
- Dobrze się panienka czuje?
Podniosła się i odgarnęła włosy z twarzy. Rozglądnęła się dookoła.
Siedziała na ławce przy przystanku autobusowym na Ołtaszynie. Przy latarni stał jej garbus z wygiątą z przodu maską. Poranne słońce podniosło się już ponad jednorodzinne domki.
Spojrzała w dół. Na ziemi leżał niedopalony joint.
- Panienka, chyba przysnęła w nocy, cud, że nie okradli, Bogu dziękować! To pani auto?
(Bogu dziękować, tak... Jezu, co za sen na bani)
Musiała wczoraj przysnąć po tym skręcie. Ale takiego koszmaru to chyba jeszcze nigdy nie miała. Jezu, nigdy więcej trawki od Romka, to gówno jest za mocne.
Nagle zobaczyła nadjeżdżający autobus. Sunął po wyboistej drodze, co jakiś czas podskakując na nierównościach.
Zerknęła do swojej torebki. Telefon jest. Portfel jest. Kluczyki są. Paczka z trawką jest.
Poderwała się. Poczuła nagły ból w plecach po nocy przespanej na drewnianej ławeczce.
- Dziękuję bardzo za pomoc!
Pojazd zatrzymał się przy przystanku. Automatyczne drzwi otworzyły się.
- Ale na pewno dobrze się panienka czuje? Bo może trzeba po karetkę zadzwo...
- Nie, nie, wszystko w porządku! Dziękuję za pomoc! – zawołała i wskoczyła pod schodkach do środka.
Przypominające harmonijkę drzwi zamknęły się za nią. Autobus ruszył, a na przedniej tablicy nie było nazwy stacji końcowej.
Źródło: http://wszystkojestwzgledne.blogspot.com
Oceń:
13
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!