Narodziny Zła

Dodane przez: gabriel grula, 17.08.2015, 13:51
Reklama:
Doktor Wilhelm Bloch najszybciej jak potrafił, wysiadł z dwukonnego zaprzęgu.
Miejscowość Braunau, zawsze wspominał z sentymentem. To właśnie tutaj mieścił się jego pierwszy gabinet lekarski.

Mimo, iż było to kilkadziesiąt lat temu i od tamtej pory wiele się zmieniło, to jednak sentyment pozostał.
Pan Bloch był znanym i cenionym medykiem. Z tego powodu ostatnimi czasy bardzo rzadko udawał się w odwiedzany do swych pacjentów. Zazwyczaj przyjmując ich w swoim gabinecie mieszczącym się w oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów austriackim Linzu.
Tym razem jednak sytuacja była niespotykana, a przypadek wyjątkowy. Po zapoznaniu się z nim, nie wahał się nawet minuty by zadać sobie trud osobistego pofatygowania się pod wskazany adres. Tym bardziej, że ostatnie trzy dni spędzał w gościnie u swojego serdecznego przyjaciela Josepha Witmana. Joseph mieszkał nieopodal. Zaliczając się do grona ludzi bardzo majętnych, piastował funkcję wysoko postawionego urzędnika państwowego.

Prowadzący zaprzęg woźnica za nic miał sobie wszelkie zasady bezpieczeństwa. Pędząc na łeb na szyję, zdołał przyprawić lekarza o lekkie mdłości i zmówienie kilku zdrowasiek w intencji szczęśliwego dotarcia do celu.

Doktor żwawym krokiem przekroczył próg domu Aloisa i Klary.
W mieszkaniu, podobnie jak i na podwórzu, unosił się delikatny opar wszechobecnej mgiełki. Była ona szczególnie widoczna w słabym, ledwo co radzącym sobie z mrokiem pomieszczenia świetle lampy naftowej. Gospodarz chcąc rozświetlić izbę, nieco bardziej wysunął nasączony naftą knot.
Mimo to mrok zdawał się osaczać nieśmiało palący się płomień, dusząc emitowaną jasność w zarodku.

Wnętrze niczym nie wyróżniało się od większości okolicznych domostw.
Wysoki piec, kuchnia z rozwieszonymi nad nią suszącymi się, pociętymi na równe kawałki grzybami. Duży drewniany stół z czterema krzesłami, wysoki, stary, charakteryzujący się niezliczoną ilością szufladek kredens. Niewielkie, przykryte zieloną narzutą łóżko. Biały sufit i równie białe ściany dopełniały tak standardowego wyglądu domu.

Medyk postawił swą ciężką, skórzaną torbę na jednym z krzeseł, po czym spojrzał w stronę posępnego oblicza gospodarza domu.
Mężczyzna wykazywał oznaki nie tylko zdenerwowania, bo i znacznego spożycia alkoholu.
- Wczoraj wszystko jeszcze było dobrze – przemówił Alois, utkwiwszy wzrok w palonym drewnem piecu – wszystko zaczęło się dzisiaj, nagle.
- Gdzie leży chłopiec? – zapytał lekarz.
- W pokoju. Klara nie odstępuje od jego łóżka.

Nagle drzwi sąsiedniej pokoju otworzyły się. W objęciach tęgiej, ubranej w długą jasną sukienkę kobiety wyszła szczupła, zapłakana, zgarbiona brunetka. Widząc lekarza ożywiła się. Wyrwawszy się z objęć prowadzącej, podbiegła do doktora chwytając go za rękę.
- Proszę! Proszę go ratować. To nasz jedyny syn. Trójkę jego rodzeństwa już pochowaliśmy. Ostał nam się tylko on. Błagam, błagam niech mu pan pomoże – zawodząc, klęknęła na kolana.

Wilhelm widział, iż kobieta jest zdruzgotana. Nawet więc nie próbował uwolnić ściskanej dłoni.
- Postaram się zrobić wszystko co będzie w mojej mocy – zapewnił.
- Oddam wszystko! Proszę oddam wszystko, tylko niech go pan uratuje – szlochała.

Alois podszedł do swej małżonki. Używając siły, zmusił ją by puściła rękę lekarza oraz wstała.
Następnie przystawił usta do jej ucha, coś szepcząc.
Kobieta natychmiast wtuliła się w niego.

Pierwszą czynnością doktora Wilhelma po otwarciu skórzanej torby, było wyjęcie niewielkiej buteleczki z kroplami. Podał specyfik tęgiej kobiecie, nakazując na szklankę czystej wody dodać równo dziesięć kropel specyfiku. Tak przygotowana mikstura, miała znacznie uspokoić skołatane nerwy matce chorego chłopca.

Dwie minuty później kobieta już piła roztwór, mający zatopić ją w odmętach kojącego, niezakłóconego niczym snu.

Alois położył żonę na znajdującym się tuż obok pieca łóżku. Postawna kobieta przykryła ją wełnianym kocem.

- Do rana powinna spać spokojnie. Chodźmy do chłopca – zaproponował lekarz.
Prowadził Alois, za nim szedł doktor na końcu zaś otyła pani.

Pomieszczenie, którego próg przed chwilą przekroczyli, zatopione było w mroku. Izba była skromna, a na dwóch z jej ścian wisiały małe obrazy z gatunku pejzaży. Kontury wysokiej szafy ledwo wyodrębniały się z zrzucanego na nią cienia. Dość duże okna szczelnie zasłonięte były zasłonami. W środku nie było jednak duszno, a nawet wręcz przeciwnie, panował tutaj chłód. Na stole stało kilka butelek po różnego rodzaju kroplach, wyciągach zielarskich, syropach jak i różnego rodzaju domowych miksturach. Można było także dostrzec kilka ząbków czosnku, masywny, mosiężny moździerz i dwie niemalże w całości wypalone świece.

W rogu pokoju na łóżku, leżał przywiązany do niego za każdą z kończyn około ośmioletni chłopiec.
Oddychał ciężko. Każdemu wykonanemu wdechowi jak i wydechowi towarzyszył niesamowity rodzaj rzężenia.

Malec mimo, iż unieruchomiony próbował wyrwać się z krępujących go więzów.
Nieustępliwie szarpał więc każdą z kończyn.
Słysząc skrzypiącą przy każdym zbliżającym się w jego stronę kroku podłogę, zastygł w bezruchu.

W pierwszej chwili lekarz przestraszył się. W trakcie swojej kilkudziesięcioletniej praktyki zdążył już zobaczyć wiele, ale wiązanie pacjentów było mu znane tylko z zakładów psychiatrycznych. Niektórych biedaków nie sposób było unieruchomić w żaden inny sposób.

Odstawił torbę na jedno z wolnych krzeseł, ostrożnie zbliżając się do chłopca.
To dziwne, ale pomimo lodowatego czoła po twarzy malca spływały krople potu.
Cera natomiast, miała kredowo biały odcień.

- I co? Co mu jest? – zapytał Alois.
- Na razie nic nie mogę powiedzieć. Koniecznym jest przeprowadzenie kilku rutynowych badań.

Ze skórzanej torby wyjął drewnianą łopatkę, mającą służyć bliższemu przyjrzeniu się jamie ustnej chorego jak również fachowo nazywane stetoskopem słuchawki lekarskie.

W momencie dotknięcia twarzy, chłopiec otworzył oczy.
Doktor poczuł przebiegające mu po plecach ciarki. Jego pacjent był dzieckiem, a mimo to wzrok malca w pierwszej chwili przeraził go.

Zdecydowanym uściskiem dłoni chciał zmusić pacjenta do rozchylenia warg.
Wtedy z ust badanego wydostał się przeraźliwy, mrożący krew w żyłach nieludzki krzyk.
Doktor cofnął się, nie za bardzo wiedząc czego przed chwilą był świadkiem.

Spojrzał w czarne jak węgiel oczy chłopca, dostrzegając w nich zło, chęć zadania bólu, cierpienia.
Z chwili zamyślenia wyrwał go impuls racjonalności.
Wilhelm wierzył w siłę umysłu, zupełnie bagatelizując wszelkie historie, które rzekomo miały należeć do tych z gatunku niewytłumaczalnych. Przypisywanych dziwnym zjawiskom lub siłom. Wszystko, dokładnie wszystko, można przecież wytłumaczyć w sposób sensowny i logiczny. Tak też było i tym razem. Trzeba jedynie baczniej się temu przyjrzeć. Ot, to wszystko.

Pewnym krokiem podszedł do łóżka. Wprawnym ruchem chwycił głowę pacjenta w pierwszej kolejności odchylając najpierw prawą, potem lewą powiekę oczodołu.

Poza niesamowicie powiększonymi, czarnymi źrenicami, zauważył w równie nieprawdopodobnym stopniu przekrwione, potocznie nazywane białkami twardówki.

Następnie zmusił badanego do otwarcia ust.
Drewnianą łopatką przycisnął drgający język.
- „To niesamowite” – pomyślał – „ do diabła jak to możliwe?” – jego pacjent miał jamę ustną wypełnioną niewiadomego pochodzenia czarnym śluzem.

Nagle usta z ogromną siłą zamknęły się, łamiąc na pół drewienko. Chłopiec wypluł pochwyconą część przyrządu, wydając przy tym przeciągły trwający kilka sekund syk.
Po chwili pomieszczenie znów wypełnione zostało niesamowicie przeraźliwym, świdrującym mózg krzykiem.

Doktor po raz drugi odskoczył.
Nie należał do osób strachliwych, ale powyższa czynność należała do tych z rodzaju odruchów bezwarunkowych.

Twarz dziecka wygięła się tymczasem w jakimś niesamowitym grymasie.
- Dobrze rozumujesz – przemówił ewidentnie nie swoim głosem – Do diabła jak to możliwe? Do diabła jak to możliwe? Do diabła jak to możliwe?… - Malec cały czas powtarzał w kółko słowa, co i raz przerywając je tylko histerycznymi salwami śmiechu.

Wilhelm przeraził się.
- Nie, nie. To jest jakaś paranoja. Gówniarz ma gorączkę i majaczy. No bo niby, co może być tego przyczyną? – argumentował w myślach, stwarzając jednocześnie pozory panowania nad sytuacją.

Unieruchomione ciało dziecka, cały czas trzęsło się w coraz głośniejszych salwach pustego śmiechu.

Doktor wyjął z torby termometr. Następnie po raz trzeci podszedł do łóżka.

Unikając spojrzenia pacjentowi w oczy, zatkał mu usta, przykładając do czoła trzymany w drugim ręku przyrząd.
Chłopiec uspokoił się, tak jakby pogrążając się w śnie.
Zdjął rękę z jego ust.
Oddech dziecka stał się bardziej miarowy. Nieco uspokoiło to Wilhelma.

Właśnie mijała druga minuta pomiaru temperatury gdy mimowolnie skierował wzrok na twarz badanego.
Wyglądał źle, bardzo źle. Deformacja twarzy była w jakiś sposób nienaturalna. Skóra wyglądała strasznie niezdrowo, pojawiły się na niej ślady coraz częściej pękających naczynek krwionośnych. Spojrzał na zamknięte, drgające, poprzecinane niezliczoną ilością cieniutkich żyłek powieki. Te nagle otworzyły się, a z czarnych jak smoła świecących oczu biło jedno, mianowicie zło.
- Zginiesz. Ty i wszyscy tobie podobni zginą – wyszeptał malec, świdrując go bijącym z czarnych oczu wzrokiem.

Przerażony po raz kolejny odskoczył do tyłu. Miał już tego dość. Spojrzał na termometr, którego rtęć zatrzymała się na oznaczonym cyfrą trzydzieści dwa słupku.
Spakował wszystkie przyrządy do torby. Odgłosowi zamykanego suwaka, towarzyszył szyderczy rechot chłopca. Z drugiej przegródki wyjął dwie duże, szklane ampułki oraz strzykawkę wraz z sterylnie zapakowanym kompletem igieł.

Na skutek doprowadzonych do granic możliwości nerwów, trzęsły mu się ręce.

- Co się dzieje doktorze? – zapytał ojciec chłopca.
- Nigdy z czymś takim nie miałem do czynienia – silił się na spokojny ton wypowiedzi - swoją drogą, bardzo ciekawy przypadek. Potraktuje go jako swego rodzaju wyzwanie. Pański syn dostanie dwa zastrzyki. Jeden z antybiotyku, drugi z witamin, wzmacniający. Jutro proszę podać mu cztery razy w ciągu dnia te krople. – mówiąc to, wyjął buteleczkę z lekiem – Dokładnie dwanaście kropel za każdym razem. Ja odwiedzę państwa pojutrze. Przez ten czas zgłębię przypadek państwa syna. Akurat jutro będę rozmawiał z Europejskiej sławy doktorem Ernestem Morelem. Myślę, że jestem w stanie wyleczyć z tej dolegliwości syna.

- Dziękuję panu – powiedział Alois ściskając dłoń doktora.
- Podziękuję pan jak chłopak stanie na nogi – odpowiedział Wilhelm, wypełniając kolejno strzykawkę zawartością najpierw jednej następnie drugiej ampułki i nie zważając na prowokacyjne jęki, którym towarzyszył wysuwany na kilka centymetrów język, zaaplikował badanemu zawartość obydwóch ampułek.

Powoli wyszli z pokoju. Cały czas towarzyszył im śmiech chłopca.
- Kiedy to się dokładnie zaczęło? – zapytał Wilhelm kiedy stali już w sąsiednim pomieszczeniu.
- Dziś, dziś rano. Był nie do okiełznania. Wszystkim ubliżał i ta jego twarz. Mam wrażenie, że to… - Bloch uważnie spojrzał na swego rozmówce – Śmiało, niech pan dokończy – powiedział zdecydowanym tonem.
- … że to nie jest mój syn.
- Co robił wczoraj syn?
- Byłem u starego Smitha, to z jego dzieciakiem cały dzień gdzieś się włóczyli. Gówniarz nie chciał nic mówić. W końcu Smith użył jedynego skutecznego argumentu czyli skórzanego pasa. Smarkacz twierdził że spotkali jakiegoś starca, który zaprowadził ich na stary żydowski cmentarz. Tu niedaleko w lesie.
- To wszystko? – zapytał Wilhelm.
- Nie! Na tym cmentarzu coś się wydarzyło. Nie chciał jednak powiedzieć co. Mówi tylko, że weszli do kapliczki, potem nic już nie pamięta.

Wilhelm westchnął. Nienawidził słuchać takich właśnie historii przypisujących przyczynę choroby jakiemuś głupiemu zdarzeniu bądź nieistniejącej sile. Bardziej liczył na uzyskanie informacji typu:
- „Syn wypił jakąś nieznanego pochodzenia substancję lub najadł się tych małych, czarnych rosnących przy drodze owoców.”
Mimo, iż to czego był świadkiem nie przypominało objawów zatrucia. To jednak liczył na uzyskanie jakiegokolwiek sensownego punktu zaczepienia.

Uściskiem dłoni pożegnał się z gospodarzem. Zapewniając o mającej nastąpić pojutrze wizycie.
Już miał wychodzić gdy w progu odwrócił się i wyjmując z palta notes, poprosił Aloisa o podanie imienia oraz nazwiska chorego syna.
- Adolf, Adolf Hitler – odpowiedział gospodarz.

Doktor Bloch przez całą drogę powrotną myślał o małym Adolfie.
- Muszę! Po prostu muszę go z tego wyciągnąć. Nie pozwolę by stracili kolejne dziecko. A zresztą do diabła! Życie ludzkie jest największą wartością. Adolf będzie żył choćbym miał stoczyć osobisty bój ze śmiercią. Uratuję go – szeptał sam do siebie.
Wyglądając przez małe okienko powozu, wykonał głęboki wdech.

Ledwo zdążyli wyjechać z Braunau, a wszelkie tak szczelnie zasłaniające niebo chmury zniknęły, ukazując tym samym pełnię księżyca.
KONIEC.

Jeżeli opowiadanie podobało Ci się polub fanpejdż: https://www.facebook.com/pages/Czas-Z/1430189543949970

Spis wszystkich części w profilu autora: http://straszne-historie.pl/profil/5577
Oceń:
3
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!