Dziadkowe opowieści

Dodane przez: marcin a, 13.08.2015, 17:19
Reklama:
Mam na imię Piotrek (imię zmienione przyp. red.). Wychowałem się w małej miejscowości na Podlasiu, której nazwy nie chce zdradzić. Wiem, że tutaj wypisuje się wiele różnych rzeczy, ale jestem dosyć skrępowany mówiąc komukolwiek o tym, co się stało. Do tej pory o tym zdarzeniu wiedzieli (poza uczestnikami), jedynie moja żona i najlepszy przyjaciel. A było to tak.

Kiedy byłem mały, wiele czasu spędzałem z dziadkami. Tak naprawdę to oni mnie wychowywali. Rodzice pracowali w Warszawie i rzadko spędzałem z nimi czas. Chciałbym dodać, że mam teraz 47 lat, więc okres mojego dorastania przypadał na czasy tak dawne, że większości z was pewnie nie mieszczą się w głowie. Wtedy we wsi nie było nawet elektryczności, nie mówiąc o telewizji. Z rzadka ktoś przywoził tam gazety, a o takich cudach jak komputery i Internet wtedy nie śniło się nawet w metropoliach.

Naszą główną rozrywką, zwłaszcza uwielbianą przeze mnie, jako nastolatka, było opowiadanie sobie różnych, często niestworzonych historii. Przodował w tym mój dziadek który uwielbiał mnie straszyć i często opowiadał o duchach i demonach. Ja oczywiście byłem wdzięcznym słuchaczem. Coraz to prosiłem dziadka o jeszcze, nie przejmując się, że już za chwilę będę musiał położyć się sam w ciemnym pokoju i wszystkie te strachy o których się nasłuchałem ożyją i wylezą z ciemnych zakamarków. Babcia nie raz załamywała nad nami ręce. Zwykła mawiać, że „Jak się dowiem wszystkiego o naszych podlaskich demonach, to potem jak wyjadę do wielkiego miasta, będą mnie mieli za dzikusa”. Ja jednak nic sobie z tego nie robiłem, a dziadek, który był zapalonym gawędziarzem, jak to się mówi „jadł mi z ręki”.

Nie wiem, czy to ze względu na to co się potem stało, czy na ich charakter, ale najbardziej zapadły mi w pamięć o powieści o „Dziwożonach”, czyli jakby to rzec „samicach” leśnych demonów – Dziwów właśnie. Dziwożony miały być szkaradnymi kobietami, których największą pokusą było posiadanie pięknego, ludzkiego dziecka. Ich dzieci były brzydkie i rozwydrzone. Dlatego też straszydła, zakradały się nocą do ludzkich siedzib i porywały noworodki w zamian zostawiając swoje własne pokraki.

Każde dziecko boi się porwania przez jakieś straszydło. Czy to krwiożerczego Żyda, czy czarną wołgę. Ja bałem się porwania przez Dziwożonę. Można powiedzieć, że w cieniu tych demonów upłynęło moje dzieciństwo. Potem jednak dorosłem, dziadkowe klechdy zamieniłem na inne rozrywki, wyjechałem do dużego miasta, skończyłem studia i ułożyłem sobie życie. Czując jednak dużą więź z dziadkami odwiedzałem ich często, a nawet spędzałem u nich urlop. Tak było i tamtym razem.

Minęło już kilka lat, a ja pamiętam wszystko tak wyraźnie. Nie dostaliśmy z żoną urlopu w tym samym czasie, więc zamiast przewidzianej Kostaryki, po raz kolejny udałem się w domowe pielesze. Moja wizyta zbiegła się akurat z innym wydarzeniem. Córka mojej siostry, będąc w zaawansowanej ciąży przeniosła się do naszej rodzinnej wsi razem ze swoim mężem, analitykiem w jednej firmie telekomunikacyjnej. Wiecie jakie są teraz małżeństwa. Dużo kasy, ekologia, powrót do korzeni, no i jak się okazało – poród w domu. Dziewczyna postanowiła urodzić w starej chacie moich dziadków, bez specjalistycznego sprzętu i lekarzy. Owszem, to samo w sobie jest dziwne, ale nie najdziwniejsze z tego co się wtedy stało.

Była chyba 2 w nocy. Poród zaczął się chwilę po 10 wieczór i trwał ponad trzy godziny. Zmordowana dziewczyna ledwo zasnęła tuląc do siebie niemal trzykilową córeczkę. Wszystko było w najlepszym porządku. Ja jednak będąc nieco roztrzęsionym tą sytuacją wyszedłem na papierosa. Wprawdzie przez ostatnie 47 lat do wsi dotarła już elektryczność, ale i tak w środku nocy jest tam ciemno jak przed wiekami. Na szczęście noc była księżycowa, dlatego mogłem dostrzec to wszystko co się stało.

Stojąc w cieniu szopy zobaczyłem mojego dziadka, który wyszedł z domu i skierował się w stronę obory. Pomyślałem, że czegoś z niej zapomniał, więc nie chciałem mu przeszkadzać. Za to kiedy zobaczyłem, że wyprowadza z niej młoda jałówkę zrozumiałem, że jestem świadkiem czegoś niezwykłego. Zgasiłem więc papierosa i czekałem w skupieniu. Dziadek – trzeba dodać, człowiek przeszło osiemdziesięcioletni, co samo w sobie zakrawa na pewną niezwykłość – wyprowadził jałówkę poza obręb gospodarstwa, w kierunku gdzie rozciągał się bardzo stary las, którego nie wycinano jeszcze od wojny. Poszedłem za nim, licząc, że mimo światła księżyca pozostanę niezauważony. Nie myliłem się. Dziadek zatrzymał się przed ścianą lasu i zaczął mówić szeptem coś, czego nie zrozumiałem. Następnie wyjął z kieszeni składany nóż do szczepienia drzewek i jednym wprawnym ruchem poderżnął jałówce gardło. Zwierze jęknęło, a ja nie rozumiejąc tego co widzę jęknąłem razem z nim. Dziadek mnie usłyszał. Odwrócił się i choć nie widziałem dokładnie jego twarzy poczułem, że targają nim skrajne emocje. Nie powiedział ani słowa. Nie zdążył.

Wtedy dostrzegłem to, co wyszło z lasu. Nie wiem jak to opisać. Na pierwszy rzut oka wydawało się człowiekiem, jednak kiedy blask księżyca w pełni to oświetlił, nie byłem już taki pewny. Postać miała przeszło dwa i pół metra wzrostu. Wyglądała jakby od stóp do głów ubrana była w stary, sfilcowany, przysypany liśćmi kożuch. Wydawało mi się że ma piersi, ale owłosienie pokrywało całe jej ciało. Włosy na głowie miała bardzo długie. Najbardziej jednak przyciągały uwagę jej oczy. To nie były oczy człowieka. W świetle księżyca lśniły niczym oczy kota. Zwierze podeszło bliżej, ale widząc dwóch ludzi najwyraźniej zaniepokoiło się. Stanęło i patrzyło co się dzieje. Usłyszałem cichy głos dziadka.
- Nie ruszaj się i nie odwracaj! – wycedził – Na mój znak, będziesz się cofał, aż dojdziemy do gospodarstwa.

Zimny pot spływał mi po czole. Ta nieludzka postać świdrowała mnie swoim diabelskim wzrokiem, nie wykonując ani jednego ruchu. Dziadek znowu wypowiedział coś w niezrozumiałym języku. Brzmiało to jak słowa tresera, który chce udobruchać wielkiego lwa. Następnie dał mi znak i zaczęliśmy się cofać.

W miarę jak się odsuwaliśmy zwierzę podchodziło coraz bliżej, aż w końcu znalazło się przy jałówce. Jeśli do tej pory tliła się we mnie nadzieja, że to może być człowiek, w tym momencie rozwiała się jak dym. Postać chwyciła jałówkę jedną ręką i zarzuciła sobie na ramię niczym wór z brudną bielizną, a następnie pognała do lasu.

Poczułem, że robi mi się słabo. Jak dotarłem do domu, nie pamiętam. Obudziłem się dopiero następnego dnia po południu. Wszyscy domownicy krzątali się przy nowo narodzonym dziecku. Szczęśliwy ojciec robił jedno za drugim zdjęcia noworodka i publikował je w Internecie. Babcia opiekowała się położnicą, a ta powoli dochodziła do siebie. Jedynie porozumiewawcze spojrzenia dziadka upewniały mnie, że to co stało się w nocy, to nie był sen. Później dowiedziałem się, że to była Dziwożona i że gdyby dziadek nie oddał jej jałówki, zabrałaby dziecko mojej siostrzenicy.

Do tej pory nie wiem co mam o tym myśleć. Staram się wmówić sobie, że to był wytwór mojej wyobraźni, głupi kawał, czy coś w tym rodzaju. Bardzo chciałbym, żeby tak było. Wtedy byłoby mi łatwiej. Wspomnienie jest jednak tak realne, że wszelkie próby racjonalnego wyjaśnienia, spalają na panewce. Nie wiem co sobie o tym pomyślicie, ale jeśli chociaż część z was w to uwierzy, będę się czuł lepiej.
Źródło: własne
Oceń:
20
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!