Odpowiedzią jest zawsze "Ja"

Dodane przez: pariah777, 6.10.2015, 18:34
Reklama:
– Albo ty, albo ja, gówniarzu pieprzony... – mamrotał przez zaciśnięte zęby.
Po jego policzkach pełzły łzy, a oczy wyrażały uczucia tak zmienne i różne od siebie, że nie dawały się określić. Były jedynie chaosem, który zrodził się z szaleństwa umysłu. Zniszczonego, bezsilnego, pokonanego umysłu. Umysłu Martina Mastertona.

Mężczyzna wstał, nie mogąc wytrzymać napięcia. Siedzący przed nim na wózku inwalidzkim chłopiec milczał w bezruchu. Jego spojrzenie wydawało się odległe, jakby śnił z otwartymi oczami. „O czym on tak myśli?”, zadawał sobie pytanie Martin. Wreszcie doskoczył do wózka i zatrząsł siedziskiem, próbując pobudzić chłopca do jakiejkolwiek reakcji. Lecz temu tylko opadła głowa na ramię, a z ust pociekła cienka strużka śliny.
– Dlaczego się nie drzesz, co!? – wrzeszczał Masterton. – Noc w noc to robisz, a teraz, kurwa mać, chcę wiedzieć, dlaczego przestałeś! Twój móżdżek przeczuł niebezpieczeństwo i się wyłączył!? Jak zwierzę, udajesz padlinę? I dobrze! I bardzo dobrze, bo jesteś zwykłym zwierzęciem! W tym, czym jesteś, nie można się doszukać cech ludzkich, słyszysz mnie, niedorozwoju!?
Wreszcie odskoczył od wózka i machnął ręką, ciężko przy tym sapiąc. Opanował złość, choć kosztowało go to wiele wysiłku. Usiadł z powrotem na fotelu. Skrył twarz w dłoniach i zaczął szlochać.
– Albo ty, albo ja...

Odpowiedzią jest zawsze „Ja”. Martin dobrze to wiedział. Od miesięcy czuł narastającą pewność, że cały wszechświat zmierza do postawienia go przed tym wyzwaniem. Od tygodni czekał tylko na odpowiednią okazję. Kiedy Alice, jego żona, wyjechała sama do rzekomo chorej matki na trzy dni, wiedział, że to właśnie ten moment. Oko w oko ze swoim synem. Sami. Nikt im nie przeszkodzi. Nikt nie będzie słyszał – to było najważniejsze.
– Poczekaj tutaj – syknął ironicznie do syna i wymknął się z pokoju.

Zbiegł po schodach. Po omacku trafił do kuchni i, nie trudząc się zapalaniem światła, sięgnął do szuflady z nożami. Zamknął na chwilę oczy, wziął głęboki oddech, po czym spokojnie chwycił tasak.
– Chcę go...
Serce Martina na moment przestało bić. Mężczyzna obrócił się na pięcie i panicznie próbował wypatrzeć cokolwiek. Panująca dookoła ciemność wydawała się nieprzenikniona, jakby na czyjeś polecenie zagęściła się i nie przepuszczała żadnego światła.
– Ja... chcę...
Mężczyzna wyciągnął tasak przed siebie i kurczowo zacisnął palce na rączce. Głos, który do niego przemawiał wydawał się dochodzić z każdej strony. Cichy, przeciągły jęk. „To się nie dzieje”, powtarzał w myślach Masterton.
– Daj mi... Daj mi... go...
Martin spojrzał pod nogi. Tuż przed nim, na wysokości kolan, połyskiwały dwa czarne ślepia. Zwrócone były wprost ku niemu. Dłoń mu zdrętwiała, przez co tasak się wyśliznął i uderzył z brzękiem o kafelki. Ten hałas zadziałał niczym impuls, pobudzający ciało do reakcji. Masterton zrobił wielkiego susa, wymijając parę ślepi. Nim jednak zdążył opuścić kuchnię, padł jak długi. Coś go pociągnęło za kostkę, burząc równowagę. Uderzył głową o podłogę. Na chwilę jakby oddalił się od świata, lecz kolejne słowa intruza szybko go do niego przywróciły:
– Ciało... chcę je!
To coś wydawało się mozolnie przybliżać. Martin obrócił się na plecy i spojrzał w głąb kuchni. Nie dostrzegł już oczu. Zamiast nich pochylała się nad nim czarna, zlewająca się z mrokiem sylwetka. Nie pasowała do człowieka ani do czegokolwiek, co Masterton widział w swoim życiu. Wsparty na dwóch chudych nogach korpus, od którego odchodziły wijące się kikuty, zwieńczony był czymś w rodzaju głowy, lecz jej dokładny kształt pozostawał skryty w ciemności.
– Ciało... Ciało... Ciało... – powtarzało to coś z rosnącym podnieceniem. – Ciało...
Po pomieszczeniu rozległ się trzask. To tasak znów uderzył o kafelki, ale tym razem upadł tuż przy głowie Martina, prawie go raniąc. Mężczyzna wytrzeszczył oczy i poczuł, jak w umyśle mu wiruje, a ciemność przelewa mu się przez źrenice do mózgu. „Mdleję, mdleję”, skonstatował.
– Idź... po ciało! – rozkazał zdecydowanym tonem intruz, lecz jego głos wydał się Martinowi strasznie odległy.
Stracił przytomność.


Rozwarł powieki. Promienie porannego słońca podrażniły jego oczy i spotęgowały ból głowy. Martin powoli podniósł się z podłogi, po czym spojrzał na zegar wiszący na ścianie. Dochodziła siódma rano – był nieprzytomny co najmniej pięć godzin. W kącie leżał tasak, przypominający o wydarzeniach zeszłej nocy. Z tej perspektywy wydawały się nierealne. Mężczyzna oparł się o ścianę i przez chwilę próbował znaleźć jakieś wytłumaczenie, lecz nie mógł. Pamiętał swoje pragnienie śmierci syna, odcięcia tego balastu na zawsze, ale w jakiś sposób straciło ono swoją moc.
– Nie oszalałem – burknął ochryple w nadziei, iż przekona samego siebie – to był tylko koszmar.
Gdy to powiedział, zrozumiał, co by się stało, jeśli dopuściłby się morderstwa. Pokręcił głową z rezygnacją i ruszył na korytarz, potem w górę po schodach, by zobaczyć, czy z Kevinem jest wszystko w porządku.

Kevin Masterton się przebudził, słysząc kroki, i przywitał go tępym uśmieszkiem. Zaczął się radośnie wić na swoim wózku, jak gdyby nigdy nic, wydając przy tym nic nie znaczące pojedyncze sylaby.
– Ja mam się tobą zajmować, a ta suka łazi sobie po gachach. Chryste... – Westchnął Martin i opadł na fotel. – Jak długo jeszcze życie będzie mnie tak robić w ciula, co? Powiedz, Kevinie, dlaczego mnie tak niszczysz? To za dużo... Porzuciłem pracę, by móc się tobą zajmować. A teraz, powiedz mi, jaki mam wybór? Co mi zostało? Mam gdzieś takie życie... Nie widzisz, że przez ciebie nawet świruję? Schizofrenia, czy Bóg wie co. Jestem wariatem. Przez ciebie!
Zamilkł, gdy zauważył, że ten monolog zmierza tylko i wyłącznie do sekwencji „ Albo ty, albo ja”. Nie mógł do tego dopuścić po raz drugi. Czuł, że gdyby pragnienie znów zyskało taką siłę, to nic by już go nie powstrzymało, nawet własny obłęd.

Umył Kevina, nakarmił, posadził przed telewizorem i włączył kreskówki. Potem poszedł na górę, chwycił laptopa i wreszcie odetchnął. „Dlaczego życie nie jest takie zajebiste jak w grach...”, mruknął, odpalając World of Warcraft.

– Tak, tak, z Kevinem wszystko w porządku – odpowiadał niczym na przesłuchaniu. – Ogląda telewizję. A jak z matką? – przeszedł wreszcie do własnej ofensywy.
„Już lepiej, może uda mi się wrócić nawet trochę wcześniej, kotku”, odrzekła, a on skrzywił się, słysząc ostatnie słowo.
– Pozdrów ją ode mnie – rzucił obojętnie, wiedząc, że i tak tego nie zrobi. Bo zamiast matką zajmowała się jakimś chłoptasiem.
Chwilę potem się pożegnali. Martin miał ochotę cisnąć telefonem z całej siły w ścianę, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Spojrzał na laptopa. Gdyby nie zadzwoniła, gdyby go nie wyprowadziła z równowagi, mógłby dalej grać. Ale po usłyszeniu takiej porcji kłamstw nie miał na to najmniejszej ochoty. Nie wiedział na co ukierunkować swój gniew – czy na niewierną żonę, czy na swój brak odwagi, by wreszcie rozwiązać ten problem. A może nie ma problemu? A może faktycznie jej matka jest chora? A może to on szuka dziury w całym? Mógłby przecież najnormalniej w świecie poprosić teściową do telefonu i wszystko by się wyjaśniło.
Na domiar złego po domu rozniósł się płacz Kevina.
– Czego ty chcesz!? – wydarł się Martin z furią w oczach.
W odpowiedzi na dole rozbrzmiał przeraźliwy, bezradny ryk.

Martin zbiegł na dół, zaciskając zęby ze złości.
– Co? – rzekł z wyrzutem do syna, który całkowicie zamilkł na widok ojca. – No co!?
Nic. Cisza. Kevin wyglądał, jakby przerażenie zamieniło go w kamień.
– I po jaką cholerę mnie wołałeś?! – zawył Martin, bardziej z bólu niż ze złości.
Był wykończony. To wszystko go przerosło.

Bez zbędnego namysłu, udał się do kuchni i otworzył butelkę wódki. Nalał sobie kieliszek, po czym od razu opróżnił. Za tym pierwszym poszedł następny. I następny. I następny. Aż wreszcie nalewanie stało się zbyt trudne i pociągnął z gwinta.

Jakimś cudem doczołgał się do kibla. Dzięki temu oszczędził sobie późniejszego ścierania rzygów z podłogi, czego naprawdę nie cierpiał. Zwymiotowawszy, położył się na łazienkowych kafelkach i obserwował przelatujące mu przed oczami obrazy podsuwane przez pijany umysł. Kevinowi w tym czasie zdążyły się już znudzić bajki, bo znów zaczął płakać, przełamując swój strach przed ojcem. Martin jednak zbytnio się tym nie przejmował.


– O kurwa, oślepłem! – zawołał przerażony.
Dojście do wniosku, że to tylko światło w toalecie jest zgaszone zajęło mu dość sporo czasu. Gdy mu się to udało, poczołgał się do drzwi i otworzył je. Spodziewał się ujrzeć korytarz prowadzący do skąpanego w popołudniowym słońcu salonu, gdzie przebywał Kevin, ale zamiast tego powitała go jedynie ciemność. Nawet do głowy by mu nie przyszło, że nastała już noc.
Zebrał w sobie wszystkie siły i wspiął się, zapierając o ścianę, na dwie nogi, po czym chwiejnym krokiem, nie przeczuwając żadnego zagrożenia, ruszył przed siebie. W salonie wciąż włączony telewizor burzył idealną ciszę odgłosami z jakiejś bajki.
– Kevin... jesteś tam? – burknął Martin, starając się jednocześnie utrzymać równowagę.

Pusty wózek. Na ten widok przez umysł Martina przeszedł potężny wstrząs, który ostatecznie przybrał postać fali dreszczy przeszywających całe ciało.
– Kevin...? – szepnął Masterton, rozglądając się dookoła wybałuszonymi oczami.
Ekran telewizora był jedyną ostoją jasności, w dodatku kiepską.

Złapał się za głowę i próbował myśleć. „Świtało”, nadszedł krótki komunikat prosto z tej części mózgu, która nie została jeszcze całkowicie opanowana przez alkohol. Martin zaczął macać ścianę w poszukiwaniu włącznika, a gdy na niego natrafił, jasność zalała pomieszczenie.

Fala światła przemknęła po pokoju, obnażając każdy kąt z cieni, odkrywając to, czego tak naprawdę nie chciał zobaczyć. Na szczęście dla niego, trwało to tylko ułamek sekundy, gdyż zaraz potem żarówka zasyczała, zamigotała i zgasła. Przepaliła się.

Krótki błysk pozostawił w wyobraźni mężczyzny obraz, który niczym kij wetknięty między zębatki, zablokował jego ciało. Masterton utkwił spojrzenie w kącie – tym najodleglejszym od niego i najciemniejszym. Tylko tyle mógł zrobić. W umyśle nie panował już chaos ani szaleństwo, ani też rozum. Znajdowała się tam tylko pustka pozostawiona przez strach. Strach przed tym, co, tak jak on, stało w bezruchu, gapiąc się. Przed tym, co czyhało w kącie. Przed tym, co ujrzał, gdy żarówka wydawała swe ostatnie tchnienie.

Czekał, aż to coś się zbliży. Potrzebował tego, by móc rzucić się do ucieczki. Niemal błagał o ten ostatni cios wymierzony w jego psychikę, który zamieni go w zwierzę nastawione tylko i wyłącznie na przetrwanie. W tej sytuacji przetrwanie oznaczało ucieczkę – a przynajmniej tak myślał, o ile można było to nazwać myśleniem.
– Ciało... – po pomieszczeniu rozległ się cichy syk. – Uciekło...
Dla Martina te ledwo słyszalne słowa wydały się tysiąc razy głośniejsze niż dźwięki kreskówki.
– Znajdź je... – zażądał ochrypły głos. – Chcę je... Uciekło...

Mężczyzna zamknął oczy. Zacisnął pięści. Wziął głęboki wdech, czując, jak serce przyśpiesza, osiągając szaleńcze tempo na znak panicznego protestu przeciwko temu, co zamierzał zrobić. A zamierzał walczyć.

Gdy rozwarł powieki, był już całkowicie spokojny. Przestał dygotać, w jego oczach pojawiła się chłodna determinacja. Alkohol, który jeszcze niedawno wypił, nie pozostawił po sobie żadnego śladu, jakby wyparował. Na tę krótką chwilę powrócił dawny Martin, sprzed narodzin syna, sprzed ślubu z Alice – z czasu, kiedy miał jeszcze odwagę rozwiązywać problemy.
– Czym ty jesteś? – rzekł stanowczo w stronę intruza.
Nastała cisza. Telewizor zgasł. Nikt tego nawet nie zauważył. Tylko Martin poczuł się jakby bardziej osaczony przez ciemność, lecz w żaden sposób tego nie okazywał. Stał wyprostowany, dumny.
– Czym? – ponowił pytanie.

W momencie, kiedy powinien się poddać, kiedy wreszcie powinien dać upust swemu szaleństwu, on stawił opór. Zamiast skrócić swoje męki, wybrał godną śmierć, ale okropną. To musiało się tak skończyć, Alice była tego pewna. Teraz, wiedząc, jaki obrót przybrały sprawy, poczuła nawet lekkie ukłucie współczucia. Ale taki był jej plan. Od samego początku.

– Gdzie idziesz? – rzekł ospale.
– Muszę coś załatwić – oświadczyła, wciągając spodnie.
– O drugiej w nocy? – Podniósł się do pozycji siedzącej i patrzył, jak jego kochanka, wyraźnie zdenerwowana, wymyka się z mieszkania, nie racząc nawet odpowiedzieć.

Alice wsiadła do auta i odpaliła silnik. Pomimo tego, że nie sądziła, iż jej ingerencja będzie konieczna, wolała być w pobliżu – na wszelki wypadek. „Skubaniec, zachciało mu się walczyć”, – powtarzała sobie w myślach, zaciskając ze złości palce na kierownicy. Dziesięć minut drogi dzieliło mieszkanie jej kochanka od jej domu.

Pytanie nadal pozostawało bez odpowiedzi. Martin się uśmiechnął, odkrywając, w czym tkwi problem. Źle je sformułował.
– Jakie jest twoje imię? – rzucił triumfalnie w okalający go mrok.
Miał wrażenie, że gdzieś w trzewiach ciemności coś się poruszyło. Potem dobiegł go przesiąknięty nienawiścią syk.
– Nie... masz... władzy... – wykrztusił intruz – nade... mną!
Nim padło ostatnie słowo, rzucił się do ataku. Martin go rozdrażnił, ugodził w czuły punkt, odkrył tajemnicę, ale nic poza tym. Chwilowy przypływ pewności siebie to było zbyt mało.

Odepchnęło go w tył. Padł na podłogę w korytarzu, obijając sobie łokcie i kolana. Alkohol jednak działał znieczulająco – wstał, ciężko dysząc, po czym spojrzał prosto w twarz temu, co przyszło, jak sądził, go zabić.
– Daj mi... je...
Stojąc tak blisko, mężczyzna poczuł smród zgnilizny. Skrzywił się, ale nadal nie spuszczał wzroku z dwóch czarnych, połyskujących ślepi. Czarna maź wyciekała z nich, zostawiając ślady na trupio bladych policzkach. Głowa była obrócona pod nienaturalnym kątem, jakby ktoś skręcił temu czemuś kark i pozostawił w takiej pozycji. Reszta tułowia pozostawała skryta w mroku – dla Martina ta twarz była w tamtej chwili jedyną rzeczą, jakiej istnienia był świadom.
– Daj... go... – powtórzyło i wyciągnęło swe powyginane kończyny w stronę mężczyzny. – Albo cię zabiję...
„Wytrzymaj, wytrzymaj”, odmawiał to jedno słowo niczym mantrę. Poczuł lodowaty dotyk na ramieniu, ale nawet nie drgnął.
– Nie masz władzy nade mną – tym razem to on wypowiedział te słowa, które w pewien sposób wydały mu się jak najbardziej słuszne.

Alice to poczuła. Miała wrażenie, że sama stoi naprzeciw Martina i obrywa biczem za każdym razem, kiedy ten się odzywa. Nacisnęła pedał gazu.

Pokraczna postać zawyła z gniewu i przyparła Martina do ściany. Widział jej poskręcane łapy, z których gdzieniegdzie sterczały kości oraz których długie szponiaste palce oplatały się wokół jego ciała. Rozdziawiła usta, ukazując żółte, połamane – lecz wciąż ostre, gotowe do rozerwania mięsa – kły.
– Daj mi jego ciało! – wrzasnęła, a w jej głosie zabrzmiała bezradność.
– Pierdol się! – odkrzyknął Martin.
Napiął mięśnie, zużył całą swoją energię, by odepchnąć to coś. Wrzeszcząc, wpadło z powrotem do salonu. Mężczyzna, nie czekając, rzucił się do ucieczki. Nadal jednak w jego żyłach płynął alkohol, przez co Martin wpadł po omacku do kuchni, zamiast skręcić ku drzwiom wyjściowym.

Obrócił się na pięcie w nadziei, że uda mu się jeszcze naprawić ten błąd. W obliczu tak głupiej pomyłki, zatracił całą swoją pewność siebie, a gdy ujrzał czekającą na niego przy wejściu do kuchni postać, umarła w nim także nadzieja.
– Zostaw mnie! Kurwa mać, zostaw!! – wrzeszczał rozpaczliwie, a w jego głosie pobrzmiewał strach. – Zostaw mnie, czymkolwiek jesteś, jakiekolwiek demoniczne imię nosisz, nie obchodzi mnie to!

Martin drżał. Dyszał. Wpatrywał się wytrzeszczonymi oczami w coś, co powoli, bardzo powoli, szło ku niemu, oblizując długim jęzorem spękane blade wargi. Będzie walczył. Nie podda się. Demon właśnie pokonał jego psychikę, ale nie ciało. Zacisnął pięści, pochylił się w przód, by móc wykonać desperacki skok na pokraczną postać, gdy ta zbliży się wystarczająco.

Intruz jednak się zatrzymał, widząc dzikość tlącą się w oczach Martina.
– Chcę... Twojego... Syna... Nie ciebie, głupcze... – wycharczał. – Oddaj mi go... A cię zostawię...
To prawda, że Martin uważał Kevina za zbędny balast. To prawda też, że zeszłej nocy chciał go nawet zamordować. Ale teraz, patrząc w oczy potwora, pragnął bronić swojego dziecka, opłacając to nawet własnym życiem. Za nic w świecie nie pozwoliłby, by Kevin wpadł w łapy tego czegoś.

Ruszył w stronę demona, a ten, widząc to, popadł w furię.

Tłukł na oślep, łamiąc sterczące kończyny potwora, rozdzierając paznokciami bladą i cienką skórę. Za każdy swój cios przyjmował jednak dwa inne. Miał wrażenie, że demon wepchnął mu swe pazury głęboko w trzewia, przekłuwając jelita i rozdzierając brzuch. Ale nie poddawał się. Chwycił pokraczną głowę, po czym rąbnął nią w ścianę – raz, drugi, aż czaszka nie wytrzymała i pękła, uwalniając strumień czarnej posoki. Demon zawył i odskoczył do tyłu. Chwiejąc się, umknął korytarzem w stronę salonu. Martin ruszył w ślad za nim.

Alice z piskiem opon zatrzymała się przed domem. Poczuła ulgę, słysząc hałasy dobiegające z kuchni.

Kiedy weszła na korytarz, ujrzała swojego męża, biegnącego nieudolnie w stronę salonu. Potykał się, obijał o ściany, ledwie utrzymywał się na nogach. Jakby gonił coś, co tak naprawdę nie istniało. Wstrzymała oddech, nie chcąc, by jakikolwiek dźwięk uświadomił mu jej obecność.
– Nie przejmuj się, on... lunatykuje – dobiegł ją z salonu znajomy głos. – Chodź tu, bo jeszcze przegapisz wielki finał...
Uśmiechnęła się i poszła.

Martin, wbiegłszy do salonu, zobaczył ociekającego posoką, ledwie oddychającego demona, próbującego się wgramolić na wózek inwalidzki Kevina.
– Nawet się nie waż tego dotykać! – krzyknął i chwycił pokraczną postać, a następnie rzucił ją na podłogę. Zawyła. Zacisnął palce na jej szyi.
– Zdychaj, mutancie pierdolony!

Alice patrzyła, jak Martin doskakuje do przerażonego Kevina, chwyta go, zrzuca z wózka, a potem dusi. „Biedny chłopiec”, stwierdziła chłodno.
– Myślałaś, że sobie nie poradzę?
Odwróciła się w stronę stojącego obok niej Agaresa.
– Stawiał opór – usprawiedliwiła się.
– Naprawdę myślałaś, że nie wezmę tego pod uwagę? Nie zapominaj, że rozmawiasz z księciem piekła. Nawet pewnie nie zdajesz sobie sprawy z tego, co ten biedny człowiek widzi– rzekł triumfalnie.
Nie odpowiedziała. Skupiła całą swoją uwagę na rozgrywającej się pośrodku salonu scenie.

Demon już prawie przestał się wierzgać. Ale wtedy Martin zobaczył coś w jego oczach. Nie były to te same ślepia, co przypatrywały mu się z kąta, ani te, z którymi się mierzył w korytarzu. Nie należały one do demona. Jak tylko sobie to uświadomił, odskoczył do tyłu i przetarł oczy ze zdumienia.

Przed nim leżał Kevin, próbujący złapać oddech.
– Co jest, kurwa mać...? – wycedził, przerażony tym, co zrobił.
Wtedy poczuł, że w pokoju jest ktoś jeszcze i odwrócił się. Zaniemówił, widząc zszokowaną Alice u boku jakiegoś starucha.
– Co to ma znaczyć?! – wrzasnęła oburzona w stronę Agaresa. – Zawiodłeś!
– To niemożliwe... – wymamrotał tamten.
Martin patrzył się na to wszystko, nie mogąc niczego zrozumieć. Czy ja próbowałem zabić Kevina, o co tu chodzi, kto to, do jasnej cholery, jest? – dziesiątki pytań lęgły mu się w głowie.
– Wywiąż się ze swoich powinności, śmieciu! – syknęła Alice.
Agares zignorował te słowa. Podszedł do Martina i spojrzał mu prosto w oczy z niewypowiedzianym szacunkiem.
– Pokonałeś mnie... – rzekł cicho. – Jesteś... potężny...
– Co ty wyprawiasz!? – odezwała się Alice, wyjmując metalowy krążek z jednej z kieszeni. – To ja cię wezwałam, posiadam twoją pieczęć, mam nad tobą władzę!
– Ten mężczyzna jest o wiele silniejszy niż twoje nędzne rytuały, wiedźmo. To jemu będę służył – przemówił Agares, nie odrywając wzroku od Martina. – Przyjmij ode mnie ten dar w dowód uznania.

Nim Alice zdążyła zaprotestować, było już po wszystkim. Agares ujął Martina za ramię i przekazał mu odpowiedzi.

Masterton miał wrażenie, że spada. Że wszystko się rozpadło i pozostała tylko pustka. Wtedy coś go chwyciło i pociągnęło ku górze. Nagle znalazł się naprzeciwko kobiety w czarnej szacie. Wokół niej były ustawione świece, a w ręku trzymała jakiś przedmiot.
– Dlaczego mnie wzywasz? – zapytał Martin.
Nie do końca on. On tylko obserwował przez czyjeś oczy. Przebywał w cudzym ciele.
– Chcę śmierci mojego dziecka – rzekła kobieta. – Ale nie z twojej ręki, Agaresie. To ojciec ma zabić własnego syna. I ty do tego doprowadzisz. A gdy to zrobi, zeżre go poczucie winy i popełni samobójstwo.
Martin czuł wzbierający w umyśle Agaresa sprzeciw, ale pieczęć, którą trzymała kobieta w dłoni, wymuszała całkowite posłuszeństwo demona. Mógł tylko skinąć głową. Przed końcem wizji, Masterton ujrzał jeszcze, jak na twarzy Alice pojawia się uśmiech.

Potem nastał mrok.
– Chciałem cię zmusić do morderstwa. I udałoby mi się to, gdyby nie jeden szczegół – ty też pragnąłeś jego śmierci. Ojcowska miłość by mnie nie pokonała, dobro by tego również nie uczyniło, ale zło, potężniejsze ode mnie, dokonało tego.
– To mój syn... jak możesz tak mówić?
– Gdybym nie przybył pierwszej nocy... zabiłbyś go, wiesz o tym. Przez przypadek cię przed tym powstrzymałem, to był mój błąd. Od tamtej pory zachciało ci się go bronić. Wiesz, dlaczego go bronisz?
– Jest moim synem...
– I właśnie dlatego należy do ciebie, przez co tylko ty masz prawo go zabić. Dlatego go bronisz. Żeby prawo mordowania przypadło tobie, a nie mnie.
– Gówno prawda! – wrzasnął Martin.

Kiedy otworzył oczy, Agaresa już nie było. Został tylko on i Alice. Oraz leżący i płaczący na podłodze Kevin.
– Ty suko... – odezwał się Masterton. – Chciałaś zrobić ze mnie mordercę!
– Słyszałam waszą rozmowę – odparła obojętnie. – Mogłam ci nie przeszkadzać. Wtedy sam byś zrobił z siebie mordercę, co nie?
– Co ci odbiło, na miłość boską?! Okultyzm? Nie, nie wierzę... On kłamał! – upierał się Martin ze łzami w oczach.
– Demony nie kłamią, i dobrze wiesz, że...
Nie dokończyła. Potężny cios pozbawił ją przytomności.
– Nie jestem mordercą... – powtarzał Masterton. – Nie jestem mordercą...

Wziął Kevina na ręce i zaniósł go do samochodu. Wrócił jeszcze na chwilę do domu, by upewnić się, że Alice się nie rozplącze, po czym wsiadł do auta. Spojrzał na syna.
– Agares kłamał... prawda? – zapytał syna.
Kevin nawet nie usłyszał pytania. Zajęty był wpatrywaniem się w ogień, który zaczął właśnie zajmować firany przy oknie w salonie. Martin również tam spojrzał. Po chwili jednak dodał gazu i odjechał.

Kiedy Alice się ocknęła, zobaczyła okalające ją płomienie.
– Ratunku! – krzyczała w nadziei, że ktoś usłyszy. – Pali się! Na Boga, pomocy!

Nikt nie nadszedł. „Spłoniesz, prawie jak na stosie w średniowieczu, wiedźmo”, tak brzmiały ostatnie słowa, które usłyszała od swojego męża. I w ogóle ostatnie słowa, jakie usłyszała.

Kevin usłyszał natomiast „Nie jestem mordercą!” od swojego ojca. Zaraz potem Martin szarpnął kierownicą i skierował samochód prosto pod koła jadącej z naprzeciwka ciężarówki.

„Wywiązałem się z umowy”, pomyślał Agares, widząc Martina przekraczającego bramy piekła. „I do tego nawet z nawiązką”, dodał, kiedy u boku mężczyzny pojawiła się Alice.
Źródło: Własne opowiadanie.
Oceń:
6
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!