WŁADCY DNIA JUTRZEJSZEGO

Dodane przez: lordofhell, 15.10.2015, 16:20
Reklama:
Dawno, dawno temu, kiedy po ziemi chodziły jeszcze smoki, magia i czarnoksięstwo były w powszechnym użyciu, a trzecią częścią świata rządził jeden człowiek, istniało pewne królestwo. Królestwo, chociaż wchodziło w skład włości trzymanych w twardej ręce Jedynego, posiadało swoją autonomię i niezależność, silnie kultywowaną i podkreślaną przez wszystkich jego mieszkańców. Faktycznie, wyruszając w podróż przez inne rejony krain poddanych Jedynemu, kupcy i mędrcy z tego królestwa nie musieli obawiać się niczego, ponieważ ich pozycja była na tyle silna, że trzymali w szachu wszystkich dookoła. Posiadali, bowiem, niezwykły Dar – widzieli przyszłość.

Królestwo Jutra obejmowało niewielki obszar na wybrzeżu, słynąc ze swoich portów, do których okręty nigdy nie zawijały podczas sztormu ani burz, ostrzegane odpowiednio wcześniej. Handlarze z odległych miast uwielbiali robić interesy w Porcie Jutra, ponieważ otrzymywali dokładne wytyczne, co do trasy podróży i warunków pogodowych, na długo przed wyruszeniem ze swoich macierzystych przystani. Nienawidzili nawigatorów portowych piraci, którzy musieli ustąpić przed niezwykłym ich Darem i przenieść się w inne rejony. Królestwem Jutra rządził mądry, acz surowy władca, zwany przez swych poddanych Martinem Niezwykłym. Miał on córkę, Jutrzenkę, będącą jego największym skarbem i oczkiem w głowie. Królowa zmarła dwadzieścia pięć lat wcześniej, wydając na świat swoje jedyne dziecię, a Martin Niezwykły nie mógł zrobić nic, by temu zapobiec. Wtedy nikt jeszcze nie posiadał Daru.

Jutrzenka była kobietą wyjątkowej urody, przykuwającą uwagę każdego mężczyzny, jaki znalazł się w jej pobliżu. Miała piękne, duże oczy, hipnotyzujące spojrzeniem spokojnym i życzliwym, pełne, miękkie usta, rozpalające wyobraźnię niejednego z obecnych na królewskim dworze chłopca oraz uwodzicielską, kobiecą figurę, której wąska talia, kształtne piersi i rozbujane w zmysłowym ruchu biodra doprowadzały do czerwoności nawet najbardziej obojętnych na kobiece względy mężczyzn. Ale nie tylko wyglądem zachwycała Jutrzenka. Była kobietą mądrą, inteligentną i błyskotliwą, nieraz wprowadzającą w zakłopotanie królewskich doradców czy wędrownych mędrców. Posiadała wielką wiedzę o świecie i o życiu, starając się postępować zgodnie z narzuconymi sobie zasadami i regułami. Co więcej, to ona, jako pierwsza, otrzymała Dar.

Po śmierci królowej, Martin Niezwykły był tak zdruzgotany, że dniem i nocą modlił się do wszystkich znanych mu bogów o to, by więcej taka tragedia nie przytrafiła się ani jemu, ani żadnemu z jego poddanych. Skoro on, władca słynący z chłodnego, rzeczowego usposobienia, przeżył takie załamanie po stracie żony, nie potrafił sobie wyobrazić, jaki koszmar musi dotykać tych, którzy mają słabsze charaktery. Chciał to zmienić; chciał, żeby nigdy więcej śmierć nie dotknęła nikogo przypadkiem; chciał dać szansę wszystkim ludziom. Może się to wydawać nieprawdopodobne, ale bogowie posłuchali Martina Niezwykłego, choć do dzisiaj trwają spory, którzy z nich zesłali mieszkańcom jego królestwa niezwykły Dar. Wiadomo, natomiast, że jako pierwsza odkryła go królewska córka, Jutrzenka, unikając szarżującego prosto na nią, wystraszonego wierzchowca. Można by rzec, że żadna to sztuka, uskoczyć przed galopującym koniem i niewątpliwie jest w tym wiele prawdy. Sęk w tym, że dziewczynka stała wtedy tyłem do dziedzińca, z którego wypadło zwierzę, a w dodatku miała zasłonięte oczy, bawiąc się z innymi dworskimi dziećmi w ciuciubabkę. Kapłani okrzyknęli to wydarzenie cudem, król upierał się przy niezwykłej zwinności i zmysłom swojej latorośli, a sama Jutrzenka przyznała otwarcie, że ujrzała obraz pędzącego konia na długo wcześniej, niż pojawił się on na placu. Ku zdziwieniu wszystkich, takie sytuacje zaczęły mieć miejsce coraz częściej – ludzie unikali rabunków, powracające ze spacerów kobiety wymykały się gwałcicielom, kupcy omijali zasadzki, o których normalnie nie mieliby prawa wiedzieć. Wtedy stało się oczywistym, że to łaska bogów spłynęła na mieszkańców. Martin Wspaniały zarządził wzniesienie okazałej świątyni poświęconej wszystkim bóstwom jednocześnie oraz zmienił nazwę państwa na Królestwo Jutra.

I tak kraina stała się oazą spokoju i radości, a przybywający do niej z odległych zakątków świata goście nie mogli się nadziwić, jak wspaniałym Darem obdarzeni zostali mieszkający w niej ludzie. Ale, jak to z boskimi podarunkami bywa, szczególne zdolności coraz bardziej zaczynały tracić swoją wartość. Ludzie żyli w idealnym świecie, z którego całkowicie zniknęła przestępczość, nieszczęśliwe wypadki, rozczarowania i niepewność, i właśnie tego zaczynało im z czasem brakować. Zapomniano, czym są marzenia – w końcu wiadomo było, co się stanie, więc przestano zaprzątać sobie głowy myślami o pragnieniach, które zastąpił czysty pragmatyzm. Każda sekunda, minuta i godzina znana była dokładnie, zatem bezsensowne stały się niespodzianki, nie dochodziło do przypadkowych, radosnych spotkań, a oświadczyny czy uniesienia miłosne nie dostarczały już żadnej szczególnej przyjemności, ponieważ znane były na długo, zanim się wydarzyły. Królestwo Jutra popadło w stagnację.

Także piękna Jutrzenka, początkowo rozanielona i szczęśliwa z boskiego Daru, zaczęła z wiekiem dostrzegać jego mankamenty. Doskonale wiedziała, który z okolicznych książąt złoży jej propozycję zamążpójścia oraz jak będzie wyglądało ich życie, odrzucała, więc adoratorów jednego po drugim, aż wreszcie nie pozostał nikt, z kim przyszłość spełniałaby oczekiwania królewskiej córki. Okazało się, że na dworze prawie nie prowadziło się rozmów – wszyscy wiedzieli, co odpowie druga osoba, wymieniano, więc jedynie zdawkowe uwagi na temat dialogu, który jeszcze się nie odbył. Królestwo stawało na głowie.

Pewnego dnia do portu przybił okręt z banderą odległego kraju, położonego daleko za rozciągającym się po horyzont oceanem. Kraj ten słynął z dziwnej, tajemniczej techniki, którą dopiero od niedawna zdecydowano się handlować. Zatem kupiecka karabela zawinęła również do Portu Jutra, wzbudzając niemałą sensację wśród mieszkańców, zgromadzonych licznie, by obejrzeć dziwny pojazd zamorskiego sąsiada. A było co oglądać! W odróżnieniu od znanych powszechnie drewnianych statków napędzanych dmącym w żagle wichrem, ten był w całości ze stali, a w miejscu masztów sterczały ogromne rury, wypluwające w powietrze kłęby mlecznego dymu. Po obu stronach kadłuba miał potężne, wznoszące się wysoko ponad linię pokładu koła, które obracały się rytmicznie, pchając wehikuł przez wzburzone fale. Kiedy wpłynął do portu, niecodzienny napęd zaczął się podnosić, generując przy tym hałas porównywalny do salw armatnich; łopaty uniosły się wystarczająco wysoko, by okręt mógł bez przeszkód poruszać się po nieco płytszych wodach. Wreszcie z hukiem dobił do największego i najbardziej masywnego pomostu, gdzie dziesiątki dokerów zaczęły przywiązywać go cumami, rzucanymi z wysokiego pokładu. Pojazd stanął.

Po opuszczonej na drewniane belki rampie zaczęli schodzić pasażerowie stalowego okrętu, witani zaciekawionymi spojrzeniami mieszkańców, wśród których nie zabrakło samego Martina Wspaniałego i jego pięknej córki. To właśnie do nich podeszła dziesiątka ubranych dziwacznie kupców, chcąc oddać należyte honory. Nosili się zupełnie inaczej, niż mieszkańcy w tej części świata: mieli na sobie skórzane kurtki, gdzieniegdzie przetykane tajemniczymi urządzeniami, obracającymi się lub tykającymi swoim własnym, niepoznanym rytmem; ich nogi chroniły materiałowe spodnie, w kilku przypadkach obszyte materiałem przywodzącym na myśl zwiewne, lekkie spódnice; stopy ochraniały im masywne, ciężkie buty okute żelazem, podobnie, jak dłonie, wzute w naszpikowane kawałkami metalu rękawice. Największą uwagę przykuwały jednak ich głowy, oplecione chustami, na które naciągnięte mieli kapelusze, kaptury lub czapki, a także dziwne okrągłe szkła umocowane w drewnie, utrzymujące się na ich czołach dzięki ściągniętym z tyłu głowy skórzanym paskom.

Tylko jeden z przybyłych mężczyzn wyróżniał się wyglądem. Nie nosił skórzanych zbroi ani ciężkiego obuwia, a zamiast tego miał lekką, zwiewną tunikę, lniane spodnie oraz dziwne, materiałowe buty, jakże egzotyczne dla chodzących w skórzanych sandałach mieszkańców miasta. Był krótko ostrzyżony, jego twarz zdobiła kilkudniowa broda, natomiast na nosie, zamiast dziwnych gogli, wsunięte miał okulary o przyciemnianych szkłach odbijających otoczenie. Poruszał się spokojnie i powoli, rozglądając się ciekawie po porcie. Na jego szyi bujał się jakiś dziwny, okrągły przedmiot, zawieszony na długim łańcuszku. Przykuwał uwagę.

I właśnie na niego zwróciła uwagę Jutrzenka, zostawiając swojego ojca rozmawiającego z przybyszami przy pomocy tłumacza, by po chwili podejść do spacerującego z dala od grupy młodego mężczyzny. Nie mógł być starszy od niej, jak zauważyła z radością, więc może uda im się dojść do porozumienia. Właściwie nie umiała zbyt wielu słów w obcym języku, ale miała nadzieję, że dzięki Darowi ujrzy, jaka będzie reakcja chłopaka. Ku jej zdziwieniu, nie zobaczyła nic.

- Tervetuola! – powiedziała z uśmiechem, podchodząc do spacerującego. Ten spojrzał na nią zaskoczony, ale odwzajemnił uprzejmość.
- Tarvetuola! – odpowiedział wesoło. - En usko, että tiedät kielemme.

Jutrzenka zarumieniła się, nie zrozumiała, bowiem, ani słowa. Umiała się tylko przywitać i pożegnać, bo tego wymagał protokół dworski. Poza tym, słyszała ten język pierwszy raz w życiu.

- Och, rozumiem – chłopak zaśmiał się lekko. - Protokół. Nie ma problemu, mówię płynnie w waszym języku.
- Nigdy nie słyszałam takiego śpiewnego dialektu. Czy za wodą wszyscy tak mówią?
- Nie, niestety – znowu śmiech. – Chciałbym, wtedy byłoby o wiele łatwiej się z nimi dogadać. Tamte języki są jeszcze dziwniejsze, niż nasz.

Dziewczynie spodobało się poczucie humoru, jakie miał nowopoznany przybysz. Trapiło ją jedynie, czemu nie może zobaczyć jego przyszłości.

- Co to jest, co masz na szyi? – wysunęła rękę, żeby dotknąć dziwnego przedmiotu. Chłopak spojrzał w dół i podał jej okrągłe pudełko.
- To artefakt. Chroni przed magią.

Księżniczka mimowolnie rozchyliła usta, podziwiając misternie zdobione urządzenie. To pewnie ono ograniczało jej możliwości, jeśli chodzi o ujrzenie przyszłości związanej z czarnowłosym. Zafascynowało ją to.

- Jak działa? – spytała, obracając go w palcach.
- Szczerze mówiąc, nie jestem pewien. Wydaje mi się, że to urządzenie generuje jakiś szczególny rodzaj pola energetycznego, odpychającego magię. To mechanizm opracowany przez naszych ekspertów od Arcanii, sztuki magicznej wymieszanej z technologią. Dziwna rzecz, ale działa.
Dziewczyna puściła medalion, który opadł na miękką tunikę mężczyzny.

- To by wyjaśniało, czemu nie widzę twojej przyszłości – powiedziała. Uśmiechnął się.
- I bardzo dobrze. Nie chciałbym znać swojej przyszłości. To całkowicie zabija przyjemność życia.

Spojrzała na niego ostro.

- Co masz na myśli?
- Tajemnicę – spojrzał gdzieś ponad dachami portowych budynków. –Niewiadomą. Nie chcę znać swojego życia z wyprzedzeniem, nie chcę mieć wszystkiego zaplanowanego. Wolę żyć z ekscytacją, co przyniesie mi kolejna godzina, kolejny dzień, kolejny rok. Chłonąć życie takim, jakim jest, nieprzewidywalnym, zaskakującym.
- Ale znając przyszłość można uniknąć nieszczęść i przykrości.
- I zapomnieć, czym jest szczęście i radość – powiedział cicho. –Podziwiam was, że potraficie z tym żyć. Według mnie to nie dar, tylko przekleństwo. No, ale dosyć tych filozoficznych dywagacji, chciałbym zwiedzić to piękne miasto! – nie czekając na odpowiedź, ruszył w stronę ruchliwych uliczek, wijących się między pięknymi, kamiennymi budynkami.

Ruszyła za nim, mijając dyskutującego z kupcami ojca. Król rzucił okiem na osobnika, z którym szła, zmarszczył brwi, ale nic nie powiedział, skinął jedynie głową. Dopiero wtedy przyspieszyła, doganiając swojego nowego towarzysza.

- Czy wasze miasta również tak wyglądają? – spytała. Chłopak pokręcił głową.
- Nie, zupełnie nie… U nas królują fabryki i uniwersytety, a budynki są wysokie i strzeliste. Nasze miasta są bardzo klaustrofobiczne, przytłaczające. Masz wrażenie, jakby zamykały się nad tobą, nie pozwalając ci dojrzeć nieba. To dosyć męczące uczucie, dlatego niewielu obcokrajowców nas odwiedza. Poza tym jeszcze kilka lat temu żaden nie zostałby wpuszczony dalej, niż do portowego miasta. Dopiero od niedawna otworzyliśmy się na resztę świata.
- Skąd znasz nasz język tak dobrze?
- Studiowałem na najlepszym uniwersytecie w stolicy, znam wiele języków. Większość pobieżnie, ale biegle władam sześcioma, w tym waszym. Zafascynowała mnie historia ludzi potrafiących widzieć przyszłość. Intrygowało mnie, czy wasz język zmienił się na skutek tego wydarzenia, czy zapomnieliście pewnych słów. Ot, czysta ciekawość. A potem mi się spodobał i postanowiłem się go nauczyć. Efekty możesz ocenić sama.
- Nie odróżniłabym cię od rdzennego mieszkańca, jeśli mam być szczera.

Chłopak roześmiał się, imitując dworski ukłon. Zniknęli w tłumie.

Kupcy pozostawali w Królestwie Jutra przez kilkanaście dni, podczas których czarnowłosy i księżniczka mocno się ze sobą zaprzyjaźnili, spędzając razem praktycznie całe dnie. Ona oprowadzała go po mieście, pokazując najciekawsze miejsca i budowle, on natomiast opowiadał jej o tajemniczej Arcanii, mieszaniu technologii z magią, o swoim kraju i tym, co wyróżnia go spośród innych. Mówił również o tym, czemu uważa dar widzenia przyszłości za całkowicie tragiczny dla każdego człowieka, podpierając swoje wywody najróżniejszymi filozofiami, jakie poznał podczas swojej bogatej edukacji.

Kiedy wieczorami siadali w królewskich ogrodach, by podziwiać zachód słońca, snuł opowieści o odległych krainach, które zamierzał wkrótce odwiedzić oraz o marzeniach, jakie towarzyszą mu od dzieciństwa. Chciałby kiedyś dostać się na audiencję u Jedynego, by nawiązać bliskie relacje handlowe z jego imperium. Miał w planach dotrzeć na lodowy kontynent i przemierzyć go na wskroś, spisując swoje obserwacje w naukowym traktacie poświęconym życiu w skrajnie niesprzyjających warunkach. Opowiadał o swoim ojcu, wielkim konstruktorze, jednym z przewodniczących najważniejszej państwowe instytucji – Gildii Arcanii.

Ona opowiadała mu o wielkich artystach, jakich wydało na świat imperium Jedynego oraz o ich wspaniałych dziełach zdobiących stolice poszczególnych królestw, jak również będących w rękach prywatnych kolekcjonerów. Potrafiła opisać ich obrazy tak barwnie, że chłopak zamykał oczy, kładł się na miękkiej, pachnącej trawie i widział, jak pod powiekami malują mu się sceny uwiecznione na płótnach mistrzów. Recytowała mu poezję, dziedzinę sztuki właściwie nieznaną za morzem, która zachwycała jego zmysły i pobudzała wyobraźnię.

Wreszcie nadszedł dzień powrotu do domu. Ostatnią noc spędzili w marmurowej altanie, gdzie do świtu rozprawiali o najróżniejszych rzeczach, podjęli również decyzję o pozostaniu w kontakcie, oraz odwiedzinach Jutrzenki w zamorskiej krainie. Ich niekończącą się rozmowę przerwał świt, delikatnie wślizgując się między krzewy róż i muskając skórę pierwszymi ciepłymi promieniami.

W porcie ponownie zgromadziło się właściwie całe miasto, tym razem by żegnać kupców, z którymi wiele osób, w tym król, ubiło doskonałe i niecodzienne interesy. Wymieniano grzeczności i – zgodnie z panującym obyczajem – drobne upominki, a żołnierska orkiestra odegrała brawurowy marsz, odprowadzając przybyszów na ich niezwykły statek.

Dwójka przyjaciół stała przed rampą, nie mogąc się rozstać. Wreszcie jeden z marynarzy krzyknął coś do chłopaka w ich dziwnym języku, a ten odpowiedział jednym słowem i odwrócił się do Jutrzenki.
-Poganiają mnie, musimy wypływać… - spojrzał głęboko w piękne oczy księżniczki i pocałował ją, nie zważając na to, że patrzą na nich tysiące ludzi. Rozległy się oklaski i wiwaty, a sam król uśmiechnął się jedynie, nic nie mówiąc. Potem czarnowłosy wszedł na rampę i rozpoczął wspinaczkę na pokład, jednak zatrzymał się w pół drogi i raz jeszcze spojrzał w dół.

- Hej! – krzyknął do dziewczyny, zdejmując z szyi medalion. – Poznaj smak niewiadomej! Żyj! – rzucił naszyjnik w jej stronę. Kiedy tylko puścił złoty łańcuszek, Jutrzenką wstrząsnął dreszcz. W ułamku sekundy ujrzała statek kupców targany rozszalałymi falami, a potem roztrzaskany na tysiące kawałków, rzucony w wychodzące z morskich głębin fale.

Wszystko ustało w momencie, w którym złapała lecący przedmiot. Chciała krzyczeć, ostrzec ich przed niebezpieczeństwem, ale rampa się już zamknęła i potężne łopaty ryknęły z siłą gromu.

Handlarze nigdy nie powrócili do domu. Czarne skały rozdarły ich okręt, niczym kartkę papieru, nie dając najmniejszych szans komukolwiek.

Jutrzenka nosiła medalion i odkryła, że cała magia życia zaklęta jest w przyszłości, w niewiadomej, którą możemy kształtować, ale nie powinniśmy jej znać wcześniej, niż przyjdzie na to pora. Niezwykły naszyjnik towarzyszył jej zawsze i wszędzie, by już nigdy nie zobaczyła tego, co ma się wydarzyć. Po raz pierwszy od czasów dzieciństwa poczuła, że jest naprawdę szczęśliwa.

Zmarła na tajemniczą chorobę, trzy lata później, tuż przed swoim długo wyczekiwanym weselem. Podobno miała uśmiech na twarzy.
Źródło: Tekst mojego autorstwa. Pierwotnie ukazał się w serwisie www.extrastory.pl
Oceń:
5
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!