Czas Z Część 17

Dodane przez: gabriel grula, 30.10.2015, 12:05
Reklama:
Spis wszystkich części w profilu autora: http://straszne-historie.pl/profil/5577

Budzi mnie ogromny ból w karku.
Zupełnie zdezorientowany, otwieram oczy. Odnoszę dziwne wrażenie jakbym właśnie obudził się ze snu, tylko, że miękkość łóżka czy tak ostatnio często używanego materaca, zastąpiona została twardą ziemią. Zamiast bezpiecznych ścian schronu, biel gęsto rosnących iglastych drzewek.
Bez wykonania choćby najmniejszego ruchu, wodzę wzrokiem, starając się w jakimkolwiek stopniu zorientować w położeniu.

Leżę w zagajniku. Rosnące jeden przy drugim młode świerki, niemal całkowicie zasłaniają mnie przed uparcie próbującymi wedrzeć się promieniami dziennego światła. Dzięki temu niespełna dwa metry nad ziemią tworzy się ciepła, jasna poświata.

Słyszę świergot ptaków, jak i przelatującą tuż niedaleko chmarę hałasujących kruków. Co jak co, ale ich odgłosy krakania rozpoznam wszędzie.

Jeszcze przez chwilę nie ruszam się, zbierając siły. W końcu dźwigam się do pozycji siedzącej.
Czuję ogromny ból dosłownie w każdym fragmencie ciała. Kiedyś ktoś mi powiedział, że ciało ludzkie jest tak skonstruowane, iż nie można odczuwać jednoczesnego bólu w dwóch jego częściach. Zawsze czuje się ten bardziej dotkliwszy.

Może to i prawda, bo odczuwam jeden wielki w pełni zsynchronizowany ból nóg, pleców, barków, żeber, karku i głowy.

Wykonuję kilka bardzo ciężkich, głębokich oddechów. Wyjmuję chusteczkę higieniczną. Przez to wszystko nawet nie zauważyłem kiedy usmarkałem się niemal po pas. Jedynym plusem jest powoli ustępujący katar. Wydmuchuję kilka białych, skawalonych gródek.
Teraz oddycha mi się znacznie łatwiej.

Całe ubranie pokryte mam opadłym z nieba świństwem. Dwa ruchy ręką, wystarczą by osad znalazł się na ziemi.
Sięgam do plecaka po wodę. Suchość w ustach jest pierwszym sygnałem znamionującym początek odwodnienia organizmu.

Dziś zbyt dużo nie piłem, a desperacka ucieczka kosztowała mnie wypocenie minimum litra wody.
Piję łapczywie, zupełnie zatracając się w uczuciu zaspakajania pragnienia. Odstawieniu butelki od ust, towarzyszy seria wdechów.
- Od razu lepiej – mówię pod nosem.
Postępując w nieco nieprzemyślany sposób, wypiłem na raz niemalże połowę dwulitrowego zapasu wody.

Trudnemu procesowi stawania na nogi, towarzyszy nagły szelest iglastych drzewek.
Ból zalany falą adrenaliny znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różyczki.
Sięgam po maczetę będąc gotowym, może nie tyle na bitwę, co na walkę mającą odeprzeć pierwszą falę ataku.

Biały osad z rosnącej naprzeciw choinki sypiąc się, opada na ziemię. Drzewko podobnie jak jego kilku rosnących wcześniej kuzynów kołysze się, dopiero po kilku sekundach mając znów zastygnąć w bezruchu.

Spodziewam się zobaczyć przynajmniej jednego z truposzy lub któregoś z dzikich mieszkańców lasu.
Tak czy siak, moje życie znów wisi na włosku.
Tymczasem, wprost pod moje nogi wybiega As.
Opuszczam broń. Mogę odetchnąć z ulgą.
Pies ciesząc się, skacze na mnie dwiema przednimi łapami, opierając się o jedną z moich nóg. Króciutki ogonek wykonuje szybkie ruchy to w lewo, to znów w prawo.

Kucam, najpierw otrzepuję go z chemicznego osadu, następnie przytulam.
Mój wierny przyjaciel jest tak szczęśliwy, że z trudem powstrzymuję go przed wylizaniem mi twarzy.

Czworonóg odniósł w toczonej ostatnio walce rany. Głównie są to jednak drobne, płytkie skaleczenia.
Cieszę się, iż jest to jedyna konsekwencja walki na śmierć i życie z siejącą w okolicy śmierć watahą dzikich wilków.

Niepokoi mnie jednak dostęp do świeżych, niezasklepionych jeszcze ran, tego białego gówna. Nie sposób powiedzieć jakie mogą być konsekwencje dostania się chemii do krwioobiegu. Niemniej jednak, na tą chwilę wszystko wygląda w porządku.

Składam dłoń, nalewając w nią nieco wody. Mój kilkukrotny wybawca pije łapczywie. Dwukrotnie dolewam niezbędnego organizmowi płynu, pozwalając ugasić psiakowi pragnienie.
Po schowaniu butelki do plecaka, spoglądam na zegarek.
Godzina siedemnasta trzydzieści zwiastuje rychły zachód słońca. Najgorsze jest to, że nie mam pojęcia gdzie jestem. Biegłem zupełnie na ślepo, przed siebie, oby dalej od osaczających zewsząd zainfekowanych. Nie ma więc możliwości bym dzisiaj zdołał dotrzeć do schronu. Do tego niemałym problemem będzie nadejście nocy i nierozłącznie związanej z nią ciemności.

Ostrożnie wychodzę z zagajnika. Mój przyjaciel wszelkie środki ostrożności krótko mówiąc ma gdzieś. Biegnie po leśnej ściółce, a pod jego łapkami co jakiś czas rozbrzmiewa dźwięk łamanej gałązki, bądź innych wydających głośny odgłos trzasku elementów poszycia. Niespełna dziesięć sekund później, już stoi przy największym z dębów. Obraca pysk na wszystkie strony, starając się wyczuć jakąkolwiek formę niebezpieczeństwa.

W pewnej chwili kieruje spojrzenie w moją stronę, radośnie merdając przy tym ogonem. Odbieram to jako sygnał braku zagrożenia.

Mimo wszystko dłuższe przebywanie w lesie, niewiele różni się od stąpania po polu minowym.
Muszę stąd jak najszybciej wyjść.
Pomimo niemalże skradania się , nie jestem w stanie pokonywać kolejnych metrów drogi w zupełnie bezgłośny sposób. Biorąc pod uwagę ogólnie panującą ciszę. Trzask niesie się echem w promieniu kilkudziesięciu metrów.

Pomijam kwestię bardzo wolnego tępa marszu. Nie wiem, po prostu nie wiem, kiedy uda mi się stąd wydostać.
Nie chcę się dołować więc nie myślę o tym. Cały czas rozglądam się za jakimkolwiek miejscem gwarantującym w miarę bezpieczne przeczekanie nocy. W najgorszym wypadku wejdę na któreś z wysokich drzew. Nic innego nie przychodzi mi do głowy.

Idę za spokojnie maszerującym kilka metrów przede mną Asem.
Słysząc niesamowicie głośny, niosący się echem po całym lesie dźwięk kwiczenia, zatrzymuję się.
Trudno jest określić skąd dochodzi. Świadczy o rozpaczliwej walce najprawdopodobniej na śmierć życie. Nie mija dziesięć sekund, jak dołącza do niego charczenie zainfekowanych. Oczyma wyobraźni widzę dzika walczącego z hordą otaczających go odmieńców.

Mój przyjaciel zmienia kierunek biegu na przeciwny. Czym prędzej odchodzimy jak najdalej.
W myślach powtarzam słowa – „Oby tylko mnie nie usłyszeli, oby tylko mnie nie usłyszeli…”
Żałosne zawodzenia zwierzęcia stają się coraz cichsze, aż do całkowitego ustania.
Przecieram ręką spocone czoło.
Mam już tego dosyć! Autentycznie mam już dość!


O godzinie osiemnastej trzydzieści, dochodzimy do dużej, porośniętej trawą polany. W drugim jej końcu, stoi czterometrowej wysokości ambona. Budowla była używana zarówno przez miłośników obserwowania dzikiej przyrody jak i myśliwych.

Kamień spada mi z serca.
Spoglądam w niebo. Powoli zaczyna się ściemniać. Nie tracąc więc cennych minut przyspieszam kroku, trzy minuty później stojąc przy szerokiej, drewnianej drabinie prowadzącej wprost do wąskiego wejścia drewnianej budowli.
Biorę pod pachę Asa, następnie szczebelek po szczebelku wspinam się na szczyt zwieńczony wejściem.

Pies nie wykazuje jakichkolwiek oznak niepokoju, więc po postawieniu stóp na ostatnim stopniu, od razu zaglądam do mającego służyć mi za miejsce noclegowe miejsca.

W pierwszej kolejności kieruję wzrok w prawą stronę wnętrza. Stawiam na wykonanej z drewna podłodze bulteriera i sam gramolę się do środka. Dopiero będąc na miejscu, dostrzegam siedzące w przeciwległym rogu, zasuszone zwłoki mężczyzny.
Jego wojskowe ubranie wisi na dwóch wyschniętych barkach oraz zapadłej klatce piersiowej. Obok leży dwulufowa dubeltówka.

W czaszce widnieje sporej wielkości dziura po pocisku. Z tyłu, na kilku drewnianych belkach, znajdują się ślady po mózgu człowieka, najprawdopodobniej skazującego się na samobójczą śmierć.

Zdejmuję plecak, stawiając go w przeciwległym, względem nieboszczyka, końcu wcale nie takiego małego pomieszczenia.
Nie widząc innego wyjścia, zakładam rękawiczki, następnie przystępując do pozbycia się zwłok.

Moje szczęście w nieszczęściu polega na tym, iż wszystkie nieprzyjemne reakcje zachodzące w martwym organizmie, nieboszczyk ma już za sobą. Dodatkowym plusem jest fakt, że są to niemalże same kości. Swoją drogą to dziwne jak szybko dokonał się rozkład ciała. Powietrze w tak dużym stopniu przesycone jest wszelkimi szkodliwymi związkami chemicznymi, że widocznie poszczególne szczepy bakterii oraz organizmy różnie na nią reagują.

To co pozostało z nieszczęśnika, wyrzucam przez jedno z obszernych okien ambony.
Może to i nie w porządku, ale co mam zrobić?
Czasy też są bardzo nie w porządku. Przecież nie spędzę nocy, nie wspominając o zjedzeniu kolacji w towarzystwie siedzącego naprzeciwko ludzkiego szkieletu. Nie mam też czasu, ani siły na kilkudziesięciominutowe kopanie grobu.
To nieludzkie, ale jemu i tak jest już wszystko jedno.

Zamykam drewniany właz, skutecznie odcinając wejście do środka ambony.
Wiem, wiem, truposze nie umieją wchodzić po drabinie, ale nie mam pewności co do wszelkich innych drapieżnych form życia, tylko czyhających na mój błąd. Mimo posiadanego pistoletu absolutnie nie czuję się łowcą. A nawet wprost przeciwnie.


Kolację jem naprawdę obfitą. Dzisiejszy wydatek energetyczny doprowadził organizm niemalże na skraj wycieńczenia.
Asowi też nie żałuję jedzenia. Daję mu całą puszkę gulaszu angielskiego.
Gdyby nie on, leżał bym pewnie gdzieś pod krzakiem oskubany do kości przez wygłodniałe stado wilków. Jeżeli dołączyłoby się do tego jeszcze kilku zainfekowanych niewykluczone, że powłócząc nogami jako jeden z odmieńców tropiłbym każdą z potencjalnych ofiar.

Najedzony, wyjmuję z plecaka folię termiczną. Kładę się na twardej drewnianej podłodze i podkładając sobie pod głowę plecak, wlepiam wzrok w dach ambony.

Tymczasem okolica coraz bardziej pogrąża się w mroku, a ostatecznie ciemności. Ku mojej uciesze coraz częściej rozświetlanej błyskami wyładowań atmosferycznych. Towarzyszący im opóźniony o kilka sekund huk piorunów, zapowiada nadchodzącą burzę.

Wstaję, jeszcze raz spoglądając na okolicę.
Wszelkie powiewy wiatru ustały. Powietrze jest nieruchome i ciężkie. Odnoszę wrażenie, że stoi w miejscu. Całą okolicę podporządkowała sobie cisza. Cisza przed burzą.

Dostrzegam kontury przechodzących w oddali odmieńców.
Jak na złość cały czas krążą po okolicy. Nawet nie chce mi się myśleć o czekających mnie jutro trudnościach. O dziwo bardzo szybko oduczyłem się martwienia na zapas. To co nie udało mi się przez trzydzieści lat, teraz osiągnąłem w nieco ponad miesiąc. Tylko jakim kosztem i co musiało się stać bym wyeliminował tą utrudniającą życie cechę.
Zawsze trzeba przewidywać ewentualne następstwa swych działań, ale bezsensem jest roztaczanie czarnych scenariuszów. Taki jednak byłem.

Za sprawą jakiegoś dziwnego impulsu, umysł podsuwa mi słowa piosenki „Długość dźwięku samotności” zespołu Myslovitz: „Noc, a nocą nie śpię, wychodzę choć nie chcę, spojrzeć na chemiczny świat. Pachnący szarością…”.
Chemiczny świat…
Uśmiecham się. Jest to jednak śmiech przez łzy.

Dźwięki, jak i błyski uderzających piorunów stają się coraz bliższe. Nadciągające z zachodniej strony czarne chmury zapowiadają pierwszą w tym roku typowo letnią burzę. Poszczególne coraz częstsze wyładowania atmosferyczne rozświetlają okolicę, przeszywając niebo cienkimi, rozdzielającymi się nitkami skumulowanej energii.
Niesamowitym widokiem jest zbliżająca się z ogromną prędkością ściana deszczu. Duże krople, przy każdym zderzeniu z jakiegokolwiek typu przeszkodą, wydają odgłos składający się na głośny szum.

Nie trzeba długo czekać by ściana deszczówki zachłannie pochłonęła miejsce, w którym udało mi się znaleźć chwilowe schronienie.

Gdyby nie ambona, czekałyby mnie naprawdę ciężka noc na którymś z drzew.
Jeszcze przez dwadzieścia minut obserwuję szalejącą burzę, wsłuchując się w rytmicznie uderzające o dach krople.

Gdzieś tam z oddali dobiega głos zawodzących zainfekowanych. Mam nadzieję, że dzisiejszy deszcz da im się we znaki do tego stopnia, by uciec z lasu.

Duże krople odsłaniają skrytą do tej pory zieleń leśnej roślinności.
Kładę się, kierując wzrok w sufit.
Leżący obok As śpi w najlepsze. Jeszcze przez chwilę udaje mi się zachować świadomość.
Obserwuję biegnącego po suficie pająka. Pędzi w kierunku rozwieszonej w rogu pajęczyny. Mała zbłąkana ćma chcąc ukryć się przed deszczem wplątała się w krepujące każdy z jej ruchów nici. Sieć drga w rytm nerwowo wykonywanych ruchów owada. Widząc drapieżnika, rozpaczliwie szarpie się na wszystkie strony, z każdą sekundą tracąc cenne siły. Wszystko na nic.
Pająk dopada zdobycz, natychmiast wstrzykując w ciało ofiary jad. To koniec.
Jest to ostatni zapamiętany przeze mnie widok.
Zasypiam.

Budzi mnie straszna duszność. Z trudem udaje mi się zaczerpnąć oddech. Spoglądam na zegarek. Siódma dziesięć. Śmiało więc mogę jeszcze trochę poleżeć.

Psiak miarowo oddycha, wtulony w moje nogi.
Jeszcze się nie rozbudziłem, więc zamykam oczy, próbując uciąć sobie kilkuminutową drzemkę.
Noc należała do spokojnych nie licząc strasznie męczącego, powracającego kilka razy snu.

Wchodziłem w nim po niekończących się schodach. Ileż to mnie kosztowało energii.
Za każdym razem nigdzie rzecz jasna nie docierając.

Nijak nie udaje mi się usnąć. Do tego ta duchota.
Ostatecznie wstaję, starając się nie obudzić Asa.

Przyczyną duszności jest spowijająca całą okolicę gęsta mgła. W zasadzie chyba jest to parujący na skutek wysokiej temperatury biały chemiczny opar. Niewykluczone, że przy zetknięciu z wodą zaszła jakaś reakcja chemiczna. Stąd ta duszność i wysoka temperatura.

Dalsza podróż w takich warunkach jest niemożliwa. Nie mam pojęcia, w której części lasu jestem. Nie znam drogi powrotnej, a do tego nie będę widział nic znajdującego się dalej niż metr ode mnie. To nie mogłoby się dobrze skończyć.

Zjem śniadanie i poczekam aż opadnie mgła. Mam tylko nadzieję, że w ogóle dzisiaj opadnie.
Obym tylko dotarł do jakiejkolwiek dróżki. Później będę się jej trzymał, dochodząc wcześniej czy później, do któregoś ze znanych mi miejsc.

Pierwszy dzisiejszego dnia posiłek należy do równie obfitych co wczorajsza kolacja. Nie mam pojęcia czy będę miał, i kiedy będę miał, możliwość zjedzenia czegokolwiek. Cały czas nie opuszcza mnie przeczucie, że będzie to ciężki dzień.

Mój przyjaciel budzi się. Na mój widok od razu zaczyna niemalże kręcić dookoła kikutem niegdyś będącym dłuższym ogonem.
Przytulam się do niego.
- Ty bestio – szepcze mu do ucha. Drapiąc jednocześnie po grzbiecie.
Psiak stara się za wszelką cenę dosięgnąć swym językiem mojej twarzy. Jest zwinny, szybki i konsekwentny. Wije się niczym węgorz. W końcu udaje mu się dopaść celu. Zamykam oczy, robiąc głową serię uników.

As nie daje jednak za wygraną, odpycham go więc rękoma.
Przypomina mi się jak będąc dzieckiem, w identyczny sposób bawiłem się z Wolfem. Był to pies koleżanki mojej mamy. Za każdym razem jak tylko miałem okazję szedłem z mamą do pani Doroty. Wolf był tak jak ja ruchliwy i obdarzony przy tym niespożytymi pokładami sił. Dlatego nasze spotkania były jedną wielką, ciągłą gonitwą, zabawą i bitwą.

Zarówno mama jak i pani Dorota mówiły „w końcu trafiła kosa na kamień”.
Po kilku godzinnej zabawie sił wystarczało nam tylko na położenie się spać.

Z uśmiechem odpycham Asa, podczas gdy ten rozochocony atakuje mnie, najdelikatniej jak to możliwe chwytając masywnym pyskiem moją rękę lub rękaw bluzy.

Wygłupiamy się w najlepsze gdy nagle odnoszę wrażenie, iż oczy mojego przyjaciela zmieniają kolor.
Najpierw stają się zielone, następnie czerwone, na koniec wracają do swej naturalnej barwy.

Odskakuję. Psiak natychmiast wyczuwa, że coś jest nie tak, bo staje w miejscu uważnie mi się przyglądając.
- Nie no, chyba mi się przewidziało – szepcze przerażony.
Podchodzę do niego, cały czas wpatrując się w jego oczy.

Widząc, że znów go głaszcze, najpierw porusza ogonem następnie znów zaczyna się łasić.

Nic mi się nie przewidziało! Kolor jego oczu właśnie znów ulega zmianie. Trwa ona sekundę, góra dwie.
Źrenice błyskają najpierw kolorem zielonym, potem zaś czerwonym. Nie dostrzegam jednak absolutnie żadnej zmiany w zachowaniu bulteriera.

- No już, spokojnie, wystarczy tych wariactw – mówię stanowczym głosem.
Uspokaja się.
Postanawiam przyjrzeć się Asowi nieco uważniej.

Wszystkie odniesione wczorajszego dnia w walce rany, są teraz niewielkimi strupkami. Niebyły one co prawda jakimiś poważnymi, głębokimi rozcięciami, ale w normalnych okolicznościach potrzebowałyby minimum trzech dni do zagojenia się w takim stopniu.

Pysk wygląda normalnie. Podnoszę jedną z warg, chcąc zobaczyć jego dziąsła.
To niesamowite! Ale wyrósł mu drugi rząd kłów. Te nowe są większe i zdaje się ostrzejsze od tych naturalnych.
Same dziąsła mają natomiast zupełnie normalny, zdrowy kolor.

As cały czas zachowuje się spokojnie, absolutnie nie przejawiając jakiejkolwiek formy agresji czy wrogości.
Nie pojmuję tego. Jestem jednak pewny, iż zmiany dotyczą tylko i wyłącznie jego fizyczności, zupełnie zaś pomijając część psychiczną i emocjonalną. Więcej odmienności nie zauważam.
Nie chciałbym go stracić. Przywiązałem się do niego. W końcu to mój najlepszy przyjaciel.
Głaszcząc mego kumpla po grzbiecie, troskliwym wzrokiem patrzę mu prosto w ślepia.
Poruszając tylną częścią ciała, przekręca masywną głowę w lewo, to znów w prawo.
Na koniec drapię go za uchem i przytulam.


Osaczający okolicę chemiczny opar, zaczyna unosić się do góry z minuty na minutę rzednąc.
Następstwem tego procesu, jest odczuwalne obniżenie temperatury. Na moje oko, słupek rtęci wskazuje obecnie dobre dziesięć stopni mniej. Powietrze jest rześkie, wręcz chłodne.

Oddycham nim, jestem więc pewny, że nie wyjdzie mi to na zdrowie.
Ledwo zdaję sobie sprawę ze swych myśli, a niemalże śmieje się na głos.
- „Nie wyjdzie mi na zdrowie? A co w tym świecie może wyjść mi w jakimkolwiek najmniejszym choćby stopniu na zdrowie? To w ogóle cud, że żyję!”

Daję Asowi niedokończoną puszkę paprykarza. Pochłania go momentalnie, natomiast sam metal służy mu w tej chwili do gryzienia.

Widoczność polepszyła się na tyle by powoli zbierać się stąd.
Unosząca się w powietrzu biała mgiełka uniemożliwia dokładne rozejrzenie się po okolicy. Na pewno jednak w promieniu kilkunastu najbliższych metrów jest bezpiecznie. Upewnia mnie w tym przekonaniu zachowania Asa, oraz mój niemalże w pełni sprawny węch.

Dziesięć minut później wraz ze swym kompanem schodzę na dół.
Tak naprawdę to chyba niema różnicy, w którą stronę pójdę. I tak nie mam pojęcia gdzie jestem.
Polegam więc na biegnącym przede mną przyjacielu.

Idę z duszą na ramieniu. Czuję się tu bardzo, bardzo niepewnie.

W momencie wkroczenia na piaskową, utwardzaną drogę, uśmiech sam pojawia mi się na twarzy.
Mimo, iż dalej nie wiem, w której części lasu znajduje się, to jednak podłoże pozwala zachować niemalże ciszę.

Coraz głośniejszy i zróżnicowany śpiew ptaków dodaje mi optymizmu, poprawiając nastrój.
Oj było ciężko. Z powodzeniem wczorajszą przygodę mogę zaliczyć do tych, z których udało mi się po raz kolejny wybrnąć cudem.
Głupi ma szczęście? Tak! Z całą odpowiedzialnością podpisuję się pod mądrością tych słów.

Piętnaście minut później, mniej więcej domyślam się, w którym miejscu miasta wyjdę.
Zatoczę spore kółko, lecz mimo to, bez problemu powinienem dotrzeć dziś do schronu.

Spokój zakłócony zostaje przez w jednym momencie milknące ptaki. Nienawidzę tej cholernej ciszy.
Nigdy nic dobrego z niej nie wyniknęło.

As zatrzymuje się, kierując wzrok w część lasu za nami.
Robię to samo.

Najpierw słyszę zbliżający się dokładnie w naszą stronę tętent kopyt.
Serce zaczyna tłuc jak oszalałe. Sięgam po broń od razu ją odbezpieczając.

Cdn.

Jeżeli podobał Ci się tekst polub fanpejdż:
https://www.facebook.com/pages/Czas-Z/1430189543949970
Oceń:
0
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!