Związek Idealny

Dodane przez: mag litwor, 19.04.2016, 15:38
Reklama:
Na koniec świata, jeżeli będzie trzeba. Pójdę po ciebie na koniec świata, a nawet dalej. Przebrnę przez każdą przeszkodę, rozbiję każdy mur i złamie nawet najmocniejszy opór. Nic mnie nie powstrzyma...
Tak myślałem kiedyś. Byłem niczym samonaprowadzający pocisk, gotowy zniszczyć wszystko i wszystkich, którzy staraliby się stanąć między mną, a Moniką. Miłość posiada wielką siłę – to trywialny tekst, powtarzany od dziesiątek lat, jednak ma w sobie bardzo dużo prawdy. Człowiek zapadający na tę chorobę zamienia się w odmóżdżony cień samego siebie; marną, podobną do manekina namiastkę człowieka. A najdziwniejsze jest to, że niosąc cały ten ciężar w głowie, jest najbardziej szczęśliwy. Nie przejmuje się chorobami, śmierć nie istnieje, a świat dławiący się w bólu to tylko kiepska imitacja rzeczywistości. Bo rzeczywistością jest Ona; w tym przypadku Monika; anioł, który zstąpił na ziemię, by namieszać mi w głowie; by obrócić moją i tak chaotyczną egzystencję w totalny burdel na kółkach.
Jakiż ja byłem ślepy! Niczego się nie domyślałem!Dlaczego nikt nie powiedział, jak to wszystko się skończy? Dlaczego nikt nie złapał noża i nie odciął mi palca, byle tylko dotrzeć do świadomości, która unosiła się w głowie niczym zagubiony pośród wiecznej ciemności świetlik? Kochałem totalnie i nie miałem o tym pojęcia. Byłem naiwny. Nie mogę mieć do nikogo pretensji, ponieważ nikt nie zrzuciłby mnie z obranej ścieżki. Jak wspomniałem wcześniej – byłem pociskiem samonaprowadzającym, który miał jeden cel – rozpieprzyć w drobny mak serce i duszę. Miałem zostać kolejnym z żyjących cieni.

*

Owego dnia, gdy brnąłem przez śnieg, coś próbowało dobić się do drzwi mojej świadomości. Może był to instynkt, który siedzi gdzieś w każdym z nas, przetrwawszy jeszcze z czasów, gdy skakaliśmy po drzewach i obrzucaliśmy się gównem? Ciężko to jednoznacznie stwierdzić. Wiem tylko, że gdyby moje myśli nie skupiały się wyłącznie na oczach Moniki; na jej ustach, uśmiechających się do mnie nad ranem, gdy kurtyna oddzielająca rzeczywistość od snu jest najcieńsza, może poczułbym, że coś jest nie tak. Może usłuchałbym instynktu i zawrócił, a tragiczne wydarzenia nigdy nie miałyby miejsca. Może, może, może. Zawsze lubiłem dzielić włos na czworo i gdybać jak stara baba, a przecież mam historię do opowiedzenia.
W każdym razie wracałem do domu, a płatki śniegu obsiadały mnie niczym pszczoły plaster miodu. Ziemię pokrywała gruba warstwa śniegu i wszystko tonęło w rażącej oczy bieli. W dłoni trzymałem wiklinowy kosz, a w nim prezent dla mojej ukochanej. Nie mogłem doczekać się, aż dotrę do domu. Chciałem napawać się szczęściem, rozświetlającym jej twarz. Wiem, że to przerażające – taka pijawka wysysająca szczęście z drugiej połówki. Jednak miłość czasem na tym polega... na babraniu się w szczęściu innego człowieka, łączeniu się w pozytywnych emocjach, które – nie wszystkie – są do końca szczere.
Dotarłem do skrzyżowania. Rozejrzałem się w prawo, a później lewo. Drogą nadjeżdżała furgonetka. Pojazd sunął powoli, a śnieg skrzypiał pod jego kołami. Zima kolejny raz „zaskoczyła” drogowców i dlatego większość dróg na prowincji była ledwo przejezdna. Gdy tak stałem i wpatrywałem się w szybę od strony pasażera, naszła mnie myśl, że mógłbym teraz nie żyć. Mógłbym nigdy nie poznać Moniki i nigdy się nie zakochać. Dla organizmu, który taplał się w hormonach szczęścia, ta myśl była niczym wbita pod paznokieć igła. Targnął mną dreszcz, a włosy na rękach stanęły dęba.
Wszystko przez pijanego mężczyznę, który rozpędzony do stu trzydziestu na godzinę wyskoczył zza zakrętu niczym diabeł z pudełka. Nie słyszałem go, ponieważ na uszach miałem słuchawki i delektowałem się nowym albumem Nirvany „In Utero”. Później dowiedziałem się, że ludzie idący chodnikiem, krzyczeli, bym spieprzał z drogi. Widzieli, co się dzieje i za chwilę mieli przeżyć widowisko, przebijające durnowate programy puszczane w TV.
Wszystko – czyli w tym przypadku życie – zawdzięczam dwunastoletniemu chłopcu. Rudzielec o nogach przypominających patyki i wzroście ledwo przekraczającym metr pięćdziesiąt, nie starał się machać rękami i krzykiem ściągnąć mnie z ulicy. Skurczybyk nie bacząc na niebezpieczeństwo, wyskoczył na jezdnię i w kilku susach dobiegł do mnie. Nie wiedziałem, czego chce. Miałem ochotę odpowiedzieć, by spierdalał. Nie uwierzycie, ale wpadłem w złość, ponieważ cholernie nie lubiłem, gdy ktoś przerywał mi słuchanie muzyki.
Wtedy łebek uderzył mnie w twarz. Niezbyt mocno, ale wystarczyło. Podniosłem wzrok, a sekundę później skoczyłem do przodu. Chłopak, który jak się później dowiedziałem, chciał zostać w przyszłości zawodowym biegaczem, miał na imię Bartek. Lecąc na ziemię, trzymaliśmy się za ręce, czując podmuch powietrza, pozostawiony przez pojazd, mijający nas o włos. Policja później stwierdziła, iż mimo zamroczenia alkoholowego, mężczyzna odbił lekko w prawo i to najprawdopodobniej również uratowało nam życie. Niestety, on i trójka dzieci, które wiózł tego dnia z przedszkola, nie miały tyle szczęścia. Pojazdem rzuciło, kilka razy dachował, wpadł na chodnik, przygniatając jedną osobę i stanąwszy w rowie, zajął się ogniem.
Widziałem zwłoki na chodniku, przypominające czerwoną galaretę. Krew wraz z częściami ciała została dosłownie wtarta w płytki chodnikowe i o ile mi wiadomo, po dziś dzień są tam czerwone plamy. Do końca życia nie zapomnę płaczu dzieci, wydobywającego się z płonącego pojazdu. Ludzie krzyczeli, wzywali Boga, próbowali zbliżyć się się do wraku, chcieli w jakikolwiek sposób pomóc, jednak to wszystko na nic. Facet miał urodziny i wypił dwie flaszki z kumplem, grając na skrzypcach. Obaj byli zawodowymi muzykami. Najprawdopodobniej strach przed gniewem żony, spowodował, że podjął najgorszą (i ostatnią) decyzję w swoim życiu. Przez co pięć osób straciło życie, w tym jego dziecko i bliźniaki sąsiadów, które zabrał przy okazji. Ogień strawił nie tylko ich ciała, ale też pozostałe przy życiu rodziny.
Nigdy nie zapomnę niesionego wiatrem płaczu dziecka, palącego się żywcem na tylnym siedzeniu samochodu. Choć zyskałem wybawcę i przyjaciela, tego dnia również jakaś cząstka mnie – cząstka wierząca, że świat nie jest naprawdę tak zły - bezpowrotnie umarła.

*
Gdy czarna furgonetka zrównała się ze mną, zerknąłem przez szybę pasażera. W środku siedział łysy mężczyzna, który nie tyle się uśmiechał, co szczerzył zęby w moim kierunku. Jego zęby wydawały się upiornie żółte, pośród morza nieskazitelnej bieli. Mimo, iż miał postawiony kołnierz, widziałem bliznę biegnącą przez jego szyję. Nie wiem dlaczego, lecz miałem ochotę podnieść rękę i mu pomachać. Czułem się jakbym spotkał starego znajomego. Koszyk w mej dłoni lekko zadrżał, coś w nim poruszyło się, by za chwilę znowu zapaść w sen. Tymczasem ja trwałem w niekończącej się chwili, która coraz bardziej zwalniała, jakby chciała na zawsze pozostać teraźniejszością, wbrew zasadom ustalonym przez przedwiecznych.
Przestąpiłem krok do przodu i nim moja noga dotknęła jezdni, pojazd pomknął dalej do przodu. Nawet gdy zniknął za zakrętem, wypuszczając w lodowate powietrze chmurę spalin, wciąż spoglądałem w ślad za nim. Emocje, które wcześniej błąkały się po moim wnętrzu, zniknęły bezpowrotnie. Zastąpiła je pustka, po której zrobiło mi się przykro. Lecz zaraz przypomniałem sobie, że w domu z obiadem czeka brunetka o najpiękniejszym uśmiechu pod słońcem i ruszyłem dalej przed siebie.
Nim przebrnąłem dziesięć metrów, zapomniałem, że w ogóle widziałem jakiś samochód. Zapowiadało się wspaniałe popołudnie.

*

Dotarłszy przed dom, spostrzegłem na podjeździe Forda Moniki. Znaczyło to, że udało jej się wcześniej wrócić z pracy. Nie zwlekając chwili dłużej, przeskoczyłem schody po dwa topnie i nacisnąłem klamkę. Od razu poczułem zapach gotującego się jedzenia i usłyszałem śpiew, dochodzący z kuchni. Ruszyłem w tamtym kierunku, starając się stąpać jak najciszej. Na twarzy wypłynął mi uśmiech. Nie mogłem go powstrzymać. Kosz schowałem za siebie i wciąż niezauważony przestąpiłem próg.
- Dzień dobry, pani – rzekłem, lekko modelując głos. - Nazywam się Mariusz Max Kolonko i nadaję prosto z najdalszego zadupia europy.
Monika lekko wzdrygnęła się, mieszając coś w garnku. Gdy spojrzała w moim kierunku, zaparło mi dech. Była piękniejsza, niż zapamiętałem. Wyobraźnia mimo swej potęgi, nie potrafi odtworzyć prawdziwego piękna.
- Witam w domu. Spóźniłeś się!
Wciąż podtrzymując głupawy uśmiech na twarzy, powoli wyciągnąłem zza siebie kosz. Kolejny raz coś się w nim poruszyło.
- A to co ma być? Tylko nie mów, że przyniosłeś kolejne słoiki z przetworami od babci, bo słowo daję, że będziesz je jadł na śniadanie, obiad i kolację, aż dostaniesz totalnego zatwardzenia.
- Zapraszam do pokoju – rzekłem tajemniczo. - Tam wszystkiego się dowiesz, księżniczko.
Nienawidziła, gdy nazywałem ją księżniczką. Lekko zwęziła oczy i przygryzła wargę. Nie była głupia i wiedziała, że wpadłem na kolejny pomysł. Musiała zżerać ją ciekawość.
- Okey, pójdę, ale na tylko na chwilę, bo mam zupę na gazie. Chyba, że to faktycznie przetwory, więc...
- To żadne, cholerne przetwory! Po prostu choć i przekonaj się sama.
Znaleźliśmy się w pokoju. Koszyk postawiłem na stole, a sam rozsiadłem się na kanapie. Telewizor był włączony, na szklanym ekranie niczym ryba wyrzucona na brzeg, wiły się skąpo ubrane kobiety, którym akompaniowała muzyka godna dwudziestego pierwszego wieku.
- Proszę, otwórz. To prezent dla ciebie – stwierdziłem. Czułem się panem życia. Miałem wszystko, czego tylko pragnąłem i muszę przyznać, byłem cholernie głupi.
Monika bez chwili zwłoki, przestąpiła krok do przodu i podniosła wieko kosza. Jej źrenice rozszerzyły się, a język wysunął spomiędzy ust i oblizał wargi. Niemal widziałem trybiki pracujące w jej głowie; obracające się w niesamowitą szybkością.
- To jest piękne – stwierdziła, po czym wyjęła z koszyka szczeniaka. Malec miał szarą sierść i wciąż spał. Przez chwilę nawet bałem się, że jest martwy. Idiota ze mnie. - Nikt nigdy nie dał mi czegoś tak pięknego. Jesteś cudowny.
- W końcu nie masz mnie tylko po to, żebym cię denerwował i żebyś miała po kim sprzątać. Chciałem sprawić ci przyjemność i mam nadzieję, że mi się udało.
- Udało ci się! - Zaśmiała się i pokręciła głową, jakby chciała powiedzieć: „ty wariacie”. Po czym dodała: - Zaraz dostaniesz ode mnie wielkiego całusa!
Widziałem, jak robi krok do przodu, a następnie siada obok mnie. Nasze usta się dotykają. Czujemy ciepło swych ciał i przez moment jesteśmy jednością; najczystszą formą istnienia we wszechświecie. Niestety, widziałem to tylko w swojej głowie, ponieważ nim Monika zdołała zrobić krok do przodu, nastąpił strzał. W drzwiach pojawiła się wielka dziura, a szczeniak, którego moja ukochana trzymała w rękach, zmienił się w krwawą mozaikę, zdobiącą przeciwległą ścianę.

*

Nie wiedziałem, co robić. Należę do ludzi, którzy potrzebują chwili, by zastanowić się nad następnym ruchem. A tu czasu nie było. Monika za to zachowała się w bardzo dziwny sposób. Jakby potrafiła odnaleźć się w panującym chaosie. Najpierw cofnęła się do tyłu, a następnie schowała za ścianą kuchni. Mieliśmy nawet chwilę, by spojrzeć na siebie. Wiedziałem, że wyglądam jakbym miał zaraz nasrać w gacie, bo w istocie tak właśnie było. Zapomnijcie o bohaterze, odważnym gościu, który potrafi walczyć z przeciwnościami. Ja jestem z krwi i kości. Z jej oczu zaś biła determinacja. Wyglądała trochę jak lwica broniąca swych młodych. Tylko że w tym przypadku jej dzieckiem było nasze życie; ustatkowane życie zwykłej rodziny.
Do naszego salonu weszło dwóch mężczyzn. Pierwszy miał na sobie kask motocyklowy. Ubrany był w różową skórę z seledynowym smokiem na lewej piersi. W życiu nie widziałem takiego cudaka. Drugiego, oczywiście, znałem. Widziałem go wcześniej, jak siedział w środku furgonetki i popisywał się zaniedbanym uzębieniem.
- Powiedz jej żeby wyszła, albo dostaniesz kulkę między oczy.
- Nie wiem, o co chodzi, ale...
Nastąpił strzał. Kula utkwiła obok mojej głowy. Kawałki kanapy wirowały w powietrzu. Część wpadła mi do otwartych ust i oczu. Strach coraz bardziej zamieniał mi się w złość. Ktoś wtargnął do twojego domu – usłyszałem głos. – Chce dorwać twoją kobietę. Twoją UKOCHANĄ, a ty na to pozwalasz? Tak po prostu masz zamiar podkulić ogon i dać za wygraną?
Tylko, że oni mają broń, odpowiedział rozsądek. W pierwszej chwili wydawało mi się, iż to dziadek wstał z groby, by rzucać złotymi myślami.
Wstałem i przestąpiłem krok do przodu. Myślałem, że to lekko zbije ich z tropu; da trochę czasu, by coś wymyślić. Dopiero, gdy nastąpił wystrzał, a moje kolano zamieniło się w krwawą miazgę, zrozumiałem, że mamy przesrane... zrozumiałem to, nim moje ciało łupnęło o ziemię.
- Pytam ostatni raz. Gdzie ona...
Wtedy Monika wychyliła się zza ściany i otworzyła szeroko usta, z których wydobyła się długa, granatowa dłoń i schwyciła jednego z mężczyzn. Był to ten w kasku motocyklowym. Place oplotły jego pierś i zaczęły ją powoli zgniatać. Przypominało to dźwięk stąpania po suchych liściach. Łysy na ten widok wyszczerzył zęby i oddał trzy strzały w kierunku mojej ukochanej. Kule trafiły ją w pierś i głowę. Z ran lała się teraz niebieska posoka, kojarząca mi się z filmem Predator, gdzie niewidzialny antagonista broczył świecąca krwią. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Przyszło mi nawet do głowy, że mam halucynacje, a wszystko, co widzę, to tylko efekt szoku i bólu.
Teraz wiem, że było inaczej. Monika rozpadała się. Jej skóra, którą pieściłem tyle razy, pękała niczym bielizna z bazaru. Oczy, piękne mahoniowe oczy, stały się jaśniejsze, by przybrać w końcu kolor szkarłatu – kolor krwi. Czym więcej strzałów oddawał mężczyzna z blizną na szyi, tym szybciej zachodziła przemiana. W końcu Monika zniknęła, a coś co ją grało, stało przede mną w całej swej makabrycznej okazałości.
Spoglądała na mnie niezwykle wysoka postać. Bez wątpienia mogłem stwierdzić, że nie jest człowiekiem. Nic w jej nie było ludzkie. Nawet tak długie udawanie jednego z nas, nie pomogło jej zrozumieć idei człowieczeństwa. Powierzchnia jej ciała falowała lekko, jakby zrobiona była z czegoś płynnego. W powietrzu rozchodził się zapach, którego nie czułem nigdy wcześniej. Był lekko podobny do smrodu szarego mydła.
- Kim... - zacząłem i musiałem przełknąć. Totalnie zaschło mi w gardle. - Kim jesteś?
- Nikim ważnym. - Głos istoty był niski. Słowa następowały po sobie w dużych odstępach, jakby ludzka mowa sprawiała temu czemuś ból.
- Mieszkałem z tobą, z nią, pod jednym dachem. Jak to możliwe, że nic nie zauważyłem?
- Ludzie są głupi.
- Tylko tyle – zawyłem jak dzikie zwierze. Ból kolana rozrywał mi czaszkę, a teraz jeszcze to. - Tylko, kurwa, tyle z twojej strony, pieprzony potworze.
Nasza rozmowa była możliwa, ponieważ Łysemu zabrakło naboi w pistolecie i potrzebował chwili na zmianę magazynka. Niestety, nim zdołał to zrobić, Monika skoczyła do przodu i powaliła go na ziemię. Następnie otworzyła usta i odgryzła mu twarz. Słyszałem trzask pękającej czaszki i krzyk przechodzący w bulgot. Nie wiedzieć dlaczego, przypomniał mi się dzień, gdy leżałem na jezdni i wsłuchiwałem się w płacz umierającego dziecka. Pomyśleć, że wtedy uniknąłem o włos śmierci, tylko po to, by kolejny raz stoczyć się w najgłębszą otchłań. Straciłem najlepsze lata życia, starając się egzystować z potworem w ciele człowieka. Pragnąłem łudzić się, że to wszystko sen i zaraz się obudzę, czując zapach parzonej kawy, dochodzący z kuchni wraz ze śpiewem mojej ukochanej.
Kolejny raz przychodzi mi do głowy pytanie: dlaczego świat jest taki pojebany? Czy wszystko byłoby normalniejsze, gdyby ludzie nie zamieniali się w potwory? Gdyby czasem zastanawiali się nad tym, co robią i myślą? Dlaczego tak wielu jest zewnętrznie pięknych, prawie na podobieństwo aniołów, a wewnętrznie zżera ich zepsucie i wstręt do wszystkiego, co żyje? Czy choć na początku świata, ktoś sprawował kontrolę nad chaosem istnienia?
Boże, czy ty istniejesz?
Takie pytania nurtowały mnie wtedy, a niektóre z nich pozostały ze mną nawet do dzisiaj, mimo iż od wydarzeń w moim mieszkaniu minęło ponad czterdzieści lat. I tak jak wypadek – wtedy też udało mi się przeżyć. Nie wiem, czy powinienem się z tego cieszyć, ponieważ od tamtego dnia moje życie straciło głębszy sens. Trochę mi przykro z tego powodu, ale pocieszam się tym, że inni mają gorzej i jakoś nie płaczą w poduszkę.
Może los ma dla mnie jeszcze coś ciekawszego w zanadrzu i zwrócę czyjąś uwagę? Choć, przyznaję to bez smutku, wątpię, by ktokolwiek się mną teraz interesował. Starszym człowiekiem, mieszkającym nad jeziorem w chacie z cegieł. Z dala od cywilizacji i dwuwymiarowych ludzi... Jestem nikim i ten stan rzeczy mi odpowiada.

*

Po tym, jak Monika-Potwór pożarła twarz Łysego, rozchyliła poły jego kurki i wydobyła z nich legitymację. Leżałem kilka metrów dalej, ale od razu wiedziałem, że facet był tu przysłany przez jakąś organizację lub rząd. Skąd wiedzieli, że nie jest śliczną brunetką, którą grała przez tyle lat? Jak ją odnaleźli i dlaczego od razu zabrali się za strzelanie, zamiast rozegrać to w inny, mądrzejszy sposób? Ciężko jednoznacznie odpowiedzieć. Gdy człowiekowi świat wali się na głowę, rozsądek pozostaje na drugim miejscu, ponieważ pierwsze skrzypce tej upiornej symfonii grają emocje. Potężne fale żalu i gniewu wciągające rozsądek w ciemność głębin, gdzie czai się potwór o nazwie szaleństwo.
- Suka, nienawidzę cię.
Istota powoli podniosła się i odwróciła w moim kierunku. Kilka pozostałych włosów lepiło się do jej wpadniętych policzków.
- Emocje. Największa słabość waszej prymitywnej rasy. Potraficie istnieć tylko w chaosie emocji.
- Pier... pierdol się.
- Wiedziałem, że jesteś miękki i wystarczy przybrać odpowiednią postać, byś się zakochał i nie zadawał zbędnych pytań. Wybrałem cię, bo jesteś głupcem.
- Miło to słyszeć – rzekłem, starając się odliczać do pięciu, przed wypowiedzeniem każdego słowa. Ból był na tyle intensywny, iż groziła mi utrata przytomności.
- Jednak teraz widzę, iż mimo bólu, utraty ukochanej i zbliżającej się śmierci, potrafisz być szczery. Choć raz być sobą.
- Co ty możesz wiedzieć o ludziach – raz, dwa, trzy, cztery, pięć – kiedy byłaś tylko marną imitacją jednego z nich.
- Marną imitacją, która wodziła cię za nos przez lata. - Niemal słyszałem szyderstwo w głosie istoty. Czy to działo się naprawdę?
- Byłem głupi. Sama to powiedziałaś.
Monika podeszła do mnie. Musiała mieć około trzech metrów wzrostu i wydawała się o wiele za duża do naszego mieszkania. Następnie przykucnęła, o ile tak to można określić w tym przypadku, i położyła dłoń na moim kolanie. Ból w jednej chwili zaczął rosnąć, a ja skupiłem się tylko na tym, by nie krzyknąć. Nie chciałem dać satysfakcji temu czemuś. Zbyt wiele straciłem i by umrzeć z godnością, musiałem zachować choć cząstkę siebie. Wtedy rana zaczęła się goić. Wiedziałem o tym jakąś częścią podświadomości, o której wspominałem wam wcześniej; częścią odpowiadającą za przetrwanie, gdy jeszcze biegaliśmy z gołymi tyłkami i obrzucaliśmy się gównem.
- Jesteś zdrowy. - Oczy przypominające dwie gorejące monety, spoczęły na mnie. Czaiły się w nich wszystkie tajemnice wszechświata.
- Nie mam zamiaru ci dziękować, potworze – stwierdziłem i podźwignąłem się do pozycji siedzącej.
- Ludzie to głupcy.
- Czy ona naprawdę istniała?
- Pytasz o człowieka zamieszkującego wcześniej to ciało?
- Nie, o laski z telewizora. Oczywiście, że pytam o dziewczynę, z którą... z której ciałem spędziłem ostatnie lata.
- Żyła. - Potwór spojrzał na własną rękę, która zaczęła zmieniać kształt. - Setki lat temu znalazłem ją na skraju drogi. Była ranna i życie uciekało z niej szybko. Zapytałem, czy che żyć wiecznie i zobaczyć więcej, niż którykolwiek z ludzi.
Prychnąłem i pokręciłem głową.
- Opowiedziała, że tak?
- To ona pomogła mi cię zrozumieć. W pewien sposób to właśnie ją kochałeś.
- Mam dość...
Wstałem i spojrzałem na dwa ciała, leżące na podłodze w kałuży krwi. Następnie mój wzrok padł na szczeniaka, którego przyniosłem od znajomych do domu. W mojej wyobraźni dorastał i starzał się z nami. W mojej wyobraźni byliśmy szczęśliwi, a tu, kurwa, niespodzianka. Życie miało swoje plany nawet wobec niego. Teraz stał się sztuką nowoczesną na miarę dwudziestego pierwszego wieku.
- Jeszcze jedno – stwierdził stwór i przytknął dłoń do moich ust. Z początku zacząłem panikować, lecz chwilę później, gdy poczułem obecność kogoś w mojej głowie, wszystko stało się jasne.
Gdy poddawałem się obcej sile, moszczącej się gdzieś głęboko w moim ciele, odnalazłem też – zdawałoby się – utraconą miłość. Byliśmy ze sobą związani jednym ciałem i umysłem. Unosiliśmy się we wszechświecie jaźni i mieliśmy tam pozostać na zawsze. Znowu stałem się szczęśliwy.

*

Tamtego dnia straciłem siebie, by zyskać coś więcej. Teraz, gdy istota zamieszkująca moje ciało, zaczyna rozrywać je na strzępy, musimy rozejrzeć się za innym naczyniem. Do naszej wesołej gromadki dołączy ktoś jeszcze. Dlatego żegnam moją samotnie. Moje jezioro i moje ptaki. Nadchodzę wielki świecie, by wypełnić czyjeś przeznaczenie.

Koniec
Źródło: Miasto Perun
Oceń:
1
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!