O dwojgu takich co poszli do lasu z jamnikiem i wrócili bez

Dodane przez: fugi, 13.05.2016, 17:18
Reklama:
Wszystko zaczęło się tak dobrze. Jeszcze trzydzieści minut temu parodiowali wokalistów śpiewających w radiu piosenkę B-52s – Love shack. Potem już było tylko gorzej.

Dziewczyna marzyła o tym, żeby w końcu dojechali na miejsce. Silnik samochodu wydał głośny ryk przy redukcji biegu na niższy. Pojazd jeszcze bardziej zwolnił przed najbliższym zakrętem. Wspinali się wąską drogą na wzgórze już dobre dziesięć minut.
- Daleko jeszcze? – spytała kierowcę.
Chłopak, chudy dwudziestodwulatek wydał ustami odgłos pękającej bańki, parodiując Osła ze Shreka.
Blondynka parsknęła śmiechem. Wiedziała, że próbuje rozładować gęstniejącą atmosferę.

Śmiała by się dłużej, gdyby nie cisnąca ją potrzeba do toalety.
„Zatrzymamy się na stacji?”
„Nieee, już blisko, wytrzymaj, zaraz będziemy”
(Tak, jak zawsze, zaraz będziemy, a teraz już prawie godzinę ściska nogi i stara się oczyma wyobraźni patrzeć na wysuszoną pustynię)

Stary Volkswagen kombi zmniejszył prędkość do dwudziestu kilometrów na godzinę. To cud, że zajechał tak daleko, pomyślała. Spod maski zaczęła lecieć para.
- Już blisko – mruknął chłopak trzymając jedną ręką kierownicę, a drugą na dźwigni skrzyni biegów. Chciał ją uspokoić, ale kątem oka spostrzegła, że obserwuje unoszący się biały obłoczek. Wyczuła w jego głosie, że tego nie było w programie zwiedzania.
(dojedźmy już, błagam)
Jeśli tutaj ten prawie trzydziestoletni gruchot się rozpadnie, to mają przechlapane.

Fafik szczeknął z tyłu. Szorstkowłosy jamnik siedział na tylnym siedzeniu. Tylko jemu udzielał się nastrój wyjazdu. Perspektywa biegania po gigantycznym parku z wysokimi drzewami i gonienie za dzikimi zwierzętami sprawiała, że nie przestawał merdać ogonem. Nie przeszkadzała mu nawet czerwona obroża, którą zazwyczaj próbował ściągnąć na wszystkie możliwe sposoby.
Minęli górski zakręt asfaltowej drogi.
- Łooooooł – zawołała.
Po przeciwnej stronie zielonej doliny droga kończyła się kamienną bramą. Za nią znajdował się pięciopiętrowy pałac z szarą fasadą. Barokowe elementy budowli wskazywały na XVIII wiek. Samotna wieża, górująca ponad okolicznymi koronami drzew, kończyła się strażnicą zwieńczoną niebieską kopułą.
- Ale tu jest pię... – nagły strzał w silniku samochodu przerwał jej w połowie zdania.
- O kurwa...
Auto dalej jechało, ale na pierwszy rzut oka było widać, że straciło prawie całą moc. Spod maski wydobywały się już kłęby pary.

W tempie nie przekraczającym prędkości uciekającego przed drapieżnikiem żółwia przetoczyli się przez bramę wjazdową. Zajechali na prawie pusty parking dla odwiedzających.
Stały na nim tylko dwa auta. W pobliżu jednego minivana zaciekawiona rodzina przyglądała się zakrytym obłokami dymu Volskwagenowi.
Zajechał na wolne miejsce parkingowe. Zanim auto całkowicie się zatrzymało, dziewczyna otworzyła drzwi pasażera.
- Lecę do toalety – rzuciła i trochę za szybkim krokiem ruszyła w stronę małej, drewnianej gospody.
Kierowca westchnął i wyłączył silnik. Ucichło, ale spod maski nadal dobiegało ciche syczenie.
Wysiadł z samochodu i pociągnął dźwignię otwierającą maskę. Już ruszył w stronę przodu auta, gdy dobiegło go szczekanie z tylnego siedzenia.
- No tak, ty też masz wakacje – mruknął.
Podszedł do bocznych drzwi. Za szybą psiak opierał się przednimi łapami o szybę i merdał ogonem niczym wycieraczką. Otworzył mu drzwi.
Trzeci pasażer wyskoczył z auta na ziemię i pobiegł w stronę najbliższych krzaków. Chłopak uniósł brwi. Ten prawie dziewięcioletni jamnik nie przestawał go zadziwiać swoim wigorem i ruchliwością.

Zajrzał do silnika. Na pierwszy rzut oka wiedział, że to problem z chłodnicą. Na szczęście już to przerabiał. Co nie zmieniało faktu, że nie tak zaplanował sobie ten majowy weekend.
Starał się jak mógł. Znalazł fajne miejsce na wieczorny spacer, chciał jej zrobić niespodziankę. Ale wszystko nie szło tak jak powinno. Ona nie ułatwiała. Widok jej skrzywionej miny na siedzeniu pasażera tylko podpowiadał cichym głosem w głowie, że mógł spędzić ten wieczór z kumplami na plenerowym piwie albo przy jointach i najnowszej edycji Tekkena.
- Chłodnica – mruknął kiedy wróciła z toalety.
- Mogliśmy pożyczyć od... – zaczęła.
- WIEM! – wybuchnął, zanim zdążył się ugryźć w język.
Westchnęła. Mówiła, że mogą pożyczyć auto od jej ojca, Toyotę Prius z 2013 roku. Nie jeżdżę hybrydami – żachnął się jej chłopak, ale wiedziała, że chodzi bardziej o to, że jego duma nie pozwala na pożyczenie auta od ojca jego dziewczyny.
Spuściła wzrok. Dlaczego to robi? Sama się zganiła w myślach. To przecież nie jego wina. Chciał dobrze. Czemu zawsze musi się wszystko psuć?

Wyciągnęła z torebki paczkę papierosów. Odwróciła się od niego i odeszła kilka kroków.
Jego wybuch gniewu nie powstrzymał go od zatrzymania wzroku na jej figurze. Zgrabne biodra pierwszorocznej studentki falowały na boki przy każdym kroku. Uśmiechnął się. Widać było, że uczelnia AWF dba o dobry wygląd i kondycję swoich uczniów.
Czasami zastanawiał się, czy ona robi to specjalnie. Wiedziała, że tak na niego działa.
I tym razem to zadziałało.
Ruszył za nią. Podeszła do końca asfaltowej drogi i patrzyła się na zamek na szczycie wzgórza. Wokół niej zapach lasu zmieszał się z zapachem mentolu i nikotyny.
Podszedł do niej od tyłu i objął lewą ręką. Prawą wsunął do jeansowej kieszeni na jej spodniach. Poczuł uspokający dotyk jej idealnie krągłych, wysportowanych pośladków. Lekko się poruszyła. Ona też lubiła jak to robi.
- Nie kłóćmy się – zaczął – to tylko rurka od chłodnicy, można ją zakleić taśmą izolacyjną i spokojnie powinniśmy na niej wrócić do domu.
- Przepraszam – odpowiedziała przytulając się do niego – umiesz to naprawić?
- Jasne – puścił jej oko – urok starych aut.
Uśmiechnęła się.

Coś za nimi się poruszyło. Oboje odwrócili się w stronę dziwnego odgłosu.
Gałęzie pobliskiego krzewu znowu zaszeleściły. Za głośno, żeby można było to usprawiedliwić powiewem wiatru.
Fafik wybiegł z krzaków. Był cały w liściach i błocie.
- Co za gamoń – zawołała i zaczęła wybierać małe gałązki z sierści jamnika.
Ruszyli w stronę zamku, trzymając się za ręce. Uspokoili się.
Weszli do ogrodów otaczających pałac. Nagle chłopak zatrzymał się przy drogowskazie z rysunkiem mężczyzny i kobiety na tle napisu WC.
- Za chwilę wracam, poczekaj tutaj – mruknął i ruszył według drogowskazu w stronę drewnianego baraku, który kiedyś musiał być domem ogrodników.

Dziewczyna odgarnęła blond włosy i rozejrzała się po ogrodach. Składały się z podłużnych żywopłotów i żwirowych alejek z wysypanymi małymi, białymi kamieniami. Prowadziły do głównej bramy pałacu.
Podeszła do kamiennego podestu z którego rozciągał się widok na całą okolicę.
W oddali usłyszała szczekanie psa.
- Fafik?
Zdała sobie sprawę, że pies gdzieś zniknął.
- FAAAAFIK! – zawołała głośniej.
Rozejrzała się po okolicy. Nigdzie go nie było widać.
Nagle poczuła, że ktoś za nią stoi. Ciemny kształt zakrył jej cień.
Ktoś dotknął jej ramienia. Podskoczyła jak rażona piorunem i odwróciła się.
Wstrzymała oddech.

Spojrzała w oddaloną od niej niecałe dwadzieścia centymetrów pokrytą zmarszczkami twarz mężczyzny. Miał na sobie coś przypominającego piżamę w niebiesko-szare pionowe pasy. Pierwsze skojarzenie jakie jej przyszło do głowy to więźniowie z Auschwitz, znani z fotografii umieszczonych w podręcznikach historii. Jego ręce były ubrudzone czarną ziemią.
Ale nie to wydało się jej najstraszniejsze. Patrzył się na nią. Ich spojrzenia się spotkały.
Poczuła jak lodowaty strach opanowuje całe jej ciało. Jego oczy, które kiedyś możnaby określić niebieskimi były... wyblakłe. Tak jakby straciły kolor, tak jakby ktoś wyssał z nich całe życie i szczęście.
- Nie jestem Fafik – powiedział nieznajomy.
Wrzasnęła. Strąciła z ramienia pokrytą brązowymi plamami i czarną ziemią dłoń mężczyzny.
Starszy człowiek także zaczął wrzeszczeć. Złapał się za prawie wyłysiałą głowę i ścisnął uszy.
- NIE KRZYCZ! – zawołał – ONI TO SŁYSZĄ!
Wybuchnął płaczem. Po chwili skulił się i rozryczał na całego.
Osłupiała.
W ogrodzie zauważyła trzech innych ludzi w takim samym ubraniu. Wstali z ziemi i ruszyli w ich stronę.
Dziewczyna zamilkła. Cofnęła się o krok. Nie mogła oderwać wzroku od pokrytej szczerym strachem twarzy nieznajomego.
- Co tu się dzieje?
Odetchnęła z ulgą. Od strony toalet szedł jej chłopak. Za nim biegł pies.
Mężczyzna zaciągnął rękawy pasiastej piżamy i pochlipując odszedł w kierunku żywopłotów.
Po drodze podniósł z ziemi łopatkę dla dzieci i czerwone wiaderko z naklejonymi gwiazdkami. Ruszył w stronę trawnika. Reszta znów usiadła na ziemi, tracąc zainteresowanie całą sytuacją.

Podszedł do niej i dostrzegł jej wystraszoną twarz.
- Wszystko w porządku? Cała drżysz.
- T..tak, już ok – patrzyła się na mężczyznę z wiaderkiem dla przedszkolaków.
Nic z tego nie rozumiała.
- Kto to jest? – spytała, przytulając się do niego. Ci mężczyźni w piżamach napędzili jej niezłego stracha.
- Psychicznie chorzy – szepnął tak, żeby go nie usłyszeli – wiele lat temu w zamku utworzono szpital psychiatryczny. Pewnie mogą wychodzić na spacery i zajmować się pałacowymi ogrodami.
Popatrzyła na łysego mężczyznę kopiącego dziecięcą łopatką w ziemi. Po chwili wziął czarną grudkę z kolorowego wiaderka i położył sobie na języku. Połknął ją w całości i zaczął mlaskać jakby delektował się truflami.
Wzdrygnęła się. Była prawie pewna, że w tej grudce widziała wystającą dżdżownicę.
- Ale my tu nie śpimy? – spytała.
Chłopak wybuchnął śmiechem.
- Nie – przytulił ją do siebie – chyba, że chcesz. Powinni mieć wolny pokój.
- Spadaj! – walnęła go w ramię ze śmiechem. Zaczęła zapominać o przerażających oczach szaleńca w piżamie. Nerwowa atmosfera z samochodu też powoli znikała. Być może majówkowy wyjazd jeszcze nie jest spisany na straty. Gdyby już wtedy wiedziała jak bardzo się myli.




Zgasiła niedopałek papierosa na metalowej poręczy ławki. Zwróciła twarz w stronę słońca. Promienie odbiły się w jej czarnych okularach przeciwsłonecznych. Co jakiś czas od strony samochodu słyszała serie przekleństw i złorzeczeń na czym ten świat stoi.
- Gotowe!
Chłopak wyprostował się z nad silnika, chwycił starą szmatę i wytarł w nią ubrudzone smarem ręce. Na skrawku materiału gdzieniegdzie jeszcze było widać podobizny Dartha Vadera i Luke’a Skywalkera z Powrotu Jedi.

Wstała z ławki i podeszła do niego.
- Zreperowałem dziurę na rurze od chłodnicy – wskazał prowizorycznie zaklejony czarny przewód – powinna wytrzymać, żebyśmy dojechali do domu. Pompa i termostat na szczęście nie ucierpiały.
Pokręciła głową. Długie blond włosy przysłoniły jej gładką twarz.
- Nie mam pojęcia o czym do mnie mówisz, ale jestem z ciebie dumna – mruknęła i dała mu buziaka. Po chwili dodała – tylko nie dotykaj mnie tymi brudnymi łapskami.
- Czemu? – zawołał odrzucając szmatkę na rozrząd silnika.
Blondynka odskoczyła z piskiem. Już wiedziała co się święci.
- Zabieraj się z tymi murzyńskimi łapskami! To nowa koszulka Aerosmith!
Następne kilka minut ganiali się po parkingu wśród wesołego szczekania psa.




Siedzieli na ławce paląc papierosy. Odsunęła się od niego na prawie metr. Wprasowany w koszulkę Steven Tyler miał całą twarz uwaloną smarem samochodowym.
- To z ich ostatniego tournee po Europie – warknęła kopiąc kamyki akurat znajdujące się w zasięgu jej butów.

W powietrzu mieszał się zapach mentolu i Cameli. Leżący pod ławką jamnik co jakiś czas prychał, gdy chmura nikotynowego dymu dolatywała do jego nosa.
Chłopak parsknął śmiechem. Już ją poznał na tyle przez te kilka miesięcy i wiedział, że tylko udaje focha. Pstryknął niedopałkiem na chodnik i wstał z ławki.
- Mamy jeszcze jakieś dwie godziny do zachodu słońca. Chodźmy się przejść!
Spojrzała na niego zaskoczona:
- Gdzie?
Rozejrzał się dookoła. Nagle za ławką zobaczył drewnianą tabliczkę przymocowaną do wielkiej sosny.

Droga do Kalwarii Górskiej -->

Poniżej w górę lasu ciągnęła się wydeptana w trawie i igliwiu ścieżka. Było na niej widać ślady opon jakiegoś terenowego samochodu. Trasa powoli niknęła z oczu wśród wysokich drzew sosnowych i krzaków.
- Idziemy do kalwarii górskiej – zadecydował.
- Co? – dziewczyna wypuściła obłok dymu i obejrzała się za siebie. Musiała dłonią odgarnąć włosy z twarzy, żeby dojrzeć tabliczkę – czym jest ta kalwaria?
- Nie mam zielonego pojęcia, ale zaraz się przekonamy. Chodź, to pewnie blisko. Fafik, noga!
Jamnik wyskoczył spod ławki i z zaskakującą szybkością jak na tak krótkie łapy pognał na ścieżkę. Metalowa blaszka z wybitym jego imieniem dzwoniła odbijając się od obroży przy każdym podskoku. Zawsze pisał się na nieznane trasy i nowe przygody.

Chłopak wszedł na górską ścieżkę. Wstała z drewnianego siedziska i zawahała się przez sekundę.
(Kalwaria Górska)
Gdzieś już słyszała tę nazwę. Kalwaria. Nie mogła sobie przypomnieć gdzie. Ale kojarzyło jej się z czymś złym.
- Idziesz?
Wzdrygnęła się. Trzymał wyciągniętą w jej stronę rękę. Złapała ją i ruszyli pokrytą igliwiem ścieżką w ciemny las.




Na początku trasa była szeroka, ale z każdym krokiem świerki i sosny rosły coraz gęściej.
Po jakiś dziesięciu minutach doszli do skrzyżowania ścieżek. Na najbliższym drzewie ktoś nieudolnie przymocował tabliczki w kształcie strzałek. Wskazywały trasy oraz odległość do krzyża Chrystusa, pałacu, a także do kalwarii górskiej.
Co wydało im się dziwne - tylko na drogowskazie wskazującym ścieżkę w prawo, w stronę górskiej karwali, nie było podanej odległości.
- Czym dokładnie jest ta kalwaria? – spytał. Nie miał problemu z przyznaniem się, że czegoś nie wie, a jego dziewczyna mogłaby piastować funkcję bardziej oczytanej w tym związku.
- To... To chyba jakiś rodzaj świątyni – odpowiedziała.

Starała sobie przypomnieć wszystkie nazwy z lekcji religii. Jej kuzynka kilka razy w roku jeździła na pielgrzymki, a po powrocie ciągle o nich opowiadała z przejęciem godnym wzorowej uczennicy po pierwszym dniu w szkole, ale za nic nie mogła przypomnieć sobie, żeby używała tej nazwy. Jednak była pewna, że gdzieś ją słyszała.
- Wujek Google nam podpowie – wyciągnął telefon z kieszeni spodni.
Miał tylko jedną kreskę zasięgu sieci. Nic dziwnego, w końcu byli w środku lasu. Strona Wikipedii ładowała się dobre kilkanaście sekund.
Na pobliskim drzewie zaświergotał jakiś ptak.
- Ha! – przerwał leśny koncert skrzydlatego artysty - nic dziwnego, że nie znasz tego słowa, ponieważ nie miałaś w szkole lekcji łaciny.
Zaczął przesuwać palcem wyświetlaną na ekranie stronę w dół. Po chwili dodał:
- A w tym wymarłym języku jest odpowiednikiem hebrajskiego wyrazu Golgote, co w wolnym tłumaczeniu znaczy „czaszka”.
Zrobił przebiegłą minę, której nie powstydziłby się Jack Nicholson w kulminacyjnej scenie Lśnienia.
- Naprawdę? – spojrzała na niego – czy mnie znowu wkręcasz?
- Robi się coraz ciekawiej – wyszczerzył do niej zęby.

Widoczna stąd ścieżka w prawo wspinała się w górę i zwężała się. Dotychczas na leśnym szlaku spokojnie zmieściłby się samochód. Droga do kalwarii wiła się pomiędzy drzewami i niknęła jakieś dwadzieścia metrów dalej.
Złapała go za rękę.
- Jesteś pewien, że to dobry pomysł?
- Nie bój się, najwyżej znajdziemy kilka ludzkich czaszek z karaluchami w oczodołach – powiedział wesoło, nieświadomy jak bliski był tego, co ich spotka tej nocy.
Przewróciła oczami.
- Nie pomagasz.
- Wiem, w końcu jestem twoim chłopakiem – odparł i ruszył wąską ścieżką.




Szli już ponad piętnaście minut. Ścieżka coraz bardziej zwężała i pięła się coraz wyżej. Z każdym krokiem musieli uważać na wystające z ziemi kamienie i korzenie drzew.
Pociągnęła go za rękę.
- Patrz, jeleń!
Zwierzę podskoczyło na dźwięk jej głosu i pognało w las.
- To sarna...
- Oj tam, oj tam.
Majowy dzień rozpieszczał ich słońcem i wysoką temperaturą. Dziewczyna ściągnęła skórzaną kurtkę. Pod jej czarną, opiętą koszulką odznaczały się kontury stanika.
Widząc to półgębkiem uśmiechnął się sam do siebie. Już nie mógł się doczekać dzisiejszej nocy w wynajętym domku w pobliskiej miejscowości. Czekał tam na nich drewniany pokój z wielkim dwuosobowym łóżkiem i kominkiem. Dobrze zaplanował ten weekend.

Promienie słońca przebijały się przez gęste gałęzie. Wśród iglastych roślin słyszeli śpiew ptaków i stukanie w drewno. Jakiś dzięcioł próbował wybić dziurę w starym konarze.
Nagle usłyszeli przed sobą jakiś ruch. Fafik zaczął szczekać. Zazwyczaj tak ujadał, kiedy ktoś obcy zbliżał się do drzwi domu. Poleciał do przodu i zniknął za zakrętem wąskiej ścieżki.
- Fafik! – krzyknęła.
Ich uszom dobiegły kolejne szczeknięcia, jeszcze głośniejsze, jakby... spanikowane?
Ruszyli biegiem za psem. Nagle ujadanie ustało. Coś było nie tak. Wybiegli za zakręt.
Dziewczyna wydała zduszony okrzyk.

Fafik merdał ogonem i wcinał kabanosa.
Nad nim stał otyły mężczyzna w czerwonej kurtce. Spod niej wystawała hawajska koszula. W rękach trzymał paczkę kabanosów drobiowych Tarczyński. Z nadgarstków zwisały mu zawieszone na paskach kijki do nordic walking’u.
Spojrzał w ich stronę wesołymi oczami.
- Dzień dobry! To wasz psiak? – zawołał i rzucił mu kolejny kawałek mięsa.
Jamnik podskoczył i w locie złapał kabanosa. Spałaszował go z głośnym mlaskaniem.
- Dzień dobry – bąknęli.
- Piękny dzień na leśne spacery, nieprawdaż? – zagaił. Szeroki uśmiech nie znikał z jego twarzy.
Wyglądał na około czterdzieści lat. Jego czarne włosy zaczynały przegrywać walkę z powiększającymi się zakolami i łysiną.
- Tak, dobrze się wyrwać z miasta – odpowiedział spotkanemu wędrowcowi.
W pewnym momencie spostrzegł, że mężczyzna w dziwny sposób patrzy na odznaczające się pod czarną koszulką piersi jego dziewczyny.
- Ruszamy dalej - wziął ją za rękę i minęli napotkanego turystę. Nie miał ochoty spędzać tego dnia z jakimś zboczonym grubasem. Na szczęście szedł w drugą stronę. Po chwili krzyknął przez ramię – Fafik, idziemy!
Czworonóg z tęsknotą spojrzał na paczkę kabanosów trzymaną przez faceta w hawajskiej koszuli. Po chwili zerwał się do biegu i ruszył za nimi.
- W porządku, bądźcie pozdrowieni! – zawołał za nimi, chwytając kijki.
- Do... widzenia? – mruknął chłopak unosząc brwi po tym dziwnym pożegnaniu. Mamy XIX wiek?, wpadło mu do głowy.

Ruszyli dalej ścieżką. Turysta zniknął im z oczu.
- Dziwny typ – mruknął.
- Czemu? – spojrzała na niego z zaskoczeniem.
- Widziałaś kiedyś gościa w hawajskiej koszuli w górach? I to pożegnanie. Jak dla mnie wyglądał na jakiegoś świra. Tacy najpierw grzecznie się uśmiechają, a potem...
- Patrz! – przerwała mu wskazując palcem pobliską skałę.
Naprzeciw nich na pokrytym mchem kamieniu wielkości średniego samochodu ktoś wyrył prostokątny obraz.
Podeszli bliżej.
Nagły powiew wiatru sprawił, że zadrżeli.
- O cholera – wymsknęło mu się – tego się nie spodziewałem.

Pod obrazem ktoś namalował białą farbą rzymską jedynkę. Naruszona różnymi czynnikami atmosferycznymi i popękana płaskorzeźba przedstawiała skutego kajdanami brodatego mężczyznę prowadzonego przez dwóch strażników w zbrojach. Uwięziony brodacz miał na głowie cienką koronę z wieloma ostrymi zakończeniami. Na jego twarzy rysowała się nieukrywana rozpacz. W tle obrazu znajdowały się wyryte w kamieniu twarze tłumu. Artysta nie naniósł postaciom oczu, tylko miejsca, gdzie powinny być.
To... Jezus! – zawoła zaintrygowana – to pierwsza stacja drogi krzyżowej!
- Skazanie Chrystusa na śmierć – pokiwał głową – chodźmy, zobaczymy co będzie dalej.
Pozostawili nieruchome kamienne postacie za sobą i ruszyli w dalszą drogę.
Światło wśród gałęzi sosen robiło się coraz słabsze. Słońce zaczynało zachodzić.

Ścieżka robiła się coraz bardziej kręta. Co jakiś czas musieli wspinać się na przecinające ją korzenie i głazy.
Wskoczył na prawie metrowy kamień. Podał jej rękę ściągając wełnianą czapkę z wyszytym logiem zespołu Motorhead i kłaniając się w szarmanckim stylu.
- Zapraszam na górę, madam.
- Oj, spadaj – zachichotała nie mogąc powstrzymać wychodzącego na twarzy rumieńca.
Nagle stanęła jak wryta.
- Jest druga – powiedziała.
Pod tej samej wielkości płaskorzeźbą stał wypalony czerwony znicz. Świeca zazwyczaj spotykana tylko na cmentarzach napełniła ich niewytłumaczalnym niepokojem. Biała rzymska dwójka była namalowana niechlujnie, tak jakby ktoś się bardzo śpieszył.
Kamienna płaskorzeźba przedstawiała tego samego mężczyznę z brodą biorącego na siebie krzyż. Bezimienny tłum patrzył się na tę scenę. Z ich twarzy nie można było niczego wyczytać. Znowu wszystkim postaciom brakowało oczu.
Ruszyli dalej ścieżką, która ciągnęła się wzdłuż głazu. Przez następne pół godziny napotykali kolejne obrazy wyryte w skałach.

Podczas spaceru zauważyli coś dziwnego. Wcześniej mieli wrażenie, że idą prosto. Dopiero teraz zdali sobie sprawę, że cały czas lekko skręcając w lewo idą po okręgu, który z każdą płaskorzeźbą zmniejszał swoją średnicę. Teraz teren był pokryty głazami, na co niektórych wyrosły krzaki i karłowate drzewa. Odległość pomiędzy kolejnymi stacjami drogi krzyżowej zmniejszała się.
Minęli trzynastą stację przedstawiającą ściągnięcie ciała Jezusa z krzyża. Bezokie kobiety pogrążone w smutku owijały go w całun.
Zrobiło się już ciemno. Słońce zaszło za pobliskie góry.
- Powinniśmy już wracać – zauważyła.
- Wiem, dojdźmy do końca i wracamy do auta.

Fafik z wywieszonym językiem pognał za rzuconą mu szyszką. Będzie miał dość spacerów na najbliższy tydzień, pomyślał.
Ścieżka kończyła się wyrytymi w skale schodami.

Coś mu nie pasowało. Czegoś brakowało, ale nie mógł dostrzec czego.
Zaczęli wspinać się po nierównych schodach na szczyt ogromnego głazu.
Nagle zrozumiał. Świergot ptaków ustał. W ogóle nie było słychać żadnych zwierząt, ani szumu gałęzi. Otaczała ich grobowa cisza, a każdy krok wydawał się odbijać głuchym echem od okolicznych kamieni.

Było już całkowicie ciemno. Podczas wspinaczki włączyli latarki w telefonach, żeby oświetlić sobie drogę. Weszli na wierzchołek skały.
W ciemności widzieli tylko na jakieś pięć metrów. W świetle latarek konary drzew i głazy przyjmowały kuriozalne kształty. Zdali sobie sprawę, że są w środku dziwnego kręgu. W oddali było widać zarysy jedenastej stacji.
- Gdzie ona jest? – zaczęli szukać ostatniej płaskorzeźby omiatając snopami światła najbliższe kamienie.
Nagle ją zobaczyli. Zmroziło im krew w żyłach. Nie tego się spodziewali.

Pod obrazem znajdowała się biała liczba XIV. Ale płaskorzeźba była pusta. Gładki prostokąt był wyryty w skale, ale nie przedstawiał żadnej ilustracji.
Długi snop latarki ze smartfona dziewczyny zadrżał.
- Dlaczego nie ma żadnego obrazu? – spytała.
- Nie wiem – odpowiedział zgodnie z prawdą – może ją ukradli albo zabrali do konserwacji?
Zdał sobie sprawę z naiwności jaką cechowało się to wytłumaczenie.
- Myślisz, że mogło... – zaczęła, ale nagły krzyk gdzieś w lesie przerwał jej w pół zdania. Byli prawie pewni, że wydał go człowiek.
Po chwili wrzask urwał się.
Zamarli.
Fafik zaszczekał i zaczął węszyć.
Rozglądnęli się dookoła starając się wypatrzyć coś w tych egipskich ciemnościach.
Dziewczyna cała zadrżała. Spytała cicho:
- Co to?
- Nie mam pojęcia – starał się zachować normalny głos – ale wiem, że to najwyższy czas wracać do auta.

Ruszyli w drogę powrotną ostrożnie schodząc po kamiennych schodach. Wyszli z najwęższego kręgu otoczonego kamienami. Pies cały czas trzymał się blisko nich, tak jakby chciał ich pilnować. Jego sapanie dodawało im złudnej otuchy. Byli przy dziesiątej stacji.
- Możemy tutaj iść w lewo – powiedział – nie ma sensu wracać tą samą drogą, a tak skrócimy sobie drogę do zamku.
- Jesteś pewien? – spytała. Wiedział, że potrafiła się zgubić w Parku Szczytnickim, orientacja w terenie nie była jej najlepszą stroną.
- Tak, widzę gdzie jest północ po gwieździe polarnej – odparł wskazując jej białą plamkę na nocnym niebie. Światłem przebijała się przez ciemne gałęzie skrytych w mroku drzew. Wyjazdy na obozy harcerskie nie poszły na marne, pomyślał nie mogąc powstrzymać uśmiechu, nauka picia browara na raz i podstawy astrologii jednak przydają się później w życiu.
Poszli dalej.

Powinni być już całkiem niedaleko zamku. W snopie jasnych świateł cienie wydłużały się, a każde drzewo przybierało przerażające kształty. Wyobraźnia od razu podsuwała kuriozalne twarze, wykrzywione w potwornym grymasie. Przed sobą zobaczyli wyłaniające się z mroku skały.
- Dziwne – mruknął.
- Co jest? – spytała. Zaczynała trząść się z zimna. Temperatura spadła o conajmniej kilka stopni.
Omiótł latarką z telefonu najbliższe kamienie.
- Nie pamiętam, żeby tutaj były głazy.

Nagle zobaczył coś dziwnego w mroku nocy. Coś leżało oparte o pobliskie drzewo.
Podeszli bliżej. To był złożony z połączonych metalowych liter napis, który pewnie wisiał kiedyś nad jakąś bramą. Wyglądał jakby znajdował się tutaj od wielu lat.
Przyjrzał się dokładniej, próbując coś wychwycić w nikłym świetle latarki.
Szczęka mu opadła.
- Co do...
Snop światła oświetlał wygięte, pokryte mchem i liśćmi czarne litery układające się w długi na kilka metrów napis:

Arbeit macht frei

Przeszedł go dreszcz.
Identyczny jak na bramie wjazdowej do Auschwitz.
(skąd on się tutaj wziął?)
Dziewczyna też wiedziała jaka jest jego historia.
- Boję się – szepnęła. Złapała go za rękę.
- Spokojnie, to może jakaś podróba albo dowcip. Chodźmy.

Nie było czasu na zastanawianie się nad tym znaleziskiem. Kiedy ruszali dalej, na sekundę obrócił się przez ramię. Napis z bramy nazistowskiego obozu zagłady nadal tam leżał oparty o konar.
- Może zadzwonimy po pomoc? – zaczęła.
- Nie mam zasięgu, już sprawdzałem. Ty pewnie też.
Pokiwała głową. Już to wiedziała, zerknęła wcześniej na jego wyświetlacz, ale jej często odzywająca się kobieca zaradność czasem nie chciała przyjmować takich rzeczy do wiadomości.
Weszli pomiędzy kamienie. Zrobili jeszcze kilka kroków. Leśne igliwie i szyszki zastąpiły pokryte mchem skały. Dookoła panowała cisza.

W pewnym momencie przystanął. Coś mu nie pasowało. Skądś znał to miejsce.
- Co jest kurwa.... – zaczął.
- Co się dzieje? – ścisnęła go mocniej za rękę.
Milczał.
Po chwili zrozumiała. Podążyła za snopem światła z jego telefonu. W oddali dojrzała kamienną płaskorzeźbę.
- To niemożliwe!
- Byliśmy tutaj – zauważyła.
- Wiem – mruknął. Coraz mniej mu się to podobało – dobra, wrócimy po normalnej drodze, zaczniemy od najbliższej stacji. Przynajmniej znamy już tę trasę.
Podeszli do skalnej tablicy. Omiatał białym promieniem światła z urządzenia ziemię pod nogami, żeby nie potknąć się o jakiś wystający korzeń. Zwichnięcie kostki to teraz najmniej potrzebna im rzecz.
Dziewczyna na chwilę skierowała latarkę swojego telefonu w pokrytej minionkami obudowie na płaskorzeźbę.
Poczuł potężny ucisk na swojej dłoni. Cichy trzask kości. Wygiął się w bólu. Jezu, skąd ona ma tyle siły?, przyszło mu jako pierwsze do głowy.

Sekundę później zaczęła wrzeszczeć. Jej krzyk odbił się od pobliskich drzew i skał, tak niespodziewany, że chłopak podskoczył do góry.
Pies rzucił się do przodu, obszczekując okoliczne drzewa, szukając nadchodzącego zagrożenia.
Po chwili zrozumiał, że nadal są sami w lesie. Nikt ich nie atakuje. Zakrył dłonią jej usta. Zobaczył jej wybladłą twarz i przerażone spojrzenie, które szybko przeskakiwało z niego na coś za jego plecami. Nigdy nie widział jej aż tak przestraszonej. No chyba, że jak raz zauważyła dziurę w zużytej gumce.
Spojrzał jej w oczy i przyłożył palec wskazujący do swoich ust. Czuł jak cała drży. Dziewczyna przestała próbować krzyknąć. Puścił jej usta, na wnętrzu dłoni został odciśnięty ślad jej czerwonej szminki.
- Ciii... co zobaczyłaś? – szepnął. Ledwo powstrzymywała się od płaczu. Pokręciła tylko głową i wskazała na coś palcem za jego plecami.

Odwrócił się. Przed nimi znajdowała się kamienna tablica, przedstawiająca Jezusa po raz trzeci upadającego pod ciężarem wielkiego krzyża. Wygięty mężczyzna z potwornym bólem opierał się jedną ręką na ziemi. Ale nie on był tutaj najstraszniejszy.
Od razu przeniósł wzrok na inne postacie wyryte na płaskorzeźbie. Poczuł jak na całym ciele dostaje gęsiej skórki.

Rzymscy żołnierze nie mieli twarzy. Zastąpiły je pozbawione jakiegokolwiek wyrazu czaszki.
Popatrzył na zebrany na drugim planie tłum.
Ich twarze.
Wykrzywione w potwornym grymasie szaleństwa. Żydzi unoszący ręce z pałkami nad leżącym człowiekiem, szykujący się do zadania ciosu. Kobiety w całunach na głowie, z wystającymi spod szat dłońmi trzymającymi gotowe do rzutu kamienie.
Wszyscy mieli oczy. Małe, kamienne, żądne krwi.
Nagle poczuł jak włos jeży mu się na głowie. Cofnął się o krok.
Dwie postacie w pastwiącym się nad leżącym człowiekiem w cierniowej koronie. Kobiety i mężczyzny.
To byli oni.
Ich twarze wyryte w kamieniu.
A pod płaskorzeźbą paliły się dwa czerwone znicze zamknięte złotymi wieczkami.
Dziewczyna rozpłakała się.
- Ja już nie chcę, niech to się skończy... – ukryła twarz w dłoniach. Nie mogła mieć pojęcia, że to dopiero początek koszmaru.

Pociągnął ją dalej przed siebie, żeby jak najdalej odejść od kamiennej płaskorzeźby.
- To tylko wyobraźnia, kochanie, wyobraźnia płata tam figle – szeptał jej do ucha, sam nie wierząc w to co mówi – albo ktoś robi nam dowcip, spokojnie.
Trzymał ją blisko siebie. Chlipała w jego ramię.
Nagle jamnik zaczął szczekać.
- Fafik, cicho! – opieprzył psa. Tylko tego mu teraz brakuje.
- Je... Jest tu kto?
Oboje wydali zduszone okrzyki. Głos dobiegł zza skały. Usłyszeli dziwne sapanie, jakby ktoś z odmą płucną przebiegł kilka kilometrów.
- Proszę... pomóżcie.
Spojrzeli na siebie. Dziewczyna miała jeszcze łzy na policzkach. Wraz z nimi płynęły też ciemne smugi z jej makijażu.

Ostrożnie obeszli skałę, przyświecając sobie drogę latarkami.
Pies wyrwał do przodu i zniknął za rogiem głazu.
Nic nie mogli zobaczyć w otaczających ich ciemnościach. Sapanie stawało się coraz głośniejsze. Usłyszeli je z lewej strony. Skierowali w jego stronę światła latarek.
Fafik wcinał kabanosy prosto z leżącej na ziemi pomarańczowej paczki Tarczyński.
Nagle zobaczyli źródło dźwięku.
Na ziemi oparty o kamienną ścianę siedział mężczyzna w hawajskiej koszuli.
Nadal miał na przegubach kijki do nordic walking’u. Jeden był wygięty pod kątem dziewięćdziesięciu stopni.
Wciągnęła głośno powietrze. Cała kurtka i koszula mężczyzny była we krwi sączącej się z rany w okolicach mostka. ciężko sapał przy każdym oddechu.
- Co ci się stało?
- Oni... trafiłem na nich... – mężczyzna ledwo wciągał powietrze.
Chłopak kucnął przy nim i spróbował osłonić ranę swoją czapką. W kilka sekund cała nasiąkła krwią.
- Daj mi szalik! I rozmawiaj z nim.
- Co? – spytała zszokowana – o czym?
- O czymkolwiek! Zajmij go czymś!
Grubas krzyknął z bólu, gdy przyłożył mu do rany podłużny kawałek materiału.
- Jak... jak się pan nazywa? – zaczęła, nie mając lepszego pomysłu.
- Mówcie... mówcie na mnie Turysta.
Spojrzała na pokrytą potem twarz mężczyzny. Z jednego kącika ust płynęła strużka krwi.
- Turysta? Ale czemu?
- To teraz nieważne... ekh – wypluł ciemną krew - za mało czasu...
Nic z tego nie rozumiała.
- Kto panu to zrobił? – zawołał jej chłopak, próbując zatamować krwawienie.
- ekh... jak boli... to oni, ten krąg... naziści... mają ich... ekh... bestia.
Spojrzał na bladego jak ściana wędrowca. Ranny zaraz zemdleje.
- Jacy naziści? Widzieliśmy napis! Arbeit macht frei! O co tutaj chodzi? – nagle zobaczył, że grubas zamyka oczy – ej! – szarpnął go za ramię – nie mdlej mi tu!
Turysta podniósł powieki i znowu plunął krwią. Spłynęła na jego pokrytą kwiatami koszulę.
- Musicie wyjść... po kręgu... tfffff...odwrotnie... to jedyn.. szan...
Seria kaszlnięć nie pozwoliła mu dokończyć zdania. Otarł czoło. Wygięty kijek głucho odbił się od kamienia.
- Bestia... czarna bestia... tropi ich... – wydał dziwny charkot – teraz też nas...

Próbował coś zrozumieć ze słów turysty. Nagle jego dziewczyna poklepała go po ramieniu i skierowała światło na najbliższą tablicę. Płaskorzeźba przedstawiała Szymona pomagającego nieść krzyż Jezusowi. Rzymscy legioniści znowu pod hełmami nie mieli twarzy tylko lite czaszki. Postacie w tłumie nie patrzyły na tę scenę. Miały przerażone twarze zastygłe w niemym krzyku. I co najdziwniejsze, poruszały się. Nie...
(one uciekały)
Mijały głównych bohaterów z pierwsze planu obrazu i wiali gdzie pieprz rośnie. Przed czymś za nimi. Jakimś czarnym kształtem.
Turysta wydał cichy pisk.
- O nie... – szepnął – już tu idą.
W mroku przed nimi usłyszeli kroki. Ludzkie kroki. Ponad dziesięciu osób. Ciszę nocy przerywały trzaski pękających gałązek i szelest ocierającego się materiału o liście.

Próbowali coś dojrzeć w mroku lasu.
Nagle wśród ciemności zobaczyli wyłaniające się nikłe kształty ludzkich sylwetek.
Przez sekundę zapomnieli o oddychaniu.
Wśród drzew, niczym zjawy, zaczęły kształtować się postacie w piżamach w pionowe, szaro-niebieskie pasy. Poruszały się niezgrabnie na bosych stopach. Było ich conajmniej piętnastu. Pomarszczone, wychudzone twarze psychicznie chorych co chwilę się odwracały jakby próbowały coś dostrzec za swoimi plecami.
Jeden z nich trzymał dziecięce, czerwone wiaderko. Z każdym krokiem odbijało się od jego prawej nogi.
- To oni! – krzyknął Turysta – uciekajcie!
Oboje patrzyli wybałuszonymi oczami na przerażającą scenę. Nie mogli ruszyć się z miejsca.

Nagle gdzieś w ciemnościach rozległ się ryk jakiegoś zwierzęcia. Przypominało odgłos wydawany przez wielkich rozmiarów niedźwiedzia. Ziemia zadrżała.
Kulejące postaci zakwiczały i przyspieszyły kroku. Dwójka z nich wywróciła się na ziemię.
- WIEJCIE!!!
Chłopak złapał ją za rękę i ruszyli biegiem w przeciwną stronę.

Uciekali najszybciej jak potrafili, modląc się, żeby nie potknąć się o jakiś kamień.
- FAFIK!
Odwrócił się za przez ramię na sekundę. Kątem oka dostrzegł ledwo dotrzymującego im kroku jamnika. Przebierał krótkimi łapami. Z pyska kapały mu krople śliny.
Po chwili straszliwy wrzask przypominające zarzynane zwierzę rozniósł się po okolicy.
(zwierzę?)
W ostatniej chwili omijali przeszkody na swojej drodze. Gnani strachem uciekali dopóki starczyło im tchu.

W końcu zatrzymali się na niewielkiej polance przypominającej wielkością boisko do koszykówki. Oboje próbowali wyrównać oddech.
Chłopakowi przebiegła przez głowę myśl, że chyba właśnie pobił swój rekord w biegu na 400 metrów.
- Jesteś cała?
- T...tak – wysapała. W świetle latarki widział jej wystraszoną, kredowo białą twarz. W jej rozrzuconych na wszystkie strony włosach pozaczepiały się liście i małe gałązki.

Nagle pies zaczął ujadać w stronę czarnej ściany lasu. Od razu odwrócili się w tamtą stronę. Po chwili zerwał się do biegu i wleciał pomiędzy drzewa. Zniknął w mroku.
- FAFIK!
Dobiegło do nich oddalające się z każdą sekundą szczekanie.
Po chwili otoczyła ich cisza.
- Fafik? – jęknęła dziewczyna – co z nim?
Nagle usłyszeli warczenie. Gdzieś z lasu.
Zmroziło mu krew w żyłach.
To nie było warczenie jego psa. Tylko nieznanego mu, dzikiego zwierzęcia.
Fafik znów zaczął szczekać. Głośno, ale z coraz większym strachem, jak mu się już zdarzało, gdy napotykał wielkich rozmiarów psa, któremu nie mógł się przeciwstawić.
Nagle znów to straszne, wywołujące dreszcze warczenie. Jakiś ruch wśród drzew po lewej. Skierowali latarki w tamtą stronę, ale oświetliły tylko najbliższe drzewa.
Przeraźliwy skowyt małego psa. Nigdy nie słyszał, żeby jego biedny jamnik wydał taki dźwięk. Poczuł najgorsze. Ziemia znów zadrżała.
Cisza.

Przez kilka sekund patrzyli na ścianę lasu, jakby mając nadzieję, że Fafik z niego wybiegnie.
- Wiejemy – powiedział cicho.
- Ale...
- Biegiem!
Porwał ją za rękę i rzucili się w przeciwną stronę.
Przebiegli kolejne sto metrów. Czuł jak traci oddech przy każdym odbiciu od ziemi.

Nie wiedział co ich ściga. Ale za nic nie chciał tego spotkać.
Nagły metaliczny dźwięk przerwał ciszę nocy. W tej samej chwili poczuł przeszywający ból na wysokości prawego piszczela. Krzyknął i padł jak długi na ziemię lądując twarzą w igliwiu. Poczuł jak małe igiełki wbijają mu się w twarz i dłonie.
- O nie!
Dziewczyna zawróciła i podbiegła do niego.
- Wstawaj! Wstawaj, musimy... o boże – zakryła usta dłońmi, gdy zobaczyła jego nogę.
Była uwięziona w kłusowniczej pułapce na zwierzęta. Metalowe obręcze z kolcami zamknęły się na prawej kończynie. Nogawka niebieskich jeansów powoli barwiła się na czerwono.
- Jezu... co...
- Uciekaj!
Popatrzyła się na niego jak na idiotę.
- Uciekaj, nie ma czasu! Poradzę sobie! Rzuć mi jakiś kij i biegnij!
Podała mu leżącą w pobliżu gałąź. Chwycił jeden koniec. Klęczała nadal przy nim nie ruszając się z miejsca.
(nie ruszy się)
(musi)
- Ale... – czuła jak w oczach zbierają się jej łzy.
- WIEJ! – ryknął.
Załkała i zerwała się do biegu. Co kilka metrów palcami wycierała słone krople, żeby widzieć drogę przed sobą.

To nie tak miało wyglądać.
(Nie tak)
Nagle zobaczyła coś przed sobą. Dziwny podłużny kształt. Światło latarki odbiło się od metalowego grilla maski samochodu.
Nie potrafiła powiedzieć ile czasu już biegła. To mogła być bardzo długa minuta albo nawet kwadrans.

Podeszła bliżej. Przed sobą miała ciężarówkę. Stary Opel Blitz z lat czterdziestych. Znała ten model z filmów wojennych, które jej ojciec cały czas ogląda. Potrafił jej wymienić nazwy wszystkich maszyn wojskowe występujące w O jeden most za daleko.
Opony nie miały powietrza, a drewnianą pakę porastał mech i chwasty. Metalowe części w wielu miejscach były pokryte rdzą i dziurami.

Nie zastanawiała się, kto go mógł zostawić w środku lasu. Podbiegła do kabiny kierowcy i wspięła się po stopniu. Mogła się schować w środku i przeczekać do rana. Może to ja uchroni od potwora.

Szarpnęła klamkę od drzwi.
Zamknięte.
(o nie)
Szarpnęła jeszcze raz. Tym razem mocniej. Miała wrażenie, że drzwi się poruszyły.
Jej przyśpieszony od strachu oddech zostawiał parę na zakurzonej szybie.

Nagle ciężarówka drgnęła.
Reflektory zabłysnęły jasnym światłem stu watowych żarówek.
W środku włączyło się radio i wydało trzask jakby stroiło falę.
Po sekundzie wydało piknięcie i z zakurzonych głośników starego auta piosenka Betty Hutton - Old Man Mose Ain't Dead. Odskoczyła zaskoczona pierwszymi dźwiękami orkiestry.
(co do)
Stanęła na stopniu i drżącą ręką skierowała latarkę, żeby oświetlić wnętrze kabiny. Spróbowała coś dojrzeć przez zakurzoną i pokrytą siecią pajęczyn szybą.

Ktoś w środku siedział. Zobaczyła ciemny kształt człowieka. Miał na sobie mundur w czarnym kolorze.
Światło odbiło się od srebrnej trupiej czaszki i dwóch błyskawic przypiętych do kołnierza.
Muzyka zaczęła grać głośniej. Śpiewający głos młodej kobiety, zniekształcony przez stare głośniki rozbrzmiał po całej okolicy.

“I believe old man, I believe old man
I believe old man, that old man Mose is dead”

Nagle postać odwróciła głowę. Uśmiechnęła się do niej.
Wrzasnęła i spadła z metalowego stopnia. Upadła na ziemię.
Kierowcy brakowało części twarzy. Z lewej strony widać było całą gołą szczękę i zęby. Czerwone naczynia pulsowały. Wystająca kość policzkowa świeciła w blasku diod radia i jej latarki. Po zakrwawionej czapce oficerskiej mężczyzny w mundurze SS przebiegł karaluch.
(Wiej)
Zerwała się z ziemi i zaczęła uciekać.

Usłyszała za sobą skrzypnięcie. Dobiegająca z auta muzyka rozbrzmiała jeszcze głośniej.
Odwróciła się w biegu.

“You found out old man, Mose kicked the bucket
The guy may be stiff, but he sure ain't dead”

Łupnięcie perkusji i radiowa orkiestra rozegrała się na całego.
Wytrzeszczyła oczy.
Drzwi kabiny były otwarte. Najpierw zobaczyła czarny but oficerski. Po chwili na ziemię zeskoczył mężczyzna w mundurze żołnierza SS. Na prawym ramieniu miał czerwoną opaskę ze swastyką. Jego zdrowa połowa twarzy wykrzywiła się w grymasie podobnym do uśmiechu.
(to niemożliwe)
NIE!
Obróciła się do przodu, ale było już za późno. Jej wysunięta w biegu noga nie trafiła na grunt. Zachwiała się. Po sekundzie dopiero zrozumiała, że przed nią jest nagły spadek terenu.
Krzyknęła, zamachała rękami i poleciała w dół zbocza. Przewróciła się na plecy i zaczęła zsuwać się w dół. Sosnowe igły i leżące na zboczu gałęzie raniły ją w plecy.
Mijane drzewa i gałęzie zlewały się w jeden, pędzący z szaloną prędkością obraz. Ze wzgórza wciąż płynęły odgłosy instrumentów z lat czterdziestych.

Nagle przed jej twarzą pojawiła się wielka gałąź. Uderzyła w nią skronią. Obróciło nią. Krew zalała jej oczy.

„Old man, old man, old man IS NOT DEAD!”

Piosenkarka prawie wykrzyczała ostatni wers, pojedyncze uderzenie w talerz perkusji. W radiu rozhuczały się oklaski widowni.
Nagle dźwięki ze szczytu wzgórza się urwały.
Cisza.
Dojechała tak na dół zbocza i przekoziołkowała kilka razy.
Gdy upadła wśród liści i igliwia już była nieprzytomna.




Obudził się. Poruszył powiekami. Zamazany obraz zaczął nabierać ostrości.
Leżał na metalowym łóżku w kamiennej sali. Ktoś przykrył go śnieżnobiałą pościelą. Wysokie sklepienie podtrzymywały ustawione na środku pomieszczenia filary. Długie okna składały się z małych, kwadratowych płytek. Przy ścianach stały takie same, puste łóżka, zasłane identycznymi prześcieradłami. Pod jedną ścianą ustawiono drewniane szafy z probówkami i bandażami.
(gdzie on jest)
Obrazy wydarzeń ostatniej nocy zawirowały mu przed oczami.

Podniósł prześcieradło.
Jego noga była dokładnie opatrzona czystym bandażem. Od razu zauważył dziwne szpilki do mocowania miękkiego materiału. Nie używano takich w medycynie już od kilkudziesięciu lat.

Ciszę przerwał stukot obcasów o kamienną posadzkę. Usłyszał jak się zbliża.
Wielkie dębowe drzwi zaskrzypiały i otworzyły się.
Do sali weszła pielęgniarka w białym fartuchu. Była wysoką brunetką. Jej delikatny makijaż podkreślał gładkie rysy twarzy. Fartuch był idealnie dopasowany do jej zgrabnej figury. Nienagannie ułożone włosy podtrzymywał pielęgniarski czepek. Nie mogła mieć więcej niż trzydzieści lat.

Uśmiechnęła się do niego.
- O, widzę, że już się obudziłeś.
- Gdzie...ona...moja... – wydukał. Dopiero teraz poczuł ogromną suchość w gardle. Chrząknął.
- Ciii... leż spokojnie, wszystko z nią w porządku – uciszyła go uspokojającym głosem, podchodząc do jego łóżka.
Jego oczom od razu rzucił się jej stanowczo za duży dekolt fartucha. Duże piersi pielęgniarki podskakiwały z każdym krokiem. Pomiędzy nimi niknął srebrny wisiorek.

Zdał sobie sprawę, że patrzy na nie stanowczo za długo.
Otrząsnął się.
- ...Bestia... moja.... – zaczął.
- Już, już. Zaraz odpowiem ci na twoje pytania. Leż spokojnie.
Podeszła do szafki przy łóżku. Na niej leżała metalowa taca z przyrządami medycznymi i lekami.
- Twoja dziewczyna ma się dobrze i jest tutaj. Mam teraz ważne pytanie do ciebie.
Zmusił się, żeby patrzeć w jej brązowe oczy, a nie poniżej szyi.
Jej dobroduszne spojrzenie sprawiło, że poczuł się spokojniejszy.
(Żyje)
- Mówiłeś przez sen o jakimś mężczyźnie w czerwonej kurtce. Spotkaliście jeszcze kogoś wczorajszej nocy?
Przed oczami przeleciał mu obraz grubasa w kurtce. I jego ulubionej czapki z białym logiem Motorhead nasiąkającej krwią rannego.
Wzdrygnął się. Po chwili pokiwał głową.

Spojrzała na niego w dziwny sposób. Nic nie mógł wyczytać z jej oczu.
- Jak się nazywał?
Zastanowił się przez chwilę.
- Nie przedstawił się... po...powiedział, żeby nazywać go Turystą.
Zaczął odzyskiwać głos.
Przez kilka sekund bacznie mu się przyglądała. W końcu pokiwała głową i odwróciła wzrok.
Znów powstrzymał się od spojrzenia w jej dekolt. Zauważył, że nie ma stanika.
- Bestia... – zaczął.
- A, bestia, też o niej mamrotałeś.
Przez chwilę milczała. Już myślał, że nie usłyszy odpowiedzi, gdy podjęła temat.
- Mamy tutaj legendę o bestii zamieszkującej te dzikie tereny. Atakuje ludzi w nocy, gdy zgubią się w tych lasach. Jest bardzo niebezpieczna, ale może uśmiercić tylko niektóre osoby.

Zobaczyła jego pytające spojrzenie.
Młoda pielęgniarka uśmiechnęła się tajemniczo i odwróciła się do tacy z lekami w szklanych probówkach. Wzięła jedną z nich. Była wypełniona niebieską cieczą.
- Bo widzisz, ta leśna bestia może śledzić i dorwać każdego – powiedziała przelewając lekarstwo do kubeczka wielkości kieliszka do wódki – kogo zna imię nadane przez rodzica albo życiowego opiekuna.
Widząc jego minę roześmiała się od razu:
- Spokojnie, to tylko legenda. Każdy tutaj ją zna i straszą nią małe dzieci. Ktoś ci ją musiał opowiedzieć i stąd ten sen!
- Sen?
- Tak – powiedziała – znaleźli was dzisiaj nad ranem nieprzytomnych w lesie. Zostawiliście na noc auto i leśniczy zaczął się niepokoić, czy coś wam się nie stało. Razem z zastępcą przyprowadzili, a raczej – dodała lekko uśmiechając się – przynieśli was tutaj.
Ich spojrzenia się spotkały. Miał wrażenie, że dojrzał coś dziwnego w jej brązowych, dobrodusznych oczach. Coś... innego. Poczuł zimny dreszcz. Jakby ktoś inny patrzył na niego.
- Czas na lekarstwo, mój drogi.
Pochyliła się nad nim podając mu kubeczek z dziwną cieczą.
Poczuł jej perfumy. Zakręciło go w nosie od przyjemnego zapachu. Jednak gdzieś w nim przez sekundę poczuł ulotną, ledwo zauważalną przez receptory węchowe woń
(śmierci)
Wzdrygnął się.
Spomiędzy jej dużych piersi wysunął się wisiorek. Na jego końcu była mała, srebrna czaszka.
Mimowolnie nie mógł powstrzymać uczucia, że za żadne skarby tych gór nie chce próbować tego lekarstwa.

Nagle ciszę przerwało skrzypnięcie starych, dębowych drzwi.
- Tu jesteś!
W drzwiach mignęły blond włosy. Jego dziewczyna wbiegła do wysokiej sali szpitalnej. Na głowie miała bandaż zasłaniający skroń.
Odetchnął z ulgą. Ostatni raz tak cieszył się, że ją widzi, gdy przyszła na ich pierwszą randkę.
W połowie sali zatrzymała się. Omiotła wzrokiem najpierw swojego chłopaka na szpitalnym łóżku, a potem pochyloną nad nim pielęgniarkę w białym fartuchu. Jej oczy powędrowały na zakryte tylko do połowy ud długie i gładkie nogi kobiety. Nie miała rajstop.

Stanęła jak wryta. Jej usta ścisnęły się w cienką linię.
- Co tu robicie? – zapytała.
Pielęgniarka wyprostowała się i spojrzała na młodą studentkę. W powietrzu można było wyczuć chłód ich świdrujących siebie nawzajem spojrzeń.
Zaśmiał się. Te dziewczyny, przebiegło mu przez myśl. Odrzucił kołdrę i wstał z łóżka.
- Na nas już czas, dzięki za pomoc!
Kobieta w białym fartuchu natychmiast zapomniała o przybyszce.
- Chwila! A lekarstwo?

Założył buty. Uznał, że nie będzie marnował czasu na wiązanie sznurówek, tylko wcisnął je do wewnątrz trampek.
- Już czuję się dobrze, a my musimy jechać – odpowiedział biorąc swoją dziewczynę za rękę i kulejąc ruszył w stronę drzwi.
Zaskoczona dała się pociągnąć za nim. Zostawili w środku zdezorientowaną pielęgniarkę nadal trzymającą kubeczek z lekarstwem. Wyszli z sali na kamienny korytarz z wysokim sklepieniem. Przez okna wpadały do środka promienie przedpołudniowego słońca.

Szli zdecydowanie za szybko.
- Wszy... – zapytała ledwo łapiąc oddech. Zerknęła na jego ranną nogę – wszystko w porządku?
- Zaraz będzie – mruknął.
Wyszli do pałacowych ogrodów.
Na sekundę wstrzymała powietrze i ledwo powstrzymała okrzyk.
Chłopak poczuł jak ściska go mocniej za rękę.
Wśród grządek i żywopłotów pracowało dwunastu mężczyzn w szaro-niebieskich piżamach.
Wszyscy obrócili się w ich stronę, przerywając pracę.
- Chodź – mruknął pociągając ją za sobą. Zaczęli ich obchodzić od prawej strony.

Nagle coś zauważył. Na ich lewej kieszeni pasiastych koszul wyszyto nie imiona, tylko
(numery)
Ruszyli ścieżką, czując na sobie spojrzenia pozbawionych barwy oczu psychicznie chorych. Kątem oka zauważył stojące na ziemi czerwone wiaderko z żółtymi gwiazdkami.
Obrazy poprzedniej nocy zawirowały mu przed oczami.
(Turysta)
(Fafik)
Wszystko zaczynało nabierać sensu.
- Kochanie, co się wczoraj...
- Żadnych pytań, nic nie mów – uciął - zanim stąd nie wyjdziemy.
Zerknęła na niego przestraszona. Nic nie rozumiała.

Minęli pracujących w ogrodzie, którzy cały czas wiedli spojrzeniem za przechodzącą parą. W końcu przeszli przez zamkową bramę.
Poczuł się dziwnie wyluzowany. Odetchnął z ulgą.
Zerknęła przez ramię. Przeniknął ją zimny dreszcz. Mężczyźni trzymali zabawkowe łopatki w rękach i nadal stali w miejscu. Nie spuszczali z nich wzroku.
- Myślisz, że za nami nie pójdą?
- Spokojnie, nie wiedzą gdzie nas szukać – odpowiedział.
- A co jeśli nas znajdą? – spytała. Zadrżała na samą myśl.
- Nie martw się, kochanie – objął ją ramieniem i ruszyli w stronę zaparkowanego na parkingu volkswagena – nie wiedzą jak mamy na imię.

Wsunął rękę do jej jeansowej tylnej kieszeni. Oprócz kojącego dotyku jej wysportowanego pośladka poczuł zaplątane w niebieskim materiale sosnowe igły i ziarenka ziemi.
- Jak... jak mamy na imię? – spojrzała na niego.
Przeniósł ciężar ciała na zdrową nogę. Byli już prawie przy aucie. Uśmiechnął się sam do siebie, patrząc na przybitą do drzewa tabliczkę wskazującą drogę do kalwarii górskiej.
- Nikt nie wie – dodał po chwili wyciągając z kurtki kluczyki do auta – poprowadzisz?


Dla zainteresowanych, którzy dotrwali do końca moich wypocin - ta kalwaria górska naprawdę istnieje i jest ciekawym miejscem do zwiedzenia. Polecam poszukać informacji o zamku Leśna Skała obok Szczytnej i pobliskiej kalwarii. Były tam tylko wygasłe znicze. W dzień żadnych nazistów i ruszających się płaskorzeźb nie spotkałem ;)
Źródło: http://wszystkojestwzgledne.blogspot.com/
Oceń:
3
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!