Dym tytoniowy

Dodane przez: marshuk, 5.06.2016, 23:10
Reklama:
W ubiegłe wakacje, pod koniec sierpnia, musiałam przenieść się do jakiegoś zapyziałego motelu na przedmieściach Wrocławia. Dlaczego? Bachory moich, jakże miłych, kochanych i odpowiedzialnych sąsiadów nie wiedziały, że wychodząc z domu należy zakręcić gaz w piekarniku. Cóż pożar był na tyle silny, że dosięgnął także i mój dom, spalając praktycznie jego całą wschodnią część. W każdym razie, byłam zmuszona przenieść się do jakiegoś motelu a w tym czasie mój dom, moja ukochana ciemnia, była podlegana remontowi, na szczęście opłacanemu przez kochanych sąsiadów i ubezpieczycieli. Pewnie myślicie: “Dlaczego nie przeniosłaś się do rodziny?”. Śpieszę z wyjaśnieniami. Byłam wtedy skłócona z rodzicami a mój brat mieszkał, i mieszka nadal, na drugim końcu Polski, a za bardzo nie miałam ochoty przenieść się do niego na dwa tygodnie. Innym członkom rodziny nie chciałam po prostu się narzucać.

Wprowadziłam się do tej abominacji domu mieszkalnego 23 Sierpnia 2015 roku. Pamiętam dobrze tę datę. Już pierwszego dnia czekała na mnie niespodzianka. Pierwsze otworzenie drzwi, i ten okropny smród po petach. Naprawdę nienawidzę tego odoru. Pomijam fakt brudnych okien, zakurzonych mebli i zaplamionej wersalki. Tu się “obsługa” postarała. Było pościelone, a ja zmęczona. Postawiłam walizkę na podłogę i dosłownie rzuciłam się na łóżko, jak samobójca z mostu. Ku uciesze mojej, było nad wyraz wygodne i pachnące. Diametralnie wyróżniało się swoim zapachem od reszty.

Następnego dnia, kupiłam w pobliskim sklepie parę odświeżaczy powietrza i świeczek pochłaniających zapach dymu tytoniowego. Rozstawiłam je po całym pokoju i łazience. Później też trochę sprzątałam. Myślicie, że te świeczki cokolwiek dały? Heh… Tak, nic nie dały. Sprawiły tylko, że zapach się pogorszył przez co mój pokój pachniał jak połączenie fiołków z czystym smrodem niedawno wyłowionych ryb. Poddałam się i pojechałam pod mój dom by sprawdzić czy prace nad remontem już ruszyły.

Po powrocie do motelu, bajka zaczęła się na nowo. Pierwotny odór powrócił. Czułam jakby ktoś niedawno w nim palił. Przeszukałam dom w poszukiwaniu resztek papierosów czy popiołu. Wyjrzałam za okno by sprawdzić czy czasem tam ich nikt nie wyrzucił. Zapytałam nawet zarządcę, ale był tak samo skołowany jak ja. Niczego nie znalazłam, więc dałam sobie spokój i położyłam się wygodnie na łóżku. Obudziłam się koło drugiej w nocy aby skorzystać z toalety. Gdy ponownie położyłam się na wersalce zaczęłam rozmyślać nad tym dziwnym, powrocie tego zapachu. Po jakimś czasie usłyszałam szept. Męski, ton melancholijny a sam głos niski.

“Duszno.”

Zerwałam się z łóżka by zapalić światło. Jak to bywa, nie działało. Panika nie pozwoliła mi Tego przemyśleć więc bezmyślnie podbiegłam do okna jakby światło byłoby moim wybawieniem, szarpnęłam z całej siły zasłonę, która chowała za sobą światło dobiegające z pobliskich latarni. Oparłam się o ścianę, a potem zsunęłam się z niej. Drżącą dłonią zasłoniłam usta i panicznym wzrokiem patrzyłam na pokój.

Był pusty.

Obudziłam się obolała przy ścianie. Bałam się podejść do łóżka i przykryć kołdrą. Próbowałam sobie uświadomić, że pewnie się przesłyszałam, ale ten głos… Ten głos był zbyt realistyczny by uznać go za fałszywy. Przebrałam się, włożyłam laptopa do torby i wyszłam. W kafejce internetowej poszperałam w internecie jak pozbyć się dymu tytoniowego. Starałam się nie myśleć o tym głosie. Być może była to lekka paranoja wywołana tymczasową przeprowadzką albo rozdrapaniem ran po zmarłym chłopaku. Tak palaczu. Mówiłam mu, że palenie zabija i tak dalej ale nie słuchał. Pewnego dnia bardzo się pokłóciliśmy, on wyszedł a ja zostałam. Często tak znikał. Jednak tym razem nie wrócił.

Musiałam pozałatwiać parę spraw więc do motelu wróciłam dopiero o siódmej wieczorem. Podłączyłam laptopa do ładowarki i odpaliłam go by zagrać w Sacrifice. Klasyk, ale dobrze się trzyma. Po około dwóch godzinach skończyłam grać. Zgasiłam światła po czym poszłam spać.

Jak myślicie, zwariowalibyście po usłyszeniu kolejnych, wyrazistych słów w łóżku?

Bo ja TAK.

Co się stało?


Już mówię. Przebrałam się w piżamy, ułożyłam wygodnie w łóżku i zamknęłam oczy.

“To już ostatni” - Usłyszałam

Momentalnie, dreszcze przeszyły moje ciało wzdłuż i wszerz. Nie zrozumiecie co to znaczy strach dopóki, dopóty sami czegoś Takiego nie doświadczycie. Zrobiło mi się strasznie duszno a ja byłam sparaliżowana. Gdy w końcu udało mi się pokonać tę ścianę smutku, zalałam się łzami. Bałam się jak nie wiem co, ale jakoś w końcu udało mi się uwolnić od wspomnień i zasnąć. Mimo... Tego obudziłam się z dobrym humorem. Sprawdziłam zegarek i uświadomiłam sobie: “Oh kuźwa zapomniałam ustawić budzika!”. Pędem pobiegłam do łazienki się umalować po czym pojechałam autem do roboty. Dzięki Bogu, że mój szef jest wyrozumiały i łagodny. bo inaczej byłoby po premii. Po wyjściu z pracy skierowałam się wprost do motelu. Po co? By zapytać się tego tępego zarządce co się dzieje z moim pokojem. Jedyne co udało mi się wywnioskować to, to że jest grubym, obleśnym zboczeńcem.

Po wejściu do obszaru rażenia rakotwórczej substancji, pierwsze co zrobiłam to zapaliłam pięć par świeczek. zgasiłam światło, zasłoniłam okna i włączyłam kamerę. Zadałam pytanie:

“Czy ktoś tutaj jest?”

Nie uzyskałam odpowiedzi. Było tak cicho, że słyszałam tylko swoje bicie serca, jakbym miała je tuż za uszami.

“Czemu mnie prześladujesz?”

Kolejny atak ciszą. “Jestem powalona” pomyślałam.

“Dlaczego to…”

Nie dokończyłam bo świeczki w pokoju nagle zgasły, a szafki zaczęły się otwierać i zamykać z impetem. Miałam ich równie pięć, a może cztery? Nie wiem, nie pamiętam dokładnie. W każdym razie, wszystkie zamykały się i otwierały, jakby w odpowiednim momencie. Nie był to żaden hałas, tylko zsynchronizowana i poskładana melodia. Zatrzaskiwały się i otwierały.

Trzask, tup, trzask, tup, trzask, tup.

Zaczęły przyspieszać, aż w końcu dotarły do momentu kiedy odgłosy zamykania, zaczęły przypominać zglitchowany dźwięk komputerowy.

Obudziłam się w łóżku z laptopem na brzuchu. Powoli zaczęłam przyzwyczajać się do Tego odoru. Cały czas rozmyślałam nad wczorajszym wieczorem. Ostatnie co pamiętałam to dźwięk trzaskanych szafek. To co działo się dalej, mój umysł odbiera jako rozmazana, przytłumiona mgłą papka.

Przez kolejne trzy dni nie słyszałam żadnych szeptów. Pomyślałam, że może duch lub cokolwiek dało sobie spokój. Aż do przyszłego wtorku. Po kolejnym, nudnym, pracowitym dniu położyłam się spać. Rozmyślałam chwilę o pracach nad moim domem ale byłam na tyle zmęczona, że odpłynęłam prawie natychmiastowo.

Otworzyłam gwałtownie oczy po tym jak usłyszałam trzask. Nie, nie był to trzask zamykającej się szafki, lecz trzask palącego się drewna. Poczułam duszący dym w moich płucach, a oczy zaczęły mnie szczypać jakbym miała w nich piach. Wstałam niemal natychmiastowo. Ujrzałam płomienie trawiące ściany mojego pokoju. Zasłony zamieniały się w popiół. Ze środka otwartych szafek nienawistnie buchały płomienie.

Pożar.

Zamierzałam podbiec do drzwi ale gdy tylko spojrzałam w ich stronę, sufit opadł na ziemie zagradzając mi drogę ucieczki. Z okna raczej nie mogłam uciec ze względu na czwarte piętro. Miałam dwa wyjścia:

Zginąć albo uciec do łazienki.

Wybrałam to drugie. Podbiegłam do łazienkowych drzwi, złapałam za klamkę i się poparzyłam. Schowałam dłoń w bluzce i ponownie chwyciłam za klamkę. Widoczność była praktycznie zerowa, toteż nie zauważyłam na początku, że wróciłam do tego samego pokoju. Spróbowałam jeszcze raz.

To samo.

Jeszcze raz.

TO samo.

Kolejny raz.

To Samo!

Panika przejęła całkowicie mój umysł. Po kolejnym już powrocie do palącego się pokoju, postanowiłam odłamać niestrawioną jeszcze przez ognie, nogę od stołu. Zrobiłam to i rzuciłam ją w stronę okna. Nie obchodziło mnie już to, że było to czwarte piętro a na końcu tej drogi była betonowa posadzka. Miałam wtedy jeden cel: wydostać się.

Wdrapałam się szybko na stojącą pod oknem komodę i wyskoczyłam z okna. Nie musiałam czekać długo na uderzenie o ziemię. O dziwo, nie była betonowa. Wróciłam z powrotem do Tego walonego pokoju.

“Nie, Nie, Nie, NIE!” - Krzyknęłam.

Wyskoczyłam z niego jeszcze raz nie dbając o możliwe poranienie się szkłem. Popełniłam samobójstwo już chyba po raz 6. Wszystkie były zakończone tym samym rezultatem.

Upadłam na podłogę.

“Walić to. To-to koniec.” - powiedziałam ze łzami w oczach.

Pogodzona już ze swym losem zamknęłam oczy i czekałam na śmierć. Ognie zaczęły buchać jeszcze bardziej. Tak jakby dostały dodatkową porcje powietrza do strawienia.

Otworzyłam oczy by zapamiętać mój ostatni obraz życia. Siedziałam naprzeciwko szafki z ubraniami. Płomienie i żar wydawały się rozjaśniać. Stawały się coraz bardziej oślepiające a w dodatku ogień zaczął przyspieszać.

Dosłownie.

Przyspieszał tak jakby ktoś przewijał film.

Mój film.

Film z całego mojego życia, który o dziwo, nie kończył się. Płomienie paliły się ale niespalały niczego. Tak jakby ktoś powtarzał ostatnie minuty mojego życia. Powtarzał taśmę na nowo, w kółko i w kółko, i w kółko. W końcu stało się coś, innego. Szafka zaczęła się rozpadać a tuż za nią ściana. Płomienie zgasły zostawiając za sobą tylko żar, który oświetlał nieco pokój. Zaczęłam się dusić. Powietrze, które nie zostało jeszcze wchłonięte przez ogień wyparowało.

Ujrzałam ciało, wychudzone i czarne. Widać było, że leżało już tam jakiś czas… Jeśli, w ogóle można powiedzieć, że leżało. Stało pionowo wzdłuż ściany, z pozycją która przypominała mumię. Mój wzrok zaczął się załamywać i rozmazywać. Czułam jak odchodziły ode mnie siły. Serce spowalniało rytm a powieki wydawały się coraz bardziej cięższe.

Później była ciemność…

___

Gwałtowne otworzenie oczu.

Bardzo głęboki oddech.

Krztuszenie się.

Paniczne rozglądanie się wokół siebie.

Uspokajanie się.

“O mój boże!” - Powiedziałam - “Ja żyję!” -

Zaczęłam płakać. To był tylko zasrany koszmar! Tak mi się przynajmniej zdawało. Spojrzałam na telefon. Na początku zauważyłam komunikat ‘8 nieodebranych połączeń’, a dopiero potem datę ‘3 września 2016r.’

“Co kur*a!? Spałam przez trzy dni!?” - Zapytałam siebie głośno

Byłam naprawdę skołowana. Nie wiedziałam co się stało. Jak mogłam spać przez trzy dni? Jak to w ogóle możliwe? Nie wiedziałam. Ten dzień spędziłam na tłumaczeniu się dla szefa, leniwieniu się, pakowaniu, sprzątaniu. Remont miał zostać skończony tego dnia ale nastąpiły pewne komplikacje, toteż zostałam ten ostatni dzień w motelu. Nie słyszałam nic tamtej nocy. Był spokój. Bałam się zasnąć. Nie chciałam powtarzać tego okropnego koszmaru. Na moje szczęście nic się nie zdarzyło.

Następnego dnia dostałam z powrotem klucze do mojego domu. Posprzątałam za sobą, zabrałam wszystkie rzeczy i na końcu zabrałam się do pościelenia łóżka. Zabrałam poduszkę, kołdrę i pościel. Rozłożyłam wersalkę.

To było jak impuls. Głośny, pełny strachu krzyk wydobył się z moich ust po tym jak zobaczyłam gnijące, zmarniałe zwłoki schowane w schowku pod wersalką. Ohydne robactwo zaczęło kręcić się i błądzić w skutek nagłej zmiany oświetlenia. Zarządca wszedł z hukiem razem z drzwiami i spojrzał najpierw na mnie wściekły, potem na otwartą wersalkę. Zrobił się wielki rozgardiasz na korytarzu spowodowany moim wrzaskiem.

Złożyłam zeznania na policji. Wypuścili mnie, ponieważ okazało się, że człowiek spod tamtego łóżka popełnił samobójstwo. Przy zwłokach znaleziono niedopalonego papierosa, zapalniczkę i pojemnik po tabletkach nasennych. Co najdziwniejsze… pamiętacie co wpierw zrobiłam jak poczułam zapach dymu? Sama zauważyłam to dopiero w moim domu. Miałam poparzoną dłoń. Nie wyglądało to naturalnie, ponieważ poparzenie układało dwa słowa.

“Nie zapomnij”

Do tej pory nie mam pojęcia o co mogło chodzić.

Czy mam nie zapomnieć o tym wydarzeniu?

Czy może mam nie zapomnieć o tym duchu?

W mojej głowie, było bardzo wiele pytań. Nadal jest. Posiadam jednak, swego rodzaju wskazówkę, pamiątkę.

Domyślcie się jaką.

Autor: MaRsHuK
Źródło: http://pl.creepypasta.wikia.com/wiki/Dym_tytoniowy
Oceń:
5
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!