Drzewo życia

Dodane przez: kurkakup, 8.06.2016, 11:11
Reklama:
„Wygląda jak nieugotowane żółtko” – pomyślał ośmioletni Terry Bowen, widząc, jak słońce leniwie wznosi się ponad szeregiem świerków. O tej porze trawa była jeszcze wilgotna, a niebo dopiero błękitniało. Miejscem jego przemyśleń była weranda – stara konstrukcja z cynamonowych desek, mieszcząca się pośrodku ogromnego lasu, na skraju miasteczka Surrency w stanie Georgia. Kołysząc się na wiklinowych fotelach wraz z ojcem, spędzał tam prawie każdy poranek, w oczekiwaniu na śniadanie.

– Przyniosłam wam co nieco. – powiedziała Rossie Bowen, wychodząc na zewnątrz ze srebrną tacką w dłoniach. Terry i jego ojciec, Jim, przerywając rozmyślania na łonie natury, powitali ją z uśmiechem na twarzy.

Rozłożyła naczynia na stole, ustawionym pomiędzy ich fotelami. Przyszykowała rogaliki z dżemem i masłem orzechowym, kilka kawałków szarlotki i panini. Chwilę później odeszła, tłumacząc się brakiem czasu i nadmiarem obowiązków. Odprowadzili ją rozczarowanym wzrokiem, po czym odmówili krótką modlitwę, którą Terry skwitował donośnym „Amen” i pochwycili sztućce w dłonie.
Chłopiec, wykorzystując nieobecność mamy, postanowił przystąpić do szczerej, męskiej rozmowy.
– Tato... – szepnął nieśmiało, a na jego policzki wpełznął rumieniec. Jim, widząc nagłą przemianę w jego zachowaniu, zmarszczył brwi.
– Nie smakuje Ci? – zagadnął.
– Nie, nie o to chodzi... – rzucił przeciągle, zbierając się na odwagę. – Bo tak teraz pomyślałem... Skąd się biorą dzieci?

Jim parsknął śmiechem, na myśl o tym, z jaką powagą jego syn wypowiedział te słowa. Nie mając bladego pojęcia jaką odpowiedź zaserwować ośmiolatkowi, wbił wzrok w talerz i wziął do ust kolejny kęs rogalika, dając sobie więcej czasu na wymyślenie jakiejś historyjki rodem z europejskich podań o bocianach. W końcu przetarł rękawem oprószone pieczywem usta i nie przestając przeżuwać, powiedział:

– Spójrz. – wskazał na fragment lasu, położony naprzeciwko ich domu. – Tam, w głębi, za szeregiem świerków, nieco dalej na zachód, wznosi się rozłożysty, stary dąb z wydrążoną dziuplą. Wbrew pozorom to nie jest zwykłe drzewo.
– Tylko?
Jim rozejrzał się wokół siebie, na chwilę zawiesił wzrok na niebie, po czym nachylił się do syna i szepnął:
– To jest drzewo życia...
– Jak to? – wymamrotał.
– W trakcie burzy... – zaczął Jim, w głowie układając dalszy ciąg historii. – ...poprzez piorun w miejsce jego uderzenia, transportuje się z nieba niemowlę... Zauważyłeś, że najwięcej błyskawic jest tam, gdzie ludzi najmniej? No właśnie, ciągnie to za sobą pewne konsekwencje. Bo widzisz... Nikt o zdrowych zmysłach nie wybiegnie w środku burzy, szukać dzieci w lesie... Od tego są zwierzęta. No, ale nie wszystkie się do tego nadają... Szopy. Mają zręczne i silne łapki. Wychodzą z ukrycia, zabierają dzieci i opiekują się nimi przez jakiś czas.
– Jaki to ma związek z drzewem życia?
Jim objaśnił mu sposób działania szopów. Opowiedział jak to chowają dzieci w dziupli drzewa życia, a później odnoszą do szpitala, gdzie stamtąd rodzice odbierają pociechy. Wykład przerwała mu Rossie, donosząc dwa parujące kubki herbaty. Męska rozmowa obróciła się w pył, a Terry, wiedząc już wystarczająco, nigdy więcej nie poruszył tematu przychodzenia na świat.

Jednak historia szopów nie dała tak łatwo o sobie zapomnieć.
Po upływie kilku dni, wyruszyli samochodem w trasę na terenie Georgii. Rtęć w termometrze wahała się nad pięcioma stopniami w skali Fahrenheita, co sprowokowało Rossie do pozostania w domu. Terry zapewne też by się nigdzie nie ruszał, gdyby nie to, że pod koniec wyprawy mieli wybrać się do Steak’n Shake – jego ulubionego baru z fast foodami. Na początek pojechali do Baxley – miasta oddalonego o 15 kilometrów od Surrency. Będąc już na miejscu, udali się do ogromnego marketu (gdzie pomimo wczesnej pory, ludzie formowali się w olbrzymie tłumy), do kilku sklepów odzieżowych i na stację benzynową. Gdy zajechali z powrotem do Surrency, wstąpili do Bethesda Academy, czyli niewielkiego sierocińca, do którego oddawali stare zabawki Terry’ego.

– Wchodzisz ze mną czy zostajesz? – powiedział Jim, gdy zatrzymali się na parkingu przed budynkiem.
– Zostanę. W aucie jest o wiele cieplej. – wycedził Terry, dygocząc z zimna.

Rodzic, potaknąwszy głową, opuścił swoje siedzenie. Wyszedł na zewnątrz i wyjął z bagażnika dwa kartony; ułożył je jeden na drugim, a następnie pochwycił oburącz. Przy drzwiach wejściowych sierocińca znajdował się duży, betonowy taras. Jim, przechodząc przez niego, natknął się na wiklinowy koszyk, który szczególnie zwrócił jego uwagę. Zatrzymał się przy nim i wyciągnął z niego zawiniątko w kształcie kokonu. Dobiegł do drzwi i kilkukrotnie do nich zadzwonił, a po upływie minuty, nie chcąc czekać już ani chwili dłużej, zaczął w nie walić. Otworzyło mu dwóch mężczyzn. Zaczął coś do nich mówić, pokazując im zawiniątko. Jeden z nich, jak z procy wystrzelił do Jima, wyrywając mu kokon z objęć. Natomiast drugi wyjął telefon i nerwowo krążąc w kółko, zaczął coś krzyczeć do słuchawki. W końcu Jim odszedł, zostawiając ich samych. Wrócił tak blady, jak gdyby zawartość koszyka wyssała z niego cały koloryt.

– Co było w środku? – dociekał wstrząśnięty chłopiec, gdy tylko ojciec wtoczył się do auta.
– Czasem... – westchnął, szukając w myślach dobrego wytłumaczenia. Przekręcił kluczyk w stacyjce i dał gazu. – Nie wszystkie dzieci trafiają do szopów. Są też i takie, które spadają w koszykach...
W oczach kłębiły mu się łzy.
– Koszyki są zbyt ciężkie... – dodał po chwili. – ...aby szopy mogły pochwycić je w łapki i przenieść do dziupli. Dlatego z drogi zbierają je ludzie, ale nie chcą ich zatrzymać, więc oddają je do tego miej...
– Czemu płaczesz? – przerwał Terry.
Rodzic przełknął ślinę, powoli przymierzając się do odpowiedzi. Jednocześnie nie chciał obciążać syna świadomością, że dziecko znalezione w koszyku, było w nim trochę długo, a pomimo tego, że zawinięty był w koc, mróz zrobił swoje.
– Bo trafił do sierocińca. – wydukał, łamiącym się głosem.

Obaj stracili aptetyt i darowali sobie posiłek w Steak’n Shake.

Dwa dni później, w okolicach piątej nad ranem, Jima obudziły konsekwencje jego nieprzemyślanej odpowiedzi. Na wpół przytomny przysiadł na łóżku i skierował wzrok w stronę otwartego okna. Z karnisza spływała firanka, falująca na wietrze. Jeszcze przed chwilą z dworu dobiegał hałas. Brzmiał, jak gdyby ktoś krzyczał, wołał, płakał lub robił to wszystko jednocześnie. Ciężko było stwierdzić, kto, bądź co, wydobywało z siebie odgłosy, gdyż były one mocno stłumione, ale wciąż wystarczająco głośne, aby zbudzić go ze snu. Niepewnie zbliżył się w stronę okna. Rzucił okiem na okolicę. Nie zauważył tam nic godnego uwagi, a jedynie drzewa i lampy biegnące wzdłuż pustej ścieżki. Wtem, dźwięk się powtórzył. Jim wytężył słuch. Cokolwiek to było, na pewno nie dobiegało z dworu. Wyszedł na korytarz i podążał za głosem, który zaprowadził go do pokoju dziecięcego. Powoli nacisnął na klamkę i przez niewielką szparę w drzwiach dojrzał na łóżku zapłakanego syna. Wbiegł do środka i zaczął go uspokajać. Rozżalony chłopiec, wyseplenił jedynie, że „śnił mu się sierociniec”.

Z czasem koszmary ustały, jednak problemy nie za bardzo. Chłopiec zaczął znikać, wracając do domu dopiero późnym wieczorem. Surrency, chociaż spokojne, było ogromne i łatwo szło się w nim zgubić. Sam las był większy od kilku sąsiednich wsi razem wziętych. Podejrzewali, że to właśnie do niego ucieka.
– Wcale, że nie. – zaprzeczał Terry. – Bawię się w pobliżu sierocińca.
– Masz tam jakichś przyjaciół? – dopytywali.
– Można tak powiedzieć – odpowiadał.
Na tym rozmowy się kończyły. Nie wnikali w szczegóły, ale ze względu na to, że miał zaledwie osiem lat poinstruowali go, jak postępować z nieznajomymi i wręczyli mu zegarek, aby pilnował godzin powrotu. Od tamtej pory wracał na czas, a rodzice więcej się nie wtrącali.

Do czasu, aż Rossie, przechadzając się dróżką, biegnącą wzdłuż świerków, odkryła w błocie ślady malutkich stóp, prowadzących w głąb lasu. Gdy tylko Terry wrócił do domu, porównali podeszwy jego butów do odcisków na drodze. Wszystko się zgadzało – chłopiec chodził tam bez ich wiedzy. Skarcili go za kłamstwo i wznieśli zakaz na wychodzenie z domu, a kiedy ponownie mógł pobawić się na dworze, Jim udał się za nim.

Śledztwo, ku jego zaskoczeniu, doprowadziło go do sierocińca. Zaparkował auto pomiędzy drzewami, tak że stał się niemalże niewidoczny i zza szyby zaczął obserwować syna. Terry usiadł na ostatnim stopniu przy wejściu na taras, później kilka razy okrążył podwórze, plac zabaw i parking, wchodzący w skład Bethesda Academy. Potem znowu przysiadł na schodach i siedział tam kilka godzin, pustym wzrokiem mierząc chodnik. W końcu ojciec odjechał, a Terry wrócił do domu przed kolacją. Zaniepokojony tajemniczą postawą syna, długo zastanawiał się nad tym, jak ośmiolatek może usiedzieć w miejscu tyle czasu, gdy zewsząd otaczają go połacie zielonej, kwitnącej trawy, a nieopodal rozciąga się plac zabaw. Jednocześnie wolał to od wypadów do ogromnej, georgiańskiej puszczy.

Minął tydzień. Stało się to w dzień, taki jak wszystkie inne. Nic nie wskazywało na to, aby to właśnie wtedy Terry miał nie wrócić na kolację. Początkowo zwyczajnie czekali, wypatrując go w oknie. Po upływie godziny przystąpili do poszukiwań; Jim udał się do lasu, a Rossie do sierocińca.
Teren sierocińca był pusty. Rossie, widząc to, bez wahania zasięgnęła pomocy pracowników instytutu. Poprosiła jednego z nich o udostępnienie rejestru z kamer, w nadziei, że ujrzy na nich swojego syna. Niestety ten odmówił, tłumacząc, że monitoring na terenie ich zakładu od dawna nie funkcjonuje, gdyż ciągnęło to za sobą zbyt duże koszty. Dla odmiany zaproponował jej pomoc w poszukiwaniach w pobliżu sierocińca, a kilku innych zatrudnionych postanowiło zapytać się dzieci, czy nie widziały w ciągu dnia kogoś wyglądem odpowiadającemu Terry’emu.

Z kolei Jim radził sobie sam. Kolejno przedzierał się przez chaszcze i pajęczyny, omijając przy tym mrowiska. W trakcie drogi miał dużo czasu na przemyślenia. Nie popadał w panikę; z góry wykluczył możliwość porwania; Surrency jest wielkie, ale większość mieszkańców to starsi ludzie, a turyści to rzadkość. Bał się tylko tego, że Terry odejdzie za daleko, przez co mogliby nie odnaleźć się przed zmrokiem. Na razie trzymał się ścieżki, ale niekiedy z niej zbaczał, żeby rzucić okiem na rowy i krzaki. „Kto wie” – powtarzał w myślach.

W końcu przysiadł na mchu, próbując ustalić czy Terry miał jakieś swoje ulubione miejsce czy też zawsze chodził gdzie indziej. Klął pod nosem na swój beznadziejny sposób wychowywania, trochę płakał, a jeszcze więcej myślał. W końcu zerwał się na równe nogi.
– No przecież! Drzewo życia! – wymamrotał, kierując się na zachód.

Zaczął biec, nie robiąc sobie więcej już żadnych przerw. Nadzieja, że jeszcze się spotkają, dodawała mężczyźnie sił. Im bliżej był, tym coraz większej prędkości nabierał.

W końcu znalazł się u celu. Nie dowierzał oczom. On tam był. On tam naprawdę był.
Leżał przy pniu, wyciągnięty na trawie. Poza w jakiej go zastał, sugerowała, że nie położył się lecz upadł. Wyglądał, jak niedbale rzucona pacynka. Oczy miał zamknięte, a twarz bladą, jak świt. Zanim sprawdził mu tętno był pewien, że nie żyje. Jednak teraz, czując bicie jego serca, odczuwał ulgę. Przysiadł obok niego i wykręcił numer do Rossie:

- Znalazłem go. Żyje, ale jest nieprzytomny... Słuchaj... Mówię, że nie wiem co mu jest... Wracaj do domu... Zaniosę go... Tak, zaniosę... Po prostu tam na mnie czekaj...

Odetchnął, opierając głowę o drzewo. Potrzebował chwilę przerwy, aby się zregenerować. Teraz, dochodząc już do siebie, panika zaczęła ustępować, a w jej miejsce wkraczać coś innego. Ciężka, dusząca woń. Czuł ją już wcześniej, ale dopiero teraz, był w stanie sobie to uświadomić. Skupił się na niej. Otaczała go. Wypływała z każdej strony, wszędzie tak samo intensywna. Na myśl przywiodła mu sok z śmieci i wymiociny. Jednak zaraz potem uznał, że ani jedno ani drugie w pełni nie oddaje wymiaru jej ohydy. Zakasłał. Raz, drugi, w końcu zaczął się krztusić. Zakręciło mu się w głowie, a kończyny stały się jak z waty. Rzucił okiem na syna i łącząc fakty w jedną całość, doszedł do wniosku, że to za sprawą ostrej i męczącej woni, Terry był nieprzytomny.

Wstał na nierówne nogi. Rozejrzał się wokoło, szukając jakichś wyjaśnień. Tymczasem było ono tuż za nim. Spojrzał na dąb. Źródłem fetoru okazała się dziupla, z której wypływały grube muchy, formujące się w czarną mgiełkę, otaczającą drzewo. Nieco wyżej nad nią wisiała biała kartka, przyklejona na taśmę. Czerwonymi, drukowanymi literami było napisane:

„DROGIE SZOPY PRACZE
CHCĘ POMÓC WAM W PRACY
OPIEKUJCIE SIĘ NIMI DOBRZE”

Obok drzewa leżało puste pudełko, dwa wiklinowe koszyki i wózek.
Oceń:
1
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!