SPRZEDAWCA BÓLU - część druga

Dodane przez: timeisanillusion, 8.08.2016, 22:47
Reklama:
Część pierwsza: http://straszne-historie.pl/story/13595-SPRZEDAWCA-BOLU

01.01.1987., Londyn.

Chodziłem po sklepie rozmyślając o ostatnich klientach i nowych metodach tortur. Moje ciężkie, metalowe buty podczas każdego kroku tworzyły huknięcie, które nie zagłuszało nadmiernych skrzypnięć drewnianych, starych desek, z których zbudowana była sklepowa podłoga. Ten dźwięk przywodził mi na myśl jeden z ostatnich, nieco starszych materiałów. Lecz ten skrzypiał nieco głośniej i wydzielał więcej płynów. Stwierdziłem, że najwyższy czas posprzątać w sklepie. Przy ladzie nie było nic do roboty, ale prawie na pewno czas było się zająć dołem i pozostałościami po materiałach.
Schodząc po schodach stwierdziłem, że od dłuższego czasu ludzie przychodzą do mnie z wizytą prosząc o jedno i to samo, zero urozmaicenia. Zero. Prosty, nieskomplikowany ból zawsze wystarczał na zaspokojenie klienta. Mój majątek był już na tyle wystarczający, że robienie jednych i tych samych rzeczy – choć na innych materiałach – zaczynało mnie nużyć, co mogło grozić pogorszeniem mojego samopoczucia, co powodowało gorszą pracę. Skutkiem tego wszystkiego były oczywiście gorsze zarobki. Nie. Do tego nie mogłem dopuścić.
- A może to jednak czas…samemu zacząć coś proponować? – Powiedziałem do siebie, a mój mózg o mało nie zakrztusił się tym pytaniem. To była jednak nowość po czternastu latach urzędowania w moim zawodzie.
Zszedłem z ostatniego stopnia i znalazłem się na dole. Pierwsze od razu przykuwały się wydarte płachty skóry walające się w okolicach komina. Wszystkie blade jak twarze materiałów. Podszedłem i spojrzałem na nie.
Każdy zaawansowany inżynier bólu i prac technicznych na istotach ludzkich patrząc na same płachty, wiedziałby, że nie jest to byle amatorka, ale porządna, zaawansowana praca, a osoba, która to robiła nie jest w tej dziedzinie prymitywem.
Wszystko co wydarłem było równej długości i tego samego kształtu. Doskonale wiem z jakiej strony zacząć na danej części ciała. Jeśli klient prosi o konkretny kawałek – również nie mam z tym problemu. Banał to banał. Odpowiednie unieruchomienie ofiary, na moim poziomie zaawansowania można mierzyć na oko dany obszar do wycięcia. Więc to tylko jeden ruch, powolny, aby płachta zeszła nie pozostawiając po sobie nic na kawale odsłoniętego mięcha. Ważne również, aby w zależności od potrzeb – ciąć odpowiednią stroną noża. Nie zetniesz każdego kawałka jedną i tą samą stroną, a przynajmniej na pewno nie dokładnie. Co ciekawe – proces tego cięcia jest trochę jak ścieżka dźwiękowa – jeśli można to tak określić.
Zaczynasz – bo jak by inaczej - od początku. Ostrze przechodzi tworząc falę wyjącego dźwięku, któremu towarzyszy fala zbudowana z organu. Zakręca się na końcu, a wtedy należy wziąć falę organu do ręki i uciąć ją odpowiednio na dole. I to zakończenie – to ostatni dźwięk. Jeden szybki, płynny ruch ostrego ostrza dający znak o skończeniu utworu i jest to zazwyczaj najgłośniejszy moment. Praktykowanie owego zabiegu zawsze najlepiej zacząć na starszych materiałach, gdzie skóra już sama mniej przylega do materiału i zdarcie jej jest znacznie prostsze. Mówię to z doświadczenia. Skóra schodzi równie gładko jak powieka z oka.
Zebrałem płachty, z jednej z szuflad blatu wyjąłem czarny, foliowy worek, do którego wpakowałem wszystkie pozostałości skórne. Tego typu rzeczy wysyłałem do szpitali, a tam dział chirurgiczny doskonale wiedział do czego mogą się one przydać.
Spojrzałem na nie – owe kawałki skóry pochodziły od osoby bardzo młodej. Stwierdziłem więc, że dostanę nie mniej, niż po dziesięć funtów za płachtę. Pochodziły z pleców. Worek rzuciłem gdzieś w kąt, nalepiając na niego wcześniej kartkę z adresem szpitala.
Rozejrzałem się znowu. Na tacy obok krzesła służącego do unieruchamiania materiału leżało wyłupane oko pewnego starszego materiału. Jeśli dobrze pamiętam, to powodem przyniesienia owego materiału przez klienta był fakt, że materiał każdego dnia rano wystawiał głowę przez okno swojego mieszkania i nie chował jej, dopóki samochody na ulicy naprzeciwko jego miejsca zamieszkania nie przestały jeździć. W czasie swojego zajęcia widział więc wszystko co chciał i rozumiał jak chciał. Materiał lubił więc trochę patrzeć i nieco gadać. Więcej nie trzeba wyjaśniać.
Zwykle nie ma to dla mnie znaczenia i po ułamku sekundy zapominam tego typu widoki. Ale starsze materiały nie zdarzały mi się często, więc to, że umieściłem to w pamięci – jest dla mnie jak najbardziej zrozumiałe. Bo widzę od czasu do czasu – tę przerażoną, starą, pomarszczoną jak u buldoga skórę i przesiąkniętą słoną wodą twarz. Klient kazał wcześniej zszyć kobiecie usta, żeby nie wywarła głośniejszego jęku, a jeśli będzie to konieczne, zrobić lekkie nacięcia na krtani i grozić coraz głębszymi (klient zadbał o to, aby materiał nie miał pojęcia gdzie się znajduje). Do zszywania ust służy specjalna, stalowa nić. Próba otwarcia ust kończy się odrywaniem stopniowo mięsa od ust. W razie dojścia do owej sytuacji należy zwykle nasypać na rany solą zmieszaną z chili, po czym założyć kaganiec.
W sprawie starszej pani nie było innego wyboru. A i po zabiegu należało powtórnie ogłuszyć starszy materiał, tak, by powtórnie nie wiedział skąd znalazł się w innym miejscu (choć tego mógł już nie być taki pewien). Do owego zabiegu posłużyła mi metalowa pałka, której grzbietem uderzyłem mocno w skroń materiału, aby uzyskać odpowiedni efekt.
Podszedłem i wziąłem oko do ręki. Przypatrzyłem mu się. Źrenica wyglądała, jakby od zawsze była martwa. Owy materiał już wcześniej miał jedno sztuczne oko. Więc pozbycie się drugiego nie mogło być dla niego miłym doświadczeniem. Ale zawsze miło dostać za nie sakiewkę z funtami. One mają tu największe znaczenie.
Źrenica…- Zacząłem powtarzać. – Źrenica…
I coś wpadło mi do głowy.
Obok sali służącej do pracy nad materiałami mieści się również magazyn rzeczy zniszczonych, zwykłego sprzętu do sprzedania, którego jest zbyt dużo by wystawić go u góry, oraz rzeczy, które wymagały dopracowania.
Poszedłem więc w owe miejsce. Magazyn był dość duży, nie korzystałem z niego zbyt często, bo na górze miałem wszystkiego dostatek. Mieściło się na nim wiele mebli mających po dziesięć półek i trzymających mnóstwo dóbr, którymi mogłem pohandlować. Otworzyłem drzwi magazynu i kurz wtargnął mi do nosa. Wypchnąłem go mocną falą powietrza z nozdrzy. Razem z kurzem wyfrunęło coś innego i przylepiło się do ściany zbudowanej z czarnej cegły.
Użyłem włącznika światła i w całym pomieszczeniu zapaliły się dwie, marnie świecące żarówki dające radę oświetlić część cyklonu kurzu panującego w pomieszczeniu, a także wiele okolicznych pajęczyn. Mrużyłem oczy by cokolwiek dojrzeć. Poszedłem do półki umieszczonej najdalej od wejścia. Mieściło się na niej wiele płynów - w tym ustrojowych umieszczonych w szklanych naczyniach. Brałem każdą z butelek i podkładałem pod słabe światło żarówki, aby móc odczytać nalepione na nie karteczki z nazwami. Sprawdziłem całą pierwszą półkę, ale i to nie było tym co miałem w zanadrzu swych myśli.
Zacząłem szukać wśród małych menzurek leżących półkę niżej. Po paru minutach szukania stwierdziłem, że to, czego potrzebuje – wymaga jednak wyrobu i nie znajdę tego tutaj.

03.01.1987

Za oknem widoczne było blade słońce, a szare, pochmurne niebo zwykle zwiastowało, że dziś powinno być przynajmniej optimum klientów.
Siedziałem na krześle za ladą rozkładając na niej nogi. Śledziłem tekst mojego notesu receptur. Od dwóch dni szukałem tej jednej, która mogła mi pomóc polepszyć własne samopoczucie. Przejrzałem połowę solidnego notesu i nadal nie znalazłem tego, na czym tak bardzo mi zależało.
- Cholera. – Mruknąłem po czym zamknąłem notes i wrzuciłem go do szuflady w ladzie.
Spojrzałem w stronę drzwi. Ktoś się za nimi czaił. Zdjąłem nogi z lady, wstałem i podszedłem do drzwi. Otwarłem je powolnym ruchem i spojrzałem na nich. Wyglądali na małżeństwo. Między nimi kuliła się jakaś malutka postać z czarnym workiem na głowie. Wytężyłem oczy.
- Starszy materiał…- Powiedziałem cicho.
- Słucham? – Powiedziała kobieta.
- W czym mogę służyć? – Zapytałem. – Zapraszam do środka. Zbiera się na deszcz.
Mówiąc to sam skierowałem się do środka sklepu. Usiadłem na krześle za ladą i spojrzałem w przód. Oni cały czas tam stali.
- Proszę państwa? – Powiedziałem. – Zechcą państwo wejść?
Okropnie piskliwym głosikiem odezwał się mężczyzna (choć zacząłem mieć wątpliwości co do płci):
- Przepraszam…czy to pan jest tym…Sprzedawcą? – Zapytał, a ostatnie słowa ledwo wykrztusił.
- Proszę wejść. – Powiedziałem już nieco zniechęcony. – Na zewnątrz jest zimno, a ogrzewanie kosztuje tyle co wyrwanie ludzkiej szczęki.
Trójka niby-ludzi wyglądających na oszołomów ruszyła się wreszcie do środka. Mężczyzna wskazał kobiecie krzesło przed ladą. Ta usiadła, wcześniej jeszcze próbując usadowić starszy materiał, który bez przerwy się kulił i wydawał z siebie dziwne, nieokreślone dźwięki, cały czas szamotając przy tym foliowym workiem co doprowadzało mnie do czarnej gorączki. Facet zamknął wreszcie drzwi sklepu i sam zasiadł na krześle przed ladą. Był cały spocony, a jego wyraz twarzy wyrażały jedynie strach i niepewność. Miał na sobie okulary o wielkich, grubych soczewkach, a patrząc na jego tłustą facjatę miałem wrażenie, ze zaraz rozleje mi się na podłogę.
- Więc? – Zacząłem. – W czym mogę państwu pomóc? Rozumiem, że to coś, co siedzi właśnie z workiem na głowie będzie obiektem moich usług?
- T-Tak – Zaczął mężczyzna. – To j-jest…S-siostra żony.
- Rozumiem. Jakiego rodzaju usług państwo oczekują? Ból ma być fizyczny, czy psychiczny?
Zapadła cisza. Kobieta i mężczyzna popatrzyli po sobie. Krzywy, długi nos kobiety zdawał się kurczyć z każdą sekundą, a jej mały, ohydny wąsik sterczący pod nosem prawie się kruszył.
- Wszystko czego państwo chcą, znajduje się na…
- Kochanie, zdejmij proszę worek z głowy mojej siostrze. – Przerwała mi perfidnie kobieta.
- Ale-e…P-pewna j-jesteś? – Wyjąkał mąż.
- Proszę, zdejmij go. – Jej uprzejmości towarzyszyło coś bliskie załamaniu nerwowemu.
Mężczyzna zdjął kapelusz odkrywając przy tym swój kretyński „zaczes” składający się z paru włosów, który miał najwyraźniej zakryć widniejącą na czubku głowy łysinę, robił to jednak bardzo nieudolnie. Następnie przełknął głośno ślinę i jednym, powolnym ruchem zdjął worek z materiału.
To był dokładnie drugi raz, kiedy miałem do czynienia z takim przypadkiem. Ten materiał dostał już po twarzy w trakcie narodzin. Ale nie ma wyjątków. Te rzeczy nie mają znaczenia.
Ból to ból. Boli i kosztuje.
To co krył czarny foliowy worek, przedstawiało nie tyle starszą i z lekka zgnitą twarz, ale i prawdziwy przypadek materiału z zespołem Downa.
Twarz była niesamowicie przerażona. Patrzyła to w jedną, to w drugą stronę. Jej małe, przerażone oczka za każdym razem, gdy na mnie spoglądały, powiększały się o dwakroć.
- Przepraszam, że zapytam, ale ile pani siostra ma lat?
- W tym roku skończyła osiemnaście.
- Słucham?
- Florence skończyła osiemnaście lat.
- Dlaczego wygląda na osiemdziesięciolatkę?
- Dwa lata po jej narodzinach stwierdzono u niej Progerię. – Wtrącił mężczyzna. – Jednak parę lat po fakcie rodzicom mojej żony oznajmiono, że ich diagnoza była mylna, a ona…Po prostu tak wygląda.
Westchnąłem.
- Zwykle o to nie pytam, ale jaki jest powód przybycia państwa do tego sklepu z członkiem rodziny?
- N-Nie możemy powiedzieć. – Odparł mężczyzna.
- Więc nie wiem jak państwu pomóc, jeśli nie znam powodu pańskiego przyjścia.
- Kochanie. – Zaczęła żona. – Ja się tym zajmę. A ty nie komplikuj szanownemu panu pracy. Siostrzyczce z pewnością dobrze to zrobi, doskonale o tym wiesz, że na to zasłużyła. Po tych wszystkich latach.
- D-dobrze, kochanie. – Wymamrotał mężczyzna i złożył ręce na kolanach.
Kobieta uśmiechnęła się po czym spojrzała na mnie. Dłużyła to przez trzy sekundy, po czym otworzyła usta i powiedziała:
- Chcielibyśmy oba rodzaje bólu.
- Rozumiem. Jakie zabiegi miałbym przeprowadzić na materiale?
- Na czym?
- Na pani siostrze.
Kobieta spojrzała na chorobliwe przerażony materiał, który nie skończył wydawania z siebie tych dziwacznych, okropnych pojęków.
- Czy mógłby pan…
Wskazałem palcem na tablicę z ofertami moich usług. Kobieta wstała i podeszła do tablicy. Po kolejnej chwili milczenia powiedziała:
- Musi pan bardzo cenić swoją pracę.
- Tak. Cenię ją do bólu.
Kobieta wpatrywała się w tablicę przez minutę, po czym odezwała się:
- Czy nie ma…
- Nie. Nie ma żadnych zniżek. Nie ma znaczenia wiek materiału, nie ma znaczenia, czy…
- Nie o to mi chodzi. – Przerwała mi perfidnie po raz drugi. – Czy jest pan w stanie podwyższyć poprzeczkę bólu, której poziom jest zapisany pod każdym zabiegiem?
Zmarszczyłem brwi.
- Chce pani, abym polepszył efekt danego zabiegu?
- Tak. O to mi chodzi.
- To głupota. Na drzwiach napisane jest, że jeśli dany materiał...
- Proszę?
- …Dany człowiek – Odpowiedziałem nieco z rezygnacją. – Że jeśli dany człowiek umrze podczas zabiegu, klient nie płaci, a dodatkowo to ja oddaję mu pieniądze w wysokości podwojonej kwoty wartości zabiegu, który przerabiałem na danym człowieku. Jest więc to dla mnie w zupełności nieopłacalne.
- A czy istnieje możliwość, aby klient mógł zagwarantować, że nie będzie żądał spłaty w razie śmierci człowieka, na którym będzie odbywał się zabieg?
Uniosłem brwi. Tego również nigdy wcześniej nie doświadczyłem.
- Chce mi pani powiedzieć, że nie będzie pani szkoda życia własnej siostry? – Zapytałem z zaskoczeniem.
Nie odpowiedziała. Wzruszyła tylko ramionami i zapytała ponownie:
- Czy jest taka możliwość?
- K-kochanie, ale przecież…- Odezwał się mężczyzna.
- Mówiłam ci, żebyś nie przeszkadzał. Zupełnie jak Florence, kompletnie nie rozumiesz.- Powiedziała, po czym uciszyła go gestem.
- Oczywiście, mogę napisać taką umowę. A wtedy oboje z państwa musiałoby oczywiście ją podpisać - Powiedziałem. - Czy będą w stanie państwo zaczekać pięć minut, aż skończę jej pisanie?
- Tak, nie ma problemu. – Odpowiedziała kobieta i usiadła z powrotem na krześle.
W trakcie dziesięciu minut napisałem umowę głoszącą, że dane państwo zrzeka się mojej spłaty w razie śmierci materiału. Pod spodem wykonałem własnoręczny podpis oraz narysowałem specjalne linie mające stanowić miejsce na podpis kobiety i mężczyzny.
- Bardzo proszę podpisać w tym i w tym miejscu – Powiedziałem do małżeństwa.
Po wykonaniu podpisów po raz kolejny zapytałem – jaką robotę miałbym wykonać.
- Na początek chciałabym, aby zastosował pan na Florence stół do rozciągania.
- Na początek? A czy są państwo pewni, że są państwo w stanie zapłacić należytą kwotę za każdy z zabiegów?
- Możemy wymienić panu zabiegi, które by nas interesowały i zapłacić za nie już teraz. W razie jakichś niepowodzeń zwróci nam pan daną kwotę.
- Możemy iść na taki układ. Bardzo więc proszę, by powiedziała mi pani - co państwa interesuje?
Po wybraniu ofert i zapłaceniu za nie – skierowałem małżeństwo wraz z materiałem do sali prac, zamykając wcześniej sklep na klucz, aby nie dostał się tu żaden nieproszony idiota. Materiał wydobywał z siebie coraz głośniejsze jęki i widać było, że w jakiś sposób próbuje się wydostać z objęć małżeńskich. Białe, mocne światło panujące w sali prawie mnie oślepiło, widocznie włączyłem jego moc na maksimum. Stół do rozciągania znajdował się na środku sali, ponieważ należał do urządzeń zajmujących największą ilość miejsca. Nie używałem go wtedy przez dłuższy czas, więc wyglądał prawie jak nowy. Zbudowany z drewnianych desek stół został celowo wyrobiony tak, aby przy wiązaniu materiału mógł dodatkowo poczuć wbijające się w plecy i nogi drzazgi. Podczas rozciągania wbijało się ich jeszcze więcej i zdarzało się, że znacząco rozcinały one skórę. Dodatkowo sznur wiązany był bardzo mocno, przez co zarówno od rąk jak i nóg odchodziła krew. Stół był mocno przywarty do podłoża. Powodował wyrywanie kończyn z ciała powodując okrutny ból. Do stołu przywarty był również mechanizm, który w moim przypadku należało stosować ręcznie, aby w razie rozmyślenia klienta móc szybko przerwać operację.
Stanąłem plecami do stołu i spojrzałem na małżeństwo.
- To jest stół do rozciągania. Są państwo pewni, że ma on zostać wykorzystany na pierwszy zabieg?
- Tak. – Odpowiedzieli jednocześnie, choć mężczyzna mimo wszystko zająknął się.
Siostra jego małżonki cały czas jęczała, a jej oczy prawie wychodziły z czaszki. Oddychała bardzo ciężko. W głębi duszy cieszyłem się, że małżeństwo zamówiło tyle zabiegów, dostałem naprawdę solidną sumę.
- Bardzo więc proszę, aby położyli państwo materiał na stole. – Powiedziałem.
Tym razem nie trzeba było wyjaśniać terminologii używanej w moim sklepie, a małżeństwo wzięło materiał na ręce, który zaczął krzyczeć, obrzydliwie opluwając przy tym twarze małżonków.
Po usadowieniu materiału na stole wziąłem się za solidne obwiązywanie kończyn sznurem tak, aby materiał nie miał szans na wyrwanie się. Gdy tylko materiał przywarł do stołu, rozległ się dziwnie chaotyczny wrzask. Miałem wrażenie, że jeden dźwięk wydobywa się z kilku stron. To był znak, że drzazgi zaczęły i swoją rolę. Odchrząknąłem i skierowałem pytanie do małżeństwa:
- Czy drugi z zabiegów mam zastosować w środku pierwszego zabiegu?
- Tak. Prosimy uprzejmie. – Odpowiedziała kobieta.
- Jak sobie państwo życzą. – Powiedziałem. – Czas na zabieg pierwszy.
Przygotowałem sobie dwie pary rękawic – jedne mocne, skórzane i drugie gumowe, białe.
Włożyłem wcześniej zatyczki do uszu. Była to ostatnia para, więc nie mogłem zaproponować małżeństwu równie odpowiedniej ochrony dla uszu. Naciągając na ręce skórzane rękawice podszedłem do czegoś w rodzaju „steru”, który należało kręcić, aby mechanizm zaczął pracować. Chwyciłem za wielki ster i spojrzałem się wcześniej na materiał. Oddychał bardzo ciężko, zdawał się sprawiać wrażenie zupełnie nie pojmującego sytuacji, w której się znalazł. Wziąłem głęboki oddech i zacząłem kręcić.
Nie była to prosta praca i należało się przy niej wysilić. Ale dowód na to, że mechanizm działa mogło dostarczyć tylko jedno – wycie.
Kręciłem z całych sił, pamiętając przy tym, że drugi zabieg mam zastosować, kiedy tylko usłyszę poddanie się pierwszego barku. Pracowałem więc ciężko i nasłuchiwałem. Wiedziałem, że nawet jeśli nie usłyszę jak bark wychodzi z ciała, to o wszystkim powiadomi mnie wrzask o najwyższej częstotliwości.
- F-Florence… - Wyjąkał mężczyzna. – Proszę, p-przestań wrzeszczeć…
- Kochanie, wiesz, że to potrzebne. – Powiedziała kobieta.
- T-t-tak.
Materiał nie przestawał krzyczeć. Drzazgi z pewnością zaczynały powoli rozcinać skórę.
Przekręciłem ster jeszcze jeden raz i usłyszałem jazgot materiału. To był czas.
Bark wyszedł z mody.
Zdjąłem skórzane rękawice i założyłem gumowe. Wziąłem oddech i starłem pot z czoła.
- Czas na zabieg numer dwa. – Zawiadomiłem.
Podszedłem do jednej ze srebrnych szaf i wyjąłem z niej mały flakon z przezroczystym płynem. Następnie podszedłem do komody by odszukać strzykawkę. Wróciłem z powrotem do materiału i zapytałem, aby mieć pewność:
- Jest pani pewna? Dawka podwójna?
- Tak. Proszę ją zastosować. – Odpowiedziała.
Odkręciłem flakon i wsadziłem do niego strzykawkę. Pierwszy raz napełniłem całą strzykawkę ową substancją. Na tablicy napisałem, że zalecane jest podawać pół strzykawki, aby nie doszło do jeszcze okrutniejszych skutków ubocznych. Ale wiadomo – dwa razy więcej płynu, to dwa razy więcej zysku.
Podszedłem do materiału, który jęczał chorobliwie. Wydawał z siebie skowyty, jak zbity pies.
Chwyciłem odpowiednio za strzykawkę i wbiłem ją w lewą nogę materiału wypełniając ją substancją o nazwie „Damwain”, której pierwotne receptury zostały stworzone w Walii.
Nazwa substancji oznacza dosłownie „rozkruszenie”.
Odczekałem kilka chwil. Mąż – dalej przerażony miał teraz równie mocno wybałuszone oczy co materiał. To, co wydawał z siebie materiał było dla niego najwyraźniej nie do zniesienia i czuł się jakby ktoś wsadził mu drut kolczasty do uszu.
- Substancja zaczęła działać. – Poinformowałem.
W zależności od wybranej części ciała – substancja ma na celu wykruszenie kości z jej stanu pierwotnego. Kość niszczy się i oczywiście nie ma sposobu, aby ją naprawić. Kruszenie się kości powoduje tyrański ból. Połowa dawki wykruszała kość mniej-więcej do połowy. Skorzystanie z takiej kości choćby na sekundę groziłoby jej automatycznemu złamaniu, gdyż byłaby ona zbyt słaba, by utrzymać ciężką kość udową. Podwójna dawka wykruszała całą kość, ale mogła zdziałać jeszcze okrutniejsze czyny. Strach malował na twarzy materiału coraz większe przerażenie. Ból musiał być tak nieznośny, że materiał zapomniał o oddechu. A trzeba pamiętać, że bólowi kruszonej kości towarzyszył jeszcze ból wyciągniętego z ciała barku i powoli wychodzących innych części ciała. Dłonie i stopy materiału były już prawie całkiem pozbawione krwi. Z czasem zaczną obumierać, co było następnym powodem do bólu.
Co więc musiał czuć materiał ze schorzeniem?
Spojrzałem w stronę kobiety. Jej twarz nie zdradzała teraz choćby cienia przerażenia. Było w niej mnóstwo stanowczości i nie chciała przerywać zabiegu.
- Czy kontynuować zabieg pierwszy? – Zapytałem.
- Tak. Proszę kontynuować. – Odpowiedziała kobieta.
Powtórnie założyłem skórzane rękawice i chwyciłem za drewniany ster. Zaczął się powtórny wysiłek i powtórny drakoński jazgot. Ciało rozciągało się coraz mocniej, a substancja dalej działała. Wykruszanie kości ma powolny przebieg, może potrwać nawet do piętnastu minut.
Nogi i ręce dalej się rozciągały. Chaotyczne wycie nie ustępowało. Materiał musiał mieć dość – co sprawiało mi satysfakcję z dobrze wykonywanej pracy. Miałem kontynuować zabieg aż do całkowitego wykruszenia się kości piszczelowej. Kręciłem więc powoli, aby ból nie ustępował, i żebym ja sam nie stracił wszystkich sił.
Materiał cały czas wrzeszczał.
- N-nie wytrzymam tego dłużej... - Odezwał się nagle mężczyzna. – Muszę stąd wyjść, muszę stąd wyjść, MUSZĘ!
- Kochanie, jeśli musisz, to po prostu wyjdź ze sklepu. – Powiedziała kobieta.
- Nie. – Odezwałem się nieco dysząc przy tym. – Jeśli nie jestem na górze, to nie mam pewności, czy czegoś mi pan stamtąd nie zwinie. Musi pan zostać tutaj, przy zabiegu. Nie ma innej możliwości.
- NIE MOGĘ! CZY PAN NIE ROZUMIE!? NIE SŁYSZY PAN TYCH WRZASKÓW!? JAK ONA CHOLERNIE CIERPI!? – Wydarł się do mnie mężczyzna.
- Nie wykupili państwo ani zszywania ust, ani ich zaklejenia. – Odparłem. – Ale myślę, że materiał nie poradziłby sobie z oddychaniem jedynie nosem przy takim bólu i mógłby się udusić. Chyba, że nie robi to państwu różnicy. I niech państwo lepiej pamiętają – ja jej tutaj nie przyprowadziłem.
Nie dostałem odpowiedzi. Kręciłem dalej raz po raz patrząc na zegarek, który nosiłem na lewej ręce. Za minutę miałem sprawdzić, czy kość całkiem się wykruszyła. Trudno mi też było powiedzieć ile kończyn zdążyło opuścić ciało, bo nie widziałem z tej perspektywy materiału zbyt dokładnie, a wrzaski niczym się już od siebie nie różniły.
Spojrzałem na zegarek. Minęła minuta.
Mężczyzna zakrył uszy.
Zmieniłem rękawiczki, podszedłem do materiału i chwyciłem za nogę w odpowiednim miejscu. Giętka giętkość. Puściłem rękę i powiedziałem do małżeństwa:
- Zabieg udany.
- Dziękujemy panu bardzo. – Odpowiedziała kobieta.
Kiwnąłem głową po czym spojrzałem na rękę. Więc tak jak myślałem. Skutki uboczne były nieuniknione. Podszedłem do kobiety i pokazałem jej to, co mam na ręce.
Stłumiła w sobie krzyk.
- Czy to jest…?
- Skóra się topi. – Odpowiedziałem.
Mężczyzna wrzasnął i upadł na podłogę z rękami na głowie. Zaczął szeptać jakieś modlitwy.
- Kretyn. – Mruknąłem.
Spojrzałem z powrotem na materiał. Było coraz gorzej. Skóra zaczynała schodzić z nogi jak topiony ser, a substancja mogła zacząć wyżerać mięso oraz zaatakować resztę ciała. Prawa ręka kobiety wyrwała się całkowicie. Kobieta powiedziała mi, abym przy takich okolicznościach zabandażował krwawiącą rękę, co też wykonałem. Po zabandażowaniu kikuta spojrzałem na twarz materiału i zbadałem mu puls. Ledwo dychała. Ból był koszmarny i nadal trwał.
- Zabieg trzeci? – Zapytałem?
- Tak. – Odpowiedziała kobieta.
Mężczyzna nie przestawał się modlić. Skóra jego twarzy zmieniła się na szary kolor.
Na trzeci zabieg – pani żona zasugerowała chłodnię. Zaraz po niej miałem otworzyć wrota „fetorni”. Odwiązałem materiał i dałem znać małżeństwu, aby wzięli go na ręce i poszli za mną. Jednak nie trafiło to do nich dosadnie.
Żona stała przy mężu i próbowała go podnieść. Nie modlił się już, leżał na zimnej podłodze, a jego twarz mokra była od płaczu.
- J-Jean… - Wyjąkał. – Co my jej zrobiliśmy…
- To dla naszego i jej dobra, kochanie. – Powiedziała do męża.
Chrząknąłem znacząco. Jednak bez skutku.
- Przecież mogła mieć dobre, s-spokojne ż-życie…Wcale nie musiała tutaj być! – Zaskowytał.
- Musiała. – Powiedziała stanowczo kobieta. – Nie było innej możliwości. A teraz wstań. Jeszcze tylko dwa zabiegi.
Mężczyzna spojrzał na nią. Furia wylała się z jego ust.
- ZOSTAW MNIE TUTAJ! NIGDZIE NIE PÓJDĘ! TO TY POWINNAŚ TAM SKOŃCZYĆ! TO TOBIE POWINNIŚMY STOPIĆ MÓZG, BO I TAK NA NIC SIĘ NIE PRZYDAWAŁ! – Odczekał chwilę, wziął parę szybkich oddechów, po czym dopowiedział. – To tobie powinna…Topić się skóra!
- Przestań na mnie wrzeszczeć! Sam chciałeś, żeby do tego doszło! NIE BYŁO INNEJ MOŻLIWOŚCI! JEST DLA NAS UTRAPIENIEM!
- Dla ciebie jest i była od zawsze. – I mówiąc to wstał z podłogi. – Tylko dla ciebie. Od śmierci twojej matki nie miał się nią kto zajmować, twój brat również posiadał to schorzenie! Czy dowiem się kiedykolwiek, co się z nim stało!?
W czasie, gdy małżeństwo ucięło sobie sprzeczkę, jeszcze raz zbadałem puls.
I jeszcze raz.
I jeszcze raz.
- Dobrze, wiesz, że nie wiem! Ktoś musiał go porwać, albo sam uciekł!
- Wiesz, że to niemożliwe, aby ktoś taki jak on mógł tak po prostu paradować sobie po okolicy i nie zostać zauważonym! Rozsyłaliśmy przecież ogłoszenia, ktoś musiałby go zobaczyć!
- Jakim cudem… - Powiedziałem do siebie. Sprawdzałem puls raz po raz.
- WIĘC KTOŚ MUSIAŁ GO WTEDY PORWAĆ! MÓWIŁAM CI TYLE RAZY, ŻE TAK MOGŁO SIĘ TO SKOŃCZYĆ!
- Nie wierzę ci! Nie wierzę w ani jedno twoje paskudne słowo! – Zarzekał się mężczyzna, a łzy z jego oczu nie przestawały lecieć.
- Teraz, kiedy skończą się zabiegi, ona pewnie sama odejdzie z bólu! Ty kłamiesz…CIĄGLE KŁAMIESZ! – Wrzeszczał dalej. – Wiesz, że nikt normalny nie przeżył by czegoś takiego!
- W rzeczy samej. – Odezwałem się.
Małżeństwo popatrzyło się na mnie, jakbym sprawił im ból.
- S-słucham?- Odezwał się mężczyzna. – Ona…N-nie ż-żyje?
- Nie żyje? – Powiedziała kobieta, choć w jej głosie słychać było coś więcej niż tylko pytanie.
- Nie. – Odpowiedziałem. – Ale myślę, że któreś z was mogłoby chcieć, aby tak się to skończyło. Choć to tylko przypuszczenia i są one bez znaczenia.
Mówiąc to wszystko podszedłem do mężczyzny i zdjąłem rękawiczki.
- O czym pan mówi!? – Wrzasnęli jednocześnie.
- Państwa materiał dalej dycha. Po ilości zabiegów o bardzo wysokim przedziale w skali bólu pewny byłem, że materiał nie przetrwa do dwóch ostatnich. Ale puls dalej zaskakuje.
Oczy mężczyzny zrobiły się niewyobrażalnie wielkie, a jego kretyński zaczes stanął na nogi.
- P-pan…Wiedział, że tego nie przeżyje? – Zapytał mnie z szokiem.
- Byłem tego pewny. Nie jestem żadną amatorką w tej dziedzinie. Ale myślę, że żeby domyśleć się, że materiał nie przeżyje – należało być jedynie człowiekiem. – Odpowiedziałem.
Żona popatrzyła na mnie z przerażeniem.
- PAN SUGERUJE, ŻE KTÓREŚ Z NAS…
- Niecałkiem. – Wtrąciłem się, coś za coś.
Mężczyzna popatrzył na swoją żonę i przełknął ślinę. Zdawał się nad czymś głęboko rozmyślać. I w pewnym momencie jego umysł zaskoczył, bo po następnym oddechu nie wypuścił miarowo powietrza.
- Jean! P-przecież nie taki był plan! Miała być tylko uprzedzona do świata i bać się go, żeby już nigdy nie opuściła domu i nie szlajała się za nami zawsze, gdy gdzieś wychodziliśmy! Miała być zwyczajnie cicho! Przecież tego chciałaś!
Zapadła cisza.
- Nienawidzę jej. – Powiedziała cicho. – Dlaczego ona wciąż żyje? Coś musiał pan zrobić nie tak!
- Wszystko zrobiłem w jak najlepszym porządku. Jej organizm okazał się zwyczajnie silniejszy, niż wszyscy zakładaliśmy.
- Niech pan kontynuuje… - Zaczęła kobieta, ale mężczyzna miał nieco miększe serce.
- ŻARTUJESZ!? ZABIERAMY JĄ DO SIEBIE. A TY SAMA BĘDZIESZ SIĘ NIĄ OPIEKOWAĆ! JEŚLI ZAGINIE NASTĘPNY CZŁONEK RODZINY – LUDZIE ZACZNĄ GADAĆ! CZY TY NIE ROZUMIESZ!?
- Kochanie…
- TO TWOJA SIOSTRA!
Ostatni wrzask zabębnił mi solidnie w uszach, a jego echo potoczyło się po sali. Mężczyzna zaczął oddychać i próbował się ochłonąć. Kobieta stała w miejscu i nie ruszała się.
- Czy może mi pan pomóc zdjąć… - Zaczął mężczyzna, po czym ostatnie trzy słowa ledwo z siebie wyrzucił – Siostrę mojej ż-żony?
- Oczywiście. – Odpowiedziałem.
Po zabraniu nieprzytomnego już materiału wyprowadziłem ich ze sklepu, oddając im wcześniej pieniądze za zabiegi, które nie zostały wykonane. Były to na szczęście najtańsze operacje.
Patrzyłem jak odchodzą. Mężczyzna niósł materiał na rękach. Było po czwartej po południu i było na tyle ciemno, że mężczyzna nie musiał się tak bardzo martwić o swoją reputację. Gdy odprowadziłem ich już wzrokiem tak daleko jak mogłem – zszedłem na dół by posprzątać po zabiegach. Kawałki organów oraz wyrwaną rękę wrzuciłem do fetorni. Myślałem o tej kobiecie. Uśmiechnąłem się do siebie.
Ten facet zszedłby na zawał, gdybym to tutaj powiedział.
Oczywiście od początku wiedziałem czego chce dokonać kobieta. Nie było innej opcji, chodziło jej o śmierć siostry - tak jak wcześniej uśmierciła brata, tak teraz chciała to zrobić i z nią.
Ta kobieta nie była u mnie pierwszy raz. Przyszła wtedy z nim mówiąc, że jestem lekarzem, i że pomogę mu…Spalić tłuszcz.
Pomogłem.

Ciąg dalszy: http://straszne-historie.pl/story/13656-SPRZEDAWCA-BOLU-CZSC-TRZECIA
Źródło: Brak.
Oceń:
1
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!