Siostrzyczka

Dodane przez: sebastianb, 29.10.2016, 12:47
Reklama:
Powiadają, że małe dzieci nie powinny spoglądać w lustro, bo mogą zobaczyć tam zobaczyć Złego.

To prawda.

+

Kiedy ktoś telefonuje o czwartej nad ranem, nigdy nie ma do przekazania dobrych wieści. Nie inaczej było, kiedy na stołku, koło sofy, na której spał czterdziestoletni mężczyzna, zaczął wibrować smartfon, by po chwili dodać, do tego elektronicznego tańca, piosenkę „Axel F”.

– Już – wymamrotał wyrwany ze snu Tomasz, sięgając po aparat. – Kie licho?

Ekran nowoczesnego telefonu nie odpowiedział mu na pytanie, gdyż wyświetlał się tam napis NUMER PRYWATNY, oraz opcje ODBIERZ i ODRZUĆ. Biorąc pod uwagę godzinę i to, że w sąsiednim pokoju spała żona z synem, postanowił odebrać. Nacisnął zielone pole, po czym szepnął ospale do słuchawki:

– Taaa?

– Zgadnij kto, Umumku? – zabrzmiał wesoły, kobiecy głos.

Jeśli, odbierając połączenie, Tomasz był jeszcze na wpół śpiący, to powitanie, które usłyszał, podziałało na niego jak kubeł lodowatej wody wylanej mu znienacka na głowę. Przezwiskiem, utworzonym od imienia bohatera jego ulubionej kreskówki z dzieciństwa, Biały delfin Um, nazywała go tylko jedna osoba na świecie.

– Kasia? Czy to ty?

– Czołem braciszku. Stęskniłeś się?

Zaskoczony i zdezorientowany usiadł na łóżku próbując zebrać myśli. Oto dzwoniła jego siostra, z którą ostatni raz widział się blisko trzydzieści lat temu. Pamiętając jej wyczyny trudno mu było zakładać, że chce zwyczajnie wpaść na kawę i ciastko.

– Ale…, ale…

– Przestań wzywać babcię Alę, Umumku – skomentowała zmagania brata przy próbie sklecenia zdania.

– Nie nazywaj mnie tak! – wzburzył się Tomasz, słysząc po raz kolejny przezwisko z dzieciństwa.

– No już, już, braciszku. Nie gniewaj się – powiedziała kobieta przyjmując ton matki, próbującej udobruchać nabzdyczone dziecko.

– Po co właściwie dzwonisz? Szczerze powiedziawszy, myślałem, że…

– …że kojfnęłam? – dokończyła.

W słuchawce rozległ się śmiech.

– Właściwie, to tak. Nie odzywałaś się od, chyba, trzydziestu lat, a znając ciebie…

– No to ładnie o mnie myślałeś. Jednak ty też mnie specjalnie nie szukałeś – odbiła piłeczkę w stronę brata.

– Jakoś mi nie zależało – odważnie stwierdził Tomasz.

– Uuu, to mnie ubodło. Aua! Po tym wszystkim co dla ciebie zrobiłam. Nieładnie, braciszku, nieładnie.

– Dziękuję bardzo. Sam dałbym sobie radę.

– Sam, kurwa? Nie rozśmieszaj mnie. Gdyby nie ja, to, po pierwsze, dupsko, przez kochanego tatusia, nie zagoiłoby ci się przez całe dzieciństwo, bo mamusia, jak sobie przypominasz myślała, że wszystkie nasze problemy rozwiąże pieprzony Jezus. Po drugie, w bidulu miałbyś tak przejebane, że w najlepszym wypadku wylądowałbyś w wariatkowie, a dzięki mnie, wszystko się jakoś ułożyło, a ty nie musiałeś brudzić sobie rąk.

Głos uwiązł Tomaszowi w gardle na samo wspomnienie tamtych wydarzeń. Chciał się rozłączyć, ale jakaś siła kazała mu tego wszystkiego wysłuchać. Pod koniec wybuchu siostry poczuł, jak stopniała cała jego pewność siebie. Uważał, że powinien się odezwać, ale nie bardzo wiedział co ma powiedzieć.

– Widzisz, ja…

– Jednak zapomnijmy o tamtym – powiedziała dobrotliwie Kasia. – To już historia. Kontaktuję się w innej sprawie.

Mężczyzna wiedział, że to, co usłyszy, mu się nie spodoba.

– Podobno między tobą, a twoją panią się popsuło?

– A ty skąd o tym wiesz?

– No, jestem już w mieście od jakiegoś czasu i zasięgnęłam języka.

– Języka? U kogo?

– To nie jest teraz istotne.

– Jak to, nie jest istotne? – zapytał Tomasz.

– Widzisz, nie pozwolę, żeby mojemu braciszkowi działa się krzywda.

– Co? – krzyknął głośno i zastanawiał się czy mogli to usłyszeć, śpiący w pokoju obok, domownicy.

– Jajco. Wpadnę do ciebie i coś zaradzimy na twoje kłopoty w raju. Pa.

– Nie, nie przychodź, proszę. Spotkajmy się lepiej… – próbował negocjować jednak zorientował się, że w słuchawce, po drugiej stronie, panowała już cisza.

Padł na łóżko z myślą: Boże, spraw, żeby nie przyszła. Proszę. Spraw to. Pomimo silnych wrażeń szybko zapadł w głęboki sen, jakby ktoś go ogłuszył. Morfeusz postanowił zabrać go na projekcję do starego kina. Śnił o swojej młodości.

+ +

Zadziwiające, jakie mogą być najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa. Jedni pamiętają wizyty Mikołaja, inni mamę śpiewającą kołysankę, lub brata, bawiącego się z psem. Pierwsze wspomnienie Tomasza dotyczyło śmierci babci Ali. Była to zła kobieta, która nienawidziła wszystkich i wszystkiego. Istniało nawet podejrzenie, że otruła swoich dwóch mężów, żeby dobrać się do ich pieniędzy. Swoje potomstwo i wnuki traktowała zaś tak, jakby byli dokuczliwą chorobą. Jej syn, ojciec Tomasza, miał na wieść o zgonie matki wygłosić pamiętne zdanie:

„Nareszcie zdechła, cholerna wiedźma.”.

Mały Tomcio zapamiętał widok jej zwłok wystawionych w pokoju gościnnym. Trumna była zdecydowanie za wysoko, żeby taki malec mógł cokolwiek zauważyć, jednak na ścianie wisiało ogromne lustro, przechylone trochę górą do podłogi i to właśnie w nim widział on odbicie zmarłej babci. Podobało mu się, że mógł przesiadywać w tym pokoju i gapić się na trupa.

Po pogrzebie, tego samego dnia, również patrzył w lustro, do momentu, kiedy podeszła do niego siostra i powiedziała:

– Chodź, braciszku, pobawimy się.

To były pierwsze słowa Kasi, które utkwiły mu w pamięci.

Minęły trzy lata. Sytuacja w rodzinie była, z jakiegoś powodu, napięta. Tomasz nie wiedział czemu, ale jego rodzice bez przerwy się kłócili. Właściwie tak ich zapamiętał, warczących, jak zwierzęta w klatkach, które szczuje się na siebie, przed nielegalną walką. Nie rozumiał tego, jednak atmosfera panująca w domu stale ulegała pogorszeniu. W końcu, Tomasz nabawił się nerwicy, co ojciec zdiagnozował jako początki złego zachowania. Z tego powodu coraz częściej spuszczał synowi lanie. Matce to się nie podobało, ale jedyna jej reakcja na tę sytuację polegała na zamykaniu się w pokoju i szukaniu ukojenia w modlitwie. Pewnego razu, kiedy Tomasz obrywał, zauważył, że całemu zajściu przygląda się Kasia. Była schowana w pokoju, obok szafy z ubraniami, jednak fragment jej postaci odbijał się w lustrze. Kiedy ojciec wyszedł, podeszła do płaczącego brata i rzekła:

– Chyba najwyższa pora coś z tym zrobić, młody.

Chłopiec, chlipiąc, wtulił się w jej ramiona.

Kilka godzin później, około północy, Tomek poczuł delikatne szarpnięcie za ramię. To była Kasia, która widząc, że ten już się obudził szepnęła:

– Chodź.

W dłoni trzymała coś, co odbijało światło księżyca, wpadające przez okno. Zaspany brat nie wypytywał, tylko posłusznie udał się za siostrą. Kiedy bezszelestnie wkradli się do sypialni rodziców, Kasia pokazała, że dzierży butelkę z żółtym płynem, którym zaczęła obficie polewać pościel meble i dywan. Powietrze zapachniało tak, jak czasami w garażu ojca. Tomasz nie miał wątpliwości, jego siostra rozlewała benzynę.

– Co robisz? – spytał wystraszony Tomek po cichu.

Kasia nakazała mu milczenie, a kiedy opróżniła zawartość buteleczki błysnęła zapałką. Łóżko oraz okolice błyskawicznie stanęły w płomieniach sięgających pod sufit.

Ludzie nie zdają sobie sprawy jak szybko rozprzestrzenia się zwykły pożar, są to, dosłownie, minuty. Jednak ogień, karmiony łatwopalną substancją, to prawdziwy diabeł, który w mgnieniu oka pożera wszystko, co stanie mu na drodze. Tomasz nie zdążył zareagować gdyż uderzyła go fala gorąca od, będącego teraz kulą ognia, łóżka. Rodzice, zanim zorientowali się co się dzieje, byli już pokryci palącymi się fragmentami piżam i pościeli, które lepiły się im do skóry. Za każdym razem, kiedy nabierali powietrza wdychali trujący dym. Wyskoczywszy z łóżka, wpadli wprost na płonący dywan, który zdążył zamienić się już w małe, lepkie inferno. Tam właśnie przyszło im dokonać żywota. Po chwili, nienasycony żywioł zaczął anektować kolejne pomieszczenia. Kasia wyciągnęła krzyczącego brata z domu, na podwórko, a upewniwszy się, że nic mu nie grozi, zniknęła.

Nie było jej przez parę lat.

Po śmierci rodziców, Tomek odwiedził kilka domów dziecka. Nigdzie jednak nie zagrzał dłużej miejsca. Nieprzystosowany, agresywny samotnik, był na najlepszej drodze, żeby się stoczyć. Nikt nie potrafił mu pomóc, a po pewnym czasie, nikt nie chciał mu pomagać. Kiedy skończył trzynaście lat, w jednym z tych przybytków poznał Arka i stała się rzecz zadziwiająca – zaprzyjaźnił się z nim. Tomasz stał się innym człowiekiem do tego stopnia, że od rozmów na tematy błahe stopniowo przeszli do tych poważniejszych. Przyjaźń ta miała, dla zagubionego w świecie uczuć, młodego człowieka, z przeszłością, wymiar terapeutyczny. Wpuścił nowego przyjaciela do swojej duszy dalej, niż kogokolwiek wcześniej. To był błąd, bo Arek okazał się być kimś innym niż się wydawało. Minęło trochę czasu, a wszystko co Tomasz opowiedział swojemu powiernikowi, w tajemnicy, ten rozpowszechnił, ot tak, dla zabawy. Jego lęki, kłopoty z dojrzewaniem, porywy serca, stały się teraz znane każdemu mieszkańcowi domu dziecka, co okrutna dziatwa bez skrupułów wykorzystywała, by się nad nim pastwić. Tomasz poczuł jak grunt usuwa mu się spod nóg. Stał się obiektem kpin i szyderstw. Myślał nawet o tym, żeby ze sobą skończyć kiedy zdradzony, rzucony na kolana, samotny codziennie płonął wstydem. Jednak któregoś dnia, w szkole zobaczył za oknem ją. Siostra machała do niego zza płotu. Od razu po lekcji pobiegł do niej.

– Podobno masz kłopoty, Umumku? – zapytała omijając formułkę powitania jakby zależało jej na czasie.

– Gdzie byłaś? – zainteresował się Tomasz.

– To nie ma znaczenia. Podobno ktoś ci zalazł za skórę? Nawet na mieście się o tym mówi.

– Co? – krzyknął Tomasz.

– Wróbelki ćwierkają o tym i tamtym.

Siostra sprawiła, że spuścił głowę i zaczerwienił się.

– Nie martw się braciszku. Poradzimy coś na to. Będę wieczorem – co powiedziawszy, zaczęła odchodzić.

– Nie, nie przychodź, proszę.

Ona jednak już nie słuchała.

Nocą, kiedy wszyscy w domu dziecka pogrążeni byli we śnie, Tomasz poczuł dłoń na ustach i usłyszał:

– Ciii.

– Skąd się tu wzięłaś?

– Nie teraz. Chodź.

Nagłe pojawienie się Kasi tak go sparaliżowało, że nie był w stanie zaprotestować w żaden sposób. Posłusznie udał się za siostrą, która trzymała go za rękę, jak kilka lat wcześniej w domu rodziców. Przeszli przez korytarz, który we władanie wzięła Luna i weszli do pokoju Arka. Zbiegiem okoliczności, jego trzej współlokatorzy opuścili dom dziecka więc, poza nim, w pomieszczeniu nie było nikogo.

– Nie rób tego, cokolwiek zamierzasz – szepnął Tomasz, ale siostra zignorowała jego prośbę.

Podeszli do łóżka Arka i wtedy wszystko zdarzyło się błyskawicznie. Kasia, szybkim ruchem, przyłożyła chłopcu poduszkę na twarz mocno przyciskając, a zza pasa wyciągnęła nóż kuchenny i, jak zawodowy rzeźnik, przecięła mu gardło, trzema sprawnymi ruchami, aż do kręgosłupa, na którym zatrzymało się ostrze. Arek szamotał się tylko chwilę, a o próbie jego krzyku informował tylko cichy charkot dobiegający z tryskającej krwią szyi. Wkrótce wszystko ustało, a przerażony Tomasz, z zadowoloną ze swojego dzieła siostrą wyszli z pokoju.

– Ty głupia suko, zabiłaś go, tak jak starych! – oskarżał Tomasz ciągle szepcząc.

– Nie dziękuj, braciszku – powiedziała Kasia, ignorując obelgi i ucałowała zszokowanego brata w czoło.

To były ostatnie słowa jakie od niej usłyszał, bo po tamtym wydarzeniu zniknęła na dwadzieścia siedem lat, zostawiając go w środku jatki, której była autorką.

+ + +

Sen przerwało pukanie. Ja pierdolę, przyszła.

Nie chcąc, żeby nocne odgłosy obudziły żonę i dziecko, Tomasz szybko wyskoczył z łóżka i podbiegł do drzwi, zerknął przez wizjer i zobaczył kobietę. Zmieniła się. Nie poznałbym jej.

– Proszę otworzyć, policja – wołała osoba za drzwiami, pokazując legitymację.

– Policja? – szepnął do siebie i zabrał się za otwieranie zamków, by po chwili wystawić głowę na korytarz. – Słucham, o co chodzi – zapytał przecierając zaspane jeszcze oczy.

– Komisarz Marzena Wiosna. Czy pan Tomasz Kosiński?

– Tak, to ja.

– Sprawa dotyczy pana siostry. Muszę prosić, żeby pojechał pan ze mną – powiedziała stanowczo.

Tomasz westchnął i od razu podjął próbę wykręcenia się od wyjazdu.

– Czy to konieczne, bo widzi pani…

– Panie Kosiński, tu chodzi o ludzkie życie. Nie możemy czekać. Proszę się ubrać i zapraszam ze mną. Wszystko panu wyjaśnię w radiowozie.

Widząc, że nie ma sensu spierać się z policjantką, wrócił do pokoju, założył na siebie to, co mu wpadło w ręce, a następnie poszedł do sypialni, gdzie spała żona, żeby poinformować ją o wyjściu. Otworzył drzwi najciszej jak umiał, ale nie zauważył żadnego ruchu. Postanowił jej nie budzić. Na stole w kuchni zostawił kartkę z wyjaśnieniami, dlaczego go nie ma, po czym wyszedł z mieszkania w towarzystwie komisarz Wiosny.

+ + + +

– Teraz powie mi pani, o co chodzi? – zapytał Tomasz kiedy samochód ruszył. – Czy coś się przytrafiło siostrze?

– Proszę mi powiedzieć, panie Kosiński, jak dobrze pan ją zna?

– Właściwie to nie znam. Pamiętam ją z dzieciństwa aż do… – przerwał zdanie, dając sobie czas na odpowiedni dobór słów – …śmierci rodziców. Potem zniknęła mi z oczu i pojawiła się kilka lat później, na krótko, po czym znowu przepadła na lata. Właściwie to myślałem, że nie żyje, aż do dzisiejszego ranka.

– Tak? – zainteresowała się policjantka.

– Dzisiaj rano, może godzinę przed pani przyjazdem, zadzwoniła do mnie chcąc się spotkać.

– To chyba się pan ucieszył? – zapytała funkcjonariuszka, prowokując mężczyznę do zwierzeń.

– Widzi pani, moja siostra to specyficzny człowiek. Pomagała mi, kiedy byłem dzieckiem – powiedział, od razu żałując, że użył słowa „pomagała”.

– W czym?

– W rozwiązywaniu problemów.

– A ma pan teraz jakieś problemy?

Tomasz odetchnął głośno i potarł czoło.

– Przechodzimy z żoną trudny okres. Właściwie, to chyba skończy się rozwodem. Nie wiem, od kogo moja siostra się o tym dowiedziała, co nie zmienia faktu, że postanowiła się objawić i coś na to zaradzić.

– Mówi pan tak, jakby nie był pan z tego zadowolony. Dlaczego nie chciał pan przyjąć jej pomocy?

Tomasz zmierzył Marzenę Wiosnę wzrokiem.

– Myślę, że pani powinna mi coś teraz powiedzieć. Co się dzieje i dokąd jedziemy?

– W porządku. Jedziemy do Zawady.

– Do Zawady? Mieszkałem tam jako dziecko – skomentował Tomasz. – Czemu właśnie tam?

– Pana siostra zabarykadowała się w waszym domu rodzinnym z kobietą i dzieckiem, jako zakładnikami i zapowiedziała, że będzie rozmawiać tylko z panem.

– Z kobietą i dzieckiem? – Tomaszowi szybciej zabiło serce, kiedy przypomniał sobie, że wychodząc z domu nie zauważył żadnego ruchu w sypialni. – Musimy szybko wrócić do mnie! Być może siostra porwała mi żonę i syna!

Osuwał się w objęcia paniki, próbując sobie przypomnieć kiedy miałoby dojść do porwania i czy mogłoby się to stać tuż pod jego nosem.

– Spokojnie, kolego. Wyślemy tam radiowóz – co powiedziawszy, nawiązała kontakt radiowy z komendą, wyjaśniając sytuację, a dyspozytor potwierdził wysłanie patrolu. – Nie panikuj. Jak słyszałeś, już tam jadą, a do Zawady mamy kawałeczek. Nawet jeśli masz rację, to lepiej, żebyś był tam gdzie żona i syn, nie? Z drugiej strony postaraj się myśleć pozytywnie, może śpią sobie w domu i najgorsze, co ich może spotkać, to pobudka wcześnie rano. Za kilkanaście minut będziemy na miejscu.

Szybka reakcja policjantki uspokoiła trochę Tomasza.

– Czy wiesz, dlaczego twoja siostra robi to, co robi? – zapytała kontynuując zwracanie się per ty, żeby skrócić dystans.

– Bo jest stuknięta. Zawsze była. Poza tym, od lat jej nie widziałem. Właściwie, jak już wspominałem, to jej nie znam.

– Coś mi się wydaję, że nie mówisz mi wszystkiego, he? Więc dlaczego nie chciałeś przyjąć pomocy siostry? – komisarz Wiosna wróciła do pytania sprzed kilku minut.

Tomasz posłał policjantce badające spojrzenie jakby sprawdzał, czy może jej zaufać.

– Bo ona jest zła.

– Skrzywdziła cię kiedyś?

– Mnie, nie.

– Innych?

– Tak.

– Co zrobiła?

– Nie chcę teraz o tym mówić – odpowiedział i zacisnął zęby na znak, że nie ma zamiaru kontynuować.

– Rozumiem, jednak coś mi się wydaje, że trzeba będzie do tego tematu wrócić i to jeszcze dzisiaj – zasugerowała policjantka.

Było około szóstej rano kiedy z mroku i szarzyzny późnej jesieni wyłoniły się ruiny domu, pozostawione tak od czasu, kiedy ponad trzydzieści lat wcześniej, strawił go pożar. Tomasz nie odwiedzał tego miejsca od tamtego czasu, a sam widok bardzo go poruszył, otwierając drzwi do wspomnień upchanych gdzieś w zakamarkach umysłu.

Funkcjonariuszka Wiosna zatrzymała auto na czymś, co kiedyś było podwórkiem, teraz sukcesywnie odzyskiwanym przez naturę, wysyłającą co roku nowych wojowników pod postacią trawy, krzewów, drzew i zwierząt radzących sobie przy pomocy wody, powietrza i czasu z betonem i metalem. Chodnik, płot i ściany powoli znikały.

Pomiędzy drzewami wyrastał kawałek muru z futryną. Tomasz pamiętał dobrze, że było to wejście do piwnicy. Teraz na ścianach tańczył jakiś cień ożywiony słabym, migoczącym światłem, jakby po kilku dziesięcioleciach resztki budynku jeszcze się tliły.

– Czy tu nie powinno być pani kolegów pilnujących…? – zapytał Tomasz jednak zorientował się, że nikogo przy nim nie ma. – Hej, proszę pani! Marzeno! – zawołał lecz nikt nie odpowiedział. Rozejrzał się i, z braku lepszego pomysłu, postanowił, jak ćma, skierować się do światła.

+ + + + +

Schodząc do piwnicy poczuł zapach, jaki w dzieciństwie się tu unosił – wilgoć i ziemniaki. Zawsze bał się tego miejsca kiedy był mały. Nawet za dnia napawało go ono wtedy przerażeniem, bo mieszkały tam beboki, jak na Śląsku nazywa się straszydła. Kiedy znalazł się w wąskim korytarzu usłyszał jakieś dźwięki. Po chwili wszedł do głównego pomieszczenia. Stała tam komisarz Wiosna, na starym stoliku paliła się gromnica, a o ścianę oparte było lustro, które pamiętał z dzieciństwa, jednak całą jego powierzchnię zasłaniały, niedbale naklejone, kawałki gazet.

– Wejdź, Tomaszu – powiedziała policjantka, która wyglądała teraz inaczej. Mundur zastąpiła długa, ciemnozielona suknia, sięgająca do samej ziemi. Czarne włosy, wcześniej upięte w kok, teraz, jak wodospad zrobiony z najciemniejszej nocy, opadały jej na plecy i ramiona. Wyglądała zachwycająco. Jednak instynkt podpowiadał Tomaszowi, że takiego piękna należy się wystrzegać. – Zapraszam.

– Gdzie jest moja siostra?

– O, jest z nami – co powiedziawszy rozchyliła wargi w uśmiechu, odsłaniając lśniące zęby.

– Kim pani…, kim ty właściwie jesteś?

– Nazywano mnie już różnie, powiedzmy, że możesz do mnie mówić Morana – odpowiedziała jak zmanierowana gwiazda filmowa.

– Ale, co tu się właściwie dzieje, bo już sam nie wiem? Po co mnie tu przywiozłaś? Czemu jesteś tak ubrana?

Kobieta nie ukrywała, że cała sytuacją ją bawi, a to sprawiało, że Tomasz coraz bardziej się lękał. Poczuł nagle, że coś, czego nie umiał nazwać, wymykało się jego zdolności pojmowania, zaczął panikować.

– Powiesz mi, do cholery, co się dzieje?! – krzyknął nie mogąc oprzeć się wrażeniu jakby spadał w otchłań szaleństwa.

– Nie unoś się! – powiedział stanowczo kobieta, a mężczyzna stwierdził, że nie może otworzyć ust, jakby ktoś je zakleił. Następnie, niewidzialna siła podcięła mu kolana i upadł na posadzkę.

– A teraz, cieniu glinianego ludzika – powiedziała Morana, jakby chciała zapowiedzieć jakieś ważne wydarzenie lub występ gwiazdy – dowiesz się czegoś o swojej siostrze. Pełznij do lustra.

Jak wąż, mężczyzna zaczął poruszać się we wskazanym kierunku. Kiedy już się tam znalazł jego ręka, jakby sterowana przez kogoś innego, zaczęła zrywać papier. Gdy większość tafli była odsłonięta, Tomasz, z przerażeniem, odkrył, że nie widzi swojego odbicia. Zwierciadło pokazywało mu przeszłość.

+ + + + + +

Najpierw zobaczył siebie jako dziecko, ze wzrokiem utkwionym w lustrze, gdzie odbijały się zwłoki babci Ali. Teraz, patrząc na to wydarzenie, jako widz, zauważył, że z ust nieboszczki wychodzi coś na kształt robaka. Kiedy to coś wyszło miało kształt i nie miało zarazem, a właściwie przyjmowało formę jaką obserwujący chciał widzieć. Tomasz nie umiał tego wytłumaczyć. Wiedział, że cały czas to patrzyło na niego.

– Przedstawiam ci Zmorę – powiedziała Morana. – Moje kochane dziecko.

Tomasz popatrzył na kobietę z pytaniem wypisanym na twarzy.

– Chyba nie myślałeś, że też jestem kawałkiem gleby jak ty i tobie podobni?

Po tej odpowiedzi odwrócił się do lustra, gdzie Zmora przez chwilę unosiła się nad trumną i weszła, przez usta do małego Tomasza. Nie pamiętał tego z dzieciństwa.

– Widzisz, nigdy nie było żadnej siostry. To moja Zmora podsuwała ci ten obraz, żeby łatwiej było ci robić to, co robiłeś.

Wtedy Tomasz zobaczył jak sam podpala sypialnię rodziców i jak sam morduje chłopaka w domu dziecka.

– Po tym, jak zaszlachtowałeś kolegę, co było bardzo zabawne, w twoim życiu pojawił się Tadeusz Iwan.

Doktor Iwan, to on wyciągnął pomocną dłoń do młodzieńca, którego psychikę, od najmłodszych lat, kształtowały ból, zdrada, cierpienie i śmierć. Po wielu latach terapii, Tomasz zaczął czuć się, w końcu, jak normalny człowiek. Uporządkował swoją przeszłość, zdobył zawód, znalazł pracę i ożenił się Julią, dziewczyną poznaną na koncercie. Dwa lata po ślubie urodził im się syn, Adrian. Wolny od brzemienia smutnego dzieciństwa, które jak kamień młyński mogło go zaciągnąć na samo dno, Tomasz stał się naprawdę szczęśliwym człowiekiem.

– Udało ci się uśpić Zmorę. Byłam pod wrażeniem – powiedziała z uznaniem kobieta.

Lustro pokazywało jednak kolejne obrazy, historię starą jak świat. Julia poznała kogoś. Zaczął się romans. Jednak w małym miasteczku, gdzie mieszkali, nic nie mogło się ukryć. Od plotek aż huczało. Tomasz w końcu się dowiedział i jego poukładany świat zaczął się sypać. Stał się na powrót gwałtowny, nieobliczalny, potrafił sprawiać ból. Żona zapowiedziała, że zamierza od niego odejść, z dzieckiem. To obudziło Zmorę. Kochana siostrzyczka przyszła z pomocą.

– Nie przypominasz sobie tego, co? – zapytała Morana. – To stało się jakieś dwie godziny temu. Niestety, twój gliniany móżdżek nie mógł sobie z tym poradzić i nie zapamiętał tego.

Tomasz obserwował jak po cichu wchodzi do sypialni, w której od kilku dni już razem z żoną nie sypiali. W ręku trzymał wielki, ciężki, kamienny moździerz używany w kuchni. Podszedł do wezgłowia łóżka i z wielką siłą uderzył Julię w głowę tak, że na poduszce została tylko krwawa miazga. Ofiara nie zdążyła wydobyć z siebie słowa, a jej ostatnią reakcją były drgawki kończyn. Zaraz potem rozległ się płacz dziecka, zbudzonego przez hałas. Tomasz popatrzył na swoje ręce i na syna po czym wybiegł z sypialni. Zatelefonował na policję, opowiedział co zrobił, po czym z apteczki wyjął leki nasenne i zażył wszystkie.

– Jak ci się podobał seans? – zapytała Morana wyraźnie ubawiona.

Mężczyzna poczuł, że odzyskał głos.

– To, to, to nie może być prawdą – jąkał się. – Przecież to… nic nie rozumiem. Co ty mi zrobiłaś?! – ostatnie pytanie już wykrzyczał.

– Ja, nic, przecież to ty. Sam widziałeś – powiedziała.

– Daj mi już spokój. Dlaczego nie pozwolisz mi umrzeć.

– A kto powiedział, że nie pozwolę?

– Co?

– Widzisz, obecnie leżysz w swoim domu i za chwilę zgaśniesz, jak wszystko w waszym świecie, a twoja duszyczka tutaj zniknie i cierpień nastąpi kres, jednak masz coś, co chciałbym odzyskać.

– Nie rozumiem. Kim ty właściwie jesteś?

– Nawet gdybym ci tłumaczyła tysiąc lat to nie zrozumiesz. W twoim wąskim pojęciu jestem boginią, demonem, aniołem, diabłem czy co tam przez lata sobie powymyślaliście na nasz temat.

Świat Tomasza wirował. Pragnął się obudzić i stwierdzić, że to tylko sen.

– Nie, nie śnisz – powiedziała Morana czytając w jego myślach. – Pocieszę cię jednak. Niebawem umrzesz, a dla was, ludzi, śmierć oznacza koniec i biorąc pod uwagę jak bardzo się męczycie ze sobą za życia, powinna to być dla ciebie dobra wiadomość. Jak to mówicie? Wieczny odpoczynek – to powiedziawszy zaczęła zanosić się śmiechem. – A teraz, czas na finał.

Tomasz zobaczył syna w łóżeczku. Niedaleko leżały zwłoki Julii. Patrzył na ten obraz i czuł, że coś zaraz się wydarzy. Adrian, w pewnym momencie, sprawiał wrażenie, jakby zauważył ojca. Tomasz przypomniał sobie, że w sypialni wisi wielkie lustro, przy szafie na ubrania i to właśnie w nie patrzy syn. W pewnej chwili poczuł, że wszystko traci kształt i faluje, zupełnie jak zegary na obrazie Salvadora Dalí. Nagle, jakaś część oddzieliła się od niego i korzystając z lustra, jak z przejścia, znalazła się w sypialni, a następnie weszła przez usta do Adriana. Wiedział, co się działo. Zmora zamieszkała w następnym dziecku, które patrząc w lustro otworzyło bramę, jednak on nie miał na to wpływu. Czuł jak zaczyna się rozpadać, by w końcu zniknąć, przestać istnieć.

Kilkanaście minut później, wezwana wcześniej policja znalazła pod wskazanym adresem zwłoki mężczyzny i kobiety. Było tam też niemowlę, które uśmiechając się patrzyło w swoje odbicie.

Morana zadowolona odeszła w ciemność.



Mówi się, że zło nie umiera nigdy.

To także prawda.
Źródło: http://www.opowi.pl/siostrzyczka-a14647/
Oceń:
3
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!