Zagubiony

Dodane przez: scroll001, 10.11.2016, 19:45
Reklama:
Potem ujrzałem anioła, zstępującego z nieba, który miał klucz od Czeluści i wielki łańcuch w ręce. I pochwycił Smoka, Węża starodawnego, którym jest diabeł i szatan, i związał go na tysiąc lat. I wtrącił go do Czeluści, i zamknął, i pieczęć nad nim położył, by już nie zwodził narodów, aż tysiąc lat się dopełni. A potem ma być na krótki czas uwolniony.
(Ap, 20)


I


Ściółka leśna wzbijała się w górę pod stopami biegnącego chłopca. Wschodzące słońce, prześwitujące przez korony potężnych sosen, oświetlało opadające powoli liście, igły oraz kurz z ostatnich kilku lat. Trwał chłodny, majowy poranek, co nie przeszkadzało dzieciom z niedalekiej wioski urządzać dzikie gonitwy po leśnych ścieżkach.
- I tak mnie nie dogonisz! - zawołał Maciek, odwracając się przez ramię. - Po co właściwie próbujesz?
- Przypominam, kto przy każdym spotkaniu kładzie cię na rękę. A czemu ty ciągle próbujesz? - odgryzł się przyjaciel Maćka, Tomasz. - Patrz lepiej przed siebie, bo zaraz przytulisz którąś
z tych brzózek. Potrafią być naprawdę twarde, zwłaszcza o tej porze roku.
Maciek odwrócił głowę i przyspieszył.
Uwielbiał przebywać w tym lesie. Czuł wtedy pewien wewnętrzny spokój, kiedy nikt mu nie przeszkadzał, mógł po prostu skupić wzrok na ziemi przed sobą i pogrążyć się w rozmyślaniach. Rodzice nie pochwalali nieróbstwa, więc większość czasu i tak spędzał w gospodarstwie, ale kiedy tylko mógł, wymykał się do lasu i po prostu szedł przed siebie.
Mówią, że leśne ścieżki bywają zdradliwe, zwłaszcza w zimie. Ścieżka, którą biegł Maciek nie była wprawdzie przysypana śniegiem, lecz niewątpliwie prowadziła w nieznane chłopakowi miejsce.
Tym razem, zasłuchany w rytm własnego serca nie usłyszał, kiedy Tomasz wołał, prosząc aby zwolnił. Nie zauważył też, że ziemia pod jego stopami stopniowo stawała się spalona, a miejscami zaczęła spod niej wystawać czarna, wulkaniczna skała. Nie zorientował się, kiedy drzewa przesuwające się po obu stronach jego głowy zmieniły kolor na czarny. Dopiero kiedy zatrzymał się aby odsapnąć, oparł dłonie na kolanach i spuścił wzrok na ziemię pod stopami.
W tym momencie jego ciało przeszył dreszcz, a skórę pokryła gęsia skórka. Bo oto uświadomił sobie, gdzie zaprowadziła go ta ścieżka, której zresztą, gdyby się odwrócił, już by nie zauważył. Przez korony drzew prześwitywało o wiele mniej światła, przez co las wydawał się być mroczny i ponury. Zresztą, byłby taki, nawet, gdyby porozświetlać go latarniami, a to za sprawą drzew, które stanowiły jedyne urozmaicenie terenu. Pomimo gęstego lasu, miejsce to można było nazwać pustkowiem. Ze spalonej, łysej ziemi, wyrastały gładkie, czarne, potężne pnie, na gałęziach rosły zaś duże, sercowate liście o barwie zakrzepłej krwi. Te drzewa nie potrzebowały chlorofilu. Nie ma wody w spalonej ziemi.
Te drzewa potrzebowały krwi.
Ścieżka zawiodła Maćka do lasu, nazywanego Żywym Lasem lub Opacznym Lasem. Starzy ludzie, w swoich opowieściach snutych przy ognisku, wspominają o Pragnącym Lesie. Jakkolwiek by go nie nazwać, pewne było, że lepiej będzie dla chłopca obrócić się o 180 stopni i wracać w kierunku, z którego tu przybył. Jednak, jak to bywa w przypadku lasów, nic nie jest tak proste, na jakie wygląda.

II


A gdy się skończy tysiąc lat, z więzienia swego szatan zostanie zwolniony. I wyjdzie, by omamić narody z czterech narożników ziemi, Goga i Magoga, by ich zgromadzić na bój, a liczba ich jak piasek morski. Wyszli oni na powierzchnię ziemi i otoczyli obóz świętych i miasto umiłowane; a zstąpił ogień od Boga z nieba i pochłonął ich.
(Ap, 20)


Oczywiście, w Żywym Lesie drzewa nie polują na człowieka. Widzieliście kiedyś polujące drzewo? One czekają.
Czekają, aż wiedziony przez zło, zamieszkujące serce Lasu*, człowiek sam spowoduje rozlew krwi.
To na tej ziemi od wieków odbywały się najkrwawsze bitwy.
To tutaj dochodziło do masowych egzekucji.
Lasu tego nie stworzył Bóg. Nawet on nie zostawiłby człowiekowi czegoś tak potwornego.
Według przekazów, niegdyś żyły tu stworzenia zwane Eldarami. Była to wysoce zaawansowana cywilizacja, lubująca się jednak w mrocznych praktykach i eksperymentach.
Legendy głoszą, że pewnego dnia jeden z produktów ich przeklętego labolatorium wyrwał się spod kontroli. Zmiennokształtna masa podobna do cienia, obdarzona inteligencją. Nie posiadała własnych narządów, więc mogła się bez przeszkód replikować.
Tamtego dnia Cień przybrał kształt potężnego słonia, i wydostał się z celi, w której był przetrzymywany, by zaspokajać chore ambicje Eldarów. Niewiele mieli czasu na zastanowienie się, skąd znał formę tego zwierzęcia. Ich władca z pośpiechem godnym podziwu zatuszował całe zdarzenie, jednak po kilku dniach zauważono, że coś jest nie tak. Z labolatorium znikały najróżniejsze obiekty, a na ulicach były widywane różne niespotykane na tym świecie zjawiska.
Ale wtedy było już zbyt późno. Grunt zaczęło pochłaniać zepsucie, wyrastały z niego czarne drzewa, niepodobne do żadnych innych występujących na Ziemi. Po powstałym w niecałe dwa dni lesie krążyły ochydne stworzenia, a każde było unikatowe i szkaradniejsze od poprzednika. Od tamtego czasu nikt nie wie, co działo się z ludem Eldarów. Przekazywana z pokolenia na pokolenie plotka mówi, że ostatni uciekinier zawołał o poświęceniu kapłana Shr’ kaina, który zatrzymał zepsucie. Potem Eldar padł martwy z wycieńczenia, pozostawiając przerażonych chłopów.
A było to ponad pięć wieków temu.
Do dziś zachowały się jedynie wątpliwej wiarygodności legendy, przekazywane z pokolenia na pokolenie. No i oczywiście sam Las.
Zepsucie pochłonęło las na powierzchni około tysiąca hektarów. Ludzie i zwierzęta starali się utrzymywać do niego bezpieczny dystans. Spod granicy nie widać było nic, prócz czarnych pni, ale nikomu nie przyszło do głowy zapuszczać się głębiej.
Poza drwalem Bartłomiejem. Pewnego zimowego wieczora wstał on od stołu w karczmie i oznajmił, że idzie pracować. Należy zaznaczyć, że był już mocno podpity.
Znaleziono go tydzień później, z siekierą wbitą w klatkę piersiową. Wyglądało to na samobójstwo, ale musiałby wykręcić rękę pod bardzo dziwnym kątem.
Ślady krwi prowadziły do najbliższego z Czarnych Drzew.
Nie ulega wątpliwości, że powstałe w wyniku eksperymentów stworzenia dawno już wyzdychały ze starości, lub zostały zabite przez kapłana Eldarów. A przynajmniej nie ulega wątpliwości dla mieszkańców okolicznych wiosek, bo inaczej dawno by się stąd wynieśli. Prawda?


*Chodzi oczywiście o Ten Las. (Duża litera dla odróżnienia, nie bijcie.) (przyp. autora)


III


“Przed tronem – niby szklane morze podobne do kryształu,
a pośrodku tronu i dokoła tronu
cztery Istoty żyjące, pełne oczu z przodu i z tyłu”
(Ap, 4, 6)


Maciek obudził się z potwornym bólem głowy i wszystkich czterech kończyn. Pod sobą czuł gładką, wyszlifowaną, zimną skałę. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętał, była czarna ziemia osuwająca się pod jego stopami. Dookoła panował głęboki półmrok, ale skądś wydobywał się głęboko niebieski blask. Rozejrzał się dookoła i zauważył, że znajduje się w obszernym korytarzu, a krawędzie pomiędzy ścianami a sufitem porasta ogromny, niebieski grzyb. Od razu przyszło do niego wspomnienie z dzieciństwa, kiedy zachorował na zapalenie płuc. Matka zabrała go wtedy do miejscowego guślarza. W jego domu, na wysokim regale, stał słoik z identycznym grzybem, lecz tamten nie wydzielał światła. Teraz we wnętrzu grzyba dało się zauważyć czarne żyłki, którymi przepływała jakaś substancja.
Kiedy jego wzrok przyzwyczaił się już do otoczenia, spostrzegł, że ściany i podłogę pokrywa warstwa kurzu i pyłu tak gruba, że nie było widać, co znajduje się pod spodem.
Podniósł się z trudem i otrzepał z kurzu. Jeden koniec korytarza był zawalony. Pozostawało iść przed siebie.
Szedł od dobrych dziesięciu minut, a korytarz wyglądał tak samo jak na początku. Nagle coś go tknęło. Podszedł do ściany i przejechał po niej dłonią. Zaraz potem odskoczył jak oparzony.
Za szybą, oświetlana blaskiem niebieskiego grzyba, rosnącego w przystosowanych do tego celu pojemnikach, leżała istota, jakiej nigdy w życiu jeszcze nie widział. Była bardzo podobna do człowieka, wzrostu mniej więcej dwóch metrów. Posiadała skórę o brązowofioletowym zabarwieniu. Jej powieki były szeroko rozchylone, ukazując przedziwne oczy o czarnych białkach i srebrzystych tęczówkach, wpatrujące się beznamiętnie w sklepienie. Postać miała bardzo ostre rysy twarzy.
Maciek podszedł do ściany naprzeciwko i otarł ją z kurzu. Jego oczom ukazała się taka sama komora, z prawie identyczną istotą. Miała na sobie czarną togę.Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji, jakby w chwili śmierci spała. Poodsłaniał kilka innych wnęk, a każda wyglądała jak idealna kopia pozostałych. Dziwne stworzenia wyglądały na martwe, ale Maciek nie zauważył żadnych oznak rozkładu. Postanowił iść naprzód.
Po piętnastu minutach wędrówki przed siebie prostym korytarzem, dotarł do potężnych, żelaznych drzwi. A raczej do potężnej, żelaznej futryny, i drzwi leżących na ziemi jakieś dwadzieścia metrów przed nią. Ostrożnie przeszedł po stalowej płycie i skierował się do wejścia. Trafił do dużego, okrągłego pomieszczenia o przekątnej około trzydziestu metrów. Było tam jaśniej niż w korytarzu, a to dlatego, że grzyb pokrywał praktycznie cały sufit, ściany oraz podłogę, i skupiał się na środku pomieszczenia. Maciek przystanął i dotknął tajemniczego organizmu. Okazał się on zadziwiająco miękki w dotyku, ale jednocześnie sprawiał wrażenie bardzo wytrzymałego. Z braku innego wyjścia, Maciek podszedł do miejsca, z którego rozprzestrzeniał się grzyb.
Na środku stała trumna.
Zwykła, niewyszukana ludzka trumna, w jakich chowa się zmarłych. Była ciasno otulona niebieskim, świecącym jaśniej niż w innych miejscach grzybem. Także czarne żyłki były jakby grubsze. Przyglądając się, Maciek zauważył, jak pulsują, kilka razy na minutę. Był ciekawy, co znajduje się w dębowej skrzyni, lecz strach przed tym co mógł tam ujrzeć zwyciężył. Odsunął się, i począł badać ściany. Okazało się, że grzyb porasta praktycznie każdą wolną przestrzeń, lecz w jednym miejscu widnieje w nim dziwna bruzda. Złapał za krawędzie i spróbował ją rozchylić, lecz nic to nie dało. Zrezygnowany, usiadł przy ścianie i zapłakał. Tęsknił za swoją wioską, rodziną, przyjaciółmi, nawet jeśli czasem miał ich wszystkich dość. Ale przede wszystkim się bał. Słyszał legendy o Lesie, o ludzie, który żył tu wieki temu.Oraz o katastrofie, która go dotknęła. Podejrzewał, że istoty, które widział w korytarzu, to właśnie Eldarowie. Bał się tego miejsca. Niepokoiło go, ale też trochę ciekawiło. Ludzie powtarzali, że wszyscy Eldarowie zginęli zabici przez potwory, które sami stworzyli.
Pomyślał, że jeżeli kontynuuje siedzenie pod ścianą, to nie wydostanie się z tego miejsca na sto procent. Poza tym, bardzo ciekawiła go zawartość trumny stojącej na środku.
Powiadają, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
Ale Maciek nie miał wyjścia. Podszedł do dębowej skrzyni i przesunął wieko.
Okazało się zadziwiająco lekkie.
Wyobrażał sobie różne wersje tego, co może zobaczyć w środku, ale tego nie mógł się spodziewać.
We wnętrzu trumny spoczywał człowiek, trudny już do wyodrębnienia z grzyba, który wypełniał absolutnie całą trumnę. Jako, że galaretowata masa była półprzezroczysta, dało się zauważyć wszystkie narządy wewnętrzne oraz kości. Wyglądało to tak, jakby skóra oraz mięśnie zmieniły się w błękitną masę.
W miejscu, gdzie powinno znajdować się serce człowieka, grzyb był rozchylony, ukazując duży, błękitny kamień. Pulsował on regularnym światłem, a w jego wnętrzu kotłowało się coś na kształt płynnego cienia. W tym punkcie zbiegały się wszystkie czarne arterie. Wiedziony przeczuciem, Maciek sięgnął po kamień, i wyrwał go z wgłębienia.
W tym momencie niebieskawe światło zgasło. Szpara na końcu pomieszczenia rozchyliła się, ukazując korytarz oświetlony światłem słońca.
A zza pleców Maćka dobiegł dźwięk szybkich kroków…


IV


Rogoźno było małą wioską, tulącą się do ściany gęstego lasu. Z drugiej swojej strony miało bezkresne równiny, od których oddzielała wieś tylko mała rzeczka oraz kilka zagajników. W promieniu kilkunastu kilometrów nie znajdowało się żadne wzniesienie wyższe aniżeli jeden metr względem ziemi, przez co Rogoźno smagane było ciągłymi wiatrami od strony wschodniej.
Mieszkańcy, w liczbie nieprzekraczającej dwustu, trudnili się w większości uprawą ziemi na równinach, oraz zbieractwem, korzystając z dobrodziejstw lasu.
Na rzeczonych dwustu mieszkańców przypadała jedna gospoda, jedna kuźnia, jeden młynarz, piekarnia, jeden sołtys, bednarz, jedna zielarka, jeden guślarz, jeden kapłan, jeden idiota, jedna wdowa, dwie dziwki, trzy dziewice, czterech żołnierzy, pięciu pijaków, trzy świnie, osiem psów, cztery koty, trzydzieści koni, dziewiętnaście krów oraz około piętnaście owiec (pasterz został wliczony w poczet pięciu pijaków). Poza tym kobiety i dzieci.
Z tego prostego rachunku wynika, że w wiosce mieszkało trzydziestu normalnych chłopów, a każdy miał rodzinę. Rogoźno od czasu do czasu odwiedzała grupa żołnierzy, którzy mieli zebrać podatki; na ten czas ilość mieszkańców garnizonu wzrastała do ośmiu, liczba dziwek do trzech, za to populacja dziewic i wdów malała, by odnowić się wraz z upływem czasu.
Rogoźno liczyło sobie zatem nieco ponad trzydzieści domów, głównie trzy- czteroizbowych chatynek. Przez sam środek, prostopadle do lasu biegł gościniec, który kilkaset metrów za wsią skręcał w stronę północnego wschodu.
Po upalnym, lecz deszczowym lecie przychodziła chłodna jesień, następnie mroźna, śnieżna zima, po niej (pachnąca… Wiosną?) wiosna i kolejne lato. Była to jedna z tych wsi, dla których czas zdawał się zapętlać, a kolejne lata odróżniały od siebie jedynie rozmiar brzucha sołtysa oraz populacja stada owiec.


V


Rogoźno, jak można się domyślić, było rodzinną wioską Maćka. Oczywiście, tak naprawdę było rodzinną wioską wielu Maćków, lecz my mówimy o Maćku, synu Andrzeja.
Andrzeja, który w tym momencie był bardzo, ale to bardzo wściekły.
-Gdzie ty się włóczysz? - twarz ojca Maćka przybrała barwę szlachetnej purpury. - Czy widzisz, jak wyglądasz? My tu z matką umieramy ze strachu o ciebie, a ty urządzasz sobie wyprawy po lesie?!
-Ale tato…
-Nie mówiąc już o tym, że krowy przeciesz same się nie wypasą! - kontynuował swoją tyradę Andrzej. - Za karę przez najbliższe dwa tygodnie nie będziesz miał ani minuty wolnego czasu. A teraz idź się wyspać, bo z samego rana trzeba iść do Kamila Bednarza po beczkę na kiszoną kapustę. I żadnych ale!
Przed snem Maciek wyjął z kieszeni błękitny klejnot, emanujący łagodnym światłem. Przyglądał się dłuższą chwilę kotłującej się czarnej masie w jego wnętrzu, po czym schował go pod siennikiem.


VI


Odgłos kroków nieubłaganie się zbliżał, zdawał się także narastać, jakby po kamiennej podłodze szło szybkim krokiem coraz więcej osób. Maciek do zachęty nie potrzebował nic więcej. Schował kamień do kieszeni, rzucił ostatnie spojrzenie zwłokom w trumnie i pobiegł w stronę światła.
Tunel okazał się być dłuższy niż Maciek początkowo zakładał, a światło wydobywało się z malutkich okienek, umieszczonych na suficie, przez które można było zobaczyć niebo. Ściany wykonane były ze stali i nie sprawiały wrażenia, jakby to miejsce kiedykolwiek było opuszczone.
Na końcu korytarza znajdowały się drzwi, zabezpieczone potężnym zamkiem. Maciek chwycił za koło otwierające zasuwę i z wielkim trudem począł przekręcać ją w lewo. Stary mechanizm początkową przesuwający się z wielkim oporem, wkrótce rozpędził się i otwierał bardzo sprawnie.
Nagle Maciek usłyszał kroki zaraz za sobą. Nieomal nie krzyknął, ale był już bliski otwarcia zamka, więc pokryty gęsią skórką przekręcił koło o brakujące pół obrotu, pchnął z całej siły wrota, które uchyliły się z zadziwiającą lekkością i wybiegł do Lasu skąpanego w popołudniowym świetle. Obrócił się jeszcze przez ramię, chociaż wiedział, co może ujrzeć.
W drzwiach stał, wbijając w Maćka swoje przenikliwe, srebrne oczy jeden z Eldarów.


VII




“dusz jest stanowczo za mało
jak na całą ludzkość”
(Z. Herbert, “Dusza Pana Cogito)


Maciek obudził się zlany zimnym potem. Wydawało mu się, że wciąż czuje na sobie wzrok dziwnej istoty. Wtedy, w Lesie, przyglądała mu się niby sroka błyskotkom. Chłopca przechodziły ciarki na myśl o tym, że jest ich więcej, reliktów minionych epok, stworzeń, które do tej pory dla większości ludzi były tylko postaciami z historii opowiadanych przy dźwięku trzaskającego drewna w kominku, podczas długich, zimowych wieczorów.
Kiedy się obudził było jeszcze całkowicie ciemno, lecz teraz słońce zaczynało już swój codzienny, odwieczny obchód po niebie. Maciek z ociąganiem wstał z łóżka, ubrał się w zwykłe spodnie i lnianą koszulę po czym wyszedł na dwór.
Zapowiadała się piękna pogoda, na niebie nie było widać najmniejszej chmurki. Wioska już rozbrzmiewała odgłosami codzienności: z kuźni niósł się dźwięk żelaza uderzającego żelazo, a z pastwisk dochodziło beczenie owiec i muczenie krów. Ktoś przygrywał na skrzypcach, ktoś kłócił się z sąsiadem, dzieci wydawały radosne okrzyki.
Maciek przypomniał sobie wczorajsze słowa ojca i pospieszył gościńcem do domu Bednarzy, znajdującego się nieopodal rzeczki zwanej Raj. Była to bogata rodzina, mieszkali więc blisko domu sołtysa. Ich dom otaczał równy, drewniany, malowany płot. Także sam budynek był niczego sobie, duży i wybielony, ze strychem. Okazale prezentowała się też stodoła (mało kogo we wsi stać było na stodołę, więc w tych warunkach każda wydałaby się okazała) stanowiąca mieszkanie aż dwóch koni i trzech świń.
Marek zapukał do drzwi, pomalowanych w kręte ludowe wzory. Otworzyła mu je starsza kobiecina w chustce zawiązanej na głowie. Była to teściowa Kamila Bednarza, powszechnie uważana za osobę, z którą wypada zamienić kilka słów w dzień targowy, a czasem i podarować jakiś drobiazg, ale pod żadnym pozorem nie wchodzić w głębszą dyskusję. Wyjście awaryjne stanowiły w tym przypadku zwroty typu: “Pani wybaczy, pani Jadwigo, ale pełno roboty w domu mam, dziecka same zostały, miłego dnia życzę!”.
-Dzień dobry! - odezwał się Maciek.
- A dobry, dobry. Czego tu szukasz? - łypnęła podejrzliwie okiem.
- Ja przyszedłem po beczkę, ojciec przedwczorem zamawiał. Przyniosłem zapłatę - dodał, pokazując koszyk z jajami, wręczony mu przez ojca.
- Syneeek! - staruszka na pierwszy rzut oka nie wyglądała na kogoś, kto mógłby krzyczeć tak donośnie.
Po chwili w drzwiach pokazał się Kamil we własnej osobie. Po krótkiej wymianie zdań zaprowadził Maćka na tył domu, gdzie pracował przy słonecznej pogodzie. Biorąc pod uwagę, czym się zajmował, było tam zaskakująco schludnie. Pod ścianą domu piętrzyły się klepki oraz obręcze, kawałek dalej stała szeroka ława z poukładanymi narzędziami oraz krzesła. Obok ustawiono w równym rzędzie gotowe beczki. Jedne dębowe, inne bukowe*, a niektóre z rdzawego, błyszczącego drewna, nieznanego Maćkowi gatunku. Bednarz wziął zapłatę i przekazał Maćkowi jedną z nich. Chłopiec chcąc ułatwić transport przewrócił beczkę na bok i począł turlać ją do domu. Przystanął na moment, jakby chcąc sobie o czymś przypomnieć, ale po chwili wzruszył ramionami i poszedł dalej.


*Kompletnie nie znam się na drewnie, więc przepraszam, jeśli piszę głupoty.


VIII


“Zrozumieć śmierć? Proszę bardzo. Śmierć przychodzi wtedy, kiedy dopadnie cię któryś z potworów.”
(S. King, “Miasteczko Salem”)


Światło księżyca przebijające się przez korony drzew rozświetlało wąską ścieżkę. Dwie niskie postacie przemierzały energicznym krokiem drogę
z leśnej kapliczki do wioski.
-Paweł, daleko jeszcze? - marudził jak zwykle młodszy brat Pawła, Marek.
-Przecież idziemy tędy tysięczny raz. No właśnie, idziemy tędy tysięczny raz, a ty chyba nie wiesz nic o tym miejscu! - brat zaczynał mocno działać Pawłowi na nerwy. - Wiesz, że wszędzie dookoła ścieżki są lotne piaski? Wystarczy, że lekko zboczysz z drogi, a już możesz zostać przez nie uwięziony. A w takim lesie jak ten, trzebaby niebywałego szczęścia, aby ktoś usłyszał twoje wrzaski.
-Kłamiesz. Przecież w lasach nie ma lotnych piasków! - rzucił Marek, jednak ukradkiem rozejrzał się dookoła.
-No pewnie, że są! Tylko ukryte pod ściółką, więc niemożliwe do zauważenia. Pewnie słyszałeś o chłopcu, który tu zginął.
-Ch-chłopcu?
Na twarzy Pawła pojawił się wyraz satysfakcji.
-Pewnego dnia mały chłopiec, taki jak ty, szedł tą ścieżką, lecz zauważył krzak bardzo dorodnych jeżyn. Zboczył więc ze szlaku i powędrował w stronę krzewu. Jednak po drodze leżały ruchome piaski, więc w nich ugrzązł. Najpierw po łydki, później po kolana. Zanim zdradliwy piasek pochłonął go całego, minęło dobre pięć godzin. Im bardziej się rzucał, tym szybciej grunt się pod nim zapadał. Cały ten czas chłopiec krzyczał, aż w końcu gardło miał całkowicie zdarte, lecz nikt go nie słyszał, drzewa tłumiły dźwięk. Teraz duch chłopca nawiedza tę okolicę, aby być przestrogą dla takich wkurzających dzieciaków jak ty.
-Nie mów tak - Marek nawet nie starał się ukrywać strachu. - Boję się.
Paweł zamilkł, gdyż sam miał duszę na ramieniu. Coś mu się nie podobało. Las o tej porze powinien tętnić życiem, nocne ptaki powinny pohukiwać, świerszcze powinny wygrywać swoje melodie, wolałby nawet usłyszeć wycie wilków.
Nagle młodszy brat złapał go za rękę.
-Paweł! Ja go widziałem! - teraz był już na prawdę przerażony.
-Kogo?
-Ducha tego chłopca, o którym opowiadałeś. Widziałem go!
-Nie bądź głupi, zmyśliłem tę historyjkę na poczekaniu. Następnym razem nie nawijaj całą drogę o tym, jak to pięknie wyglądają gwiazdy.
-Ale ja go widziałem. To znaczy, widziałem jego oczy. Patrzyły na mnie z lasu. Były duże i świecące.
Księżyc zaszedł za chmury, noc stała się o wiele ciemniejsza. W oddali Paweł widział już światła wioski, dało się nawet uchwycić odgłosy zwierząt czy nawoływania mieszkańców wsi.
“Jeszcze tylko czterysta metrów”, pomyślał. “Jeszcze chwila i będziemy siedzieć przy kominku, słuchając bajek Babki. Ona zna świetne historie, chociaż niektóre powtarza po kilkanaście razy”.
I w tym momencie świat zalała ciemność.


Ciąg Dalszy Nastąpi
Źródło: Michał Wyczarski
Oceń:
3
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!