Ostatni bal pana Tissou

Dodane przez: pariah777, 16.11.2016, 22:20
Reklama:
Wszyscy zgromadzili się w hallu. Pan Tissou stanął na podeście przed tłumem gości i zaczął wodzić wzrokiem po uśmiechniętych twarzach, po kieliszkach szampana trzymanych w dłoniach, po papierosach przytkniętych do ust. Oddychał głęboko, chcąc nabrać w płuca jak najwięcej tej wspaniałej atmosfery. Aż mu policzki poczerwieniały, a oczy zalśniły od łez wzruszenia. Kiedy otworzył usta, by zabrać głos, przez pierwsze kilka sekund nie mógł wycisnąć z siebie ani słówka.
– Kochani... – wystękał wreszcie. – Wpadając na pomysł zorganizowania dzisiejszego balu, nie sądziłem, że... że ten pomysł, ta idea ma jakąś szansę zaistnienia w rzeczywistości. A teraz... Sami widzicie, co jest teraz... Tak więc bawmy się!
Po tym, jak padły ostatnie słowa, tłum zaczął bić brawo. Niektórzy wręcz krzyczeli z radości. Wystrzeliły rozlokowane w kątach armatki z konfetti. Na ten sygnał otworzono dwoje drzwi, tym samym dając gościom do dyspozycji dwa skrzydła pałacu. W wyniku tego uczestnicy zabawy utworzyli z siebie dwa strumyki, pędzące w przeciwne strony, próbując czym prędzej opuścić hall. Wkrótce w obszernym pomieszczeniu ostał się jedynie pan Tissou, wciąż sterczący na swoim podeście. Jego radość gdzieś uleciała, a na jej miejsce wpełzła przytłaczająca samotność. Stary, siwy już mężczyzna zszedł na podłogę i krocząc dumnie skierował się ku wyjściu. Zza jego pleców jeszcze przez moment dochodziły śmiechy, muzyka, wesołe okrzyki, lecz wreszcie wymknął się poza ich zasięg. Wtedy spojrzał ku górze. Niebo było czyste, niezasnute ani jedną chmurą. Jaśniały na nim gwiazdy. A pośród nich – księżyc w pełni. Pan Tissou ukląkł i złożył dłonie do modlitwy.
– Proszę, wybacz nam – wyszeptał. – Mówię to za nas wszystkich, jako ostatni, który tu stoi.
To rzekłszy, przeżegnał się i wstał. Wrócił do pałacu i zamknął za sobą drzwi na klucz.

– Czy jesteście gotowi? Czy jesteście, kurwa, gotowi, by pourywało wam dupska!? – krzyknął młodzieniec przez mikrofon.
Pod sceną zawrzało. Perkusista wystukał pałeczkami rytm, po czym głośniki ryknęły. Ciężkie, przesterowane brzmienie gitar rozlało się po całej sali koncertowej, a dudnienie basu przelazło nawet przez ściany, co odczuli goście w innych pomieszczeniach. Ale nikomu to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, przybyło ochotników do pogo. Ludzie wrzeszczeli razem z wokalistą, próbując śpiewać covery znanych metalowych zespołów. Ktoś, czując, jak ciepło zalewa mu twarz, postanowił wydostać się z zawieruchy. Przebrnął przez chaotyczny tłum i znalazł się na korytarzu, wciąż nieco oszołomiony.
– Chryste, pokaż się – zaczepiła go nieznajoma.
Z grymasem dał sobie obejrzeć twarz.
– Chyba będziesz żył – skonstatowała. – Trzeba tylko coś zrobić z tą krwią lejącą się z twojego nosa, bo nie wygląda ona zbyt estetycznie.
– A z kim mam przyjemność? – zapytał.
– Mów mi Ann.
– Lubisz to imię? – zdziwił się.
– Nie, ale po co wybierać dłuższe? Nikt dłuższego dziś nie zapamięta, a tak, to może ktoś mnie jeszcze wspomni.
– Sprytnie. Ja swojego jakoś nie wybrałem. Nie sądziłem, że będę się tu komuś przedstawiał.
– Coś ci wymyślimy – odparła rozbawiona. – Ale najpierw chodź, trzeba się tobą zaopiekować.
Chwyciła go za rękę i zaczęła prowadzić, rozglądając się na boki. Mrużyła oczy za każdym razem, gdy dojrzała jakieś drzwi, próbując rozszyfrować, czy nie prowadzą one czasem do łazienki. Szli w przyjaznym milczeniu, jakby nie chcieli rozpoczynać rozmowy dopóki kwestia krwawiącego nosa nie będzie rozwiązana.

Wreszcie, dzięki wskazówkom kogoś z obsługi, trafili we właściwe miejsce. Dziewczyna, ponieważ była za młoda na miano kobiety, delikatnie starła ręcznikiem krew z twarzy mężczyzny, po czym podała mu zwitek papieru toaletowego, by przytknął sobie do nosa.
– Ile masz lat? – odezwał się po chwili bacznej obserwacji swojej towarzyszki.
– Siedemnaście.
Jej odpowiedź ukłuła go prosto w serce.
– Miałabyś jeszcze tyle przed sobą... – wymamrotał.
– Myślę, że tej nocy wydarzy się więcej niż przez te siedemnaście lat.
– Póki co to jedynie opiekujesz się jakimś frajerem – zauważył. – Nie wiem, czy warto na to tracić czas, skoro twój jest nawet, rzekłbym, podwójnie cenny.
Uśmiechnęła się uroczo. Była wyjątkowo atrakcyjna. Jej niebieskie oczy współgrały z kruczoczarnymi prostymi włosami. Miała na sobie lekką granatową suknię.
– Więc chodźmy się zabawić – zaproponowała.
– Skoro chcesz.

Znów znaleźli się na korytarzu. Ściany aż pękały od łomotu, którym przesiąkł cały budynek. Skądś dały się słyszeć imprezowe kawałki, skądinąd dobiegały metalowe riffy. Tak że na korytarzu, będącym łącznikiem między przeróżnymi, niekiedy przeciwnymi sobie, strefami muzyki, panował jeden wielki miszmasz.
– Zobaczmy, co jest na końcu – zdecydowała Ann.
Po drodze zajrzeli do jednego pokoju, gdzie z pozoru panowała cisza. Okazało się, że trwa tam uczta. Ogromny stół aż uginał się od liczby potraw. Makarony, ryby, sałatki ze wszystkich zakątków świata. Dookoła niego, niczym szczury, kręcili się ociekający tłuszczem ludzie o obwisłych twarzach. Nikt nie bawił się w używanie sztućców, każdy brał co popadnie i pakował sobie zdobycz do ust, i tak w kółko, aż nie został odepchnięty od koryta. Wtedy musiał łokciami odbić swoje miejsce. Nikt nawet nie zauważył dwójki, oglądającej tę ucztę z odrazą na twarzach. Ann pociągnęła swojego towarzysza w tył, nie chcąc już dalej być świadkiem tego zdziczenia.
– Zwierzęta – burknęła, wznowiwszy wędrówkę.
– Każdy świętuje jak zechce – odparł.
– To jest chore... Zajmijmy się czymś przyjemniejszym. Może wymyślimy ci imię? Może James? Lubię je.
Wzruszył ramionami, zgadzając się.
– A zatem miło mi cię poznać, Jamesie.

– Hej, wy! – zawołał za nimi jakiś obdartus. – Chodźcie, chodźcie!
Machał dłonią w kierunku uchylonych drzwi. Zdawał się nienaturalnie ruchliwy, ożywiony. Ann spojrzała na Jamesa, a James na Ann.
– Czemu nie – powiedział mężczyzna.
Nieznajomy wprowadził ich do pomieszczenia, gdzie akurat ustawiano krzesła w okrąg. Zaczęto na nich siadać. Pozostały dwa miejsca wolne, przeznaczone dla nowo przybyłych. Ci usiedli niepewnie, wciąż rozglądając się dookoła.
– Co tu się będzie działo? – zapytał James, szturchnąwszy starca siedzącego obok.
Ten, zamiast mu udzielić wyjaśnień, tylko go uciszył. Każdy zdawał się wyczekiwać na coś z niepokojem. Ann również próbowała się czegoś dowiedzieć, lecz na próżno. Wtedy oboje zaczęli żałować, że skorzystali z zaproszenia nieznajomego.
– Krótkie przypomnienie zasad – zabrał głos mężczyzna z dwoma rewolwerami w dłoni, wystąpiwszy na środek okręgu – panie celują sobie w głowę, mężczyźni w stopę. Żadnego oszukiwania podczas kręcenia bębenkiem. Nabój jest tylko jeden. Od teraz nikt się stąd nie rusza, aż do zakończenia rundy, bo zostanie zastrzelony bez ostrzeżenia.
– Co, kurwa...? – jęknął James.
– Ani słowa! – zakomenderował prowadzący.
A następnie położył broń na podłodze. Zakręcił nią, a ta lufą wskazała kobietę siedzącą obok Ann. Wylosowana chwyciła rewolwer, zakręciła bębenkiem, przytknęła sobie rewolwer do skroni i, przełknąwszy ślinę, pociągnęła za spust. Odetchnęła. Wszyscy inni natomiast stali się jeszcze bardziej nerwowi.
– Teraz twoja kolej – zwrócił się do Ann kierownik zabawy.
Dziewczyna cała drżała i nie była w stanie nawet złapać za broń. Przez moment chciała się poderwać do ucieczki, lecz przypomniała sobie zasady. I już nie wiedziała, co robić, więc po prostu siedziała, martwa w środku.
– To twoja partnerka?
Pytanie skierowane było do Jamesa. Ten lękliwie skinął głową.
– Zatem ty kręcisz i strzelasz za nią – zarządził prowadzący.
Mężczyzna chwycił rewolwer. Ze łzami w oczach i moczem ściekającym po nogawkach, skierował lufę na własną głowę.
– Nie, idioto. Strzelasz w nią!
Nie potrafił zrozumieć tego rozkazu, więc tylko wpatrywał się tępo w faceta na środku, wymachującego nerwowo swoją bronią.
– Dawaj to, nieudaczniku! – ten się zdenerwował wreszcie.
Wyrwał rewolwer Jamesowi, zakręcił bębenkiem, wycelował w Ann i pociągnął za spust. Nie wystrzeliło. Uczynił to tak szybko, że dziewczyna prawdopodobnie nawet nie zauważyła, co się stało. Ponownie zakręcił bębenkiem i tym razem za cel obrał stopę Jamesa. Wystrzeliło. Mężczyzna wrzasnął i osunął się na podłogę.
– O kurwa! – powtarzał, łapiąc się za broczącą krwią ranę. – Kurwa, kurwa, kurwa...
– No i mamy pierwszego przegranego! Niestety, to nie kobieta, więc panowie musicie uspokoić swoje nieczyste żądze. Panie za to mogą się napatrzeć, jak ten podły samiec wije się z bólu! Runda pierwsza zakończona!
Ann momentalnie otrzeźwiała i uklękła obok swojego towarzysza. Z heroicznym wysiłkiem pomogła mu wstać, po czym wyprowadziła go z pomieszczenia.

– Cholera, co za gówno – wyzywał, kuląc się z bólu pod ścianą.
– Coś z tym trzeba zrobić – zawyrokowała dziewczyna. – Ale ja nie jestem lekarką, nie wiem, co, nie wiem, nie wiem.
Była nieobecna, jakby nie chciała widzieć cierpienia. Albo tak się tylko zdawało bezradnemu Jamesowi, który coraz bardziej oddalał się od wszystkiego. Pomyślał, że być może już umiera, ale szybko przegonił tę myśl. To tylko draśnięcie, zaczął sobie bohatersko wmawiać.
– Zostaw mnie, dam sobie radę – rzekł bojowo po chwili namysłu. – Idź, baw się. To twoja noc.
– Gdzie ja mam iść? Boję się, to nie tak miało wyglądać...
Przyciągnął ją do siebie i objął, próbując uspokoić.
– Mieliśmy pecha, ale przecież są tu jeszcze normalni ludzie.
Wtem za drzwiami rewolwer znów wystrzelił, ironicznie przytakując słowom mężczyzny. Ann aż zadrżała.
– Nie zostawię cię – podjęła decyzję.
– Jesteś głupia.
– Biedaku ty mój! – krzyknęła nagle kobieta przechodząca obok, zataczając się. – Proszę, to ci pomoże, pij, pij...
Wręczyła mu butelkę wódki, po czym ruszyła dalej. On uważnie obejrzał napój, po czym wlał w siebie kilka łyków.
– Nic innego mi chyba nie pozostaje, niż się tylko schlać.
Dziewczyna również się napiła. Oboje usiedli pod ścianą.
– Czemu tu w ogóle przyszłaś? – zapytał.
– Moi rodzice zginęli. Co ja sama miałam zrobić? Uciekać? Jaki lepszy los by mnie czekał?
– Racja. Świat oszalał.
– A ty?
– Podobnie. Zbrzydło mi już moje życie. Jestem nieudacznikiem, niczego nie dokonałem i nic więcej też bym nie dokonał. Chciałem je chociaż zakończyć z przytupem. A kończę... No, jak prawdziwy nieudacznik.
– Nie mów tak...
Drzwi do pokoju hazardzistów się otworzyły. Niektórzy z mężczyzn jeszcze dopinali rozporki, uśmiechając się przy tym triumfalnie, kobiety natomiast wyglądały na nieco bardziej przygnębione. Na końcu wyszedł prowadzący trzymający swoje dwa rewolwery. Puścił oczko Jamesowi i odmaszerował.
– Co tam się stało? – zaciekawiła się Ann.
– Chyba nie chcemy wiedzieć – odparł jej przyjaciel, który domyślał się, dlaczego wśród wychodzących brakowało kobiety, która jako pierwsza zakręciła bębenkiem. Domyślał się również, co później się z nią stało.

Pan Tissou siedział tymczasem w swoim pokoju. Miał tam wstęp tylko on. Dzięki kamerom mógł podglądać, jakie formy przybiera zabawa w poszczególnych miejscach. Gapił się więc w ścianę monitorów, zastanawiając się, która orgia go bardziej obrzydza, gdzie ludzie są najmniej ludźmi. Tylko w nielicznych pomieszczeniach gościom udało się zachować godność podczas ich ostatnich chwil. I choć cały ten widok napełniał pana Tissou wyrzutami sumienia oraz obrzydzeniem, to jednak przynosił również ulgę, ponieważ wkrótce wszystko miało wylecieć w powietrze. A dzięki temu, kiedy ludzkość zacznie się mierzyć z zadaniem odbudowy świata, wszelcy zwyrodnialcy będą leżeć rozczłonkowani właśnie tutaj, w tym pałacyku. Zatem pan Tissou ostatecznie odczuwał dumę, gdyż poświęcał się, by wszyscy mogli być szczęśliwi. I ci normalni, będący setki kilometrów stąd, i ci niegodziwi, którzy zdecydowali się zostać, by pobawić się bez żadnych ograniczeń przez tę jedną noc.
Wszystko się zmieniło, kiedy do drzwi pałacu zapukali wojskowi. Pan Tissou natychmiast się poderwał i pobiegł otworzyć.
– O co chodzi? – zapytał kompletnie zdziwiony obecnością tych ludzi.
– Ryzyko minęło. Ogłoszono pokój. Niech pan powie gościom, że mogą spać spokojnie.
– Ale... ale... Czy to znaczy, że to całe miejsce nie zostanie zrównane z ziemią?
– Zagrożenia już nie ma. Wkrótce na te tereny wrócą ewakuowani mieszkańcy.
– To jakiś żart?
– Nie. Wojna się skończyła. A teraz, pan wybaczy, jednym z naszych zadań było poinformowanie pana, lecz mamy także inne.
Kiwnął głową, po czym zamknął drzwi. Wrócił ledwie przytomny do swojej kanciapy. Nie wiedział, co miał dalej robić. Spojrzał bezsilnie na ekrany.
– Nie możecie stąd wyjść, bestie pierdolone – syknął.

Ann i James czekali. Nie pozostało im nic innego. Nawet butelka już została opróżniona, przez co tej dwójce udzielił się wesoły nastrój. Siedzieli wtuleni w siebie, rozmawiając o głupotach. Czasem minął ich jakiś pijak, czasem ktoś naćpany. Wielu ludzi łaziło korytarzem, szukając rozrywek. Lecz jedna osoba zasługiwała na szczególną uwagę. Był nią pan Tissou. W dłoniach trzymał karabin, a kieszenie miał wypełnione magazynkami. Spojrzał on na Ann, potem na Jamesa i przystanął. Wygrzebał coś z kieszeni, a następnie rzucił to rannemu mężczyźnie pod nogi.
– Idźcie. Tylko zamknijcie za sobą. Koniec wojny.
To rzekłszy, ruszył dalej.
– Kluczyk – zauważyła dziewczyna, podniósłszy przedmiot. – Ale o co chodzi?
– Domyślam się – odpowiedział James, wpatrując się w odchodzącego pana Tissou. – Lepiej się ruszmy.

Otworzył drzwi. Wycelował w kłębowisko nagich, wijących się na sobie ciał, i rozpoczął ostrzał. Z zakrwawionej masy ludzkiej zaczęły odpadać pojedyncze osobniki, które albo rzucały się na bok, próbując umknąć, albo szarżowały na strzelca. Wszystko na próżno, gdyż grad kul bił nieubłaganie, bezlitośnie. Wkrótce drzwi się zamknęły, a w pomieszczeniu dało się słyszeć jedynie ciurkanie wyciekającej krwi.
Otworzył następne drzwi.

– A to kto?
– Cholera wie, ale chyba będą potrzebowali pomocy.
Dwóch żołnierzy ruszyło w kierunku zataczającej się pary.
– Żadnego bombardowania!? – krzyknął pijany James.
– Mamy pokój! – odkrzyknęli mu.
Spojrzał na Ann, po czym wtulił się w nią.
– Chyba dostaliśmy drugą szansę – szepnęła.


Tymczasem pewien człowiek siedział, całkowicie odprężony w swoim gabinecie, paląc cygaro. Zerkał od czasu do czasu na zegarek, jakby czegoś leniwie wyczekiwał. W pewnym momencie rozległo się pukanie i wszedł starzec w wojskowym mundurze.
– Odpalone.
– Świetnie.
– Jesteśmy kłamcami. Zhańbiliśmy ludzkość.
– Nie. Tej ludzkości to my oddaliśmy przysługę.
– W ten sposób?
– Tak. Z ludźmi trzeba jak ze szczurami. Zagonić w jeden kąt, gdzie pomyślą, że są bezpieczni i... puf, załatwione.


– Straciliśmy łączność z bazą – rzekł żołnierz.
– Nie rozumiem, co się dzieje – odparł drugi.
James i Ann ich nie słyszeli, bo leżeli na prowizorycznym łóżku, wtulając się w siebie. Nieświadomi, szczęśliwi.
Przynajmniej na razie.
Źródło: Własne opowiadanie.
Oceń:
1
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!