Nocna zamieć w Bieszczadach

Dodane przez: themadcranberry, 26.11.2016, 18:15
Reklama:
Gęsta, drobna mżawka spadała pod kątem na ziemię, mieszając się z grubymi płatkami śniegu w mdłym, mrugającym świetle starej, przydrożnej latarni, którą utrzymywać w pionie zdawała się tylko cienka warstwa pokrywającego ją lodu. Mocny wiatr podrywał śnieżynki w górę, miotał nimi i szarpał, a było ich tak wiele, że bez gogli narciarskich nie dało się tej nocy zbyt wiele zobaczyć. Rozszalały wicher zmiatał warstwy sypkiego śniegu pokrywające bielące się w ciemności zaspy i zwiewał biały puch z koron rozłożystych jodeł rosnących przy drogę.
Grube chmury wisiały nisko nad ziemią, całkowicie zasłaniając księżyc, ale noc wydawała się jasna za sprawą kilkunastu centymetrów śniegu pokrywającego łagodny, bardzo długi i szeroki stok niewielkiego pagórka wznoszący się zaraz przy drodze, po przeciwnej stronie latarni, nad którą zwieszały się pobielone przez śnieg gałęzie jodeł. Na szczycie pagórka ledwie dało się dostrzec poczerniały, przegniły szkielet jakiejś drewnianej konstrukcji i szczątki kamiennego murka.
Tak na zboczu, jak i na drodze nie widać było żadnych śladów, oprócz niewyraźnego śladu po przejeżdżającym przed godzinami samochodzie, przysypanego przez śnieg. Mrok nocy rozpraszała jedynie owa rachityczna, lekko przekrzywiona latarnia stojąca przy drodze.
Kilkadziesiąt metrów od latarni, w zaspie między drzewami leżała ubrana w grubą szarą kurtkę postać. Mężczyzna odsunął od oczu lornetkę i odetchnął głęboko, czego natychmiast pożałował. Zimno było niemiłosiernie, ale obserwator był dobrze przygotowany do panujących tej nocy warunków. Spojrzał na zegarek. No tak, spóźniał się, ale to spóźnianie nie było przecież niczym nowym.
Sekundy mijały niemiłosiernie powoli. 5 minut spóźnienia, dziesięć, piętnaście, już, już zaraz będzie dwadzieścia...jest.
Do wyjącego głośno wiatru dołączył rzężący jakby w agonii silnik starego, sfatygowanego autobusu. Mężczyzna w szarej kurtce natychmiast zjechał po zaspie lekko w dół, kryjąc się przed światłami niezdarnego, ledwo toczącego się po śniegu pojazdu, z których jedno niepokojąco mrugało.
Pojazd mordował się z ośnieżoną drogą bardzo długo, lecz w końcu zatrzymał się, stękając, a otwierane drzwi wypuściły głośno powietrze. Z autobusu wyskoczyli dwaj czarno ubrani mężczyźni. Chwilę rozmawiali wśród unoszących się z ich ust obłoków pary, a później ruszyli przed siebie, brodząc po łydki w śniegu.
Obserwujący ich człowiek walczył przez chwilę z myślami. Coś tu się nie zgadzało, plan wyglądał inaczej. Ale nie, nie może być mowy o pomyłce, którym autobusem miałby niby jechać? Tutaj zatrzymuje się tylko jeden dziennie, w ogóle chyba zawsze z tym samym kierowcą w środku, bo on jako jedyny wie o istnieniu przystanku na tym zadupiu. Tak, nie ma mowy, żeby coś było nie tak, wszystko było dogadane. Teraz trzeba działać.
Dywersant podjął decyzję i wyskoczył zza zaspy, wpadając przy tym po łydki w śnieg. Zaklął pod nosem. Jak niby ma ich dogonić brodząc niemal po kolana w śniegu? Z wściekłością wychynął z białego puchu i ruszył w stronę latarni, obok której wysiedli z autobusu dwaj mężczyźni. Sadził długie susy w śniegu, zostawiając za sobą głębokie ślady; pędząc, wzbijał w górę tumany białego puchu. Zacisnął mocniej rękę na rewolwerze w kieszeni.
Tamci nie słyszeli go, okutani w bardzo grube kurtki, z kapturami naciągniętymi na głowy. Niemal bez przerwy trzęśli się, jednak raczej bardziej ze śmiechu niż zimna. Rechocząc, wypuszczali z ust obłoki pary, która mieszała się z padającymi deszczem i śniegiem. Oni także brodzili głęboko w śniegu, lecz nie spieszyli się. Wyglądali co prawda na uzbrojonych, ale przecież niczego nie mogli się tej nocy spodziewać.
Podążający za nimi mężczyzna zwolnił, ze spokojem wyjął z kieszeni rewolwer i wycelował.
Rozległ się głośny trzask. Odgłos wystrzału rozniósł się po lesie, ale odpowiedziała mu głucha cisza. Jedna z postaci krzyknęła głośno i zwaliła się na ziemię. Krew z roztrzaskanego kulą barku chlupnęła na śnieg, nadając mu szkarłatną barwę. Towarzysz postrzelonego rozglądnął się dookoła, wyszarpnął z kieszeni pistolet i chciał odpowiedzieć ogniem, lecz w tym momencie kula posłana przez dywersanta przebiła mu płuco. Zwalił się ciężko głęboko w biały puch, barwiąc go jednocześnie na czerwono. Bordowa plama na śniegu powiększała się bardzo szybko i wkrótce mężczyzna znieruchomiał.
Dywersant odetchnął ze spokojem i starł kropelki potu, które wystąpiły mu na czoło. Powoli powlókł się w śniegu ku karmazynowej plamie otaczającej dwa nieruchome ciała. Bielutkie śnieżynki zdążyły już przyprószyć trupom nosy i policzki. Mężczyzna przykucnął przy jednym z ciał i wsunął rękę do kieszeni kurtki. Nie znalazł absolutnie nic, więc obrócił zwłoki i sięgnął do drugiej kieszeni. Jest dowód. Przyświecił sobie maleńką latarką - Artur Malewski. Czyli nie ten. W takim razie drugi.
Podszedł do drugiego truchła i wepchnął dłoń do wąziutkiej kieszeni - kilka rubli, zapalniczka i dowód należący do Zbigniewa Moszczenickiego. Ten też nie. Niedobrze.
Wypuścił głośno obłok srebrnej pary z ust. Szklistym wzrokiem popatrzył na dwie nieruchome sylwetki leżące wśród ciemnoczerwonego śniegu. Musiał dobrze się zastanowić. Czy zabił niewinnych ludzi? Na pewno zlikwidował nieodpowiednich ludzi, ale czy na pewno niewinnych? A może z tymi dwoma ruch oporu też ma jakieś zatargi, tak jak praktycznie z każdym z tych bydlaków? To było bardzo prawdopodobne, ale nie mógł być tego pewien. Czyli istniał cień szansy, że rozwalił dwóch niewinnych mężczyzn.
Ale czy ktokolwiek z wsiowych miałby taką grubą kurtkę, solidne buty, a przede wszystkim broń? Dalej za zboczem, za lasem ludzie odmrażali sobie kończyny we własnych domach. No i co dwójka kmieci miałaby robić na tym zapomnianym przez Boga i ludzi pustkowiu? Tutaj tylko świszczy wiatr i czasem od biedy przeleci jakiś ptaszek, a dom Stankiewicza to jedyny dom w okolicy, niestety zabraniali usunąć Stankiewicza w jego domu, bo to on był celem tej nocy. Ale w takim razie ci dwaj to muszą być czerwoni, bo jedyne, co mieliby tu do roboty, to odwiedzić towarzysza Stankiewicza!
Rozumowanie wydawało się żelazne, ale młody mężczyzna czuł niemal namacalny dyszący w kark strach. Znów się spocił, co mogło doprowadzić w tych warunkach do przymarznięcia kropel do twarzy. Starł bardzo starannie słone krople. Mimo niepewności nic nie mógł zrobić. No przecież nie pójdzie teraz do chaty Stankiewicza. Swoją drogą, co go podkusiło mieszkać na takim zadupiu?
Albo nie. Trzeba wyciągnąć go z domu i zaprowadzić głębiej w las. Noc była upiorna i dywersantowi chorobliwie zależało, żeby mógł udać się już w drogę powrotną, ale misja musiała zostać wykonana. Nie zrobi z siebie debila przed resztą.
W sumie to do stankiewiczowej chałupy było niedaleko, za zakrętem wystarczyło skręcić w prawo w wąską polną dróżkę. Była to właściwie leśniczówka, dosyć stara, jeszcze sprzed pierwszej wojny, co wskazywało na to, że w zamierzchłych czasach mieszkało tu więcej niż 1/3 osoby na kilometr kwadratowy. Wieści o losach pomieszkującego w niej niegdyś leśniczego i w ogóle całego nadleśnictwa zaginęły w mroku dziejów.
Szedł dość szybkim krokiem, wyprostowany. Nie wydawało mu się, żeby Stankiewicz był podejrzliwy. Weźmie go pewnie za kolejnego interesanta. Stankiewicz handlował bardzo wieloma rzeczami włączając w to informacje i dlatego właśnie miał zniknąć. Minął zakręt i skręcił w leśną ścieżkę. Tu śniegu było trochę mniej i szło się dużo wygodniej. Nie czuł niepokoju, był dość zadowolony, że znalazł wyjście z sytuacji. Tymczasem wiatr wył coraz mocniej.
Oczom młodego mężczyzny ukazała się wreszcie stara, drewniana chata ze spadzistym dachem z przylegającą do niej szopą, otoczona gnijącym już z lekka drewnianym płotem. Na podjeździe stał mały samochód, wyglądający na jeszcze starszy niż leśniczówka. Wicher wzbijał sypki śnieg w powietrze, wyszarpywał biały puch spomiędzy zwalonego pod domem złomu i zrzucał śniegowe czapy z wiszących nad domem gałęzi jodeł. W oknach paliło się intensywne, mdłe, żółtawe światło, rozświetlając podwórze na złoty kolor. Drzwi były niedomknięte, sączyło się przez nie słabe światło.
W śniegu przed domem widniały liczne ślady butów.
Nie zastanawiając się zbyt długo dywersant podszedł po śladach do drzwi i pchnął je cichutko. Nieoliwione od dziesięcioleci, jeśli nie od wieków zawiasy zajęczały głośno i młodzieniec mimowolnie cofnął się o dwa kroki, ale wyglądało na to, że nikt nie usłyszał hałasu. W głębi chaty, zresztą bardzo niewielkiej, nic nawet nie drgnęło.
Ale mężczyzna usłyszał czyjś głos.
- Nie no, ale poważnie, takich starych dziadów? Jej się to nie spodoba...
Chwila ciszy.
- Ale ja to co innego, a poza tym, mamy umowę...
Dłuższa chwila ciszy.
- Niech... niech pan się nie denerwuje. Spróbuję, ale nie możemy mieć gwarancji, ryzykuję... dobrze, do widzenia.
Podstarzały handlarz odłożył słuchawkę, a po coraz głośniejszych krokach dywersant zorientował się, że zbliża się do drzwi wejściowych. Młody człowiek wyprostował się więc i stanął w progu. Stankiewicz wkroczył do przedpokoju i jeszcze zanim na jego twarzy zdążyło pojawić się zdziwienie dywersant wypalił:
- Dzień dobry panu!
- Dzień dobry - handlarz zmierzył go nieprzychylnym wzrokiem - a czegóż tu pan szanowny szuka?
- Szukam... potrzebuję pomocy. Była strzelanina, są ranni...
- Świnie z ruchu oporu - skwitował pod wąsem podstarzały mężczyzna.
- Niestety, teraz nie mogę panu pomóc. Spodziewam się ważnych gości...
- Ilu gości konkretnie? - spytał kpiąco dywersant.
- No... - Stankiewicz stracił pewność - dwóch chłopa, ale jak to się ma do...
- Obawiam się, że oni także ucierpieli - powiedział chłodno młody człowiek.
- Nie może być! - handlarz był autentycznie zdziwiony i było w jego przesadnej gestykulacji coś śmiesznego.
- Jako żywo! - zawołał dywersant, naśladując dziwaczny ton głosu mężczyzny.
- Gdzie? Prowadźże pan!
- A proszę bardzo - odrzekł młodzieniec i poszedł przez las.
Stankiewicz zastanawiał się przez chwilę, lecz w końcu zatrzasnął drzwi i poszedł za niespodziewanym gościem. Zamieć przybierała na sile; wicher podrywał w górę zwały sypkiego śniegu przed domem, zmieniając śnieżycę w okrutną zawieję.
- Szybciej, jeśli łaska - zawołał przekwitujący handlarz, przekrzykując rozszalały wiatr, który wdzierał mu się do gardła.
- Proszę bardzo - odkrzyknął dywersant i teraz biegli już prawie truchtem, zostawiając w śniegu głębokie ślady. Zrobiło się jakby ciemniej i musieli przyświecać sobie latarką. Pokonanie drogi do umownego przystanku obok przerdzewiałej latarni zajęło im sporo czasu. W końcu dotarli do miejsca strzelaniny. Młody człowiek gestem wskazał Stankiewiczowi plac boju. Ten podszedł nieco bliżej, odwrócił głowę i popatrzył z lekkim strachem na dywersanta. No tak, jasna cholera, mógł się tego spodziewać, że w końcu da im się podejść. Dotąd udawało mu się dość długo, ale ta noc... ta noc była inna. Zresztą jak co jakiś czas, kiedy chciała, by ją nakarmił. Nie było stałych odstępów czasu, ale zawsze była to noc. Jeśli dziś tego nie zrobi, nie będzie zadowolona. No chyba, że nie zdąży, bo on go zastrzeli. A jeśli wciśnie jej tego cymbała z ruchu oporu zamiast tych starych dziadów, których mieli do niego przysłać?
Tymczasem młody człowiek był całkowicie zaskoczony. Handlarz zauważył to i zrodził się w jego głowie cień wątpliwości. A jeśli to jednak nie był podstęp?
Dywersant podbiegł do miejsca, gdzie zostały ciała. Nie ma ich. Ale gdzie są ślady, cokolwiek? W miejscu, gdzie leżały zwłoki, wciąż było zagłębienie w śniegu, już przyprószone białym puchem. Ale szkarłatne plamy nie zniknęły. W świetle latarki splamiony krwią śnieg skrzył się jak drobniutkie, ciemnoczerwone rubiny.
- A-ale jak to... Przecież tu naprawdę...
Robiło się coraz ciemniej. Znikąd pojawiła się szarawa mgła, zasnuwając swym całunem las i zbocze pagórka po przeciwnej stronie.
- Nic z tego nie rozumiem... przecież ktoś musiał to zrobić...
- Chodź - powiedział Stankiewicz. Cień strachu przebiegł mu przez twarz i brzdąknął starganymi strunami głosowymi, aby było słychać, że mężczyzna się boi.
- Słucham? - zapytał dywersant tak samo drżącym głosem. Nie nadążał już za ścieraniem kropli potu z czoła; mimo grubej kurtki poczuł, że dostaje gęsiej skórki.
- Idziemy - powiedział handlarz i nie odwracając się za siebie przeszedł przez drogę, kierując się do resztek drewnianego domu na szczycie pagórka. Młodzieniec ruszył za nim. Mgła stawała się coraz gęstsza, a niewielka latarka z coraz większym trudem stawiała czoła przybierającej na sile ciemności.
Idąc pod wiatr prawie trzęśli się z przejmującego zimna. Z najwyższym trudem wspięli się w końcu po długim stoku na szczyt wzgórza. We mgle ledwo mogli ujrzeć zgliszcza starej chałupy zaledwie kilka metrów przed nimi. Handlarz bez słowa podszedł do nienaruszonej, nawet nie osmolonej studni i zajrzał do środka. Tak jak się spodziewał, ciała leżały na dnie, na nieokreślonej szarej kupie... czegoś. Smród unoszący się z głębi studni był nie do wytrzymania i na twarzy Stankiewicza pojawił się okropny grymas. Zachęcił gestem młodego dywersanta do podejścia bliżej. Mężczyzna był blady jak kreda i okropnie się pocił, z okraszonymi śniegiem brwiami wyglądał jak mały chłopiec. Podszedł powoli do studni i zajrzał do środka.
W mgnieniu oka pozornie niedołężniejący już Stankiewicz schylił się i chwycił towarzysza za nogi, a następnie podniósł je do góry i jedną ręką pchnął mocno plecy młodzieńca, który przeleciał przez murek i z głośnym krzykiem spadł w dół.
Krzyk urwał się tak nagle jak zaczął, przerwany głośnym chrzęstem łamanych kości i głuchym tąpnięciem upadku. Handlarz ostrożnie zajrzał w dół. Dywersant na dnie studni nie poruszał się. Lepiej by było, gdyby przeżył, ale dobrze dla tego chłopaka. Byłby wdzięczny, gdyby wiedział...
Nagle padający śnieg zgęstniał, a wicher przybrał na sile, tak, że teraz niemal porywał Stankiewicza, który zasłaniał twarz obiema rękami, przerażony mocą zawieruchy. Ona tu była. I chyba nie była zadowolona. Słyszał jej głos w głowie; padł na kolana i skrył twarz w rękach. Nie bał się jej, był zmuszony jej służyć już wiele lat, ale nie chciał jej oglądać. Chciał za wszelką cenę oszczędzić sobie widoku, który i tak prześladuje go przez prawie całe dotychczasowe życie.
- Ale o co chodzi?! - ryczał - Dostałaś przecież trzech, dwóch z nich już wprawdzie leciwych, ale lepiej trzech niż dwóch jak zazwyczaj, prawda?!
W głowie pulsowały mu obce myśli. Czuł, jakby ryła swe słowa od wewnętrznej strony jego mózgu.
- To nie moja wina - handlarz chciał krzykiem dodać sobie pewności - To ten, którego masz w studni!
Wiatr zaczął wiać jeszcze mocniej, porywając za sobą ogromną masę sypkiego puchu, aż głos grzązł mężczyźnie w gardle.
- Przepraszam... - jęczał. Śnieg zaczął jakby kręcić krąg wokół niego. Wiedział, że nic nie może mu zrobić, bo to on dostarcza jej pożywienia, ale był też świadom kary, jaka go czeka za niedotrzymanie umowy tej nocy.
Nie chciał się podnosić. Wbrew głosom pod swą czaszką wciąż klęczał, przyciskając dłonie jak najmocniej do twarzy.
Rozległ się głuchy trzask i kość w kolanie mężczyzny pękła. On krzyknął z bólu i złapał się za nogę. Ból minął tak szybko, jak się pojawił, ale handlarz został sparaliżowany.
I wtedy mu się ukazała. Błagał, żeby zniknęła, żeby przestała dręczyć oczy, ale nie zlitowała się nad jego cierpieniem. Przez dwie długie minuty nie pozwoliła mu odwrócić wzroku od jej lewitującego w powietrzu ciała.
W końcu pozwoliła mu opaść bezwładnie w śnieg. Zamknął oczy, próbując wyrzucić z pamięci to, co przed chwilą widział, ale miał świadomość, że był skazany na ten widok jeszcze przez długi czas. Zamieć uspokajała się, a śnieg padał z coraz mniejszą gęstością. Stankiewicz oddychał głęboko, wypuszczając z ust obłoki pary. No, mało brakowało. Mogło być dużo gorzej. Tylko w sumie szkoda tego chłopaka z dywersji. Ale jakby nie trzymał jej na dystans, wielu takich chłopców skończyłoby w podobny sposób. Handlarz powoli dźwignął się na nogi.
Oj, jeszcze długo będzie żałował, że te dwadzieścia kilka lat temu po pijaku postanowili z ojcem postraszyć sąsiadkę zapałkami.
Oceń:
2
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!