Strach przed bielą

Dodane przez: systemerror, 10.02.2013, 02:39
Reklama:
Pewnego dnia do szpitala psychiatrycznego przywieziono młodego człowieka. Bardzo bogaty, gdyż dorobił się szybko pracując za wysoką pensję w prestiżowej firmie na eksponowanym stanowisku. Mieszkał samotnie w apartamentowcu przy ulicy Eden Street. Wywiad środowiskowy, rozmowy z kolegami z pracy i rodziną nie wskazywały, aby miał on jakiekolwiek problemy psychiczne w przeszłości. Załamanie przyszło zupełnie niespodziewanie, z dnia na dzień. Po prostu któregoś dnia, po przyjściu do pracy rzucił się on na kolegę, który zdjął marynarkę i paradował po biurze w zwyczajnej białej koszuli. Dostał surową naganę od dyrektora wydziału i nakazano mu powstrzymać się od podobnych zachowań w przyszłości. Podobnie agresywnie zareagował zaledwie godzinę później na niosącego plik czystych kartek papieru asystenta. Z wściekłością wyrwał mu ryzę, popchnął na ścianę i gdyby nie interwencja kolegów prawdopodobnie rozbiłby mu głowę pochwyconą drukarką.
Lekarze badając go stwierdzili, iż panicznie boi się on bieli. Jedyne czego dowiedzieli się na temat jego nieprawdopodobnie rozwiniętej fobii było to, że tuż przed tymi napadami w pracy przybył on do mieszkania swojej matki, aby tam spać. Był śmiertelnie przerażony, ale nie chciał mówić o tym co spowodowało taki lęk. Twierdził nawet, że nie pamięta. Trauma spowodowała u niego amnezję.
Po przybyciu pacjenta na obserwację psychiatryczną stwierdzono, iż negatywnie reaguje on nawet na białka oczu i zbyt białe zęby. Do lekarzy przychodzących w białych kiltach także startował z pięściami. Stwierdzono, iż niezwłocznie należy stworzyć mu warunki pozbawione wszelkich przedmiotów w znienawidzonej przez niego barwie, aby załagodzić nieco stany lękowe i rozpocząć psychoterapię, może nawet dowiedzieć się co przyczyniło się do jego niezwykłego problemu.
Rozpoczęto więc potrzebne przygotowania. Pokój, w którym miał zamieszkać przemalowano na błękitno, dano mu granatową pościel. Zaklejono nawet okna czarną taśmą, gdyż były to białe plastiki. Lekarze przed przyjściem do mężczyzny przywdziewali z pewną niechęcią zielone, pielęgniarskie fartuchy. W końcu stan pacjenta poprawił się na tyle, iż umożliwiał on rozpoczęcie psychoterapii. W tym momencie do historii wkroczyłem ja.
Przyszedłem do tego groteskowo kolorowego i zupełnie nie białego pomieszczenia odziany oczywiście w strój pozbawiony jakiegokolwiek białego elementu(musiałem nawet zrezygnować z ubrania swojego ukochanego czarno-białego zegarka). Idiotycznym pomysłem wydawał mi się przymus noszenia przy pacjencie okularów przeciwsłonecznych, aby nie pokazywać mu białek oczu i obowiązkowa filiżanka mocnej kawy, aby zęby przybrały żółtawą barwę. Ale ostatecznie zgodziłem się. Na łóżku, skulony pośród różowawej pościeli, siedział pacjent. Chłopak w sile wieku, przystojny i choć poza twarzą widziałem tylko ramiona to muskularne bicepsy nieźle świadczyły o jego sylwetce. Jednym słowem mężczyzna sukcesu. Nawet mimo lat studiów i dokształcania się z dziedziny psychologii, dziwiło mnie niezwykle, iż taka osoba mogła doznać tak gwałtownego i głębokiego zaburzenia psychiki.
Po wielu tygodniach psychoterapii mężczyzna w końcu się otworzył. Tego dnia miałem bardzo napięty grafik dnia i nie zdążyłem wrócić do domu ubrać się odpowiednio dla pacjenta. Miałem na sobie białą koszulę wsadzoną w przewiewne, jasnobeżowe spodnie. Dlatego też lekarze ze szpitala wydali mi tymczasowo jakieś ciuchy należące do jednego z „pesjonariuszy” zakładu. (Mówili, żebym tylko ich nie poplamił bo będzie niezła afera). Pod koniec sesji, w której musiałem wysłuchiwać o jego zawodowych sukcesach, podbojach miłosnych i wakacjach w Bangkoku (szczerze mówią musiałem opanowywać szkodliwe w pracy terapeuty poczucie zazdrości wobec pacjenta) stoicka, pokerowa twarz mężczyzny nagle skrzywiła się w grymasie smutku i wybuchnął gwałtownie płaczem.
Opowiedział mi o mailu, który dostał dwa dni przed przyjściem do szpitala i tego samego dnia, w którym opuścił mieszkanie. Przyszedł on od nieznanego nadawcy, ale z adresu mailowego zarejestrowanego na domenie firmowej. W treści maila nie było nic. Załączono tylko jeden plik. Yourdeath.avi. Pokazywał on na początku twarz mężczyzny zmasakrowaną tak bardzo, że nie można było jej rozpoznać. Później kamera oddalała się. Stopniowo ukazywały się marmurowa, siwa podłoga, kawałek dębowego, ciemnobrązowego stołu i fragment białego materiału wyglądającego jak zasłona poplamiony krwią wiszący nad grafitowym dywanikiem. W pewnym momencie na filmiku z prawej strony obiektywu pojawiała się szara plama. Stawała się ona powoli ludzka ręką wystająca z białego rękawa z potężnymi, długimi jak u lwa szponami, z których ściekały krople krwi… Widok z kamery przekręcał się, ukazywał się tors istoty schowanej pod długą, śnieżnobiałą szatą, niemalże dojeżdżał na wysokość szyi… I wtedy obraz się zaciemniał.
- Co było takiego strasznego w tym filmiku? Brzmi jak fragment taniego, sztampowego horroru. – zdziwiłem się.
- To była MOJE mieszkanie i MOJE zwłoki. – odpowiedział pacjent– Dlatego nie mogę patrzeć na biały kolor. Wciąż kojarzy mi się z tą postacią w szacie.
Nie uwierzyłem w tą historię. Sądziłem, że chłopak miał wcześniej jakiś nieuświadomiony problem i obejrzenie filmiku spowodowało u niego załamanie nerwowe połączone z urojeniami przekształcającymi odbiór filmu, o którym opowiadał. Postanowiłem to sprawdzić i zupełnie zapominając o tym, że muszę oddać pożyczoną odzież wybiegłem ze szpitala. Telefonicznie uzyskałem od matki pacjenta zgodę na wejście do jego mieszkania w celu obejrzenia tego filmiku. Na wpół legalne działanie, wiem, ale wierzyłem, że jeśli uda mi się udowodnić pacjentowi, że ubzdurał sobie, iż filmik przedstawia jego mieszkanie i jego śmierć, to znacznie przyspieszą postępy w terapii. Matka chłopaka stwierdziła w rozmowie, iż mieszkanie było nowe i jego pierwszym i jedynym do tej pory nabywcą był obecny właściciel – mój pacjent. Nie mogło więc być mowy o tym, że bez jego wiedzy kręcono tu wcześniej jakieś filmy.
Udałem się do mieszkania. Od progu było widać, że jego mieszkańcem jest osoba zamożna. Marmurowa podłoga, wysokiej jakości meble, obok ogromnego telewizora w przeszklonym barku widać było rząd doskonałych whisky, ginów i koniaków. Jednym słowem – luksus. Na podłodze znajdował się grafitowy dywanik – zupełnie jak ten w opowieści chłopaka - rzeczywiście psychika spłatała mu porządnego figla. W kącie pomieszczenia stało biurko, na którym wciąż otwarty i wnioskując po przeciągłym szumie – włączony stał elegancki srebrzysty laptop.
Podszedłem do laptopa. Poruszyłem myszką. Ekran uruchomił się i oczom moim ukazało się czarne okno odtwarzacza z niebieskim przyciskiem Play na środku, u dołu ekranu. Z informacji na pasku postępu filmu zorientowałem się, że wideo jest niedługie – trwało około minuty. W lewym górnym rogu biały napis informował, iż otwarty właśnie plik nazywa się… Yourdeath.avi.
- Przynajmniej nie wyimaginował sobie samego pliku. – pomyślałem nieco zaniepokojony.
Drżącą nieco ręką nacisnąłem przycisk play. Ku mojemu przerażeniu od początku obraz pasował do opisu. Twarz zmasakrowana, przedstawiona tak realistycznie jakby działo się to naprawdę, ale nie można było mimo dużego zbliżenia rozpoznać jej rysów. Później pojawił się biały materiał dotykający ziemi. Spojrzałem pod siebie – kolor podłogi i wzór na kamieniu zgadzał się z tym na filmie. Im dalej oddalała się kamera tym lepiej widoczne stawało się odzienie denata i sylwetka mordercy. Zmarły był odziany w czarną koszulę z bardzo wąskim kołnierzykiem i jasnoniebieskie, wąskie jeansy. Obok jego głowy leżały czarne okulary. Zgodnie z opisem na sam koniec pojawił się zarys odrażającej dłoni ludzkiej, trupiobladej i z długimi, czarnymi szponami, z których spływały strużki krwi a potem obraz zaczął piąć się w górę wzdłuż białej szaty i nim dotarł do twarzy… ekran zrobił się szary.
W szkle pokrywającym monitor laptopa odbiła się moja sylwetka. Wtedy do mnie dotarło… miałem na sobie dokładnie taki strój jak na filmie. Lekarze pożyczyli mi ciuchy należące do pacjenta, który był właścicielem tego mieszkania.
Moją jedyną myślą w tym momencie było: „UCIEKAJ!”
Odwróciłem się a przede mną, zupełnie nie wiadomo skąd wyrosła postać w długiej białej szacie. Stała nieruchomo, z opuszczonymi ramionami i pochyloną, ukrytą pod kapturem głową. Wpatrywałem się w nią sparaliżowany ze strachu. Czułem jej zatęchły oddech przypominający zapach zgniłego mięsa. Zaczęła powoli podnosić pokrytą ohydnymi liszajami dłoń z długimi, zwierzęcymi pazurami…
To była ostatnia rzecz jaką kiedykolwiek ujrzałem…

autor: wjd1990
Źródło: http://www.paranormalne.pl/topic/22907-creepypasta-urban-legends-itp/page__st__1065
Oceń:
26
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!