Kolędnicy

Dodane przez: pankracy, 13.01.2017, 20:57
Reklama:
Niechętnie zapominamy o Świętach. Z domów znikają ostatnie łakocie, choinki smętnie gubią igły, a włączenie lampek choinkowych nie tworzy magicznej atmosfery. By odpowiednio zakończyć ten okres, przedstawiam trzecią, najdłuższą z świątecznych historii. Usłyszałem ją w lecie, ale wrażenie zrobiła na mnie niedawno. W grudniu, dopiero gdy postanowiłem ją spisać. Długie wieczory i przejmujący chłód wkradający się nocą do mieszkania sprawiły, że opowieść stała się mi bliższa. Boję się, że nie uda mi się wiernie odtworzyć historii w formie jakiej ją usłyszałem. Minęło już kilka miesięcy, ale obiecuję, że dołożę wszelkich starań i dziękuję Mateuszowi, za to, że mi ją zdradził. Przykro mi, że musiałeś to przeżyć.

Święta to czas dla rodziny, ale Sylwester to czas dla przyjaciół. Tak myślę ja, myślisz ty i myśleli oni. Mateusz, Kuba, Olga i Łucja, którzy chcieli pożegnać stary rok w dobrym towarzystwie. Rodzice Mateusza wyremontowali stary dom na skraju wsi by stworzyć azyl i odskocznię od hałasu dużego miasta. Spędzali w nim wakacje i długie weekendy. Nic nie wskazywało, że ich nastoletni syn przeżyje tam chwile grozy. O budynku nie krążyły plotki. Miejscowi nie żegnali się na jego widok, nikt nie powtarzał historii o duchach, ani nie dziwił się, że ktoś chce zamieszkać na miejscu zbrodni. Wytłumaczenie było proste, nikt tam nie zginął, w domu nie doszło do zbrodni, a o budynek zawsze dbano, więc nie straszył przechodniów.

Szalejąca za oknem zamieć nie przeszkodziła nastolatkom w radosnym świętowaniu końca starego roku. Chłód panujący w domu zabijali przemyconym w plecakach piwem i rosyjskim szampanem, na który wspaniałomyślnie zgodzili się rodzice. Nikt z czwórki nie skończył jeszcze gimnazjum i sama myśl o samotnym spędzaniu sylwestra niezdrowo podniecała. Piwo było dodatkiem, zakazanym owocem, które nie miało smakować, tylko być. Tak po prostu. Chcieli zabawić się jak dorośli, a nikt nie miał jeszcze odwagi by sięgnąć po mocniejsze trunki. To jeszcze nie był ten czas, ale do dziś, w nocy z pierwszego na drugiego stycznia, ponad siedem lat po tym wydarzeniu Mateusz chętnie sięga po butelkę. Wspomnienia są zbyt żywe. Wieczór zapowiadał się leniwie. Śnieg uderzał w szyby okna tarasowego, a myśli i rozmowy nastolatków krążyły bez celu. Usiedli przy kominku, bardzo blisko siebie by nie tracić ciepła. Nie mieli ochoty na straszne opowieści, ale te przyszły same. Gdy Mateusz wyszedł do łazienki z korytarza dobiegł cichy trzask. Trzask... Jakby coś uderzyło w drzwi. Kuba i Olga zignorowali dźwięk, ale Łucja poczuła, że coś jest nie tak. Wyjrzała z salonu i zawołała do Mateusza, czy wszystko w porządku. Szum prysznica zagłuszył jej słowa. Trzask! Uderzenie powtórzyło się. Dziewczyna wiedziała już, że coś lub ktoś uderzał w drzwi wejściowe. Mogłaby przysiąc, że klamka zadrżała. Bojąc się przejść przez ciemny korytarz tylko mocno docisnęła klamkę. Zamek szczęknął lekko. Nim gospodarz wrócił z łazienki uderzenie powtórzył się jeszcze raz. Trzask!!! Towarzystwo nie ignorowało już Łucji, ale też nie brali sytuacji na poważnie. Kuba starał się za wszelką cenę ukryć zdenerwowanie, więc z nieco zblazowaną miną dorzucił drwa do kominka. Zapewnił dziewczyny, że to na pewno wygłupy Mateusza. Jak na zawołanie do pomieszczenia wszedł gospodarz. Drżąc z zimna wycierał włosy ręcznikiem. Od razu wyczuł zaniepokojenie znajomych. Trzask! Nie zdążył zapytać, o co chodzi, gdy coś uderzyło w okno. Szyba drżała. Wszyscy zaniemówili. Łucja pierwsza przerwała mroźną ciszę mówiąc, że to nie pierwszy raz, że coś uderzało w drzwi wejściowe. Spanikowali. Serce niemal nie rozerwało piersi gospodarza. Przypomniał sobie. Nie chciał mówić tego przyjaciołom, którzy i tak zbyt dobrze znali jego nerwicę natręctw. Odkąd pamiętał musiał sprawdzać czy drzwi wejściowe są zamknięte za każdym razem, gdy je mijał. Tak samo było tym razem. Odruchowo przekręcił klucz nim wszedł do łazienki. Gdyby pozostawił je otwarte... W panice doskoczył do włącznika światła. Lampy zgasły pozostawiając wszystkich w ciemności między czerwoną łuną kominka, a zimnym światłem księżyca.
- Ukryjcie się! - syknął - Ja to załatwię!
Z wrażenia nikt nie zapytał jak, ale nakręcając się nawzajem wskoczyli za sofę. Mateusz czuł, że musi to wyjaśnić, a jako gospodarz ma swoje obowiązki. Zgubne i fałszywe poczucie dorosłości nie opuściło go jeszcze od poprzedniego wieczoru.
- Kuba, chodź ze mną. - Zarządził nieco zbyt drżącym głosem.
Na szczęście nikt nie widział miny przyjaciela, gdy niemal automatycznie wstał i ruszył w kierunku drzwi wejściowych za Mateuszem. Bez słowa ubrali kurtki. Łucja przytuliła Olgę.
- Ktoś sobie z nas żartuje, na pewno! - Szepnęła słysząc nerwowy chichot koleżanki. Niestety, dziewczyna nie do końca wierzyła w swoje słowa.

Drzwi wejściowe jęknęły, a skrzypiący śnieg wsypał się do środka. Mateusz wyjrzał przez wąską szparę na zewnątrz. Białe płatki opadały z nieba zasłaniając widok na furtkę. Drżąc zmrużył oczy. W oddali ujrzał ciemną sylwetkę stojącą pod latarnią, tuż przy granicy podwórka. Mroźny wiatr zadął wdzierając się pod grubą kurtkę. Chłopak nie wiedział, czy jest tak przerażony, czy tylko drży z zimna. W przypływie szczeniackiej odwagi otworzył szerzej drzwi i wyszedł. Musiał dowiedzieć się czego chce ten nieproszony gość. Brnąc przez śnieg zorientował się, że Kuba zostawił go samego. Spojrzał za siebie. Nie dostrzegł czy Kuba wciąż na niego czeka. Nie mógł już zawrócić, nie zrobił tego nawet, gdy przypomniał sobie, że jeszcze przed chwilą ktoś uderzył w okno tarasowe. Taras znajdował się po przeciwnej stronie domu. Postać stojąca przy furtce nie mogła być tą samą. Uniósł wzrok, poczuł jakby mróz wbijał mu szpile w twarz. Zmrużył oczy. Nie mylił się. Kilkanaście metrów przed nim stała nie jedna, a trzy ciemne postacie. Pierwszy z nich trzymał coś w rękach, drugi wydawał się ogromny, a trzeci... Trzeci miał rogi i ogon. Mateusz zatrzymał się przy furtce. W zamieci rozpoznał w trójce diabła, włochatego tura i człowieka z gwiazdą. Nie widział ich twarzy, ale usłyszał ich głos. Głos kolędników. Przerażenie opuściło go na krótką, niemal przyjemną chwilę. Wróciło, gdy powtórzyli pytanie. Zrobił to diabeł.
- Jesteście sami? - Nieznajomy zbliżył się do furtki upuszczając śnieżkę.
- Tak, ale rodzice zaraz przyjadą. - Mateusz wybrał najgorszą możliwą odpowiedź.
- W taką pogodę? - W głosie diabła zabrzmiał niemal uprzejmy uśmiech.
Tur zarechotał, a trzeci zakręcił gwiazdą. Metal zajęczał.
- Tak... - Gospodarz powtórzył twardo. - Proszę odejść. Proszę opuścić naszą działkę.
Podmuch wiatru poderwał śnieg i zasłonił kolędników. Mateusz nie dostrzegł ich reakcji.
- Dlaczego nas nie zaprosicie? - Diabeł odezwał się po chwili. - W taką pogodę?
- Proszę odejść. - Powtórzył chłopak zaciskając zsiniałe knykcie.
- Nie wpuścicie kolędników? - W głosie nieznajomego zabrzmiała groźba. Śnieg zawirował.
Mateusz nie odpowiedział. Odwrócił się i ruszył do domu. Modlił się, by nieznajomi nie ruszyli za nim. Metal zajęczał. Musieli otworzyć furtkę. Czuł, że idą za nim! Przyśpieszył, ale już po chwili zorientował się, że jęk metalu nie ustaje. Dodatkowo towarzyszyło mu coś jeszcze. Głosy. Wiatr zagłuszał słowa, ale Mateusz rozpoznał w melodii ludową przyśpiewkę. Było w niej jednak coś złowieszczego. Będąc tuż przy drzwiach obrócił się. Rozpoznał część słów. Mężczyźni nie życzyli mu niczego dobrego. W końcu nie ugościł ich należycie. Spojrzał prosto na diabła. Ten uciszył resztę.
- To kolędować nie można? - Zawołał w stronę Mateusza.
Chłopak poczuł się bezpiecznie stojąc w suchym wnętrzu, z rosłym przyjacielem u swojego boku. Kuba stał w bezruchu jak zaklęty.
- W ogrodzie sobie pośpiewajcie! - Gospodarz poczuł się zbyt bezpiecznie. Zatrzasnął drzwi. Gwiazda ucichła, a Mateusz od razu zrozumiał, że postąpił źle. Mógłby przysiąc, że usłyszał jęk otwieranej furtki. - Szybko! Schowajmy się! - Krzyknął wpadając do salonu. Łucja i Olga znieruchomiały. Nie było już miejsca na nerwowe chichoty.
- Zgaście kominek! - Syknęła Łucja gorączkowo grzebiąc w palenisku.

Czas jakby stanął, gdy przyjaciele leżeli wciśnięci między sofy, a ścianę. Chłód kłuł ich twarze i dłonie. Pełzł po drewnianej podłodze jakby uciekając z dogasającego kominka. Mijał czas, a wspomnienia wspaniałego sylwestra znikały. Zastępował je przedłużający się strach. Strach, który w końcu pokazał twarz. W ciemnym, tarasowym oknie Mateusz ujrzał diabła. Znów powtórzył szybką modlitwę. Błagał by nieznajomi ich nie zauważyli. Puk. Puk. Puk. Sękaty palec zastukał w szybę. Diabeł zaśmiał się i zaintonował kolędę. Przerażeni nastolatkowie nie rozumieli wszystkich słów, ale nie miały nic wspólnego z oryginałem... Mateusz wymienił spojrzenia z Łucją. Jako jedyna zdawała się jakoś trzymać. Olga dygotała przerażona, a Kuba nie ruszał się jakby martwy. Strach sparaliżował zawsze mocnego w słowach chłopaka. Obraźliwe, niemal bluźniercze kolędy sączyły się przez grube szkło, prosto z ciemności. Puk. Puk. Puk. Uderzenia w szybę wyrwały Mateusza z otępienia. Diabeł stał tak blisko szyby, że wydawał się być w środku salonu.
- Chcemy tylko porozmawiać... - Uśmiechnął się jakby czerpiąc radość z ich strachu. - Wpuśćcie nas!
Oczy Łucji zeszkliły się. Błagająco spojrzała na Mateusza. Ten wiedział, że w myślach krzyczy "NIE".
- Wpuście nas! - Nieznajomy nalegał. - Wiemy, że tam jesteście.
Puk. Puk. Puk. Sękaty palec znów zastukał w szybę. Trzask! Nagle coś załomotało w drzwi wejściowe. Mateusz spojrzał na okno. Diabła już tam nie było.
Trzask! Do uderzeń dołączył klekot szarpanej klamki. Gospodarz na chwilę spuścił okno z oczu, odruchowo spojrzał na drzwi wejściowe. Poczuł dreszcz na karku. Stukanie odbijało się echem w całym domu. Nim odwrócił się do drzwi tarasowych już wiedział, co tam zobaczy. Diabeł wrócił. Puk! Puk! Puk!
Łucja zerwała się i podbiegła do okna. Mateusz rzucił się za nią, ale nie mógł jej zatrzymać. Chwycił ją mocno, ale ta wrzasnęła prosto w piekielnie uśmiechniętą maskę.
- Zostawcie nas w spokoju! Zostawcie! - zapłakała roztrzęsiona nastolatka.
Diabeł spojrzał na dziewczynę. Milczał przez chwilę, jakby zaskoczony.
- Znam Twoją mamę... - Powiedział głośno.
Łucja zamarła. Mateusz poczuł, że dziewczyna wiotczeje w jego uścisku. Nigdy nie poruszali pewnego tematu. Nie chciała rozmawiać o śmierci swojej matki.
Diabeł przyłożył sękatą dłoń do szyby.
- Macie być grzeczni. - Chuchnął, a obłok wilgoci szybko zamienił się w paskudną szramę szronu. - Bardzo prosi.
Gwiazda zajęczała w obrocie. Kolędnicy zaśmiali się intonując bluźnierczą kolędę i zniknęli w ciemności.

Mateusz i Łucja nie drgnęli. Przysięgają, że do świtu wpatrywali się w odcisk sękatej dłoni na oknie. Niewiele osób wiedziało, że matka Łucji zginęła w wypadku samochodowym, a tylko przyjaciele znali prawdę. Kobieta prowadziła po pijanemu i nie była jego jedyną ofiarą.

Kuba i Łucja już nigdy więcej nie odwiedzili domku Mateusza. Olga zrobiła to tylko raz i to w środku lata by pomóc mu w fotograficznym projekcie. Choć paczka wciąż trzyma się blisko to styczniowe zajście stało się tematem tabu, a kolędników unikają jak ognia. Boją się, że nie był to tylko brutalny i nietrafiony dowcip bandy pijanych kolędników.

Z okazji Świąt, które przeminęły tak szybko, życzę Nam wszystkim spokoju i szczęścia. Szczęścia potrzebnego byśmy straszne historie znali wyłącznie z opowiadań.
Źródło: https://strachu.wordpress.com/
Oceń:
4
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!