Call Center

Dodane przez: groni, 29.04.2017, 22:48
Reklama:
Call Center. Tak zwane open space. Nie wiem czy kiedykolwiek byliście w równie hałaśliwym miejscu.

Mam dla pana atrakcyjną ofertę...
Oczywiście może się pan odwołać od tej decyzji.
Czy mógłby pan odpowiedzieć na trzy krótkie pytania?

Codziennie. Jak jakaś mantra, która utkwiła mi w głowie, a której nie można się pozbyć. Setki ludzi i jeden cel – nabić kabzę pracodawcy, a klienta posłać w samych skarpetach. A w tym wszystkim ja, gość, który znalazł się tu przez przypadek.

Pracując w jednej z największych korporacji, w jej głównej siedzibie na obrzeżach warszawskiego mordoru, zdążyłem się już przyzwyczaić do plotek, chamstwa i podsrywania sobie nawzajem przed przełożonymi. Ktoś awansował, ktoś wyleciał, kogoś zdegradowali... Standard.

Budynek – centrala firmy – jest nowy, oddany do użytku kilka lat temu, więc legendy o korpo-samobójcach skaczących z dachu czy wisielcach z bufetu nie zaczęły jeszcze krążyć po murach. Pracuję tu kilka miesięcy, na tyle długo, żeby zauważyć, że coś jest nie tak. Po prostu atmosfera tego miejsca, przesiąknięta ciśnieniem wywieranych przez przełożonych na wyrabianie norm, które ktoś siedzący na ciepłej posadce sobie wymyślił, jest cholernie nieprzyjemna. Zimna. Nieludzka. A to przecież właśnie na szeregowych pracownikach opiera się cały ten grajdół. Ale może w każdym korpo tak jest, nie wiem. Mamy takie powiedzenie, że jak wszystkie telefony zamilkną to ten pierdolnik się zawali. Nie było to zbyt dalekie od prawdy.


Miałem nocną zmianę. Często je brałem, bo wtedy nikt nie dzwoni i nie zawraca ci dupy. Jedyne osoby którym zdarza się zadzwonić to ci, którym popsuł się samochód, ludzie cierpiący na bezsenność i w końcu zwykłe świry. To była raczej spokojna noc. Ja i pięć innych osób, rozrzuconych po całym piętrze jak confetti na kinderbalu, czytaliśmy książki, słuchaliśmy muzyki i organizowaliśmy sobie jakoś czas we własnym zakresie, bo byliśmy od siebie na tyle daleko, że kontakt był raczej mocno utrudniony. Zresztą komu by się chciało rozmawiać bez piwa o drugiej w nocy. Udało mi się w końcu pozbyć świra, który przez dziesięć minut usiłował mnie przekonać, żelazko go śledzi. Naprawdę nie zna życia ten, kto nie by nigdy na nocnej zmianie. Odchyliłem się na fotelu i wyjrzałem przez okno. Nie było to trudne – wiecie jak wyglądają współczesne biurowce. Każdy przechodzący ulicą debil może zobaczyć jak inny debil na trzecim piętrze eksploruje wnętrze swojego nosa przy pomocy małego palca, bo wszystkie ściany są ze szkła. Nawet po jajach nie można się spokojnie podrapać. Światła na mojej sali były przygaszone, jak zwykle na noc. W zasięgu wzroku nie miałem ani Ani – matki trójki dzieci, których mąż i ojciec zostawił dla miseczki DD, ani Przemka, nałogowego gracza, który regularnie przemycał do pracy konsolę, podłączał ją do biurowego telewizora i całą noc na wyłączonym dźwięku naparzał w to, co akurat ze sobą zabrał, ani Bożenki – ślicznej studentki sinologii dorabiającej do pensji kelnerki, ani Tomka, mojego najlepszego kumpla jeszcze z czasów liceum. Wszyscy siedzieli po drugiej stronie budynku, oddzieleni ode mnie bufetem, korytarzem i długim holem. Zanotowałem sobie w pamięci, żeby koniecznie podziękować koordynatorom za przydzielenie tak wybitnie zajebistego miejsca.


Za oknem świeciło się raptem kilka latarni, jako że okolica dopiero się buduje i cywilizacja jeszcze nie do końca zdążyła tu dotrzeć. Tak więc miałem widok na kilka świateł w dole i na szkielet kolejnego z tych modnych bloków dla ludzi z kasą, powstającego po drugiej stronie ulicy. Ziewnąłem i postanowiłem pójść po kawę. W przelocie dostrzegłem pozostawioną przez któregoś z robotników odblaskową kamizelkę w jednym z okiennych otworów na 4 piętrze. Nie zwróciłem na to większej uwagi. W bufecie spotkałem Tomka, który między jednym a drugim ziewnięciem opowiedział jak Bożenka przychodząc prosto 8-godzinnej zmiany w restauracji zasnęła z twarzą w klawiaturze. Nie, żeby mnie to jakoś szczególnie interesowało. Pogadaliśmy chwilę i każdy wrócił do siebie. Siorbiąc czarną bez cukru zagapiłem się na niedokończoną konstrukcję. Coś mi się nie zgadzało. Kamizelka była na 3 piętrze. Machnąłem ręką zrzucając to na wiatr i brak wstawionych okien i odwróciłem się do komputera.


Początkowo nie wiedziałem gdzie się znajduję. No tak, przysnąłem. Spojrzałem na zegarek i zakląłem. Spałem okrągłą godzinę. Z otępienia wyrwał mnie telefon. Nie do końca jeszcze rozbudzony założyłem słuchawki.
- Witam, z tej strony Dawid Nowak, w czym mogę poooooooomóc?.... - odebrałem połączenie nieszczególnie starając się stłumić ziewnięcie. Po drugiej stronie usłyszałem trzeszczenie i szum, jakby komuś śnieżył telewizor. - Halo?..
- Dzie... bry. - odezwał się szeleszczący głos. Gość brzmiał jakby dzwonił ze studni.
- Bardzo słabo pana słyszę. W czym mogę panu pomóc?
- Odszko... Czy już wypła...
- Pyta pan czy wypłaciliśmy odszkodowanie? A ma pan numer sprawy?
- Tak.
Sprawdziłem w systemie. Odmowa. Cholera, pewnie gość dzwoni nawalony jak Messerschimitt i obrzuci mnie łaciną kuchenną.
- Niestety proszę pana, ale jest odmowa. Czy mam panu wysłać...
- ODSZKOD...!!!
Myślałem, że ogłuchnę.
- Proszę pana, wyślę panu uzasadnienie decyzji...
Szum się urwał. Połączenie zostało przerwane. Odetchnąłem, wzruszyłem ramionami, zostawiłem notatkę służbową i wstałem, żeby trochę rozprostować nogi. Wykonałem parę skłonów i postanowiłem przejść się do Tomka, żeby potowarzyszył mi na papierosie. Przeszedłem przez bufet i korytarz. W holu zwyczajowo chciałem spytać pana Józka, naszego nocnego stróża, o zdrówko i jego ostatnie połowy nad Bugiem, ale go nie było. Poszedłem dalej stwierdzając, że pewnie udał się na stronę, bo za jego biurkiem walały się opakowania po chińszczyźnie na wynos. Wszedłem na drugi open space. Telewizor, na którym zazwyczaj grał Przemek, był włączony, a gra (chyba jakaś strzelanka), spauzowana. Anki i Bożenki też nigdzie nie było.
Gdzie wszystkich wywiało? Poszli się przewietrzyć? - mruknąłem sam do siebie, idąc do stanowiska, przy którym zwykle siedział Tomek. Jedyne, co zastałem, to karta dostępowa i jego telefon. To było dziwne. Tomek nigdzie nie rusza się bez telefonu, a bez karty nie wyszedłby z budynku. Stwierdziłem, że pewnie wyszli na kartę którejś z dziewczyn i skierowałem się z powrotem w stronę holu. Mijając po kolei stanowiska Anki, Bożenki i Przemka zauważyłem, że przy każdym z nich leży karta dostępowa. No to już bez kitu było dziwne. Gdzie do cholery się wszyscy podziali? Zdezorientowany zatrzymałem się przed wejściem do holu. Mój wzrok spoczął na telewizorze. Nagle dotarło do mnie, że gra była wcześniej zatrzymana na widoku idących żołnierzy, a teraz ekran pokazywał umierającego szeregowego.
Dobra, nie dajmy się zwariować. Robią mi głupie kawały. A kurwa tacy poważni, dorośli ludzie!
Ostatnie zdanie wypowiedziałem dość głośno. Odpowiedziała mi głucha cisza. Podszedłem do windy i wcisnąłem strzałkę w dół. Przytknąłem swoją kartę do czytnika, wdusiłem zero i winda ruszyła. Melodyjka rozbrzmiewająca w windzie jak zwykle była wkurwiająca. Wyszedłem przed budynek i zapaliłem papierosa. Była ciepła noc. Lekki wietrzyk rozwiewał tytoniowy dym, a ja rozglądałem się za znajomymi. Rzecz jasna bez skutku. Wypaliłem jednego, później drugiego i postanowiłem wjechać na górę. W nocy niby niewielu klientów, ale praca to praca, więc siedzieć trzeba. Gdziekolwiek byli Anka, Bożenka, Przemek i Tomek, pewnie zdążyli już wrócić. Przytknąłem kartę, drzwi windy się otworzyły... Na samym środku leżały te durne karty dostępu! Pomazana na różowo karta Anki, nieskazitelnie biała karta Anki, kontrastująca z nią brudna karta Przemka i pęknięta karta Tomka.
- Co tu się kurwa dzieje? - spytałem sam siebie. Niepewnie wszedłem do windy, zebrałem karty i wcisnąłem guzik z numerem 5. Na ułamek sekundy gasło światło. Przez ten ułamek sekundy zdawało mi się, że już gorzej być nie może. Dopiero to, co stało się później uświadomiło mi jak bardzo można się mylić.

Wysiadłem z windy na piątym piętrze. Pan Józek siedział tyłem do wind i swoim zwyczajem drzemał przed telewizorem, na którym produkował się właśnie wróżbita Maciej.
Panie Józku, co się dzieje? Gdzie się wszyscy podziali?
Zero odpowiedzi. Znowu dziad zasnął jak kamień. Co z niego za nocny stróż? Podszedłem bliżej i położyłem rękę na jego ramieniu. Krzesło obrotowe, na którym siedział, a które niechcący wprawiłem w ruch, obróciło się... a ja zwymiotowałem. W miejscu oczu pana Józka działy dwie dziury, a twarz wykrzywiał grymas bólu. Cofnąłem się starając się a niego nie patrzeć i pobiegłem w stronę stanowisk znajomych. Nie było tam nikogo. Mój wzrok padł na wyłączony telewizor i na konsolę. Na padzie spoczywała ręka. Sama, kurwa, ręka! Od razu rozpoznałem sygnet ze smokiem. Przemek. Zacząłem biec w stronę miejsca Tomka. Serce łomotało mi jak pojebane, plecy lepiły mi się od potu, a w ustach czułem smak niedawnego pawia. 401.. 406... 411... Mijałem w biegu kolejne stanowiska. Z biurka Tomka zniknęła tylko karta, którą ściskałem w ręce razem z innymi. Telefon był na swoim miejscu. Poprzednio zgaszony ekran teraz wyświetlał zdjęcie. Zdjęcie niedokończonej budowy... zrobione z mojego stanowiska! Kurwa, kurwa, kurwa! Odwaliło mi, jak nic mi odwaliło.


Nagle rozdzwoniły się jednocześnie wszystkie telefony. Miałem dość. Przyjaciela nie mogłem znaleźć, a żadna praca nie jest tego warta, więc sprintem rzuciłem się w stronę swojego miejsca. Przebiegając przez hol mimowolnie spojrzałem na pana Józka... który znowu wpatrywał się w telewizor. To znaczy wpatrywałby się gdyby miał czym. W 10 niemiłosiernie długich sekund, przy akompaniamencie dzwoniących setek telefonów, dopadłem do swojego stanowiska. I wtedy wszystko umilkło. W pośpiechu zacząłem wrzucać swoje rzeczy do plecaka, kiedy nagle zadzwonił telefon. Mój. Nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby go odebrać, kiedy nagle odebrał się sam i włączył się na tryb głośnomówiący. Znowu ten pierdolony szum. Kątem oka zauważyłem odblaskową kamizelkę, która teraz była już na 2 piętrze. Zarzuciłem plecak na plecy i ruszyłem biegiem w stronę wind, kiedy nagle... Z mojego telefonu dobiegł głos Tomka! Bardzo słaby, zniekształcony, ale to było on! Rzuciłem się z powrotem do telefonu.
- Stary, gdziekolwiek jesteś – spierdalaj! Rozumiesz? Spierdalaj natychmiast! Widzimy się...
- Odszkodo...
- Co?!
- Odmowa...
- Stary, o czym ty mówisz?
- Zosia... Zosieńka...
- Jaka kurwa Zo...
Nagle zrobiło się czarno. Ale tak czarno jakbym zamknął oczy w nocy. Jakby mnie ktoś zamknął w piwnicy bez okien. No po prostu ciemno jak w dupie. W oddali zobaczyłem jaskrawy żółty prostokąt. Podszedłem do niego... Odblaskowa robotnicza kamizelka. Nic już z tego nie rozumiałem. Kolana miałem jak z waty i najchętniej położyłbym się na podłodze i zaczął płakać. Nie jestem typem mazgaja ani chojraka, ale wychowałem się na warszawskiej pradze, więc nie tak łatwo mnie przestraszyć, bo wiele już w życiu widziałem i przeżyłem. Teraz jednak kompletnie nie panowałem nad swoim ciałem, które wpadło w dygot. Coś kazało mi podnieść kamizelkę i zarzucić ją na plecy. Kiedy to zrobiłem, po mojej lewej stronie pojawiło się okno. Podszedłem bliżej i wyjrzałem przez nie. Padał deszcz. Kilkanaście czarnych parasoli chroniło przed deszczem grupę żałobników pochylonych nad czyimś grobem. W tym skromnym tłumie dojrzałem dwie postacie, które zanosiły się bezgłośnym szlochem. Młoda kobieta tuliła do siebie małą złotowłosą dziewczynkę, po której policzkach płynęły łzy. Nagle dziewczynka wyrwała się kobiecie, odbiegła na bok... i spojrzała mi prosto w oczy. Zrobiło mi się zimno. Oczy tej małej przewiercały mnie na wylot, a ja nie mogłem oderwać od niej wzroku. Miałem wrażenie, że trwało to godzinę. Nagle okno zniknęło, a w jego miejsce pojawiło się inne. Zaglądałem teraz do wnętrza jakiegoś mieszkania. Pokój był opustoszały, jedynie na środku leżał czarny jak smoła miś, a pod ścianą stał nieduży karton. Nagle do pokoju wbiegła dziewczynka z cmentarza, podniosła misia i wybiegła. Chwilę później weszła ta sama kobieta, która przed chwilą zalewała się łzami nad czyimś grobem. Omiotła wzrokiem pomieszczenie, westchnęła głośno, po czym po jej policzku spłynęła pojedyncza łza. Otarła ją szybko, złapała karton i wyszła. Zdążyłem tylko zobaczyć na kartonie fragment napisu.

„RZEC
WOJT”

Dalszą część zakryło ramię kobiety. Okno zniknęło, a ja poczułem, że spadam. Każdym mięśniem czułem żal i nieuchronność tego spadania. I nagle wszystko się skończyło. Znów stałem przy swoim stanowisku. Na telefonie mrugała lampka sygnalizująca trwającą rozmowę, a na ekranie komputera zobaczyłem tę sprawę z odmową wypłaty odszkodowania, którą już tej nocy sprawdzałem. Nie chciałem, ale mimowolnie spojrzałem na opis sprawy. Śmiertelny wypadek na budowie, przy ulicy, przy której znajduje się centrala. Dokładnie naprzeciwko mojego okna. Gość spadł z 4 piętra. Musiałbym być głupi, żeby nie zrozumieć, a jeszcze głupszy, gdybym chciał mieszać się w sprawy wykraczające poza mój trzeźwo myślący umysł. Kamizelka jaskrawiła się gdzieś na 1 piętrze. Zignorowałem telefon i pobiegłem w stronę wind. W holu minąłem śnieżący telewizor i... puste krzesło. Jak debil raz za razem wciskałem guzik przywołujący windę. Gdzieś na sali Tomka usłyszałem łomot jakby krzesło się przewróciło. Windy nadal nie było. Kolejny łomot, kolejne krzesło. Trzask telewizora spadającego ze ściany. Hałasy były coraz bliżej. Trząsłem się już cały. Zobaczyłem jak krzesło pana Józka samo się obraca i zaczyna jechać w moją stronę... Krzesło jechało kurwa samo! Zacząłem wyć jak ciężko zranione zwierzę. W tym momencie drzwi windy otworzyły się, a ja dosłownie do niej wpadłem. Przez zamykające się drzwi zdążyłem tylko zobaczyć jak krzesło z ogromną prędkością przejeżdża w miejscu, w którym przed chwilą stałem i usłyszałem brzęk tłuczonej szyby. Oparłem się ścianę windy. Weź się w garść Dawid, już niedaleko do wyjścia. Dasz radę! DAM RADĘ!

I wtedy zgasło światło. Przez jakieś trzy niemiłosiernie długie sekundy myślałem, że umieram. Na ułamek sekundy światło na powrót rozświetliło wnętrze windy. Na tyle długo, żebym zdążył zauważyć w lustrze, że nie jestem sam... Po czym znowu zapadła ciemność, której towarzyszyła ta sama idiotyczna melodyjka. A ja nie miałem dokąd uciec. Winda w tym czasie zdążyłaby już dwa razy dotrzeć na parter, a jednak wciąż jechała w dół, jakbym wjeżdżał coraz głębiej pod ziemię.

ODSZKODOWANIE!

Ryk dochodził ze wszystkich stron. Usiadłem na podłodze, objąłem rękami kolana i zacząłem kiwać się w przód i w tył.
- To nie ja... Ja nic nie zrobiłem... Jestem niewinny... Nie decyduję...

ODSZKODOWANIE!!!

Ryk był jeszcze głośniejszy. Zakryłem rękami uszy, bo miałem wrażenie, że zaraz ogłuchnę. Ale było mi już wszystko jedno.
- Ja naprawdę nie decyduję... To inni... Ja tylko... Jestem niewinny...
I nagle usłyszałem szept, tuż nad moim lewym ramieniem.
- Wszyscy... są... winni.

A potem poczułem, że spadam...
Źródło: własne
Oceń:
8
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!