W niej

Dodane przez: kier, 2.09.2017, 17:45
Reklama:
- Rozumiesz, że umowa nie przewiduje wypowiedzenia współpracy, że się tak wyrażę – powiedział Buddy, patrząc na mnie wyczekująco.
Nasze oczy spotkały się gdzieś nad biurkiem, dokładnie w połowie drogi.
- Tak, rozumiem.
Co mogłam powiedzieć? Nie było pracy, nie było mydła, jedzenia, wody, długopisów, pościeli ani możliwości wybrzydzania.
Mężczyzna odchrząknął, jakby jego gardło zostało zablokowane w celu uniemożliwienia zawarcia tej umowy.
- Potrafisz się zajmować dziećmi.
W następnych dniach nie pamiętałam już, co dokładnie wtedy powiedziałam. Tak, tak, oczywiście, pewnie, kocham dzieci, coś w tym stylu. Zapadło mi za to w pamięć, że Buddy się wtedy zaśmiał. „Nie możesz kochać dzieci”, powiedział. „Nie możesz ich nawet lubić”.
- Rozumiesz, że zyski mogą być ogromne. Jeśli w końcu to udowodnimy raz na zawsze. Kościół straci władzę. Albo przeciwnie. Ogromna sensacja, ogromny argument przetargowy. Zapłacą nam za publikację badań. Albo za to, żebyśmy ich nie publikowali. Wszystko jedno. Liczą się pieniądze.
- Tak, oczywiście.
Tak naprawdę to liczyłam na to, nie, byłam prawie pewna, że to wszystko to tylko wymysł bandy szaleńców. Czyli całkiem fajna rzecz, pod warunkiem, że owi szaleńcy są bogaci. Innymi słowy – bzdurne przedsięwzięcie i łatwy pieniądz. Nic z tych rzeczy nie mówiłam wówczas na głos. Siedziałam na krześle, ubrana w skromną, szarą sukienkę. Na szyi miałam srebrny łańcuszek, ręce splecione, włosy upięte. Mogłabym się opisać zwrotem „Tak, oczywiście, zgadzam się z tobą, zawsze to lepsze, niż wyrażać własne zdanie”. Albo zwrotem „Proszę o pracę”. Albo „Jestem poważną młodą kobietą, której nie interesują mężczyźni”. Coś w tym klimacie. Buddy, którego musiałam zacząć wreszcie nazywać w myślach szefem, lubił mieć poczucie władzy, ale i zatrudniać ludzi, którzy naprawdę umieli pracować.
Kilka „tak, oczywiście” później okazało się, że właśnie za kogoś takiego mnie uznał.

* * *

Ilekroć sobie przypominałam następne lata, zbierało mi się na śmiech, chociaż teoretycznie wcale nie były szczególnie zabawne. Ale Jezu, z perspektywy czasu, zachowywaliśmy się wtedy jak małe dzieci. Jak dzieci, które wykrzykują słowa, których znaczenia nie znają, które wrzucają kota do wanny, żeby sobie popływał, które bezrefleksyjnie wkładają palce do kontaktu.
Wspomnienia były tak wyraźne. Mia miała wtedy trzy lata, brązowe włosy, okrągłą buzię i zielone oczy. Buddy albo któryś z jego ludzi stali w rogu pokoju. Zawsze ktoś zapisywał, co dokładnie robimy z Mią.
- Podaj jej zabawkę – instruował szef.
Dziewczynka brała do ręki lalkę, która moim osobistym zdaniem wyglądała jak tania prostytutka i misia przyozdobionego gwiazdką. Pokój był zresztą cały zastawiony zabawkami. Najróżniejszymi. Mało kto miał prawo rozmawiać z Mią – należałam do grona tych „szczęśliwców”. Czytałam jej na dobranoc.
- Gdy szczeniak dorasta, staje się psem, gdy topi się lód, nazywa się go wodą, gdy mija dwanaście miesięcy, bierzemy do ręki nowy kalendarz.
Pamiętam, jak wypowiadałam te słowa. Pamiętam, jak oglądałam razem z nią filmy. Pamiętam, jak się modliłyśmy. Do czasu. Do dnia przekazania. Była dla mnie jak córka, którą zmuszona byłam oddać, do tego w ręce o wiele gorszego opiekuna.

* * *

Buddy zamknął się w sobie, gdy już osiągnęliśmy to, o co nam chodziło. Przestał rozmawiać z większością współpracowników. Na szczęście nie przestał dawać mi pieniędzy, chociaż dziś już nie pełnię żadnej kluczowej roli w naszym eksperymencie. Dzisiaj sprzątam zakład.
Ja, wykształcona kobieta, którą do tej pracy przygnała potrzeba zarobienia na jedzenie. Przesuwam mopem po podłodze, a w wypolerowanej powierzchni odbija się moja zmęczona twarz i rzadkie włosy. Jeden z nich spada na ziemię i przykleja się do mieszaniny środka czyszczącego z wodą. Pachnie sztuczną cytryną – wiem, że to ten owoc tylko dlatego, że przeczytałam napis na opakowaniu. Korytarze dawnego magazynu, zakupionego przez Buddy'ego, świecą pustkami. W oddali coś słychać – chyba szczekanie psa.
Pamiętam, jak bawiłam się z Mią lalkami i jak nakłaniałam ją do zjedzenia malutkich kanapeczek z serem. Pamiętam, jak musiałam jej tłumaczyć, na czym będzie polegał proces. Co musi powiedzieć. Dlaczego powinna to zrobić. Dlaczego będzie fajnie.
Nigdzie w pobliżu nie ma żadnych psów.
Chichoczę i wkładam rękę we włosy. Wyczuwam łyse plamy. Lekko się trzęsę. Mam swój łatwy pieniądz. Dzisiaj jest jeden z gorszych dni.
Postanawiam odwiedzić Mię. Wspomnienia zbyt agresywnie napastują moją głowę. Co z tego, że wszyscy mi powtarzają, że to nie ma sensu. Chcę ją zobaczyć. Koniecznie. Mam swój identyfikator. Mogę to zrobić. Wpuszczą mnie, tym bardziej, że ostatnio jakoś nikt się za bardzo nie przejmuje procedurami.
Pozostawiam mopa i wiadro własnemu losowi. Ruszam korytarzem. Wszystko jest takie dziwnie rozmyte; chyba się nie wyspałam. Docieram do pierwszych drzwi, otwieram je służbowym kluczem. Idę korytarzem. Następne drzwi. Pokazuję strażnikowi identyfikator. On kontaktuje się z innym „opiekunem”, jak nazywał ich kiedyś Buddy. Po chwili pojawiają się dwaj masywni faceci. Wydają się zirytowani, rozdrażnieni moim widokiem, jakby próbowali mi przekazać, że czasy mojej świetności już dawno minęły, już nie mam tam nic do roboty. Straciłam już zadanie do wykonania, szacunek, zaufanie oraz część włosów. Nie mówią mi tego, ale wyczuwam, że mniej więcej o czymś takim myślą.
Mimo to wchodzą razem ze mną do środka.
Amy siedzi przy stole i coś rysuje. Nie potrafię uwierzyć, że ma piętnaście lat. Że tak wydoroślała. Jest ubrana kobieco, choć nie przesadnie wyzywająco. Podnosi na mnie wzrok, a jej wargi rozciągają się w uśmiechu.
- Cześć – mówi.
Ogarnia mnie rozpacz. Czuję, że to nie ona. Nikt inny nie widzi tego tak, jak ja.
- Straciłaś część włosów – dodaje z wyraźnie sztucznym współczuciem, wyzwalając we mnie falę wściekłości i nienawiści. Wiem, że o to jej chodzi.
- Cześć, Amy – mówię – Co u ciebie?
- Ignorujesz moje spostrzeżenia – odpowiada ona. Jej oczy są zupełnie pozbawione wyrazu, chociaż wargi nadal rozciąga ten sztuczny uśmiech. - Chyba o siebie nie dbasz, co?
- Skąd.
- Całe życie w pracy. Nie masz czasu. Biedaczka.
Podnosi wypielęgnowaną dłoń i sięga nią do oka. Kładzie palec na białku i mocno pociera.
- Wpadłaś do mnie jednak. Minęło tyle czasu. Wiesz, tęskniłam. A ty nie miałaś dla mnie czasu. Boisz się mnie i pozwalasz, żeby mnie tu trzymali.
Wiem, że nie powinnam jej słuchać. Amy oblizuje wargi i pochyla się, eksponując piersi. Przyciąga to uwagę „opiekunów”. Wygląda, jakby schudła.
- Wasz eksperyment się nie powiódł – syczy cicho. - Nie macie dowodu.
Ja mam. Ja sama mam. Wiem, że to nie ona. Wiem, że to nie moja Amy. Ale zazwyczaj zachowuje się dosyć... normalnie. Potrafi się dostosować do sytuacji. Jest inteligentna, a raczej – to coś w niej jest inteligentne.
- Swoją drogą, nie masz wyrzutów sumienia? - ciągnie. - Sztuczne oddanie ciała. I to ciała dziecka. I to komu?
Szczerzy się do mnie, wiedząc, że nie znam odpowiedzi na to pytanie. Nagle jej rysy twardnieją, przestaje się uśmiechać. Skacze w moim kierunku. Zanim strażnicy zdołają dobiec, gryzie mnie z całej siły w policzek. Wyję, oszołomiona bólem. Krew spływa mi po twarzy, ktoś odrywa ode mnie dziewczynę. Jak przez mgłę widzę przed sobą Amy, którą się opiekowałam, którą oswajałam z okultyzmem, którą uczyłam zapraszać demony. W ustach ma kawałek skóry – dociera do mnie, że musi być moja – a po twarzy spływają jej łzy.
Oceń:
-5
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!