Lampa

Dodane przez: midnight tea, 29.09.2017, 14:55
Reklama:
Opowieść inspirowana autentyczną historią osoby z podobnymi doświadczeniami.


I.
Nie wiem, czy moja historia ma zakończenie.... Ale jeśli chcesz, mogę Ci opowiedzieć, jak się zaczęła.
Masz trochę czasu? Świetnie. Usiądź. Albo stój, jak chcesz – byle tylko było Ci wygodnie.

Byłam na ostatnim roku studiów, gdy dostałam pracę w tym sklepie. Tydzień wcześniej niespodziewanie mnie zwolniono z poprzedniej firmy, bez wyraźnego powodu – ale ja już wiedziałam swoje. Szefowa bezustannie podejrzewała mnie o romans ze swoim mężem. To absurd, z trzech powodów:
1. Nigdy nie łączę życia prywatnego i zawodowego. Dla mnie "kolega z pracy" to istota bezpłciowa.
2. Szef – czyli mąż szefowej – straszliwie mnie irytował swoich beztroskim zachowaniem, zupełnie nie pasującym do właściciela dużej firmy. Parę tematów przepadło przez jego olewatorstwo. Na jego wygląd uwagi nie zwracałam – patrz punkt pierwszy.
3. Szefowie są dla mnie czymś w rodzaju abstrakcyjnych maszyn, siły napędowej firmy i tak też ich traktuję – nie mają więc dla mnie czynnika atrakcyjności, nigdy nie mieli i nigdy mieć nie będą.

Ponieważ obowiązywał mnie dwutygodniowy okres wypowiedzenia, tydzień poświęciłam na porządkowanie swoich spraw w miejscu pracy, a drugi tydzień postanowiłam przeznaczyć na urlop. Byłam pewna, że szefowa mi go sama z siebie nie udzieli – bo tak – więc poszłam po podpis bezpośrednio do działu kadr i tam zostawiłam wniosek.
Spacerowałam po mieście przygnębiona. Owszem, miałam oszczędności, ale nie chciałam uszczuplać konta. Musiałam jak najszybciej znaleźć nową pracę.
Ledwie to pomyślałam, moja komórka zaśpiewała donośnie.

- Cześć! Podobno odchodzisz z roboty?! - długoletni przyjaciel, K. Jak miło.
- Wieści szybko się rozchodzą. - mruknęłam. - I dyplomatycznie to ująłeś. Wykopała mnie.
- Mniejsza. Znaczy, szukasz zajęcia. Czy praca w firmie dekoracyjnej Ci odpowiada?
- A co dekorują? Bo jak kinderbale, to wiesz... Ja i moje podejście do dzieci...
- Mieszkania – zaśmiał się. - To architekci wnętrz. Najlepsi w regionie. Bardzo oryginalni. Rzadko rekrutują, a podobno praca dla nich to marzenie każdego projektanta.
Zatkało mnie. Wiedziałam, o kim mówił. To nie mogła być prawda.
- Hm... I co sprawia, że uważasz mnie za odpowiednią kandydatkę na to jakże zaszczytne stanowisko?
- Możesz trochę ukrócić ten sarkazm? Próbuję Ci pomóc! Przesłałem im Twoje CV, będą dzwonić. I nie ma za co! - warknął, po czym przerwał połączenie. Cholera. On chyba tak serio. Muszę go przeprosić.

Architekci faktycznie zadzwonili, tego samego dnia. Umówiliśmy się na rozmowę na początku przyszłego tygodnia. Ja zaś zaprosiłam przyjaciela na piwko do najlepszego browaru w mieście – w podzięce i na przeprosiny. Na szczęście nie gniewał się za bardzo.

Trzy miesiące później też siedzieliśmy przy piwie, w tym samym browarze, milcząc. Wiedziałam, że chce coś powiedzieć, przeprosić. On wiedział, że ja uważam przeprosiny za bezcelowe i niepotrzebne – bo skąd mógł wiedzieć? Skąd JA miałam wiedzieć? Więc tak sobie siedzieliśmy w ciszy, a gaz uciekał powoli z piwa, jak ostatni oddech chorej osoby.

II.
Architekci przyjęli mnie w swojej siedzibie, której parter stanowił sklep – showroom, pierwsze piętro – biuro projektowe, a piwnice – magazyn. Temu ostatniemu daleko było do mrocznych, wilgotnych przestrzeni znanych z horrorów: duże, jasne pomieszczenie wyłożone kamienną posadzką, z metalowymi regałami, szafkami i zmyślnie rozplanowanymi schowkami, bardziej przypominało biuro numer dwa. W centralnym miejscu znajdował się przeszklony boks, gdzie stało dizajnerskie biurko z fotelem, komputer, niewielka kanapa i szafki z segregatorami. W rogu magazynu znajdowała się niewielka kuchnia, również przeszklona. Zdumiało mnie to – pomieszczenia socjalne były i w sklepie, i w biurze, bo tam były potrzebne, ale tu? Pracownik magazynu zawsze mógł wejść te dziewięć schodków na górę, by zrobić sobie kawę w showroomie. Architekci, jakby czytając w moich myślach, wyjaśnili: często przeprowadzają rozmowy z klientami tutaj, gdzie oglądają oni swój najnowszy nabytek, nierzadko dosyć sporych rozmiarów. Nie ma sensu taszczyć na przykład fotela na górę; przychodzą więc tu, piją kawkę, załatwiają formalności. To tłumaczyło porządny wygląd magazynu.

Powiedzieli mi też, na czym ma polegać moja praca – ponieważ, o dziwo, zostałam przyjęta: mam przychodzić codzienne od dziewiątej do siedemnastej i zajmować się umówionymi klientami, dopóki ich nie ma; obsługiwać osoby zainteresowane asortymentem, które wpadną do showroomu "z ulicy"; przyjmować paczki, ale ich nie rozpakowywać – pracownik magazynu przychodzi trzy razy w tygodniu i to on zajmuje się sortowaniem oraz układaniem paczek. Dbać o aranżację i wygląd showroomu. Wybierać nowy towar zgodnie ze stylem Architektów (duże zaufanie!), zamawiać go; pomagać im w wybieraniu elementów wyposażenia wnętrz. I najważniejsze – niezwłocznie informować, gdy przyjdą lub zadzwonią klienci z segregatora "Na specjalne zamówienie".

Przejrzałam go już pierwszego dnia mojej pracy. Idealnie uporządkowane tabelki z nazwiskami, numerami telefonów, datą oraz nazwą, numerem, opisem i wartością produktów, jakie zamówiono. Zszokowały mnie ceny tych przedmiotów. Każdy z nich miał obok specjalną adnotację: OOAK – one of a kind; 1/10 – jeden z dziesięciu, 2/5 – drugi z pięciu, MFAR – made for a request. Architekci pokazali mi plik w komputerze i objaśnili skróty, zaznaczając, że zwykle aktualizują spis sami, ale czasem może się zdarzyć prośba, bym uzupełniła to za nich. Wszystko dokładnie podadzą, bym nie musiała się męczyć.
Byli naprawdę... inni od wszystkich znanych mi do tej pory pracodawców. Życzliwi. Otwarci. Pomocni. Naprawdę zależało im, bym się tu dobrze czuła, a nie tylko wykonywała bezmyślnie swoje zadania. Wykupili mi nawet karnet na lunch w pobliskiej knajpce, żebym nie musiała jeść na chybcika kanapek przy komputerze. Prawie idealni. I może dlatego nie mogłam pozbyć się dziwnego uczucia, że coś jest nie tak.

Po miesiącu pracy uczucie osłabło. Architekci zaufali mi, powierzali zakupy dla najbardziej wymagających klientów, dali zapasowe klucze do biura i magazynu. Z początku rozmowy ze "specjalnymi" klientami przeprowadzali sami, za zamkniętymi drzwiami, ale potem zaczęłam im towarzyszyć. Spotkania te nie wyróżniały się niczym szczególnym, oprócz przedmiotów, wokół których kręciły się rozmowy – czasem nowych, czasem antycznych, zawsze kosmicznie drogich. Pytania i odpowiedzi: "Czy spełnia Pańskie oczekiwania?", "Wizualnie tak, zobaczymy, jeśli chodzi o funkcjonalność...","Jeśli jest tylko jeden, nie ma gwarancji, wymiany ani zwrotów","Wie Pan, z serwisowaniem i reklamacją sprawa może być nieco...skomplikowana", i tak dalej, jak to zwykle bywa z wyjątkowymi produktami w każdej dziedzinie.
Mijała połowa drugiego miesiąca mego urzędowania w showroomie. W któryś wtorek zadzwonił służbowy telefon. Pracownik magazynu informował, że ma zapalenie ucha i nie jest w stanie pojawić się w magazynie.

- Niedobrze – mruknęłam. W poniedziałek przyszła większa dostawa, szefostwo zaś uprzedziło o wizycie kluczowych klientów w środę. Chcieli, by produkty, które przyszły, odpowiednio wyeksponować w studio: pufy, fotele oraz lampy. Nie mogli sami tego nadzorować, byli na spotkaniach służbowych poza miastem do przyszłego poniedziałku.
- No trudno, zajmę się tym sama. Ty doprowadź się do porządku.
- Jesteś pewna, że sobie poradzisz? - zaniepokoił się kolega. - To ciężkie paczki. Może jednak poczekasz, ja jutro rano spróbuję...
- Spokojnie – ucięłam. - Pomalutku powinnam dać radę. Ty zdrowiej.

Westchnęłam. No cóż. Faktycznie może być trudno, ale co tam. Fizyczna robota mi niestraszna.
Zrobiłam sobie kawę, wzięłam klucze od magazynu, telefon i zeszłam na parter.
Paczki stały tak, jak je zostawił kurier. Porządnie ułożone, czekające na rozpakowanie stosiki szarych kartonów, część z czarną taśma, część z białą, kilka z granatową.
Przepatrzyłam napisy na pudełkach. Według wytycznych Architektów, potrzebowaliśmy w showroomie: czterech foteli, trzy pufy i trzy lampy. Mając w myślach układ przedmiotów na górze, zerkałam na opisy: ten za duży, ten kolorystycznie nie pasuje, ten nie odpowiada stylem, ten jakiś taki nie bardzo... O, te dwa okej... ten też nie, a co to ma być, Jezu, to chyba na specjalne zamówienie...ten też spoko...hm, ten na bank nie, krowa wielkości połowy powierzchni... ale ten się nada, taki fajny kontrast będzie....
Wybrawszy fotele wzięłam się za pufy. Tu sprawa była prosta, natomiast przy lampach miałam lekką zagwozdkę. Cały showroom urządzony był tak, by przypominał wnętrze mieszkania w stylu industrialno – loftowym, z paroma elementami kontrastującej klasyki. Nadawało mu to interesujący, eklektyczny klimat. Łamałam sobie głowę: czy lepiej będzie dobrać lampy bardziej "klasyczne", czy bardziej "nowoczesne"? Mieliśmy i takie, i takie. Weszłam na górę, by ocenić proporcje pomiędzy jednymi a drugimi.

Zdecydowałam, że wezmę jedną białą, kryształową,w stylu nieco barokowym (oczy wyszły mi z orbit na widok ceny detalicznej tego cacuszka) i dwie w surowym skandynawskim stylu: jedną gołą żarówkę Edisona, zamkniętą w drucianej klatce (nie w moim guście, ale co tam...) i jedną niemalże steampunkową – miedziany, gdzieniegdzie muśnięty zielonkawą śniedzią abażur – "lejek" z wielkimi nitami i olbrzymią, ale o niskiej mocy żarówką, której włókna, nawet zgaszone, miały intrygujący złotawy odcień.
Ostatnia lampa nie miała załączonej faktury ani WZ. To akurat nic niezwykłego – czasem dostawcy dosyłali dokumenty Architektom mailem. Problem dla mnie o tyle, że nie wiedziałam, jak ją wciągnąć w rejestr zatowarowania; ani symbolu, ani nazwy modelu, ani ceny. No trudno. Wpisałam "Lampa" i poszłam aranżować pomieszczenie.

III.
Pełna dumy, omiotłam wzrokiem sklep. Barokową ślicznotkę umieściłam w "kąciku buduarowym" – strzał w dychę; żarówkę w klatce – "w kąciku jadalnym", pasowała, jakby tam zawsze wisiała; stempunkowe dzieło – w "kąciku relaksacyjnym", idealnie wkomponowało się w resztę przedmiotów: fotela w kolorze burgunda, gdzie sadowili się klienci, surowego drewna stolika i regałów na książki, ciemnego metalu nóg mebli. Niedaleko stało moje biurko, gdzie spokojnie wstukiwałam faktury, składałam zamówienia, odbierałam telefony. Lubiłam patrzeć na "kącik relaksacyjny", klienci też go lubili – i dlatego tam ich usadawiałam, gdy byli zmuszeni chwilkę poczekać. Miedziana lampa dopełniała całości.
Podeszłam do włączników, przycisnęłam. Showroom rozbłysł różnymi rodzajami światła: od chłodnych po ciepłe, od jasnych po przytłumione. Iskry zatańczyły w kryształach kloszy, promienie odbiły się od metalowych abażurów i rozproszyły w drewnianych osłonach.

Trzy nowe lampy świeciły zachęcająco. Kochałam tę robotę.
Kilka godzin później zawitał do nas niezapowiedziany kluczowy klient – pan Ambasador. Zachowałam kamienną twarz, chociaż z trudem ukryłam zaskoczenie. Zwykle dzwonił, albo do biura, albo do Architektów. Mieliśmy czas przygotować przedmioty, które potencjalnie mogły go zainteresować. A tu wtopa.

- Niech się Pani nie przejmuje, wpadłem po prostu zobaczyć, co nowego macie... no i nie ukrywam, trochę odpocząć w miłym towarzystwie – zaśmiał się jowialnie. Ambasador był trochę po pięćdziesiątce, wciąż przystojny, wysoki, elegancki.

Zaproponowałam mu kawę i usadziłam w "kąciku relaksacyjnym", wręczywszy przy okazji tablet z naszym nowym katalogiem i spotem promocyjnym. Dodałam, że gdyby był łaskaw wyrazić swoje uwagi, byłaby to nieoceniona pomoc (nie zaszkodzi trochę się podlizać, facet zostawiał u nas kupę szmalu). Ambasador z chęcią przystał na propozycję.
Obserwowałam go bez zaangażowania z "kącika jadalnego", podczas gdy ekspres mozolnie mielił ziarna kawy. Wiesz, jak to jest, gdy musisz na czymś zatrzymać wzrok, ale tak naprawdę wcale na to nie patrzysz? No właśnie. Więc gapiłam się, myśli uciekły mi gdzieś daleko, Ambasador uważnie oglądał spot – i wtedy miedziana lampa zamigotała. To był pierwszy raz, jeden z wielu później.
Ocknęłam się. Kurde. Czyżby żarówka nawalała? Nasze wszystkie lampy stanowią "jeden organizm", więc gdyby była jakaś awaria prądu lub spięcie, zamigotałyby wszystkie. Ale nie, tylko ta miedziana. Cholera, szkoda byłoby takiej ładnej, fabrycznej żarówki.
Wpatrzyłam się intensywnie w lampę. Nic. Świeciła pięknym, bladozłotym światłem, idealnym do relaksu, ale nie usypiającym. Ambasador dalej oglądał spot, jakby nigdy nic.
Ekspres piknął, kawa gotowa. Ustawiłam filiżankę na tacy wraz z cukrem i ciasteczkami. Wtedy lampa zamigotała znowu.
Omal nie upuściłam wszystkiego, co trzymałam. W mrugnięciu lampy zauważyłam jakieś cienie. Jakby coś stało za fotelem i pochylając się, patrzyło Ambasadorowi przez ramię. Potem "spojrzało" na mnie.
Porcelana zadzwoniła na tacy w rytm moich drżących rąk. Ambasador podniósł głowę.

- Coś nie w porządku, moja droga?

Zaprzeczyłam z uśmiechem, chociaż w ustach poczułam suchość. Co to za zwidy, do diabła?
Podałam kawę. Ambasador rozpływał się nad katalogiem i spotem reklamowym. Zaznaczył interesujące go przedmioty z prośbą o sprawdzenie cen i terminy realizacji do jutra, pożegnał się i wyszedł.
Zadzwoniłam do szefów. Opowiedziałam o wizycie Ambasadora. Pochwalili mnie za dobrą robotę, podali próg rabatowy na produkty dla niego oraz polecili zadzwonić jutro, po jego wizycie. Nie wspomniałam im o lampie, uznając to za bzdurę – może się lekko rozkręciła i dlatego migocze? Zresztą, co mi pomogą na odległość? Powiem, jak wrócą, może to wada fabryczna.
Pomimo wmawiania sobie, że to nic wielkiego, do końca zmiany nie spuściłam wzroku z lampy. Świeciła sobie bez przeszkód.

IV.
Następnego dnia od rana było pochmurno. Lubię taką pogodę, bo wtedy wyraźnie widać przez szybę wystawową nasze piękne oświetlenie w sklepie. Przyszłam, włączyłam światła, jak zwykle wzdychając z zadowoleniem (cuda stworzone ręką ludzką!), przygotowałam wyceny dla Ambasadora i poszłam zrobić sobie kawę.
Wystukiwałam rytm jakiejś piosenki na blacie, czekając, aż ekspres wypluje, co moje. Pomyślałam, że dobrze byłoby już przygotować filiżanki i ciastka dla Ambasadora, miał przybyć za pół godziny. Grzebałam w dolnej szafce, gdy znów to usłyszałam.

Zzzyt-zzyt.

Dźwięk migotania żarówki.
Powoli zamknęłam drzwiczki, olewając ciastka. Zzzyt – zzyt. Ciemniej – jaśniej.

I chichot. Cichutki. Jakby zza drzwi do sklepu.
Nie bardzo mogłam się wyprostować i nie chciałam, szczerze mówiąc. Coś mi mówiło, żeby tego nie robić.

Zzzyt-zzyt. Ciemniej – jaśniej. Chichot.
Trwało to może piętnaście – dwadzieścia sekund. Dla mnie cała wieczność.
Wreszcie wszystko ucichło, światło odzyskało stabilność. Opadłam, drżąc na kolana. Potem poderwałam się i bez rozglądania chwyciłam kurtkę, paczkę fajek i wypadłam tylnymi drzwiami. Wypaliłam dwa papierosy pod rząd.

Co się, do cholery, dzieje?
-----------------------------------------------------------------

Ambasador przybył punktualnie. Do tego czasu moje nerwy nieco przycichły, a ręce przestały się trząść. Zanim zdążyłam wskazać mu inne miejsce, z zadowolonym westchnieniem opadł na fotel pod tą przeklętą lampą. Modląc się w duchu, żeby przestała robić głupie numery, cały czas miałam ją na oku, jednocześnie pokazując Ambasadorowi kwestionariusze zamówień oraz objaśniając ceny poszczególnych produktów. Podawałam kawę za kawą, Ambasador zdążył pochłonąć półtorej opakowania kruchych ciasteczek – i nic się nie stało.

Czy się rozluźniłam? Nie. Oczekiwałam uderzenia w najmniej spodziewanym momencie. Zmuszałam się do śmiechu z żartów Ambasadora, opisywałam mu pożądane przedmioty oraz podawałam czas realizacji poszczególnych zamówień. I czekałam.

- Kochanie, mógłbym przesiedzieć z Panią cały dzień, jednak z żalem muszę się zbierać. Obowiązki – uśmiechnął się. To był naprawdę atrakcyjny facet. Wyprostował plecy, przeczesał dłonią szpakowate włosy – na opalonej skórze przykuwał wzrok ślad po pierścionku, chyba obrączce. Architekci wspominali, że Ambasador był dwukrotnym rozwodnikiem. No, no.

- Zajrzę jeszcze około szesnastej, chciałbym przedyskutować sprawę tej komody ze szklanym frontem i włoskich kafelków... no i oczywiście, zobaczyć Panią – puścił oczko. Minutę później już go nie było, a ja zbierałam filiżanki i talerzyki. Lampa wisiała niewinnie. Powoli zaczęłam przypisywać wcześniejsze zjawiska przemęczeniu; oddałam się swojej pracy bez reszty, naprawdę ją uwielbiałam, z własnej woli siedziałam w showroomie po godzinach, porządkując zamówienia.

Cały czas nic, nawet najsłabszego mrugnięcia. Wisiała i świeciła, kpiąc ze mnie w żywe oczy. Ja już nic nie rozumiem.

V.
Chwilę po czwartej w drzwiach ponownie stanął Ambasador. Kluczowi klienci, zapowiedziani na ten dzień, już dawno wyszli, bardzo zadowoleni z załatwienia dla nich kilku rzadkich przedmiotów. Wykorzystałam przerwę na lunch, by skoczyć do sklepu po świeże owoce – Ambasador przepadał z morelami, brzoskwiniami i mandarynkami. Obrałam je, ułożyłam ładnie na półmisku; do tego dodałam szklankę wody mineralnej z limonką.

- Moja droga, myśli Pani o wszystkim! - uradowany gość chwycił pokaźną garść owoców. - Właśnie przeszło mi przez głowę, że chętnie zjadłbym trochę mandarynek... a tu proszę! Chyba Panią zatrudnię... Cud, nie kobieta!

Co tu dużo gadać – zarumieniłam się. Facet potrafił być prawdziwym czarusiem. Nawet jeśli opowiadał bzdury, miło czasem coś takiego usłyszeć.
On wsuwał owoce, ja, starając się przyjąć swój najbardziej "profesjonalny" ton oraz "elegancką" pozę, rozwiewałam jego wątpliwości dotyczące komody z drzwiczkami ze szkła weneckiego oraz ręcznie robionych kafelków. Mówiłam dosyć długo, podkreślając zalety rękodzieła włoskich mistrzów; pod koniec sama niemal przekonałam się do kupna płytek po 25 euro za sztukę.

- Tak, czyli już wszystko jest jasne... Zedrzecie tu ze mnie ostatnią koszulę – zachichotał. - No, ale moja narzeczona będzie zachwycona. Niech ma co chce, powiedziałem sobie. Wie Pani, jeśli się kogoś kocha, to pragnie mu się nieba przychylić. Spełniać tyle zachcianek ile można, byleby tylko zobaczyć uśmiech na jej twarzy....

I w tym momencie lampa zamigotała. Podniosłam wzrok.
Za Ambasadorem stały dwie postacie. Po jednej z każdej strony. Patrzyły na listę, którą on studiował.
Skamieniała, obserwowałam, jak powoli unoszą ręce i kładą mu na ramionach. W blasku lampy zalśniły złote obrączki na ich bladych palcach.
Mrugające światło wydobywało niewyraźne detale ich sylwetek: były to kobiety, obie ciemnowłose, bardzo szczupłe. Miały na sobie brudne sukienki nieokreślonego koloru, podarte, oraz gołe stopy. Jedna ociekała wodą, druga wyglądała, jakby właśnie wstała z rowu pełnego błota.
Tyle zdążyłam zauważyć, zanim żarówka wraz z ostatnim zzzyt – zzyt wróciła do "normalności". Wszystko trwało kilkanaście sekund.

Z przerażania moje gardło odmówiło posłuszeństwa, a w oczach stanęły łzy. Nie mogłam zmusić sparaliżowanego ciała do najmniejszego ruchu.

- Kochanie, wszystko w porządku? - głos Ambasadora docierał do mnie jak przez warstwę waty.

A potem wszystko pociemniało.

VI.
Otworzyłam oczy. Nad sobą zobaczyłam krokwie i plątaninę kabli. Gdzie jestem?
Podniosłam głowę. Leżałam na jednej z kanap w naszym showroomie. Obok, na pufie, przykucnął zaaferowany Ambasador.

- Zemdlała Pani, długo nie mogłem Pani docucić. Karetka już jedzie – powiedział. - Zadzwoniłem do Architektów. Bardzo się zmartwili. Są w drodze powrotnej.
- Ale... po co? - przeraziłam się. Lampa. Cholera. Nie mogą tego zobaczyć! Muszę im powiedzieć! A jak mi nie uwierzą...? Co mam do diabła zrobić?
- Dziecko, tak nie można. Zemdlałaś na środku pokoju, z niewiadomych przyczyn. Może Ci być coś poważnego. Architekci też są tego zdania. Widać, że kochasz swoją pracę, ale bez przesady.

Ambasador został ze mną przez całą wizytę ratowników medycznych. Musiałam solennie obiecać stawiennictwo na badaniach neurologicznych. Nieco się uspokoiłam, wypiłam gorącą herbatę. Kiedy za jego namową zaczęłam wybierać numer do Architektów, by sprawdzić, za ile dotrą tutaj, uspokojony poszedł sobie, zapewniając że zadzwoni za pół godziny. Pomimo okropności sytuacji, to było miłe... i w pewien sposób łechtało moją próżność, nie powiem. Czarujący mężczyzna skaczący dookoła Ciebie – marzenie każdej dziewczyny. Pozwoliłam sobie na kilka minut fantazji.
Chwilę potem jak żywe stanęły mi przed oczami te kobiety.
Przerwałam wybieranie numeru Architektów. Ręce znów zaczęły mi się trząść, kolana zmiękły. Ta zasrana lampa.
Przez chwilę biłam się z myślami. Powiedzieć im czy nie? Przecież to ich zakup! Ale skąd mam wiedzieć, czy to nie moje zwidy? Może po prostu wariuję?

Lampa, jak na dany znak, znów mrugnęła. I znów. Najpierw szybko, potem wolno i jakby z namysłem. Zzzyt – zzyt.
Chichot. Cichutki, dziecięcy, zza moich pleców.
Powoli odwróciłam głowę.
Do szklanych drzwi showroomu przyklejało buzię dziecko. Mały chłopczyk. Nic niezwykłego... gdyby z ust nie ciekła mu ciemna maź, a lewą część głowy miał strzaskaną.
Ponownie straciłam przytomność.
-----------------------------------------------------------------

Klepanie po twarzy. Najpierw lekkie, potem bardziej natarczywe. Wreszcie dość solidne uderzenie.
Otwieram szeroko oczy, zszokowana ciosem.
Dwie zaniepokojone twarze, dwie pary uważnych oczu. Architekci. O nie.
Zerwałam się jak mogłam najszybciej z przeprosinami wypływającymi na usta, ale coś w ich minach kazało mi zamilknąć. Starszy wciąż patrzył na mnie uważnie, Młodszy omiatał wzrokiem showroom. Wtedy jego wzrok padł na lampę.
Porozumieli się bez słów.

- Czy coś... widziałaś?
Gardło miałam suche jak wiór; nie wiedziałam, co mam im powiedzieć. Od czego w ogóle zacząć.

- Powinnaś być z nami szczera – zachęcił Młodszy spokojnym głosem. Pokiwałam głową.
Starszy podał mi ramię.
- Myślę, że musimy porozmawiać. - powiedział cicho. - W biurze na dole.

Tak bardzo nie chciałam tej rozmowy. Patrząc na wszystko z obecnej perspektywy, była mi ona potrzebna... jej wspomnienie przynajmniej częściowo trzyma mnie w pozorach normalności. Tylko jak długo?

Chcesz wiedzieć, co mi powiedzieli?

VII.
Specjalni klienci. No tak.

Człowiek jednak jest rzadkim okazem – najgłupszym stworzeniem na Ziemi. Widzi tylko to, co chce zobaczyć. Słyszy to, co chce usłyszeć. Uwierzy w to, w co chce uwierzyć. Na pozostałe rzeczy będzie ślepy i głuchy.
Byłam przy wielu rozmowach ze "specjalnymi" klientami. Gdybym nie była taką idiotką, już dawno zorientowałabym się, co w trawie piszczy. Po drugim lub trzecim spotkaniu wszystko powinno być dla mnie jasne...

Zrozum, oni wyglądali zupełnie zwyczajnie... Żadnych trzyczęściowych garniturów, monokli, czy powłóczystych szat, żadnych czarnych koronek i dziwacznych kapeluszy z woalką. Nikt z nich na dzień dobry nie wyciągał szklanej kuli, nie machał przed oczami talią kart Tarota, nie wykrzykiwał, że rozmawia z Twoją zmarłą kuzynką. Przypominali księgowych lub porządne gospodynie domowe. Cisi, niewyróżniający się z tłumu ludzie, bardzo grzeczni, doskonale wiedzący, czego chcą.

Okultyści, spirytyści, medium – z tych prawdziwych. Nie jakieś telewizyjne podróby.
Architekci spokojnie tłumaczyli mnie, przerażonej całą sytuacją, na czym polega różnica.
To, że chcesz się skontaktować ze zmarłą kuzynką nie oznacza, że powinieneś, albo że w ogóle możesz. To, co zwykle udaje się osiągnąć samozwańczym "wróżkom", to najczęściej psychologiczna szopka, którą ułatwia doba cyfryzacji – przed "seansem" wyszukują informacje o klientach gdzie się da: Facebook, Instagram, Snapchat... Udostępniamy dziś w Internecie tyle ze swojej prywatności, że poskładanie wszystkiego w logiczne brzmiącą przepowiednię naprawdę nie jest trudne... W przypadku braku informacji z sieci rzucają jakimis ogólnikami, popartymi całkiem niezłymi efektami specjalnymi.

Drugi typ to "wróżka – wannabe" – która na serio uważa, że coś potrafi i może umożliwić kontakt ze zmarłym. Dlaczego, według Architektów, jest to niemożliwe, powiem Ci za chwilę...
Taka wróżka może i ma jakieś zdolności, nieco większe niż przeciętny człowiek, co czyni ją tym bardziej niebezpieczną. Gdyż to, z czym rozmawia, nigdy nie jest żadnym zmarłym członkiem rodziny... a groźnym bytem, który żeruje na ludzkiej rozpaczy, oszustem i pasożytem, czekającym na szczelinę w samoobronie duszy danego człowieka, by się tam wślizgnąć. Żywi się życiem. Często doprowadza do samobójstwa nosiciela. "Wróżki – wannabe" sprowadzają na swoich klientów głównie nieszczęścia.

Jest jeszcze trzeci typ – klienci showroomu. Ci prawdziwi.
Według Architektów, stanowili oni coś w rodzaju "służb porządkowych". Jest parę grup: "śledczy", "pościgowcy","klawisze", "sędziowie"... Cały system penitencjarny zaświatów.

- Widzisz... - zaczął Młodszy i odchrząknął. - Po śmierci dusza człowieka zwykle idzie dalej... na potrzeby dyskusji przyjmijmy, że w Zaświaty... a czasem zostaje "pomiędzy". Nie jest ani tam, ani tu. Wtedy musi trochę się wysilić, by pójść, gdzie powinna. Jednak są takie... niespokojne dusze? Zranione? Wściekłe? One wtedy zostają tu... jak sama widziałaś.
- Ofiary morderstw..? - spytałam.
- O widzisz, rozumiesz – uśmiechnął się Starszy. - Ale nie tylko. Wypadki. Choroby. Samobójcy, którzy niestety już po fakcie zdają sobie sprawę, jaki błąd popełnili...
- Czyli, że co? Samobójstwo to grzech, więc nie wpuszczą ich do nieba?
- Nie, nie w tym rzecz. Wzgardzili darem życia. Muszą więc posnuć się po świecie jeszcze przez ten czas, który teoretycznie był im przeznaczony... bez możliwości kontaktu z bliskimi, bez prawa do niczego... A potem – tak, mogą iść dalej.

Wzdrygnęłam się. Straszna kara.

- "Śledczy" wypatrują takie dusze. Te, które zostały. Najczęściej są w miejscach, gdzie gwałtownie przerwano im życie. Czasem towarzyszą ukochanym. Różnie bywa. - zamyślił się Młodszy.
- "Pościgowcy" mają za zadanie je złapać, co jest bardzo trudnym zadaniem... - przejął historię Starszy. - "Klawisze" więzią dusze do czasu przybycia "sędziów"... Ci odsyłają dusze do Pomiędzy.
- Jak...?
- Nie chcesz wiedzieć. Po prostu im pomagają. Wysłuchują, co tamte chcą im przekazać. Czasem pomoc inna niż odesłanie do Pomiędzy jest możliwa. Czasem nie.
- Dlatego – wtrącił się znów Młodszy – kontakt z duszami zmarłych jest niewykonalny... ponieważ przebicie się z Pomiędzy wymaga od nich wielkiej dawki energii... A co dopiero z Zaświatów! To zaburzałoby równowagę. My istniejemy w swoim świecie, oni w swoim. I tak ma być.
- Ale... - zawahałam się – przecież czasem słyszy się o "interwencji z zaświatów"... Że czyjaś zmarła mama kogoś ostrzegła....

Architekci spojrzeli po sobie z uśmiechem.

- To najczęściej jest ktoś "wyżej" – wyjaśnili. - A przyjmuje postać osoby, którą kochasz, lub kochałaś, byś łatwiej mogła im zaufać.
- Tak, wyobraź sobie telefon: Dzień dobry, z tej strony Bóg – nie leć tym samolotem? - dorzucił Młodszy. Druga...hm...strona barykady... zresztą posługuje się tymi samymi technikami. Wiadomości od zmarłej babci przecież uwierzysz, choć z trudem, prawda?
- Czasem dusze są w stanie wykrzesać z siebie dość energii, by czemuś zapobiec lub komuś pomóc. Ale tylko raz. Potem idą dalej – gdzie nic już ich z tym światem nie łączy. Spotkamy się tam wszyscy... kiedyś – spuentował Starszy.

Siedziałam cicho, ściskając kubek kawy obiema rękami. Z jednej strony miałam ochotę wyśmiać te rewelacje – z drugiej, jak mogłam, po tym, co widziałam...?

- Lampa... - powiedziałam po chwili.
- Tak... - westchnął Starszy. - To artefakt dla jednego ze "śledczych". Pozwala zobaczyć prawdę.
- Jeśli mruga, w pobliżu jest jakaś niespokojna dusza. - dodał Młodszy. - Pytanie tylko... jak to się stało, że ty je zobaczyłaś...

Nic nie rozumiałam.

Architekci powiedzieli mi wtedy coś, co prześladuje mnie po dzień dzisiejszy... dosłownie.

VIII.
Czy wiesz, że każdy z nas ma zdolność widzenia "tego, co niewidoczne"? Troszeczkę. Za każdym razem, kiedy masz wrażenie, że coś Ci miga kątem oka, że nie jesteś w pokoju sam, kiedy czujesz się obserwowany... oni tam są.

Raz na sto osób zdarza się osoba bardziej wrażliwa. Raz na tysiąc – taka, która widzi "to" wyraźnie. Raz na dziesięć tysięcy – taka, która potrafi odróżnić złe byty od zagubionych dusz.
Są też tacy, którzy tylko je czują, słyszą, dotykają – ale nie widzą. Jak ślepy w świecie duchów. Ta przeklęta lampa była przeznaczona właśnie dla kogoś takiego.

W większość przypadków, jeśli "coś" odczuwasz, najpierw umierasz ze strachu, a potem wmawiasz sobie, że Ci się zdawało. I dobrze robisz.
Bo, zrozum – jeśli Ty je widzisz, one widzą Ciebie. I większości z nich wcale się to nie podoba. Dlatego trzeba udawać.
Prawie wszyscy "kiedyś-ludzie" mają tu coś do załatwienia. I serio nie chcą, by ktoś im w tym przeszkadzał. Ewentualnie nachalnie domagają się pomocy.
A złe byty? Cóż, one po prostu takie są – wredne. Istnieją, by szkodzić. I biada Ci, jeśli im to przerwiesz.
Dlatego widzisz, ale nie widzisz. Tak to się robi.
Skąd miałam o tym wiedzieć? Nikt mi nie powiedział. Ani o tym, że to jest "zaraźliwe"... Jeśli komuś o tym opowiesz, a on Ci uwierzy – wcale sobie nie pomagasz, a jest już Was dwoje.

Przepraszam, K.

Jestem jedną na tysiąc, zawsze byłam. Spychałam to tylko w głąb siebie. Gdy byłam nastolatką, myślałam, że jestem chora. Gdy byłam starsza... nauczyłam się ignorować. A potem naszedł ten dzień z lampą...
Oni wiedzą, że ja wiem. I przychodzą. Nic mi już nie daje udawanie. Szepczą, krzyczą, czasem próbują zrobić mi krzywdę. Drapią. Gryzą. Są ze mną w dzień i w nocy.
Kobiety od Ambasadora towarzyszą mi cały czas. Nigdy nic nie mówią, chociaż pytam. Nie wiem, kim są, ale się domyślam. Ale co mogę zrobić z tą wiedzą? Pójść na policję i powiedzieć, że Ambasador chyba zabił dwie poprzednie żony, nie mając nic, co popierałoby moje słowa?
Dziecko, które widziałam, przychodzi do K.
Oprócz nich są jeszcze inni...

Mój przyjaciel jest na skraju załamania nerwowego. Nie zabiliśmy się jeszcze tyko dlatego, że już wiemy, co się dzieje z samobójcami.
Architekci obiecali pomóc... Ale "specjalni klienci" przyjeżdżają hurtem raz na kwartał, spędzają około tygodnia w mieście, lub rzadziej. Sami się kontaktują z showroomem, więc nie wiem nawet, gdzie ich szukać ani jak odróżnić ich od fałszywek...
Modlę się. O przetrwanie. Żebyśmy wytrzymali – jeszcze dzień, jeszcze tydzień, jeszcze miesiąc...

Wierzysz mi?

Nie powinieneś.
Źródło: Własne.
Oceń:
2
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!