Ja, moja siostra i pies

Dodane przez: midnight tea, 4.10.2017, 13:45
Reklama:
Na podstawie własnych doświadczeń.

-----------------------------------------------------------------

I.
Kiedy miałem siedem lat, w moim życiu pojawił się Bus. Wielki mieszaniec, wesoły, żywotny, wspaniały. Bez kręcenia nosem chodziłem z nim na spacer. Szczotkowanie jego wiecznie skołtunionej, rudawej sierści sprawiało mi czystą przyjemność. Mając do wyboru spotkania z kolegami, a zajęcie się Busem, najczęściej wybierałem Busa. Widziałem, że moich rodziców nieco to martwi – nie chcieli, bym został odludkiem. Mieszkaliśmy w odosobnionym domku w górach, rzadko kiedy ktoś nas odwiedzał.
Siostra też trochę marudziła.
- Jeśli będziesz tak traktował tych paru kumpli, jakich posiadasz, w końcu ockniesz się bez nich – ostrzegała. W tym roku kończyła trzynaście lat i w moich dziecięcych oczach była prawie dorosła. Miałem w niej przyjaciela, jakiego moi nieliczni towarzysze zabaw nigdy nie mieli w swoim rodzeństwie. Dlatego poważnie przemyślałem jej radę.

Usiadłem przy Busie, głaszcząc jego puszysty łeb. Powoli tłumaczyłem mu, jak bardzo jest dla mnie ważny, ale muszę poświęcić też trochę czasu swojemu życiu. Jego złote oczy patrzyły na mnie z powagą; wiedziałem, że mnie zrozumiał. Siostra, widząc, jak następnego dnia wychodzę pograć w nogę z dwójką kolegów, uśmiechnęła się z aprobatą. Obiecała otoczyć Busa opieką na czas mojej nieobecności. Gdy w progu odwróciłem głowę, by rzucić im ostatnie spojrzenie, widziałem ją przytuloną do psa, szepczącą coś prosto do jego włochatego ucha. Bus słuchał uważnie, a ona popatrzyła na mnie i puściła mi oczko.
Opuściłem dom z przekonaniem, że wszystko będzie w jak najlepszym porządku. I faktycznie było.

II.
Jak to z dużymi psami bywa, nie żyją zbyt długo, niestety... Bus wkraczał w jedenasty rok życia, gdy kończyłem liceum. Lata z nim wspominam jako najszczęśliwsze w moim życiu. Jego niezmącona pogoda ducha dodawała mi sił, kiedy coś szło nie tak. Potrafił być wesoły jak szczeniak nawet podczas tych kilku rekonwalescencji...

No właśnie. Wtedy nie zastanawiałem się nad tym głębiej, ale teraz myślę, że parę incydentów było dziwnych.
Moi rodzice nigdy nie przywiązywali zbytnio uwagi do Busa, za co miałem do nich ogromny żal; chyba spychali odpowiedzialność za psa na mnie i siostrę, no bo skoro tak bardzo chcieliśmy zwierzaka... Jednak długo nie mogłem im wybaczyć całkowity brak zainteresowania ciężko rannym Busem – a nie był to jednorazowy przypadek, a trzy zdarzenia.

Pierwszy raz znaleźliśmy Busa z ranami na grzbiecie dzień po mojej grypie. Miałem dziesięć lat.
Leżałem wtedy dwa tygodnie z potężną gorączką, majaczyłem i wylewałem z siebie litry potu. Zmartwiona siostra siedziała przy mnie na zmianę z mamą. Tata dołączał do nich zaraz po powrocie z pracy. Nocami mama przysypiała na fotelu niedaleko mojego łóżka, a siostra wciąż trwała na posterunku. Rankiem miała sine kręgi pod oczami, ale nie ustawała w przecieraniu mi czoła, podawaniu wody czy po prostu trzymaniu mnie za rękę.

Rodzice słowem nie skomentowali jej nieobecności w szkole – chyba docenili, jak bardzo się dla mnie poświęcała.

Ostatniej nocy mojej choroby gorączka osiągnęła stan krytyczny; z powodu ulewy pogotowie nie mogło do nas dojechać – błoto i stromy podjazd do naszego domku uczyniło górską drogę trasą nie do przebycia. Siostra opowiadała, że tata wisiał na telefonie, próbując zorganizować helikopter, mama wykłócała się z dyspozytorem pogotowia, a ona po prostu siedziała przy mnie i odmawiała modlitwy, bo już nie wiedziała, co może zrobić.
Pamiętam – otworzyłem na moment oczy tej nocy. Słyszałem głosy w tle, które mój otępiały umysł przekształcał w niezrozumiały bełkot, przypominający spowolnioną, zepsutą taśmę. Widziałem też moją siostrę: szeroko otwarte oczy, wpatrzone w przestrzeń, ręce splecione tak, że aż zbielały jej kłykcie, pot kapiący z jej rudej grzywki. I mamrotane pod nosem z niewiarygodną szybkością słowa.

Analizując ten widok, za bardzo na modlitwę mi to nie wyglądało.

Następnego dnia poczułem się lepiej. Gorączka spadła. Pogoda uległa poprawie. Pogotowie dotarło. Ustalono, że nie ma konieczności zabierania mnie do szpitala.
Uparłem się, by wyjść do Busa. Siostra początkowo nie chciała o tym słyszeć; w końcu uległa, opatuliła mnie w cztery swetry, dwie pary skarpet, czapkę i szalik. Wyszliśmy na ganek.
Bus leżał na deskach, ciężko dysząc. Z ran na jego grzbiecie wypływała krew.

Na szczęście obrażenia psa okazały się powierzchowne. Tata odmówił wezwania weterynarza; nie mogłem zrozumieć, dlaczego. Opatrzyliśmy Busa z siostrą na własną rękę. Wyglądał, jakby coś go pokąsało. Wilki? W tych okolicach to niemożliwe. Z lisami poradziłby sobie bez problemów, był kilka razy od nich większy. Inne psy? Nigdy nie widzieliśmy bezpańskich zwierząt w pobliżu naszego domu.
Sprawa pozostała zagadką.

III.
Kolejne incydenty z rannym Busem zawsze miały miejsce w sytuacjach dla mojej rodziny kryzysowych – drugi, gdy moja mama chorowała na raka (wtedy Bus został poważnie ranny, a tata dalej odmawiał wezwania weterynarza – nigdy mu tego nie wybaczyłem), a trzeci, gdy w mojej pierwszej, wakacyjnej pracy zostałem oskarżony o kradzież (mniej poważne obrażenia).

Bus odszedł dzień po zdanym przeze mnie egzaminie na studia. Odszedł dosłownie – po prostu zniknął z ganku. Wołałem, szukałem dookoła domu i w lesie – bezskutecznie.

- Wiesz, stare słonie, gdy czują, że śmierć się zbliża, oddalają się w jakieś ustronne miejsce, by tam umrzeć – powiedziała siostra, a ja zrozpaczony waliłem pięścią w mur, nie wiedząc już, co robić. - Pewnie Bus postąpił podobnie... chciał ci oszczędzić tego widoku.
Potem przytuliła mnie i wyszeptała w moje ramię coś niezrozumiałego:
- Wybacz. Rozdwojenie...Brakło mi już sił...

Nie pozostało mi nic innego, jak przyjąć jej wytłumaczenie do wiadomości, przynajmniej pozornie. Wyjechałem kontynuować naukę do miasta, gdzie mieszkała i pracowała już pewien czas moja siostra; jednak za każdym razem, gdy wracałem do domu, wybierałem się na długi spacer po lesie, z niknącą nadzieją, że może napotkam cudem miejsce doczesnego spoczynku Busa. Nigdy nie dopisało mi szczęście.

Siostra pomogła wynająć w mieście przytulne mieszkanko na parterze odludnego domku – wiedziała, że po dwudziestu latach, spędzonych w górskim odosobnieniu ciężko mi będzie przestawić się na dzielenie lokum ze współlokatorami. Jedyne, co mi przeszkadzało, to walczące od czasu do czasu tuż pod moimi drzwiami psy; zdarzało się to raz, dwa razy w miesiącu, zwykle, gdy byłem chory lub biedziłem się nad jakimś życiowym problemem. Taka złośliwość losu.

Poinformowana o tym siostra zbyła mnie, mówiąc, że w mieście, niestety, pełno jest bezpańskich psów. To smutne, ale nie można zbyt wiele na to poradzić.
Martwiłem się o nią. Coraz gorzej wyglądała – schudła, zbladła, często miała poranione ręce. Gdy pytałem o powód, wzruszała ramionami: - Taka specyfika pracy – i ucinała temat. Teraz zastanawiam się, dlaczego nigdy nie spytałem, gdzie właściwie jest zatrudniona...

VI.
Trzy miesiące temu hałas za drzwiami przypominał regularną wojnę w dżungli. Przerażony nie na żarty, postanowiłem kupić dobrą kamerę przemysłową.
Zamontowałem ją tego samego dnia po zakupie. Zainstalowałem potrzebne oprogramowanie, by móc obserwować, co tam się, do diabła, wyprawia. Rozpocząłem też poszukiwania innego lokum – już wolę współlokatorów, a nie hordę z piekła rodem za drzwiami.
W tamtym okresie moje życie zaczęło zmierzać ku równi pochyłej: studia okazały się trudniejsze, niż sądziłem, dziewczyna, której oddałem serce i sporą część gotówki, ulotniła się z obiema rzeczami; na dodatek wykryto u mnie paskudą chorobę dziedziczną, która osłabiała mnie dzień po dniu.
Walki na zewnątrz ustały na chwilę – zamiast tego dzień w dzień słyszałem powolne skrobanie, jakby psy ostrożnie badały, jak wytrzymałe jest drewno, z którego zrobione są moje drzwi. Doprowadzało mnie to do szału i paranoi jednocześnie – bałem się nadejścia nocy, bałem się, że w końcu wejdą do domu.
Nie mogłem złapać mojej siostry; nie odpowiadała na zostawione przeze mnie wiadomości. Chciałem, by mnie pocieszyła, by była przy mnie, jak w dzieciństwie. Samotność otaczała mnie gęstym kokonem.
W końcu przyszła, jeszcze chudsza i bledsza niż ostatnio. Przeraziłem się.
- Byłam chora – uspokajająco pogładziła mnie po policzku. - Nie martw się. Wszystko będzie dobrze.
Gdy wymieniliśmy uściski na pożegnanie, zauważyłem bandaż, wystający spod swetra. Miała nim owinięty chyba cały tors! Zniknęła, nim zdążyłem ją o to spytać.
Tego wieczoru horda wróciła.

V.
Usłyszałem warkot, głęboki jak trzęsienie ziemi. Rzuciłem się sprawdzić, czy drzwi na pewno są zamknięte; potem uruchomiłem laptop i podgląd z kamery.
To, co zobaczyłem....
Od strony zacienionego ogrodu skradało się ku domowi zwierzę. Nie pies, nie wilk, nie lis. Było olbrzymie, pokryte skołtunionym futrem; grzbiet miało usiany licznymi starymi i świeżymi ranami.
Płonęły mu oczy, z potężnej paszczy kapała czarna ślina.
Ten widok, choć przerażający, jeszcze bym zniósł. Mowę odebrało mi co innego.
Na ganku stała moja siostra. Naga, z bandażem oplatającym tors i biodra. Dopiero teraz dostrzegłem, jak wiele blizn pokrywa jej ciało. Jak bardzo jest chuda.
Patrzyła na poczwarę, odpowiadając jej równie głębokim, ostrzegawczym warknięciem. Potem opadła na kolana.
Jej rude włosy okryły ją od stóp do głów. Twarz wydłużyła się w pysk, który natychmiast ukazał rząd potężnych zębów. Zamiast kończyn miała łapy – silne i mocne, chociaż wychudzone.
Miałem przed oczami Busa.
Zmartwiały obserwowałem jej/jego poczynania. Potwór rzucił się w stronę drzwi. Moja siostra w ciele Busa odbiła go; potoczyli się po trawie. Bus wczepił się przeciwnikowi w gardło; maszkara zawyła przenikliwie i machnęła łapą. Bus uderzył w ścianę domu.
Po chwili wstał na chwiejnych łapach, potrząsnął głową; przyjął pozycję obronną.
Poczwara chodziła powoli to w jedną, to w drugą, jakby z namysłem. Bus/moja siostra zadał mu poważną ranę, ale bestia widziała, jak bardzo mój strażnik jest słaby. Postanowiła wziąć go na przeczekanie.
Bus nie zamierzał bezczynnie czekać na śmierć. Gdy tylko potwór wykonywał zwrot, by znowu odbyć rundkę, przez co na sekundę stracił strażnika z oczu – jednym skokiem znalazł się na kosmatym karku. Bestia wrzeszczała, machając łapami; ostre pazury wyrywały kawały ciała z grzbietu Busa, ale ten uparcie trzymał kark przeciwnika, zaciskając potężne szczęki coraz mocniej.
Wreszcie kręgosłup trzasnął jak zeschła gałązka. Potwór sapnął i runął na ziemię.
Bus/moja siostra puścił ofiarę. Obficie krwawiąc, dowlókł się powoli do ganku, gdzie stał chwilę na drżących łapach. Potem, nieprzytomny, opadł na deski.
To wytrąciło mnie z letargu. Na miękkich nogach dopadłem drzwi, trzęsącymi się dłońmi odblokowywałem zamki. Gdy wypadłem na zewnątrz, niczego tam nie było.
Żadnych psów.
Żadnych potworów.
Tylko plama krwi na ganku. Do rana i ona zniknęła.

VI.
Nie spałem całą noc, by upewnić się, że wszystko nie było jedynie snem. Z tego zdarzenia na nagraniu pozostał mi jedynie śnieg – oczywiście, jakżeżby inaczej – za wyjątkiem pierwszych czystych trzech sekund, gdzie na ganku miga cień mojej siostry.

Obroniła mnie. Pomogła. Czy żyje..?
Co się właściwie stało?!

Gdy ranek rozgościł się w moim mieszkaniu, chwyciłem za telefon. Chciałem do niej zadzwonić. Dopiero wtedy uważnie przyjrzałem się wybieranemu numerowi.

Dziewięć zer.

Zadzwoniłem do rodziców. Nie chciałem na razie im nic mówić o zajściu - zresztą, jeśli nawet, to jakbym to ujął?

Próbując nadać głosowi w miarę naturalne brzmienie, zapytałem o numer do siostry. Chyba go skasowałem, a chciałem porozmawiać z nią o Busie...

Matka odparła poirytowana:
- Synu, myślę, że najwyższy czas skończyć z tymi bzdurami. Myśleliśmy, że już dawno z tego wyrosłeś i nie trzeba ci będzie pomagać. Albo się ogarniesz, albo terapeuta.
- Mamo, o co...?
- Dziecko – nigdy nie miałeś ani psa, ani siostry!
Źródło: Własne.
Oceń:
2
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!