Będę Pierwszą Osobą, Która Chirugicznie Usunie Sobie Mózg

Dodane przez: sundowner, 22.02.2013, 04:19
Reklama:
Na terenie miasteczka uniwersyteckiego pojawiłem się z uśmiechem na ustach. Nie był to co prawda szczyt moich marzeń (ani nawet blisko marzeń, szczerze mówiąc), jeśli chodzi o szkołę medyczną, ale cóż. To był mój pierwszy duży krok w kierunku zostania lekarzem.

Pierdolonym lekarzem! Na samą myśl o tym miałem ochotę świętować.

Ogarnęła mnie nieopanowana ekscytacja, gdy stanąłem u drzwi budynku, który przez następny rok będę nazywać domem. Początkowo byłem sceptycznie nastawiony. Dyrekcja szkoły uważała, że studenci podczas pierwszego roku pobytu tutaj muszą mieszkać ze współlokatorami. Mam fioła na punkcie prywatności i wolałbym mieszkać sam. Pamiętam ten niepokój, który mi towarzyszył, gdy jeszcze jako świeżo upieczony student zabunkrowałem się w internacie. Popadłem wręcz w euforię, gdy mój współlokator okazał się świetnym typem. Prawdę mówiąc, to Jason i ja do dzisiaj jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi.

Z dużą dozą niepokoju stanąłem u drzwi mojego mieszkanka.

Otworzyłem je i na dobry początek aż podskoczyłem.

W malutkim korytarzu, nie dalej jak metr od wejścia stał strasznie wysoki człowiek. Miał chyba ponad 2 metry. Jego wzrost podkreślał potężny obwód pasa. Gapił się na mnie w milczeniu. Byłem w szoku, również się na niego gapiłem. Minęło zaledwie kilka sekund, ale ja czułem, jakby to był godziny. W końcu się otrząsnąłem i podałem mu rękę przedstawiając się. Wciąż się na mnie patrzył. Jeśli oczy są oknami duszy, to wpatrywałem się w od dawna opuszczony dom.

Niezręczna atmosfera była nie do zniesienia. Chciałem już cofnąć rękę, ale w tej samej chwili on podał mi swoją. Przywitał mnie słabym i lepkim uściskiem dłoni, który zaprzeczał jego imponującej posturze. Przedstawiłem się i zapytałem, czy cieszył się z rozpoczęcia studiów medycznych, bo ja tak. Przemówił do mnie, jakby w ogóle nie usłyszał pytania. Mówił wysokim, jąkającym się głosem.

- M-masz szczęście. Nie... nie codziennie s-s-spotyka się kogoś sławnego.
- Jak to? - zapytałem przyjacielsko.
- Będę p-p-pierwszą osobą, która chirurgicznie usunie sobie m-m-mózg.

Spojrzałem w jego nigdy niemrugające oczy w poszukiwaniu jakiejś oznaki żartu w związku z tym groteskowym stwierdzeniem, ale żadnej nie odnalazłem. Jego śmiertelnie poważna postawa była dość krępująca. Odwrócił się na pięcie i wszedł do jednej z sypialń (zapewne pod moją nieobecność właśnie tę sobie przywłaszczył) i trzasnął drzwiami.

Z wciąż pełnym energii i nadziei umysłem zacząłem wnosić swoje graty do mieszkania. Pomyślałem o swoim nowym współlokatorze, Herbercie. Tłumaczyłem sobie, że musiałem zaskoczyć go tak samo jak on mnie. Dodatkowo był pewnie zmęczony przeprowadzką. Nie jestem nikim szczególnym, aby oceniać innych, ale jego stwierdzenie o usunięciu sobie mózgu wzburzyło mnie. Nie mogłem zasnąć pierwszej nocy, przewracałem się z boku na bok ciągle myśląc. Jak można było coś takiego powiedzieć? Mam nadzieję, że to tylko jego wyszukane poczucie humoru. Jego niezbyt udana próba przełamania lodów.

Mijał pierwszy tydzień mojego pobytu w nowym miejscu zakwaterowania, a ja coraz bardziej zaczynałem się przejmować. Minęło już pięć dni, odkąd się wprowadziłem, a Herberta widziałem jeden jedyny raz. Słyszałem, jak krząta się po pokoju, a także jak rozmawia. Z początku nie wzbudzało to mojego niepokoju, pomyślałem, że zapewne rozmawia przez telefon. Teraz jednak jestem w pełni przekonany, że rozmawiał sam ze sobą, zagorzałe dyskusje z nim samym. Wychodził z naszego mieszkania jedynie późno w nocy. Kiedy wracał słyszałem jak chichocze do siebie tym swoim wysokim głosikiem.

Dzień przed rozpoczęciem zajęć postanowiłem zapukać do jego drzwi i zapytać, czy chciałby się dołączyć do zamówienia jakiegoś jedzenia. Gwałtownie otworzył drzwi, ale tylko trochę, żeby móc mnie widzieć. Z pomieszczenia dobiegł mnie wstrętny, zjełczały zapach. Smród ciała połączony z czymś nawet bardziej ohydnym. Nie musiałem zatykać nosa, ale byłem przerażony, że mieszkam pod jednym dachem z kimś, kto tak okrutnie śmierdział (wtedy dopiero skojarzyłem, że nie mył się odkąd się tu wprowadziłem). Zapytałem, czy chce zamówić coś do jedzenia i pogadać. Odpowiedział:

- N-nie, jestem zajęty, trenuję. - i zatrzasnął mi drzwi przed twarzą.

Nie było wątpliwości, że ten układ nie będzie idealny.

Nadszedł pierwszy dzień zajęć. Pozbyłem się Herberta z głowy, ale i tak musiałem oglądać jego ogromne cielsko na lekcji anatomii. Podstarzały profesor wyglądał na nieco zdenerwowanego. Podczas odczytywania programu nauczania dowiedziałem się, że był neurochirurgiem. Mówiąc kompletnie bez entuzjazmu wyjaśnił, że będziemy się zajmować całym zakresem anatomii człowieka poprzez analizę jego budowy. Podzielił nas na czteroosobowe grupy, a każda miała zająć się szczegółową analizą jakiejś części ciała. Przydzielał grupy losowo, ale mój zapał szybko zniknął, gdy profesor wyczytał, że będę w grupie z Herbertem.

Starałem się zachować optymistyczne nastawienie. Może wspólna praca pozwoli mu się otworzyć. Prawie natychmiast wiedziałem, że tak się nie stanie.

Był typem studenta, który ciągle podważał zdanie nauczyciela. Jego ręka co chwilę wędrowała w górę, aby dzielić się każdą, głupkowatą myślą powstałą w jego głowie. Poprawiał profesora praktycznie na każdym kroku. Ten natomiast nie był zbyt szczęśliwy faktem, że jego nauki są podważane na pierwszym roku zajęć z anatomii. Zarówno ja, jak i profesor spoglądaliśmy na niego z coraz większym gniewem z lekcji na lekcję. Byłem wściekły, że te jego zawracanie dupy odbije się na ocenach grupy na zaliczeniach. Inni również zadawali mi pytania.

- Ja pierdolę, co z nim jest nie tak? - nie miałem na to odpowiedzi.

W przerwach między obrzydzaniem życia Dr. Matthewsowi siedział tylko i chichotał do siebie, jakby on jeden zrozumiał najśmieszniejszy kawał kiedykolwiek opowiedziany.

Minęło już dużo czasu, a my rozmawialiśmy ledwie kilka razy i to bardzo krótko. Zawsze był czymś zajęty. Musiał "pracować" albo "trenować", zawsze tak zagadkowo mówił, po czym wracał do swojej obleśnej sypialni.

Smród wydobywający się z jego pokoju stał się tak nieprzyjemny, że wstyd mi było kogoś zapraszać.

Jednej nocy obudziły mnie kroki Herberta oznaczające jego powrót z jego nocnej eskapady. Najpierw wszedł do swojego pokoju, a potem usłyszałem jak szybko zbliża się do moich drzwi. Otworzył je z hukiem. Światło z salonu oświetliło jego potężną sylwetkę. Warknął do mnie:

- B-byłeś, kurwa, w moim pokoju?

Odpowiedziałem, że nie.

Mimo, że ich nie widziałem, to jestem pewien, że jego oczy płonęły najczystszą furią. Przybrał groźną postawę.

- Nigdy, kurwa, nie wchodź do m-mojego pokoju! K-kumasz?!

Trzasnął drzwiami tak silnie, że prawie wyleciał z zawiasów. Zacząłem planować jak wyrwać się z tej sytuacji. Następnego dnia łatwiej było mi podjąć decyzję.

Spóźniłem się na anatomię. Miałem już wchodzić, kiedy zorientowałem się, że zostawiłem identyfikator w domu. Ochrona w laboratorium była ostatnio wzmożona ze względu na niedawne włamania i kradzieże. Aby wejść musiałeś zeskanować swój identyfikator. Widziałem Herberta przed budynkiem i zapytałem, czy mógłbym wejść z nim. Zignorował mnie i zatrzasnął za sobą drzwi. Na szczęście inny znajomy pozwolił mi wejść.

Tego dnia mieliśmy szczegółowo przeanalizować i przedyskutować budowę ludzkiego mózgu. Delikatnie mówiąc, zrobiło mi się niedobrze, kiedy musiałem za pomocą elektrycznej pił wwiercić się w czaszkę. Herbert zauważył moje wahanie i wyrwał mi narzędzie z rąk. Z niebywałą precyzją i typowym odgłosem chlupnięcia usunął mózg, jakby był doświadczonym koronerem. Musze przyznać, że zaimponował mi swoimi zdolnościami i jak szybko to zrobił. Profesor zaczął mówić o układzie limbicznym, ale moją uwagę przykuł intensywny zapach wydobywający się z mózgu leżącego przede mną. Był wstrętny, ale znajomy. Zanim się nad tym głębiej zastanowiłem, Herbert głośno przerwał Dr. Matthewsowi i poprawił go w czymś na temat ciała migdałowatego, co skutecznie mnie zdekoncentrowało. Cała klasa zajęczała. Profesor też już miał dość. Krzyknął.

- Byłem neurochirurgiem przez trzydzieści lat w Szpitalu Johna Hopkinsa, a ty jesteś studentem na pierwszym roku. Mam już dość twojego ciągłego wcinania się. Jeśli jeszcze raz mi przerwiesz, obleję cię.
- P-pierdol się! Kiedy umrzesz... a będzie to w-wkrótce, nikt za tobą nawet nie zatęskni. Będą przez wieki mówić o mnie. - odpowiedział Herbert.

Rzucił piłą do kości w kierunku doktora Matthewsa. Wybiegł z sali. Miałem już dość jego kapryśnego zachowania. Zaraz po zajęciach złożyłem prośbę o przeniesienie do innego mieszkania. Przyjęto ją.

Pojawiłem się w domu, aby poinformować Herberta. Było już późno, a jego nie było jak co noc. Rozkoszowałem się faktem, że nigdy więcej nie będę musiał oglądać jego pustych oczu, bo ja się wyprowadzam, a jego z pewnością wywalą ze szkoły. Ciekawość jednak zwyciężyła nade mną i na pożegnalne "pierdol się" postanowiłem zbezcześcić jego sanktuarium. Otworzyłem drzwi jego sypialni. Gdy wszedłem, intensywny zapach uderzył w moje nozdrza. Włączyłem światło.

Na jego biurku leżały liczne narzędzia chirurgiczne. Pamiętam, jak lśniły czerwienią w świetle sypialnianych lamp.

A więc dlatego nasilono ochronę. Herbert pod osłoną nocy wykradał oprzyrządowanie medyczne. Kiedy podszedłem do jego szafy zapach się nasilił, aż do niemożliwości. Wtedy rozpoznałem odór. To był ten sam zapach formaldehydu, który czułem, kiedy Herbert wyjął mózg w klasie.

Wzdrygnąłem się na samą myśl o tym, co za potworności znajdują się za drzwiami szafy.

Herbert ukradł nie tylko narzędzia medyczne.

Jego szafa była pełna ludzkich głów. Góry ich czaszek był odcięte z precyzją chirurga. Na podłodze szafki stał przezroczysty zbiornik. Naliczyłem siedem, może osiem mózgów.

Spanikowany zamknąłem drzwi. Narastało we mnie przerażenie tak gwałtowne i przejmujące, że nie zauważyłem otwartych drzwi do sypialni. Stał w nich Herbert.

Z jego oczu z łatwością dało się wyczytać brutalne zamiary. W prawej ręce trzymał torbę medyczną. Wyglądała na ciężką, zapewne była pełna narzędzi i Bóg wie jeszcze czego.

Stanął jak wryty, ja tak samo. Mój umysł starał uporać się z myślą, że znalazłem się w sytuacji życia lub śmierci.

Miałem tylko jedną szansę.

Zanim w ogóle wiedziałem, co robię, przemknąłem między jego olbrzymimi nogami z taką prędkością i precyzją, że jego łapska pochwyciły jedynie powietrze. Wstałem z podłogi i uciekłem drzwiami tak szybko, że aż mnie to zaskoczyło.

Zerkając w korytarz spodziewałem się usłyszeć jego głośne, ciężkie kroki i jego wysoki głos klnący na mnie. Zamiast tego, po krótkim pościgu usłyszałem jak daje za wygraną.

- A-ale nie wydaje mi się, żebym był już g-gotowy.

Udałem się do biura ochrony kampusu i wszystko im powiedziałem.

Po bezsennej nocy w hotelu zadzwoniłem na policję. Powiedzieli, że jeszcze go nie odnaleźli. Poprosiłem o eskortę, abym mógł zabrać moje rzeczy.

Spotkałem policjanta przed moim budynkiem. Nie byłem pod wrażeniem. Wyglądał jak dzieciak. Herbert mógłby bez problemu pokonać nas obu. To raczej tylko potwierdzało niekompetencję policji w miasteczku studenckim (bo niby jak Herbertowi udało się przez tyle czasu kraść zapasy medyczne i części ciał?) i nie napawało pewnością siebie. Kiedy jednak doszliśmy do drzwi mojego mieszkania, policjant podniósł broń, co trochę mnie uspokoiło. Otworzył drzwi, ja byłem tuż za nim.

Włączyłem światła. Był tam Herbert siedzący przy zniszczonym stole kuchennym.

Siedział plecami do nas. Policjant kazał podnieść mu ręce do góry, ale nie zareagował. Czegoś tu nie pasowało... jakby... jakby... brakowało czubka jego głowy. Chirurgiczne przyrządy leżące obok wyciętej części jego czaszki wszystko wyjaśniały. Zrobiło mi się słabo, kolana się pode mną ugięły.

Mając obawy, że stracę przytomność, ale jednocześnie z nieodpartą chęć zobaczenia, podszedłem do jego ogromnego cielska od przodu.

Co niemożliwe i wbrew logice, jego mózg spoczywał w jego dłoniach, czule objęty. Spojrzałem na jego twarz, na której dostrzegłem uśmiech od ucha do ucha, uśmiech triumfu. Opuściły mnie resztki przytomności, zacząłem upadać. Ostatni raz spojrzałem w jego martwe oczy i zobaczyłem coś, co nigdy nie da mi spokoju przez resztę dni i nocy. Poniżej wydrążenia, które jeszcze niedawno zawierało burzliwy mózg Herberta, było jego prawe oko, które śledziło moje ciało podczas upadku. Nie mam wątpliwości, że całkowicie świadomie mrugnął do mnie porozumiewawczo.

Tłumaczenie: Sundowner


(CC) BY-NC-ND 3.0 © Przy kopiowaniu proszę zachować autora, tłumacza i oba źródła.
Oceń:
56
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!