Czasem warto się bać...

Dodane przez: białadama, 12.03.2013, 13:30
Reklama:
Historia ta wydarzyła się w 1977 roku w N-sku.

N-sk to jedno z tych małych miasteczek, gdzie życie zawsze płynie wesoło i błogo. Każde z takich miast posiada jednak swoją mroczną tajemnicę - w wypadku N-ska był to stary, dwupiętrowy, drewniany domek z zabitymi deskami drzwiami i okiennicami. Większość ludzi dawno już pozapominała o tym budyneczku, który znajdował się daleko od głównych ulic miasta, otoczony ścianami dwóch większych domów i płotem. Od czasu do czasu zachodzili tu pijacy, aby załatwić swoje potrzeby - więcej nikt domku nie odwiedzał. Jedynie ludzie starszej daty odnosili się do tego miejsca z bojaźnią, pamiętając o pewnej przykrej historii - kiedyś, podczas remontu, na atak serca zmarło tam po kolei czterech robotników, a pozostali kategorycznie odmówili dalszej pracy, przy czym pozabijali okna i drzwi deskami, żeby do środka nikt nie wchodził.

Latem siedemdziesiątego siódmego z uczelni do miasteczka wróciła paczka dobrych przyjaciół - czterech chłopaków i trzy dziewczyny. Duszą towarzystwa i nieformalnym przewodnikiem grupy była Sońka, zwana Rzutką - grała na gitarze, organizowała biwaki, niczego się nie bała i we wszystkim chciała być najlepsza.

Pewnego wieczora, wracając z imprezy, cała grupa znalazła się w dalekim końcu miasta. Chłopacy za potrzebą zaszli za róg - traf chciał, że tutaj właśnie znajdował się niesławny drewniany dom. Wróciwszy, zaczęli rozmawiać na jego temat i wszyscy zaczęli się zastanawiać, co tam w środku może być, a przede wszystkim - dlaczego jest zamknięty na cztery spusty?

Jeden z chłopaków spytał:

- Balibyście się spędzić całą noc w tej ruderze?

Nietrudno się domyślić, jak zareagowała na to Sońka.

- A co w tym takiego strasznego? Wszyscy przecież doskonale wiedzą, że duchy to tylko dziecięce wymysły. Jedyne, czego trzeba się bać w tym domu, to szczury! A tak w ogóle, to jutro się tutaj spotykamy i wchodzimy do środka.

Decyzja została podjęta i wszyscy rozeszli do swoich domów. Następnego dnia, zaopatrzywszy się w porządne latarki, zebrali się w umówionym miejscu i zaczęli szukać jakiegoś wejścia do środka. Jeden z chłopaków odkrył, że drzwi do piwnicy nie są zabite deskami, a jedynie zamknięte od środka na haczyk. Pod naporem kilku par rąk zardzewiały metal ustąpił, a drzwi otworzyły się, ukazując poczerniałe i omszałe schody w dół. Ze środka powiało zimnem i wilgocią.

- Zupełnie jak w egipskim grobowcu! - wesoło zawołała Sońka. Poszła pierwsza, oświetlając punktowym światłem latarki przegniły strop i ściany, znalazła schody na górę.

Przez zabite deskami okiennice przenikało zaledwie kilka promyczków słońca, oświetlając porzucone gdzieniegdzie przedmioty - pędzle, wiadra z zaschniętą farbą, nadgniłe rulony tapet i kilka mebli, przykrytych starymi gazetami.

- Cholera! Gazety z pięćdziesiątego ósmego! - krzyknął ktoś.

- Idziemy na piętro. - zarządziła Sońka, stawiając nogę na schodach.

Na piętrze było sześć pokojów. Były one w pełni umeblowane, nawet podłogi przykrywały przegniłe dywany. Wszyscy zaczęli się rozglądać i szperać w szufladach. W pewnym momencie wszyscy usłyszeli tupot stóp. Małych stóp dziecka.

- Kurde, już za nami przyleźli. - stwierdziła poirytowana Sońka.

Wszystkim zrobiło się nagle jakoś nieswojo. Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, gdzieś coś straszliwie huknęło.

- Chodźmy stąd, dobra? - szeptem spytał któryś z chłopaków.

Sońka była jednak uparta jak osioł.

- Tchórzycie? W takim razie w porządku, udowodnię wam, że jestem w stanie przenocować tutaj SAMA. I nie będę sie bała nic a nic.

Oglądając się za siebie, grupa powoli zeszła do piwnicy i skierowała się do wyjścia. W tym momencie na parterze, tuż nad ich głowami, przetoczyło się coś bardzo ciężkiego i z rozpędu łupnęło w ścianę. Młodzi wysypali się na ulicę - słońce świeciło jasno, oczy bolały od tak nagłego przejścia z ciemności w dzień.

- Hej, gdzie jest Sońka? - spytał ktoś.

- Sonia, nie żartuj sobie tak! - dziewczyny krzyknęły w ciemność.

Po chwili z piwnicy dały się słyszeć kroki, a zaraz po nich, pojawiła się i Rzutka. W ręku trzymała piękną broszę, zdobioną błyszczącymi kamieniami.

- Widzicie co znalazłam?! Kiedy wy uciekaliście na ulicę, jak te ostatnie tchórze, ja zaczepiłam swetrem o jakąś szafę, a ona się otworzyła. Tam wisiała ta broszka, przypięta do jakiejś starej szmaty. Prawda, że jest śliczna?

- Sońka, ty naprawdę chcesz przenocować w tym domu? - spytał ktoś ze strachem w głosie.

- Powiedziałam wam przecież, że się nie boję, tchórze niewierne. W tym domu nie ma nic oprócz szczurów i starych szmat. Jestem gotowa przenocować tu choćby dziś.

Wieczorem wszyscy spotkali się w tym samym miejscu. Sońka, z plecakiem zarzuconym na ramię, była pewna swojego. Chłopacy przytaszczyli z któregoś z podwórek ławkę, wszyscy usiedli na niej i zaczęli przygotowywać się do długiej nocy.

- Sonia, jeśli coś... to krzycz, dobra?

- Co macie na myśli przez "jeśli coś"? Wszystko będzie dobrze, punktualnie o szóstej wyjdę do was wesoła i wyspana!

Z tymi słowami Rzutka zniknęła w ciemnościach piwnicy.

Noc była bardzo ciepła, a i tematów do dyskusji nie brakowało. Chłopaki przynieśli wino, karty - słowem, oczekiwanie nie było jakąś straszną nudą.

Około godziny trzeciej ich rozmowę przerwało głośne uderzenie - w domu przewróciło się coś ciężkiego, prawdopodobnie szafa. Sonia nie krzyczała.

- Pewnie od szczurów się opędza. - zażartowała jedna z dziewczyn. Rozmowa potoczyła się dalej.

Zaczęło świtać - do umówionej pory pozostały dwie godziny. Paczka przycichła, pomiędzy rozmowami pojawiały się coraz dłuższe pauzy. Wszyscy nasłuchiwali choćby najsłabszego dźwięku z wnętrza opuszczonego budynku. Nadeszła szósta. 6.10. 6.15.

- Śpi, czy co? Idziemy do środka, może jednak coś...

Ciasno przytuleni jedno do drugiego, weszli do piwnicy. Cisza panowała niesamowita.

Po wejściu na parter w pierwszej chwili nie zauważyli niczego. Dopiero gdy jeden z chłopaków oświetlił latarką róg pomieszczenia, dostrzegli zwiniętą w kłębek Sonię, roztrzęsioną i zapłakaną. Była w takim szoku, że nie potrafiła się nawet wyprostować. Cała dygotała, a zakrwawione ubranie wisiało na niej w strzępach. Twarz pokrywała zakrzepła krew.

Po tych wydarzeniach Sońka spędziła rok w szpitalu psychiatrycznym. Z nikim już nie rozmawiała, na pytania odpowiadała krótko na kartce. Co się stało z nią w tym domu, tego nikt z grupy nie wie. Wiadomo tylko, że lekarze naliczyli na jej ciele około 50 (!) ludzkich ugryzień i mnóstwo zadrapań. Brakowało jej również dwóch zębów. Po wyjściu ze szpitala wytrzymała dwa miesiące, potem się powiesiła.

Co mogło stać się w domu, w którym nie było żywej duszy, tego nikt się już zapewne nie dowie. Milicja, wezwana na miejsce, przeszukała cały budynek i nie znalazła kompletnie niczego. Nawet szczurów. Wejście było jedno - przez piwnicę, wszystkie pozostałe były dokładnie zabarykadowane.

Czasem po prostu warto się bać...
Źródło: paranormalne.pl
Oceń:
72
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!