Korytarz

Dodane przez: białadama, 15.03.2013, 10:30
Reklama:
Leżał i patrzył, jak krople deszczu leniwie spływają po zewnętrznej stronie szyby, która ukazywała mu przeraźliwą noc. Padała lekka mżawka, więc blaszany parapet, jak na razie nie odzywał się swoim dziwnym odgłosem, przypominającym szczękanie zębami. Bardziej niepokoiły go drzewa, które rosły tuż przed domem. Gałęzie nawet nie dosięgały do okien, ale sprawiały wrażenie, jakby wyrastały tuż obok jego łóżka. Przypomniał sobie wtedy drzewa, jakie zobaczył we "Władcy pierścieni". Jakby chciały go chwycić swoimi kościstymi paluchami i zabrać gdzieś daleko w ten okropny mrok. Może to cień sprawiał takie wrażenie?
- W filmie były żywe, to te przed oknem też mogą być! - pomyślał chłopiec.
Nie chciał budzić rodziców, bo już na pewno spali. Poza tym, musiałby przejść przez ciemny korytarz, który nawet w dzień wyglądał upiornie, a to w ogóle nie wchodziło w grę. Wciągnął zimną kołdrę pod nos i zacisnął powieki. Nie potrzebował dużo czasu na rozpoczęcie podróży do krainy snów i koszmarów. Połowa jego umysłu, będąca jeszcze w świecie rzeczywistym, usłyszała odgłos kroków, przywołując jednocześnie drugą połowę, znajdującą się już poza rzeczywistością. Chłopiec przekonał się wtedy, jak szeroko potrafi otworzyć oczy i wytężyć zmysł słuchu. Nie wiedział jednak skąd docierają odgłosy.
- Może jednak drzewa ożyły? - pomyślał i instynktownie spojrzał na zewnątrz. Przeraziły go, rzucając cienie na cały pokój, ale z pewnością rosły na swoim miejscu.
Kroki ucichły.
Karol z powrotem naciągnął kołdrę na twarz, ale tym razem wyczulił swój słuch. Powoli zamknął oczy. Czuł jak milimetr po milimetrze, górna powieka zbliża się do dolnej, wysyłając go przy tym z powrotem poza realny świat.
Znowu kroki.
Tym razem, Karol podniósł się do pozycji siedzącej. Kołdra zgięła się i opadła na jego nogi. Już wiedział, odgłosy dochodziły ze strychu. Bał się wielu rzeczy, ale strych był wcieleniem wszystkich najgorszych koszmarów i stworów, wytworzonych w jego dwunastoletnim umyśle. Coś przemieszczało się nad jego pokojem i to na pewno nie była mysz ani kot. Musiało to być coś o wiele potężniejszego. Karol, zaczął liczyć kroki.
- Raz, dwa, trzy – wyliczał i kolejno odchylał palce z zaciśniętych piąstek. - Cztery, pięć, sześć.
Sześć, budzących w nim ogromny lęk, kroków.
Zrobiło mu się zimno. Nie był to chłód, jaki może odczuć ludzkie ciało podczas zimowych mrozów, ale chłód, który może wywołać tylko i wyłącznie strach. Gęsia skórka, pojawiła się na całym ciele chłopca. Lęk sparaliżował go do tego stopnia, że nie mógł nawet sięgnąć po kołdrę, a mózg wytworzył już wiele okropnych wizji, które wpędzały Karola w coraz głębszy strach.
Ktoś przyszedł do jego domu, ale kto? I dlaczego przez strych? Rodzice spali dwa pokoje dalej, ale nie wydawało mu się, że również słyszeli kroki. Były tak ciche i delikatne, że mało kto mógłby je usłyszeć. Jedynie osoba wystraszona, wytęża na tyle swoje zmysły, że prawie widzi i dotyka stąpającą postać. Największą rolę w takim przypadku, jak zwykle odgrywa wyobraźnia, zwłaszcza, jeżeli chodzi o dziecko, ale jedno było pewne, coś chodziło po strychu.
Wreszcie się przemógł i poruszył swoim ciałem. Nie sięgnął jednak po kołdrę. Zeskoczył z łóżka i wczołgał się pod nie. Oczywiście osoba dorosła, miałaby z tym problem, ale nie dwunastoletni Karol. Dodatkowo napędzał go strach, który w pewnym sensie, spłaszczył jego ciało. Zupełnie jak podczas ucieczki, doświadczamy uczucia większej siły, która pozwala na szybszy bieg.
Położył się na brzuchu, zatkał uszy i przyłożył twarz do drewnianej podłogi. Śmierdziała lakierem do drewna, zmieszanego z kurzem, który zbierał się tam od czasu ostatnich porządków. Drobinki dostały się do nozdrzy chłopca i gdyby w ostatnim momencie nie powstrzymał się od kichnięcia, jego nos ucierpiałby wtedy najbardziej. Leżał tak kilka minut i nasłuchiwał, lecz nic się nie działo. Oczywiście wyobraźnia nadal funkcjonowała, ale pokazała chłopcu coraz więcej pozytywnych rozwiązań tej sytuacji. Zaczął wierzyć, że to, co słyszał, działo się tylko w jego głowie. Coś jednak nie pozwoliło mu wyjść spod łóżka. Jakby jakaś niewidzialna siła, przykuła go łańcuchami. Mimo wszystko, ostrożnie wyciągnął lewą rękę przed siebie i chwycił zimną, metalową nogę łóżka. Podciągnął się szurając po podłodze chudym ciałem, odzianym w niebieską piżamę, wychylił głowę i rozejrzał się po pokoju. Nie zauważył nic nowego. Wygramolił się spod łóżka, dygocząc ze strachu. Nie odważył się spojrzeć przez okno, tylko od razu wskoczył pod kołdrę.
Znowu kroki.
Tym razem na pewno je słyszał, ale nie na strychu. Coś z niego schodziło po drewnianych schodach, tuż za ścianą jego pokoju. Słyszał również, jak to coś szurało po ścianie, najprawdopodobniej swoimi długimi, ostrymi szponami, wyrastającymi z chudych obślizgłych rąk.
Zakrył ciało kołdrą. Czekał, aż postać przejdzie obok jego pokoju. Nie dopuścił do siebie myśli, że może tu wejść i zrobić mu krzywdę. I tak się nie stało. Coś przeszło obok drzwi i podążyło dalej, przez korytarz.
Jedno szeroko otwarte oko Karola, wyłoniło się spod kołdry. Odgłos skrzypiących drzwi, najprawdopodobniej od sypialni jego rodziców, spowodował dreszcze na całym ciele chłopca. Zupełnie nie wiedział, co robić. Krzyczeć? Uciekać? Ale gdzie i przed czym? Nawet nie wiedział, czy to coś chce mu zrobić krzywdę.
Postanowił pokonać swój strach. Wstał i pewnym krokiem podszedł do drzwi. Stanął przed nimi, chwycił za klamkę, lecz w pewnym momencie zawahał się. Posłuchał czy nic się nie zbliża i delikatnie uchylił drzwi. Może i chciał być odważny, ale otwierając je na niecałe trzy centymetry, wpuścił do pokoju świeżą dawkę strachu. Próbował nie dopuścić do kolejnego paraliżu, który obezwładni ciało po sam czubek głowy, ale to niebyło takie łatwe.
Kolejne trzy centymetry i znowu pauza.
Spojrzał w mrok, który coraz mocniej zaciskał stalową dłoń na jego umyśle. Wychylił głowę poza swój pokój. Początkowo nie dostrzegł żadnego ruchu, ale gdy wzrok przyzwyczaił się bardziej do ciemności zobaczył, że drzwi od pokoju jego rodziców są otwarte. Ruszył niepewnym krokiem w ich kierunku, lecz każdy krok sprawiał mu w pewnym sensie trudność. Wydawało mu się, że w klatce piersiowej zamiast serca, jest tłok, który pompuje krew w komorze bez krzty oleju. Im bliżej drzwi, tym bardziej tłok pompował. Góra, dół, góra, dół. Dosłownie czuł, jak trze o ściany komory.
Wreszcie dotarł. Stanął w bezruchu i czekał aż coś się wydarzy. Cisza w tej chwili, była dla niego gorsza od hałasu. Stał i patrzył na uchylone drzwi, zza których wydostaje się całkowita ciemność. Żadnych świateł, krzyków ani odgłosów. Zrobił krok w tył i ułożył już w głowie drogę powrotną do pokoju, gdy do jego uszu dotarł głos jego matki.
- Skarbie, dlaczego mnie budzisz? – Usłyszał chłopak.
Następnym odgłosem, jaki wydostał się z sypialni rodziców był kobiecy krzyk. Teraz żałował, że wolał hałas od ciszy. Żałował, że w ogóle opuścił swój pokój i tego, że nie udało mu się usnąć.
Odwrócił się i skierował w stronę pokoju. Niecałe trzy kroki dalej, jego plan o powrocie do łóżka został całkowicie usunięty z jego głowy. Poczuł, jak ktoś łapie go za ramię i obraca w swoim kierunku. Strach zatkał jego usta niewidzialną ręką i sparaliżował ciało. Mimo wszystko chłopak obrócił się do tyłu. To była jego matka. Jej szeroko otwarte oczy, nabiegły krwią i wypuściły strumień łez. Skóra twarzy, zmieniła odcień na ciemniejszy, a na szyi pojawiła się sieć żył. Wyglądały jakby za chwilę chciały pęknąć i zalać wszystko dookoła. Ścięgna również były doskonale widoczne. Nawet w tym mroku dało się je dostrzec.
Ubrana w długą nocną koszulę, trzymała się za brzuch. Przynajmniej tak wydawało się Karolowi. W rzeczywistości chwyciła drewniany trzonek noża. Ciągle wpatrywała się w oczy Karola i najprawdopodobniej chciała coś powiedzieć, ale żadne słowo nie wydostało się z jej gardła. Zemdlała, a jej ciało zaczęło się przechylać do przodu. Gdyby chłopak w ostatniej chwili jej nie złapał, upadła by na twarz wbijając przy tym nóż razem z drewnianym trzonkiem.
- Mamo! Co ci jest?! Co się stało?! – krzyczał ze łzami w oczach.
Matka chłopca w ogóle nie reagowała na słowa. Dopiero teraz, Karol zobaczył krew na jej koszuli. Trzymał ją przez chwilę za ramiona, po czym powoli położył na plecy. Chciał już zacząć do niej mówić, gdy z pokoju wyszedł dobrze zbudowany mężczyzna. Chłopak nie widział jego twarzy, ponieważ zasłoniła ją maska. Od razu ją poznał, bo należała do niego. Dostał ją kiedyś na szkolną zabawę. Przedstawiała twarz frankensteina, z dziwaczną miną. Usta przekrzywione na ukos, brwi podniesione wysoko, ciągnęły za sobą powieki, które otwierały oczy na nieludzką szerokość. Kolor nie był widoczny w tamtej chwili, ale Karol wiedział, że jest zielona. Jedynie usta i brwi były czarne.
Chłopak najszybciej jak potrafił, odskoczył od swojej mamy i wymacał barierkę schodów. Zacisnął na niej dłoń i zbiegł dwanaście stopni niżej nie oglądając się do tyłu. Na dole było trochę widniej, bo stało tam duże akwarium, które delikatnie oświetliło cały przedpokój. Na ścianach pokrytych drewnianymi panelami, poruszały się cienie rybek oraz glony, które falując machały Karolowi. Nie myślał, dokąd biegnie. Wszedł do salonu i otworzył szafę stojącą tuż obok drzwi. Nie wszedł jednak do niej, tylko stanął w bezruchu i nasłuchiwał. Dopiero teraz zorientował się, że nikt za nim nie idzie. Rozejrzał się za czymś, co przynajmniej w małym stopniu pomoże mu się obronić. Jedyne, co znalazł to kije do gry w golfa. Wybrał największy i machnął nim z całej siły. Poczuł się wtedy odrobinę bezpieczniej, ale nie na tyle, by od razu wyjść z salonu. Po głowie chodziła mu wtedy tylko jedna myśl. Co się dzieje z jego tatą? Czyżby ten ktoś zabił go podczas snu?
Widok mamy z wbitym nożem, wzbudził w nim ogromny gniew. Chciał od razu wskoczyć na tego bandytę i wydrapać mu oczy. A najlepiej załatwić go tym kijem, bijąc po całym ciele. Pewnie chłopak wyglądałby wtedy, jak małoletni psychopata, ale zachowanie takie byłoby w pełni uzasadnione.
- Karol, gdzie jesteś?! – Niósł się głos po całym domu.
Chłopiec od razu go rozpoznał. Głos należał do jego ojca. Rzucił kij na podłogę i wybiegł z salonu.
- Tato! Gdzie jesteś? Co się dzieje? – pytał chłopak, stojąc w przedpokoju i rozglądając się za ojcem. W odpowiedzi usłyszał jedynie kroki. Spojrzał w górę i zobaczył swojego tatę. Płacząc, schodził po schodach i niósł żonę z nożem sterczącym z brzucha. To chyba najokropniejszy widok w życiu Karola. Natychmiast rzucił się w ich stronę.
- Tato, co się dzieje? Co się stało mamie?
- Uspokój się i dzwoń po pogotowie. Mama bardzo krwawi.
Karol natychmiast chwycił za telefon, który wisiał na ścianie obok. Przyłożył słuchawkę do ucha i… Cisza. Żadnego sygnału ani dźwięku.
- Nie działa! Telefon nie działa! – krzyczał spanikowany Karol.
- Cholera! Musimy ją położyć na łóżku. Otwórz salon. Szybko!
Chłopiec otworzył drzwi i zapalił światło. Mężczyzna wniósł żonę całkowicie nieprzytomną. Karol przyglądał się wszystkiemu z szeroko otwartymi oczami. Szok był tak duży, że nawet nie mógł płakać. Właściwie niczego nie mógł oprócz patrzenia na to, co robi jego tata. A to akurat nie było przyjemne. Mężczyzna chwycił za nóż i wyciągnął go szybkim ruchem. Z rany prawie natychmiast wypłynęła krew i ściekając z ciała na łóżko, powiększała jeszcze bardziej przerażenie Karola.
- W naszej sypialni jest apteczka. Biegnij i przynieś ją szybko! – mężczyzna rozkazał chłopcu.
Karol wybiegł z pokoju. Pokonał schody zaledwie trzema krokami i aż sam się sobie zdziwił, że tak szybko po nich wbiegł. Znowu był na tym okropnym korytarzu, ale w tym momencie nie robił na nim żadnego wrażenia. Spojrzał w dół i zobaczył ogromną plamę krwi. Przeskoczył ją, lekko krzywiąc się na jej widok i nadepnął na coś miękkiego. Dopiero wtedy pomyślał, żeby zapalić światło. Sunąc ręką po ścianie, wymacał włącznik. Światło oślepiło go i odruchowo zamknął powieki. Po chwili delikatnie otworzył lewe oko, ale nie spojrzał od razu na podłogę. Powoli przyzwyczaił wzrok do światła. Dopiero, gdy potarł oczy dłońmi, spojrzał pod nogi. Pod lewą stopą była jego maska, teraz widział ją wyraźnie. Jaskrawo zielona, paskudna twarz frankensteina z zaszytą głową. Od razu przypomniał sobie o mężczyźnie, który miał ją na sobie. Gdzie on teraz jest? Uciekł? A może leży w sypialni, pobity przez tatę? Tysiąc myśli pojawiło się naraz w głowie Karola, ale jedna była w tamtym momencie najważniejsza. Apteczka.
Wszedł do sypialni i w niej również zapalił światło. Rozejrzał się i o dziwo nie zauważył nikogo na podłodze, ani w żadnym innym miejscu w pomieszczeniu. Coś mu nie pasowało w całej tej sytuacji. Gdzie jest ten mężczyzna?
W głowie pojawiła mu się nowa myśl. Taka, której nigdy by się nie spodziewał.
- Przecież tata nie mógłby tego zrobić. Nie miałby powodu – pomyślał.
Jednak wszystko się zgadzało. Najpierw poszedł na strych, wziął maskę i wrócił do sypialni. Chciał to zrobić po cichu, tak żeby on niczego nie usłyszał, ale kiedy zorientował się, że chłopak wyszedł ze swojego pokoju, postanowił przestraszyć go i poczekać aż ucieknie. Wtedy zdjął maskę i udawał, że uratował jego mamę.
Nie mógł uwierzyć, że to jego tata, ale wszystko na to wskazywało.
- Karol pospiesz się! – Usłyszał głos jego ojca dobiegający z salonu. Chłopiec jednak nie odezwał się. Myślał, co robić dalej. Uciec po cichu, czy zejść i udawać, że nic nie wie. Bił się z myślami, jak z najgorszym wrogiem, ale bieg wydarzeń sam podsunął mu rozwiązanie. Usłyszał, jak jego tata wchodzi na górę. Wyszedł więc z sypialni i stanął w progu. Ojciec był już na korytarzu.
- To ty ją zraniłeś! – krzyknął Karol.
- O czym ty mówisz? – odpowiedział mężczyzna.
Karol rzucił się na swojego tatę. Rozpędził się najszybciej jak potrafił i z całej siły odepchnął go całym ciałem. Mężczyzna stał na krawędzi schodów, więc nie potrzeba było dużo siły, aby go z nich zepchnąć. Spadł i uderzył głową o kant ostatniego stopnia. Z czaszki natychmiast wypłynęła krew. Karol z szoku nie mógł poruszyć nawet ręką. Próbował przełknąć ślinę, ale to również przyszło mu z ogromną trudnością. W końcu zbiegł jednak ze schodów, ale nie podszedł do ojca. Minął go i wszedł do salonu gdzie leżała jego matka. Podbiegł do niej i chwycił za lodowatą dłoń.
- Mamo obudź się! Proszę!
Żadnej reakcji. Wtedy zrozumiał, że ona nie żyje. Przyłożył dłoń do klatki piersiowej, ale nie poczuł niczego. Żadnego pracującego tłoka. Od razu się rozpłakał. Zawsze w sytuacji, gdy coś złego się działo, biegł do swojego pokoju. Tak było też wtedy, wstał i wyszedł z salonu. Spojrzał na ojca leżącego w kałuży krwi i ponownie go ominął, choć w głębi żałował tego, co mu zrobił.
Wszedł po schodach na oświetlony, pechowy korytarz i wbiegł do swojego pokoju. Zatrzasnął drzwi i był już o krok od łóżka, na które tak bardzo pragnął się rzucić, kiedy wylądował z hukiem na podłodze, tym razem nie ratując swojego nosa. Mimo bólu wstał i zapalił nocną lampkę. Spojrzał na podłogę i na leżącego tam nieznanego mężczyznę, a potem żył już tylko ze świadomością, że zabił swojego niewinnego ojca.

Szymon
Źródło: http://extrastory.pl/Opowiadanie/1020/Korytarz/p-5
Oceń:
18
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!