Zimna śmierć.

Dodane przez: sołtys, 16.03.2013, 18:26
Reklama:
28.12.2013r.
Kolejny mroźny dzień zimy stulecia. W domu nie ma prądu już od ponad tygodnia chyba. Z domu nie można wyjść. Jeżeli ktoś wyjdzie, nawet na dwa metry od domu, może już nie wrócić. Taka zawieja. Sypie tak mocno, że można odnieść wrażenie że całą dobę trwa noc. Za oknami nie widać nic. Nie tylko dlatego że są zalepione śniegiem. Nie widać nic, bo jest za ciemno. W sumie to nawet śniegu nie widać.

29.12.2013r.
Chyba zginiemy w tym domu. Prądu dalej nie ma. Ale co gorsza, skończył się opał. Za oknami dalej nic nie widać. Ale można przynajmniej wyjść z domu. Śniegu jest tyle, że z ojcem wykopaliśmy tunel od drzwi na jakieś 10 metrów, żeby nie oszaleć z nudów i z braku przestrzeni. Na piętrze okna też są już zasypane. Tyle jest śniegu. A w domu zimno.

31.12.2013r.
Sylwester. I stało się coś dziwnego. W oknie na piętrze, na samej górze ubyło troszkę śniegu i widać przez tę szparę słońce. Jeżeli wytrzymamy jeszcze kilka dni może uda nam się trochę opału zdobyć... Jeżeli znów nie zacznie padać. Tylko babcia wygląda jakoś słabo ostatnio.

3.01.2014r.
W domu roznosi się zapach śmierci. Mimo, że wynieśliśmy jej ciało na dwór, w domu jest nadal duszno. Czuję śmierć bo po nas ona też niedługo przyjdzie. Widać już czubki drzew. Jutro idziemy po drewno. Przynajmniej ciepło będzie, chociaż i tak nie ma już nic do jedzenia.

5.01.2014r.
Jednak dopiero dziś ojciec powiedział, że idziemy po drewno. Wyszliśmy przez okno na piętrze. Śnieg był równo na tym samym poziomie. Kiedyś wychodziłem tak w lato... tylko co to jest lato? Idziemy tam gdzie powinien być las ale jest tylko kilka koron najwyższych drzew. Mamy przy sobie worek, piłę motorową, kanister benzyny i oleju i siekierę. Dojście do drze zajmuje nam prawie godzinę gdzie normalnie doszlibyśmy w 5 minut. Rozdzielamy się. Ja biorę siekierę i worek. Będę zbierał trochę mniejsze gałęzie ale będzie szybciej. Ojciec ginie między gałęźmi a po chwili słyszę piłę. Nagle wszystkie siły ze mnie opadają. Zgarnąłem prawie ćwierć worka i padam na śnieg. zapadam się trochę. Ojciec piłuje dalej. Jest mocniejszy ode mnie. Nagle słyszę jego krzyk. Ale nie czuję nic. Nie chcę do niego iść. Leżę dalej i nie interesuje mnie co się z nim stanie. Ojciec krzyczy a piła motorowa go tnie. Dochodzę do tego wniosku całkiem spokojnie i nie przejmuję się nawet tym, że ktoś musi przy nim być. I, że ten ktoś zaraz pewnie przyjdzie po mnie. Ojciec przestaje krzyczeć. Wtedy dostaję ataku paniki. Podnoszę się i zapadam jeszcze bardziej w śnieg. Rozglądam się. Widzę śnieg zachlapany krwią. Czyli ojciec wcale nie był tak daleko. Widzę dwie postacie, całe białe. Biały strój zachlapany krwią. Białe włosy, biała twarz. Jeden trzyma głowę mojego ojca za włosy. Głowę bez ciała. Drugi trzyma piłę. Dalej działa. Obracają się w moją stronę, a ja zaczynam biec. Biegnę ale zapadam się w śnieg i po chwili leżę z twarzą w śniegu. Czołgam się i nagle czuję jak coś zaciska się na mojej kostce. Potem, ktoś łapie mnie za ręce. Podnosi mnie i mówi: "Co? Teraz żałuj." Jeden z nich trzyma moją rękę a drugi przybliża do mojego nadgarstka piłę. Czuję jak mi rozrywa żyły. a ten skurwiel bardzo powoli mi ją obcina. Może to trwa minutę, a może całą wieczność. Krzyczę tak strasznie, że nawet nie wiedziałem, że tak można. Teraz przemawia ten drugi. Ledwo go słyszę: "Naszych braci się nie kaleczy. Nie powinieneś obcinać tych gałęzi." Widzę w jego reku moją siekierę. Moje na wpół przymknięte oczy rejestrują tylko zamach. I nagle wszystko w moim ciele krzyczy gdy siekiera przechodzi przez moje udo. Skóra, mięśnie, kości. Wszystko. Tracę przytomność. Budzę się bez ręki i nogi. Podnoszę powieki i słyszę: "Zabijałeś drzewa. Teraz my zabijemy ciebie." Piła motorowa zaczęła zbliżać się do mojej szyi. Gdy poczułem pierwsze szarpnięcie na skórze zawyłem z bólu i odpłynąłem.
Oceń:
15
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!