Melodia kołysanki

Dodane przez: dorian, 26.07.2013, 13:30
Reklama:
"12 września 1797
Obudziłem się tej nocy, sam nie wiem czemu. Gałęzie nie przyjemnie stukały w okno mojej sypialni. Poczułem chłód. Z lekkim przerażeniem stwierdziłem, że drzwi balkonowe są otwarte na oścież. Wiatr upiornie unosił firany. Wyglądały niczym zwiewne, białe zjawy.
Podszedłem pewnym krokiem by zamknąć balkon. Wyjrzałem jeszcze przez okno, by upewnić się, że to gałęzie stukały w szybę.
Za oknem nadchodziła burza i deszcz zaczął zacinać w okna. Westchnąłem. Usłyszałem za sobą skrzypienie i tupot. Obróciłem się automatycznie, zaniepokojony. Drzwi sypialni były otwarte. Przecież rodziców nie było w domu a służba dawno już pewnie śpi... Drzwi przed chwilą jeszcze były zamknięte. Zapaliłem kaganek i powoli z przyspieszonym biciem serca ruszyłem w kierunku drzwi. Wyjrzałem na korytarz. Pusto. Wyszedłem z pokoju by spojrzeć w dół schodów. Wydawało mi się, że słyszałem czyjś chichot więc ostrożnie pospieszyłem na dół. Sam nie wiem co pokierowało mnie do piwnic, jednak bardzo żałowałem tego, że w ogóle wyszedłem z pokoju. Słyszałem drapanie w cegły i dodałem sobie otuchy, że to tylko szczury. Jednak ujrzałem w delikatnym świetle świecy postać skuloną pod ścianą. Wyglądała na małą dziewczynkę więc podszedłem do niej.
-Co tutaj robisz? Zgubiłaś się. - Przyklęknąłem obok niej.
Powoli podniosła głowę a spod ciemno brązowych loków ukazała się okropna, przerażająca twarz. Była nienaturalnie blada, wręcz sina. Pobielałe oczy były otoczone sczerniałymi, trupimi powiekami. Usta były rozcięte w stronę uszu, a rozcięcia ohydnie zszyte... Przechyliła niewinnie głowę i wyszczerzyła się w najokropniejszym uśmiechu jaki widziałem. Jej usta były fioletowe, jakby gniły. Wrzasnąłem i chciałem uciec. Potknąłem się na schodach i kaganek wypadł mi z dłoni. Ogarnęła mnie ciemność. Waliłem w drzwi i szarpałem je z całych sił, nie mogłem jednak ich otworzyć. Usłyszałem za sobą niewinny chichot i poczułem jak lodowata rączka wsuwa się w moją dłoń."
"18 września 1797
Rodzice mi nie wierzyli. Natychmiast wezwali po doktora. Byłem wściekły. Lekarz jedynie podwoił dawkę tych bezsensownych leków. Nie przyjmowałem ich już długi czas. Wypluwałem wszystko gdy już ich nie było przy mnie. Nie zrobią ze mnie wariata. Nie wiem już sam do kogo się udać. Czy ktokolwiek byłby w stanie mi uwierzyć? Czy pozostałem już sam sobie?"
"26 września 1797
Ta dziewczynka stała tej nocy nad moim łóżkiem. Omal nie dostałem ataku serca gdy przebudził mnie lodowaty dotyk jej dłoni. Nieustannie towarzyszy mi przez moje życie. Nie wiem ile jeszcze zniosę. Nikt poza mną jej nie widzi, a służba unika rozmów gdy tylko zaczynam ten temat. Patrzyła na mnie tymi wielkimi strasznymi oczyma. Nie zniosę tego dłużej.
Zerwałem się z łóżka i chwyciłem po broń którą od dłuższego czasu mam pod poduszką. Wymierzyłem sobie w skroń i pociągnąłem za spust. Magazynek był pusty."
***
Zwyczajne październikowe popołudnie.
Młody chłopak o przydługich kruczych włosach ubrany w czarny surdut, blady był tak, że jego skóra niemal zlewała się z białą koszulą, szedł w stronę wielkiego okna otwartego na oścież trzymając za dłoń małą dziewczynkę kroczącą przy nim. Dziewczynka ubrana była w kremowo różową sukienkę, w brązowe loki powplatane były wstążki. Stanęli na parapecie. Spojrzała swoimi złocistymi, dużymi oczyma w jego szmaragdowe, spokojne oczy. Jej buźka była jasna o okrągłych lekko różowych licach. Patrzyli w swoje oczy przez chwilę, uśmiechając się tajemniczo. Skoczyli w dół.
***
"7 października 1802
Wydobyłem się z własnego grobu. Na kamieniu jest data pochówku "7 października 1797". Nie wiem co to wszystko ma znaczyć. Dom był całkowicie opustoszały. Nie było służby ani rodziców. Rosalia jednak czekała na mnie. Wiedziałem, że nie opuści mnie nigdy. Mimowolnie uśmiechnąłem się gdy wyciągnęła do mnie swoją delikatną rączkę i obróciła się jak w tańcu. Tak bardzo pragnę krwi. Moje żyły są chyba wyschnięte."
***
Mała, urocza dziewczynka przyglądała się jak chłopak rozpruwał kłami szyję młodej kobiety i wyrywał z niej żyły sącząc lejącą się krew. Kobieta wyrywała się i szarpała. Gdy chłopak się nasycił pozwolił by jej ciało bezwładnie opadło na podłogę. Kobieta przez chwilę jeszcze drgała konając w agonii i sącząc z ust krwawe bąbelki.
Dziewczynka uśmiechała się, podbiegła do niego i pocałowała go delikatnie w usta.
Stanęli w oknie i zniknęli wśród spadających czarnych piór. Dwa kruki odleciały w ciemną noc niosąc śmierć.
Źródło: http://amaikuroichi.blogspot.com/
Oceń:
8
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!