Obóz Dla Otyłych

Dodane przez: sundowner, 31.07.2013, 15:33
Reklama:
Larry "Baleron" Walker dostał swoje przezwisko już za szczyla. Kiedy tylko nadchodził czas lunchu, można było go znaleźć przy tylnych drzwiach szkolnej kuchni, gdzie kucharki wychodziły zapalić, zjadającego wszystko, co jego matka mu zapakowała. Jednego dnia Roger, jedna z osób znęcających się nad młodszymi w szkole, znalazł Larry'ego wgryzającego się w słusznej wielkości jagnięce udo. Plotki się szybko rozchodzą i od tego dnia Larry już prawie nigdy nie był nazywany Larrym.

Kiedykolwiek tylko przywołuję historię o tym, jak stracił 55kg w ledwo cztery tygodnie, Larry mówi mi, że czuje się winny. Nie ma jednak nic przeciwko, abym tę historię opowiadał - zazwyczaj tak szczegółowo, jak tylko umiem.

***

Historia zaczyna się od przybycia Larry'ego do Obozu Zdrowia Everglade. Zajmując miejsce pasażera obok swojej kierującej matki jechał krętą drogą przez gęsty las. Pojawił się znak z napisem: "Samochodom Wstęp Wzbroniony". I rzeczywiście, droga za nim zwęziła się do zaledwie ścieżki. Larry wysiadł z samochodu, a kiedy jego matka miała zamiar zrobić to samo, powstrzymał ją. To jego wyprawa. Zarzucił na plecy wszystkie swoje bagaże i zagłębił się w las.

Zlany potem i z zakwasami w udach dotarł do końca ścieżki, gdzie stała mała, drewniana chatka. Las skończył się równie nagle, co zaczął, a Larry znajdował się teraz na szczycie niewielkiego wzniesienia, na którym rozpościerał się ogromny obszar wolnej przestrzeni porośnięty bujną trawą i zagospodarowany kolejnymi budynkami z zabarwionego na soczyste kolory drewna. Chata przed nim nosiła napis "Portiernia", więc Larry wszedł do środka.

Ptasie śpiewy w lesie natychmiast ustały. Za biurkiem wykonanym z tego samego materiału, co reszta domku, siedział wysportowany, umięśniony mężczyzna. Spojrzał na Larry'ego i odezwał się do niego przyjaznym tonem:

- Cześć, wielkoludzie, co cię sprowadza na skraj naszego lasu?
- Eee... jestem tu na program odchudzania, zapisywałem się przez internet. Chcę schudnąć. - Larry pomachał mu wydrukowanym pokwitowaniem przed nosem. - To chyba jedyny powód, dla którego mógłbym tu być, no nie?
- No tak, oczywiście. Głupek ze mnie - odezwał się mężczyzna.

Larry spodziewał się, że gość będzie mówił dalej, ale tak się nie stało. Kiedy cisza stałą się niezręczna, wyciągnął rękę podając dłoń i rzekł:

- Jestem Larry, miło cię poznać.

Mężczyzna uścisnął jego dłoń i przedstawił się, jako Tony. Larry zauważył plakietkę z imieniem na koszulce Tony'ego. Nosiła napis: "Gerard Lee".

Rozmowa potem toczyła się już naturalnie i luźno. Larry musiał podpisać się pod regulaminem, a następnie Tony opowiedział mu o planie dnia w obozie, w skrócie powiedział o kilku zasadach i dał mu kilka rad, zanim odprowadził go do jego nowej kwatery.

- Uważaj na siebie, Larry. Różni ludzie tu przyjeżdżają. Niektórzy z nich będą o wiele więksi od ciebie, ale nie będą ci szczędzili słów na temat twojego zdrowia psychicznego. Nie przejmuj się nimi.
- Dzięki, Tony - powiedział Larry i otworzył drzwi.

Tony zmarszczył brwi, ale to spojrzenie zniknęło niemal tak szybko, jak się pojawiło.

- Aha, jeszcze jedno, Larry. Mała część naszych kursantów decyduje w połowie, że to dla nich zbyt wiele. To właśnie przez takie myślenie mają nadwagę. Kilka lat temu wprowadziliśmy pewną zasadę, która działa bardzo dobrze do tej pory. Przez kolejne cztery tygodnie nie wolno ci opuszczać obozu, dla twojego własnego dobra.

Po tym, jak Larry rozgościł się w swoim domku, który dzielił z jeszcze jedną osobą, która się już rozpakowała i wyszła, został zaprowadzony do stołówki. Cały obóz składał się z jednej dużej chaty otoczonej kilkunastoma mniejszymi. Stołówka znajdowała się w tej w centrum.

Larry wszedł do środka, a Tony prowadzący zajęcia powitał go w sposób, w jaki wita się nowych w grupie wsparcia.

- Ty jesteś Larry, prawda? Wejdź i usiądź. Nie bój się.

Larry dołączył do kręgu i w końcu przyjrzał się swoim towarzyszom w otyłości. Największą osobą była kobieta po czterdziestce. Jej wystający znad spodni brzuch rozlewał się zakrywając nogi po kolana. Na sam widok Larry'emu zachciało się płakać.

- Tamta kobieta? Nie ma mowy, żeby wyszła stąd nieotyła - powiedział pod nosem koleś po prawej stronie. Następnie zwrócił się do Larry'ego. - Cześć, jestem Kevin.
- Cześć - odpowiedział Larry nie spuszczając oczu z Tony'ego.
- Więc... jak się nazywasz?
- Larry. - Larry rzucił okiem na Kevina. Faktycznie, miał nadwagę, ale cała budowa ciała wskazywała, że ma też sporo mięśni.

Dziewczyna po lewej uciszyła ich syknięciem, a Kevin tylko przewrócił oczami.

Tony chyba nie zauważył zamieszania.

- Ok, to chyba już wszystko. Wszyscy spotykamy się tutaj na czas posiłków, a jeśli zapomnicie co i jak, to na tablicy ogłoszeń znajdziecie plan zajęć, możecie też zapytać mnie lub Johna. - John, który siedział na uboczu, pomachał krótko ręką. - Pamiętajcie, nic nie musicie, ale zachęcam was gorąco do współpracy. Chcemy stworzyć tu coś na kształt społeczeństwa. Nie możecie jedynie przegapić Darenimis. To jedno z dwóch w tygodniu spotkań prowadzonych przez Johna. No dobra. To by było na tyle, więc jeśli macie jakieś pytania, to zapraszam do mnie. W przeciwnym razie do zobaczenia na kolacji.

Kiedy Larry wychodził ze stołówki, usłyszał za sobą Kevina.

- Stary, czekaj. Który domek jest twój? - Larry wskazał palcem. - Fajnie. Mój jest ten obok. Chcesz się przebiec? Wyglądasz na osobę, która powinna trochę poćwiczyć - zaśmiał się.
- Zrozum koleś, jeśli mamy być kumplami, to musisz przestać być takim dupkiem - powiedział Larry najmilej, jak umiał.
- Spoko, przecież tylko żartuję.

Larry pomyślał, że "tylko żartuję", to klasyczna wymówka typowego dupka.

- Każdy tutaj jest po to, żeby nabrać trochę formy. I sadzę, że każdy jest przeczulony na punkcie swojej wagi. Odpuść i znajdź sobie inny temat do żartów - powiedział Larry.
- No dobrze, dobrze, przepraszam. - Ironiczny uśmieszek Kevina zniknął na moment. - Ej, kto wchodzi do twojego domku?
- Mój współlokator, jak mniemam.
- Ooo stary, ja mieszkam sam. Bez współlokatorów.

Larry pomyślał, że tak chyba będzie najlepiej.

- Cóż... pójdę się z nim zapoznać. W takim razie do zobaczenia później?
- Chyba nie tak prędko jednak.
- Zabawne. Nie schudniesz, jeśli nie włożysz w to wysiłku.
- Zadbam sam o siebie. Jednak te grupowe spotkania raczej się nie udają.
- Eee... no ok. W takim razie do zobaczenia innym razem. - Larry uniósł do Kevina niewidzialny kapelusz.
- Ta, na razie.

***

- Dzięki za podzielenie się tym z nami, Megan - powiedział John. Larry raz jeszcze rozejrzał się po okręgu. Wedle tego, co powiedział, Kevin się nie zjawił. - A teraz, na zakończenie naszego pierwszego Darenimis, spróbujemy trochę poćwiczyć grupowo. Może się to wydawać dziwne dla wielu z was, ale spójrzcie na to z szerszej perspektywy. Obiecuję, że będą z tego same korzyści.

Larry zwrócił się w prawo, miał już powiedzieć: "To trochę nadgorliwość, jak dla mnie", ale nie odezwał się słowem, bo nie rozpoznał swojego kolegi obok. Kevinowi by się to spodobało, ale coś mówiło Larry'emu, że temu kolesiowi już niekoniecznie.

John kontynuował.

- Tutaj w Everglade postrzegamy głód, jako gościa. W czasach prehistorycznych, zanim człowiek stał się cywilizowany, głód był mechanizmem przetrwania. Człowiek cieszył się, gdy głód zawitał do jego domu, bo to wyostrzało jego zmysły i chęć przetrwania. I dzięki temu życie było dobre. Niestety, dzisiaj nie każdy potrzebuje głodu, nie przez cały czas. Zapraszanie głodu do swojego domu, gdy go nie potrzebujecie, gdy lodówka jest pełna smalcu, a kredensy pełne kalorii, to chciwość. Nadmiar. Nieznajomy nie oczekuje od was gościnności. Nie zaprosilibyście przechodnia z ulicy do waszego domu. Nie potrzebujecie też zapraszać głodu do waszego ciała. Musicie jedynie go zawrócić i wskazać mu inne drzwi. Chciałbym, abyście wszyscy zamknęli oczy i wyobrazili sobie głód. Dajcie mu albo jej, jeśli wolicie, oblicze. Zobrazujcie sobie, jak do was podchodzi i pyta, czy może wejść. Odmówcie. Wyobraźcie sobie jego zawiedzioną twarz, gdy zda sobie sprawę, że nia ma dokąd iść. Wskażcie mu inny kierunek. Nie ma znaczenia dokąd go skierujecie. Powiedzcie mu, że są inne drzwi, a on je znajdzie.

Przez dziesięć kolejnych minut wszyscy w pomieszczeniu medytowali i myśleli o głodzie, jako o mężczyźnie lub o kobiecie. Larry śmiał się w duchu z tego pomysłu. Ale zrobił to, o co go proszono. Zrobił to.

***

Larry spotkał Kevina trzy dni później, na krótko przed jednym z grupowych spacerów. Kevin zjadał tabliczkę czekolady.

- Skąd żeś to wytrzasnął, do cholery? - powiedział Larry.
- Znalazłem wczoraj w moim pokoju, stary. A dzisiaj rano znalazłem trochę chrupków. Typek, który zajmował tę chatę przede mną musiał to wszystko zgromadził. Uwielbiam go.
- I ty chcesz schudnąć? - Larry spojrzał na Kevina od góry do dołu. Może to tylko wrażenie, ale zarys jego mięśni nieco zaniknął.
- Oj tam, małą przekąska nie zaszkodzi. Jak było na cudownym spotkaniu?
- Nie zaczynaj. W sumie było trochę dziwnie. Kazali nam medytować. Nie wierzę w moc umysły, ale wiesz co, naprawdę poczułem się jakby mniej... napompowany?
- Cóż, nie lubię tego mówić, ale nawet jeśli minęło dopiero parę dni, to jestem pewien, że zrzuciłeś kilka kilo. - Larry zważył się wcześniej. Odkąd przyjechał do Everglade pięć dni temu, schudł 4,5kg.
- Kevin, naprawdę nie powinieneś żreć tego badziewia.
- Wiem, już prawie skończyłem. - Kevin połknął pozostałą czekoladę na raz. Nie wyglądał na zadowolonego z siebie. - Jebany Phineas - wymamrotał Kevin.
- A to co to było? - zapytał Larry.
- A... tak mówią pracownicy mojego taty, gdy są na niego wkurwieni. To on mnie zmusił, żebym tu przyjechał. - Kevin milczał przez moment. - Aha, mój tata nie nazywa się Phineas. Ma na imię Phil.
- Nie chcesz tu być?
- Wydawało mi się, że to oczywiste. Kevin zmusił się do uśmiechu. - To znaczy chcę schudnąć, ale w gruncie rzeczy było mi dobrze. Jebany Phineas zmusił mnie, żebym tu przyjechał, żeby pozbyć się mnie z domu, a co za tym idzie, żebym nie kręcił się koło jego nowej dziewczyny. Tu też jest wszystko na opak. Tony jest dziwny. Chce do domu.

Larry poklepał Kevina po plecach.

- Nie martw się, stary. Wszystko będzie dobrze. Chodźmy na ten spacer.
- Ta, chodźmy. - Kevin przewrócił oczami.

***

Minęły dwa tygodnie, a Larry zrzucił 18kg. Sprawdzał swoją wagę co rano. Potem szedł i używał wagi swojego kumpla dla pewności. Wszyscy mieli świetne wyniki. Poza Kevinem.

Był wieczór, a Larry właśnie wychodził ze swojego czwartego Darenimis. Warsztaty grupowe postępowały bardzo szybko. Dziesięć minut temu Larry naszkicował na kartce, jak wyobraził sobie swój głód, a następnie podarł ją na strzępy. Miał wątpliwości co do poczytalności Tony'ego i Johna, ale rezultaty mówiły same za siebie.

Kiedy wyszedł ze stołówki, zobaczył Kevina stojącego przy portierni, na szczycie wzgórza. Za nim było słońce, więc widział jedynie jego sylwetkę. Niemniej jednak wyraźnie było widać, że coś je. Jego lewa ręka sięgała do prawej, a potem do ust. Był wyraźnie większy, niż w chwili, gdy spotkali się po raz pierwszy. Larry potrząsnął głową w niedowierzaniu i po prostu poszedł do swojego domku.

***

Minęły trzy tygodnie, a Larry schudł 31,5kg. W ogóle nie widywał ostatnio Kevina. Na ostatnim Darenimis John kazał wszystkim w okręgu wstać, a potem kazał nucić jakieś dziwne melodie.

***

Larry zszedł z wagi.

- Pięćdziesiąt. Pięć. Kilo. Jak to możliwe? - powiedział do Jamesa, swojego współlokatora.
- Nie jestem pewien, ale nie narzekam. Ja zrzuciłem czterdzieści pięć. Pokonałeś mnie, synu.
- Sądzę, że wszyscy tutaj jesteśmy zwycięzcami.

James zapiął swoją torbę.

- Pewnie, że tak. Cóż, jestem gotowy do wyjazdu. Miło było cię poznać, Larry. Może jeszcze się kiedyś spotkamy. - Podał Larry'emu dłoń, a ten ją a chęcią uścisnął.
- Ciebie też było miło poznać, James.

James skinął głową, a potem udał się w kierunku drzwi.

Larry rozejrzał się po kwaterze. Opuści swój domek po raz pierwszy od czterech tygodni, jego mama przyjedzie go odebrać, a pozostało mu jeszcze jakieś piętnaście minut na pożegnanie z innymi.

Stwierdził, że widocznie jakoś w trzecim tygodniu Kevinowi udało się przekonać Tony'ego, żeby ten go wypuścił z obozu, ale na wszelki wypadek postanowił odwiedzić jego chatkę, w której nigdy jeszcze nie był.

Everglade było niemalże puste. Nadchodziła jesień, wieczorami było ciemno i chłodno. Większość osób pakowała się w swoich domkach lub już wyjechali. Spotkał jedynie kilka osób, gdy szedł do Kevina, a w słabym świetle ledwo co ich poznał.

Dotarł do chaty Kevina i zapukał. Nie było żadnej odpowiedzi, co go nie zaskoczyło. Usłyszał jednak maleńkie skrzypnięcie.

- Kevin, jesteś tam?

Odpowiedzi nadal brak.

- Kevin? - Larry pchnął drzwi i wszedł do środka.

Natrafił na góry opakowań po batonach i innych słodyczach na podłodze na środku pokoju. Chyba lepiej byłoby powiedzieć, że to te opakowania były podłogą Drewna nie dało się dostrzec. Od zapachu Larry zaczął się krztusić. To nie był tylko fetor pleśni na resztkach jedzenia. Dało się też wyczuć wymiociny i fekalia.

Z łóżka rozległ się jęk.

Larry przedarł się przez bałagan, aż natrafił na Kevina.

Leżał na swoim łóżku i jęczał. Z jego ust na łóżko ciągnęła się ścieżka czekolady i cukru. Był ogromny. Większy, niż kobieta, z której nabijał się cztery tygodnie wcześniej. Jego groteskowa wręcz masa ciała spowodowała duże zagłębienie na środku łóżka. W każdej chwili mogło się rozpaść na dwie połowy.

- Pomóż... Pomóż mi...
- Kevin, ja... - Larry zakrył dłonią usta. - O mój Boże.
- Larry... Jestem taki głodny.

Larry poczuł, jak jego druga ręka jest ciągnięta. Chciał instynktownie ją odciągnąć, ale pozwolił Kevinowi ją potrzymać.

- Larry... nakarm... mnie...

Larry poczuł, jak uściska na jego ręce się zacieśnia. Oczy Kevina był szeroko otwarte, jak również jego usta. Przyciągał dłoń Larry'ego do swojej twarzy.

- Odpierdol się ode mnie! - wykrzyczał Larry i się cofnął. Wyrwał się z uścisku Kevina, ale poślizgnął się na śmieciach i upadł w tył. Odepchnął się od łóżka. - My to zrobiliśmy? - powiedział cicho.
- Larry... to boli. Proszę... daj mi... coś do jedzenia.
- My to zrobiliśmy?! - wykrzyczał Larry. Wstał i wybiegł z pomieszczenia. - Przepraszam! - rzucił w biegu za siebie. Nie zamknął za sobą drzwi, ani nie pobiegł do swojej chaty po bagaże. Wybiegł wprost z obozu, minął portiernię, następnie wzdłuż ścieżki, minął znak, przebiegł cała drogę, aż do samochodu, w którym czekała jego mama. Wsiadł do auta, nie odezwał się słowem. Jego mama wpatrywała się zdumiona w chłopaka, który wsiadł do jej samochodu. Prawie nie poznała własnego syna. Wrzuciła jednak bieg i odjechała z Everglade, aby nigdy tu nie powrócić.

---

Tłumaczenie: Lestatt Gaara
Autor: Fyve

---

(CC) BY-NC-ND 3.0 © Przy kopiowaniu proszę o zachowanie autora i źródła.
Źródło: http://paranoir.pl/oboz-dla-otylych/
Oceń:
44
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!