Światło wśród mroku

Dodane przez: maraard, 5.08.2013, 08:37
Reklama:
Witajcie :)
Chciałbym nawiązać do mojego pierwszego opowiadania tutaj tj. "Polne okolice". Nie podam nazwy miejscowości, gdyż chcę zostać w pełni anonimowy. Dziękuję za dobre opinie dot. opowiadania :). A teraz fikcyjne opowiadanie mojego, jak wszystkie, autorstwa.
Życzę miłego czytania :)



- Ten koleś się nadal na nas patrzy?
- Cholera, faktycznie.
Reszta nic nie zobaczyła, tylko ja i Kuba zdaliśmy sobie sprawę, że w tym domu w oddali pali się światło. A ponadto, że w oknie widać ciemną sylwetkę. Na dworze było już ciemno, więc jasny punkt odcinał się na tle nocy. Ciemna sylwetka na tle światła odcinała się jeszcze wyraźniej. Człowiek, którego, widzieli wyglądał, jakby trzymał lornetkę przyciśniętą do oczu. Byłem pewien, że jeżeli faktycznie patrzył przez lornetkę, to zobaczył, że mu się przyglądamy. Był daleko, jakieś 150 metrów od nas, ale my siedzieliśmy na placu zabaw, który był dobrze oświetlony. A poza tym on przecież miał lornetkę. Reszta naszej paczki bawiła się jak dzieci. Dosłownie. Huśtali się, kręcili na karuzeli. Więc nie mogli widzieć tego faceta. My siedzieliśmy na ławce.
- Ej, ludzie ! – Kuba podniósł głos.
- Chodźcie tu. Szybko ! – dodałem.
Marta i Ola podeszły, a gdy Jarek i Monika, którzy nagle przenieśli się z huśtawek na ławkę w cieniu na chwile się od siebie oderwali i zobaczyli nasze zaniepokojone spojrzenia, od razu do nas podbiegli.
- Co jest ? – Jarek był podenerwowany.
Wskazałem mu głową okno w oddali. Podążyłem za jego wzrokiem i serce podeszło mi do gardła, bo facet nie zmienił wcale pozycji. Stał cały czas tak samo. To było jakieś dziwne, nie nawet nie dziwne. To było chore. Poza nami nie było w okolicy nikogo, a więc musiał się wpatrywać w nas.
- Co jest kurwa ? – Jarek powtórzył pytanie, dodając do niego trochę pikanterii, co świadczyło, że ogarnął o co chodzi.
- Stoi tak i stoi – usłyszałem swój głos, choć byłem skupiony na wpatrywaniu się w tego gościa.
- Bez ruchu ? – Monika miała drżący głos, widocznie nie tylko mnie to przerażało.
- Ani drgnie.
Kuba odpowiedział jak z automatu, ciągle był wpatrzony w tego gościa. Uchwyciłem to kątem oka, sam dalej nie odrywałem od niego wzroku. Reszta poszła za naszym przykładem. Im dłużej się w niego wpatrywałem, tym bardziej ten facet wyglądał jak jakiś manekin albo postać wycięta z tektury.
- Myślicie, że… że to jest naprawdę jakiś facet czy może… - słowa ugrzęzły mi w gardle.
- Manekin – dokończył półgłosem Jarek.
Wszyscy cały czas wpatrywaliśmy się w okno, ale facet nadal się nie ruszał. Jednak cały czas coś mi nie pasowało w stwierdzeniu, że jest to postać wycięta z tektury czy manekin. Nie wiedziałem tylko co…
- Wynośmy się stąd – usłyszałem głos Oli, była roztrzęsiona i przerażona.
- Nie możemy… - musiałem zabrać głos – jeżeli w oknie jest manekin, to gdzie jest facet, który zaświecił światło… i… po co zostawił tam tego zasranego manekina ???
- Musimy stąd spadać, jak najszybciej!
- Jarek ma rację – Kuba też nie był w najlepszym stanie.
- Nie! Nie rozumiecie, że wokół jest ciemno? Nie widzicie tego? – czy oni nic nie rozumieli?
- Chcesz tu zostać? Co ci odbija stary?
- Jarek, dopóki jesteśmy w świetle, to możemy się obronić. Nie rozumiesz tego? – panika brała nade mną górę.
- Przed czym? O czym ty gadasz?
- Przed chwilą o tym rozmawialiśmy! Przecież ten facet może być w krzakach! Nawet obok nas!
- Przestań krzyczeć! – Jarek musiał podnieść głos, żebym go usłyszał – Nie strasz dziewczyn!
- Kurwa Jarek! Najbliższe domy są jakieś pół kilometra stąd! Przecież to jakieś pustkowie!
- Do czego zmierzasz?
- Do tego, że jeżeli ten facet jest gdzieś w ciemności, to nas dopadnie zanim zdążymy gdziekolwiek dobiec! Teraz rozumiesz ?!?
Po jego twarzy widać było, że to do niego dotarło. W końcu. Teraz trzeba było pomyśleć jak się stąd wydostać. Kuba miał pomysł.
- Zadzwońmy po policję.
- Odpada.
- Co ci znowu nie pasuje?
Nie miałem ochoty na kolejną kłótnię z kolejną osobą. Powiedziałem krótko.
- Dobrze wiesz, że nie możemy być tutaj po godzinach zamknięcia. A poza tym nie mamy pewności, czy w oknie jest manekin, czy facet.
- Więc trzeba to sprawdzić – Jarek włączył się do dyskusji.
- O nie! Nie ruszamy się z ogrodzonego i bezpiecznego miejsca. Nie ma mowy.
- Ale…
- Jarek, proszę cię skończ – miałem już zdarte gardło od tych kłótni.
- A nie możemy tu po prostu siedzieć i czekać? – Marta wreszcie się odezwała.
- Światła będą palić się tylko do północy – spojrzałem na zegarek – 22:21 – jest dwadzieścia po dziesiątej…
- Czyli mamy tylko godzinę i 40 minut, a potem to już nic nie będzie miało znaczenia. Będziemy tak czy siak w ciemności – Kuba wyjaśnił sprawę, która wyjaśnienia nie potrzebowała.
Wszyscy byliśmy teraz przerażeni. Zostało nam mało czasu na myślenie. Trzeba było zacząć działać.
- Czyli jednak nie mamy wyboru – przełknąłem ślinę – Jarek, musimy się przejść pod ten dom…
Jarek nie wyglądał na ucieszonego wizją przejścia się pod okno, gdzie nie było wiadomym co nas czekało.
- Upewnimy się, czym jest to co stoi w oknie. Pójdziemy we dwójkę.
- Ej, a ja?
- Kuba, ktoś musi zostać z dziewczynami. Pilnuj ich, szybko tu wrócimy.
- Ej. A może będzie lepiej, jeżeli nie będziemy wracać? W sensie… jakby tam był manekin czy tektura, to wejdziemy tam na górę i damy wam sygnał, żebyście zostali, a jeżeli facet, to na pewno zobaczycie jak się poruszy, bo jestem pewien, że nas zauważy – po prostu genialny pomysł Jarek.
- Mamy komórki – dobrze, że rozsądek mnie nie opuścił.
- Fakt. Ruszamy, chodź.
Nie żegnaliśmy się. Ani ja, ani Jarek nie chcieliśmy przyznać przed sobą, że możemy nie wrócić. Tak samo zareagowali inni. Łatwiej było się nie żegnać. Podczas drogi nie odzywaliśmy się do siebie. Byliśmy cały czas skupieni. Każdy szelest był dla nas prawie jak krzyk. Trzeba było zejść po dość stromej górce, żeby dostać się pod ten dziwny dom. Była już późna jesień, a droga prowadziła przez malutki lasek, a raczej skupisko drzew. Na ziemi roiło się od kasztanów. Oświetlaliśmy sobie drogę komórkami. Mało się nie wywróciłem pod koniec górki z której zbiegaliśmy. Już chcieliśmy stamtąd odejść.
Pod oknem byliśmy w jakieś 5 minut. Z każdym metrem poczucie, że to co widzimy to nie manekin potęgowało się. Miało jednak rację. Było to widać dopiero gdy podeszliśmy do okna. Staliśmy w odległości jakichś 10 metrów od niego. Dom stał na wzgórzu, wcześniej wydawało się, że okno (jedyne, w którym świeci się światło) znajdowało się na drugim piętrze. Ale tak naprawdę świeciło się na parterze. Cały czas obserwowaliśmy okno, więc nie było możliwe, by ktoś zaświecił okno w innym pokoju. Zresztą dom miał tylko jedno piętro. W pokoju nie stał jednak ani człowiek, ani manekin, nie była to nawet postać z tektury. Choć z daleka wydawało się, że „to coś” stoi tuz przy szybie, to teraz było widać jak na dłoni, że „tym czymś” był obraz wiszący na ścianie. Nie widzieliśmy co przedstawia, ale jakoś nas to nie interesowało. Jarek wyjął komórkę i chciał napisać, że nikogo prawdopodobnie nie ma w domu, ale…
- Nie działa – po głosie było wiadome, że jest spanikowany.
Wyjąłem mój telefon i z ulgą stwierdziłem, że mój działa. Ale nie miałem nic na koncie.
- Nie mam kasy…
- Więc trzeba tam wejść i ich ostrzec – Jarek przełknął ślinę.
- Najwyraźniej… chodź.
Ruszyliśmy szybko w stronę domu. Drzwi były otwarte. Bardzo nas to zaniepokoiło, bo to znaczyło, że prawdopodobnie ktoś wychodził. Ale wyglądało to też tak, jakby ktoś nas zapraszał. Weszliśmy szybko i znaleźliśmy się w długim korytarzu. Dom wyglądał na opuszczony. Wszędzie było brudno, na poręczy schodów prowadzących na górę zalegała gruba warstwa kurzu, tak jakby ktoś przez kilka lat wchodząc po schodach wcale się nie podtrzymywał. Otwarliśmy pierwsze drzwi po prawej stronie. Spodziewaliśmy się, że będą to drzwi do pokoju w którym paliło się światło i nie pomyliliśmy się. Tu sytuacja była inna niż w korytarzu. Nigdzie nie zalegał kurz, a na stole leżały resztki jedzenia. Spojrzałem przez okno i moją uwagę przyciągnął parapet. Serce podeszło mi do gardła. Leżała tam lornetka. Odwróciłem się by popatrzeć na Jarka. Zdawał się niczego nie zauważać. Wpatrywał się jak urzeczony w obraz. Nie miałem nawet ochoty patrzeć na jakieś bohomazy. Chciałem się jak najszybciej pokazać innym i wyleźć w końcu z tego domu. Podszedłem do okna i podniosłem lornetkę do oczu. Bez trudu odnalazłem plac zabaw. Zobaczyli mnie. Machali do mnie. Pokazywali bym wracał, ale ja nie mogłem oderwać się od lornetki. Nawet po ciemku rozpościerał się stąd wspaniały widok. Widziałem miasto w oddali. To było wręcz czarujące. Oderwałem się w końcu od panoramy i popatrzyłem znowu na plac. Machali do mnie, ale tym razem już nie wesoło. Pokazywali coś. Nie mogłem zrozumieć o co im może chodzić, ale oderwałem lornetkę od oczu i odwróciłem się.
Byłem sam. Nie widziałem Jarka. Myślałem, że będzie się wpatrywał w ten obraz. Sam popatrzyłem na bohomaz tylko przelotnie. Znowu się pojawiło przeczucie, bliźniacze do tego, które mówiło mi o tym, że w oknie nie stoi manekin. Tym razem podpowiadało, bym nie patrzył w obraz. Nie wiedziałem co mam robić. Postanowiłem, że zadzwonię na policję. Niech przyjadą i mi pomogą. Nieważne, że jestem u kogoś w domu. Mój kolega zaginął. Znałem go bardzo dobrze, byłem pewien, że nie zrobiłby mi tak głupiego żartu.
Komórka nie działała. Próbowałem ją włączyć, ale wyglądało to tak, jakbym próbował włączyć telefon bez baterii. Nic z tego. Pokazałem reszcie, żeby uciekali z placu. Popatrzyłem przez lornetkę. Zaczęli przechodzić przez płot ale kierowali się w… moją stronę! Zacząłem im pokazywać, żeby zawracali, ale już nie widziałem co robią, bo zniknęli w ciemności. Otwarłem okno i wyskoczyłem przez nie. Wylądowałem na trawie, a gdy tylko opuściłem granice domu, światło zgasło. Znalazłem się w całkowitej ciemności.
Nie słyszałem niczego. Czułem się jakbym był zanurzony w wodzie. Zacząłem biec, ale moje ruchy były spowolnione. Jakbym uciekał we śnie. Wpadłem na kogoś. Poczułem czyjąś rękę na mojej. Dłonie zaczęły mnie oplatać. Potem przez toń przebił się głos.
- Kamil! Wszystko dobrze?!? Gdzie Jarek ?!?
Poznałem głos Kuby. Wszystko wróciło do normy po tym jak usłyszeliśmy podjeżdżający samochód. Koła zachrzęściły o grunt. Potem ciemność przebiły przeplatające się ze sobą: czerwień i błękit. Ktoś wezwał policję. Poczułem już tylko uczucie ulgi i po prostu odpłynąłem.
Obudziłem się w szpitalu. Dowiedziałem się od pielęgniarki, że wzięto mnie na obserwację. Po jakimś czasie przyszedł policjant. Jarka nie odnaleziono. Nikt nie wie co się z nim stało. Policjant powiedział, że wszyscy moi przyjaciele potwierdzają, że podejrzewaliśmy jakiegoś człowieka o podglądanie nas. Ja opowiedziałem mu całą resztę. Nie dbałem o to czy pomyśli, że jestem wariatem. Chciałem mieć już spokój. Po tym jak skończyłem policjant powiedział tylko tyle.
- Masz szczęście, że nie popatrzyłeś w obraz.
Uśmiechnął się i wyszedł. Nie wiedziałem co o tym myśleć. Czyżby coś wiedział? Zauważyłem coś, co leżało obok krzesła na którym siedział. Widziałem tylko kawałek, więc przechyliłem się przez łóżko i popatrzyłem w dół.
Leżała tam lornetka.
Oceń:
10
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!