Prywatne straszydło.

Dodane przez: aleksiej, 22.08.2013, 19:04
Reklama:
Mały wstęp:
Na początku chciałbym zaznaczyć, że nie jest to creepypasta stylizowana na autentyczną, lecz prawdziwe wspomnienia. Gdybym ją stylizował, na pewno byłaby wiarygodniejsza i ciekawsza. ;) Nie upieram się, że każdy powinien mi uwierzyć. Na tego typu stronach ciężko znaleźć kogoś, kto nie ma nawyku analizowania opowieści pod kątem nieścisłości czy śladów fejkowania.
Jako dzieciak fascynowałem się wszystkim, czego nie widzieli inni. Nie wiem, czy miałem jakieś super-mega-tajemne zdolności, czy po prostu wybujałą wyobraźnię. Po latach ostrożnie stwierdzam, że było to połączenie dobrze wyćwiczonej wyobraźni z bacznym obserwowaniem . Aktualnie mam 22 lata i staram się nie skupiać na otoczeniu nocą, tak na wszelki wypadek. Od zawsze mam nyktofobię, czyli panicznie boję się ciemności. Podejrzewam, że to też dodało emocji do „paranormalnych” doświadczeń. To mój „pierwszy raz” na SH, dlatego zacznę od postaci, która pewnie będzie się u mnie czasem przewijać (jeśli postanowię pisać dalej).
-------------------------------------------

Jako maluch często wodziłem wzrokiem lub wskazywałem palcem na zupełną pustkę, a kiedy nauczyłem się mówić, zacząłem pytać o Coś, co mnie przerażało, a czego nikt inny nie widział. Często płakałem w nocy, moczyłem łóżko i odmawiałem przebywania w ciemnych pomieszczeniach. Moja rodzina to potwierdza do dzisiaj, w zasadzie tylko z ich opowieści wiem, jak to się zaczęło. Coś, straszydło, jakiś niepokojący stwór, nie dawał mi spokoju. Wszyscy zgodnie twierdzili, że to dziwny wytwór mojej wyobraźni i pozwalali mi w niego wierzyć. Czasem mnie nim straszono. Mijały lata, a on był nadal ze mną. Całe dnie i noce wbijał we mnie spojrzenie, nie odstępował na krok. Poznajcie go.

Zwierzak, bo tak go nazywałem nim poznałem jego imię, miał coś koło dwóch i pół metra wzrostu, więc najczęściej leżał lub siedział w kącie. Nigdy nie widziałem jego oczu, ale wiedziałem, że mnie obserwuje. Był przykładowym straszydłem, wręcz kiczowatym w swoim wyglądzie. Grafitowa skóra, wyraźne mięśnie, dziwny układ kości (mógł stać jak człowiek, leżeć jak pies, cokolwiek). „Mówił” za pomocą głuchego, agresywnego warkotu, mimo to rozumiałem go. Twarz chował w cieniu włosów i kaptura. Kaptur był dość specyficzny, bo nie łączył się z żadnym ubraniem na torsie, ot, osobny element. Poza kapturem miał czasem przyciasne, skórzane spodnie lub był nagi. Miał też ogon, coś na wzór mysiego, ale powleczony tą samą grubą, grafitową skórą i przekraczający długością wzrost właściciela. Choć twarzy nie widziałem w całości, czasem obserwowałem go podczas posiłków i miałem okazję zobaczyć trochę więcej. Długi jęzor pokryty czymś na wzór przyssawek ośmiornicy, szczęki, których nic nie ograniczało i trzy komplety zębów. Jeden komplet był zupełnie ludzki, zwykły. Mieszał się ze zwierzęcymi kłami, częściowo pozaginanymi. Takimi do rozszarpywania i zatrzymywania ofiary. Trzeciego kompletu nie było widać na co dzień, wysuwał się tylko, kiedy był potrzebny. Długie, cienkie, ostre szpile. Regularnie orał sobie „usta” przy używaniu szpil, zostawiał krwawe ślady po całym mieszkaniu. Często też kleił sobie włosy i łapska zbyt gęstą, żółtawą, ciężką śliną. Miałem wrażenie, że potrzebuje dużej ofiary, żeby swobodnie gryźć. Co ciekawe, dwa razy do roku zrzucał skórę – jednak nie robił tego w spokojny, wężowy sposób. Zdzierał skórę płatami, wydając z siebie ogłuszające wycie, skamlenie i powarki przez kilka nocy pod rząd. To był jedyny czas, kiedy skupiał się na sobie zamiast mnie obserwować.

Starałem się nie integrować ze stworem. Chodził za mną, siedział w tym samym pokoju, trzymał się na odległość wzroku, nigdy mnie nie opuszczał. Nie zaczepiał mnie jednak częściej niż uważał za stosowne. Czasem budziłem się w nocy, otwierałem oczy i widziałem jego „twarz” zaraz przed moją. Miałem nawyk spania na boku z zasłoniętymi uszami (poduszka od dołu, ręka lub kołdra od góry), żeby odciąć się od jego ciężkiego oddechu. Non stop czułem na sobie jego wzrok, niezależnie od wszystkiego. Kiedy się przemieszczał, czułem ruch powietrza na karku, czasem jakieś przypadkowe muśnięcie – nigdy nie dotykał mnie specjalnie. Wydawało się, że kontakt fizyczny sprawia mu ból, wpadał wtedy we wściekłość i darł się swoim zwierzęcym warkotem przez całą noc. Nigdy nie spał. Nie umiał. Nawet jeśli wydawało mi się, że drzemie i mogę uciec spod jego kontroli, wystarczył jeden krok i już czułem na sobie jego czujne spojrzenie. Czasem wręcz wkurzał się, że chcę gdzieś wyjść, tym samym zmuszając go do ruszenia się z ulubionego kąta. Mścił się, podkreślając swoją obecność. Stawał zaraz za moim rozmówcą, zagradzał mi drogę, warczał na moich przyjaciół… Potrafił też zmienić temperaturę swojego ciała na tyle skutecznie, że zaczynałem drżeć z zimna lub dusić się z gorąca. Zwykle nie wytrzymywałem jego gierek i wracałem szybko do domu.

Z czasem stałem się odważniejszy i zacząłem go „badać”. W wieku siedmiu czy ośmiu lat poznałem jego imię, które w jego zwierzęcej wersji przypominało mi nasze „Natan”. Zdarzyło mi się widzieć jego twarz raz czy dwa – i mimo całego talentu, którego używam do rysowania komiksów, nie jestem w stanie wiernie naszkicować tego widoku na kartce. Jak widać, nie jest to upiorna historia - poza pierwszymi latami przerażenia, nie było aż tak strasznie. Nat został mianowany moim wymyślonym przyjacielem i obrońcą przed innymi straszydłami. Choć czasem się zastanawiam, jakim cudem małe dziecko mogłoby wymyślić coś taki dziwnego i przerażającego, nadal obstawiam wersję z wymyślonym przyjacielem. Przez lata poznałem kilka osób z wymyślonymi przyjaciółmi, ale nikt nie miał podobnych doświadczeń. Zatem jeśli jest tu ktoś z wymyślonym, to chętnie przeczytam komentarz na ten temat.
Źródło: moje własne życie
Oceń:
4
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!