Doktor Mortis

Dodane przez: narrator, 31.10.2013, 10:07
Reklama:
Autorem opowiadania jest Michał Gajewski - http://fb.com/MichalGajewskiPisarz

„Bez bólu… nie ma niczego…”

~Freddy Krueger

Dziękuję Panu Darkowi Giedziunowi - za pomoc w tworzeniu tego opowiadania
oraz mojemu Przyjacielowi, Marcinowi - za wykreowanie pierwotnego szkieletu,
na którym zbudowałem to, co macie przed sobą.

Wstęp

2323

Gdy odzyskał świadomość, uświadomił sobie, że leży na ziemi. Była twarda i zimna, więc z pewnością nie było to łóżko. Wokół panował półmrok. Mężczyzna otworzył oczy. Dostrzegł niewielką plamę światła, unoszącą się kilkanaście metrów od niego. Bolała go głowa. Powoli, ostrożnie się podniósł i usiadł. Nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. Wszystko dookoła było rozmazane. Nic nie pamiętał, nie wiedział nawet, jak się nazywa. Oddychał powoli, ciężko.

- Jak ja się tu znalazłem? – mruknął, oglądając się za siebie.

Dostrzegł olbrzymie wrota, wznoszące się tuż za jego plecami. Lekko się zataczając wstał i dokładniej im się przyjrzał. Były znacznie większe od niego. Szerokie, wykonane z żelaza…

Wyciągnął dłoń, by ich dotknąć, ale w tej samej chwili usłyszał za sobą jakiś szelest. W jednej sekundzie ogarnął go niepokój. Znieruchomiał, słuchając bicia swojego serca. Co powinien zrobić? Odwrócić się? Czuł w gardle olbrzymią, kleistą kulę, której za żadną cenę nie był w stanie przełknąć. Sekundy mijały, ale dźwięk się nie powtórzył. Zamknął oczy i wstrzymał oddech. W końcu się odwrócił. Okazało się, że za nim nie było nikogo.

Wzrok mu się już wyostrzył, mógł więc zobaczyć, gdzie się znajduje. Obserwował to miejsce, czując, że powoli ogarnia go przerażenie. To był tunel. Długi, niekończący się tunel. Co kilkanaście metrów na suficie świeciła się kwadratowa lampa, dając niewiele światła. Na ścianach ciągnęły się różnej wielkości rury, z których dobywał się cichy szum. Tunel był wąski, wyłożony płytkami, mniej więcej takimi, jak na chodnikach. U góry zaokrąglał się, tworząc łukowate sklepienie. Z tego, co widział, ciągnął się co najmniej kilka kilometrów. Gdzieś kapała woda. Poza tym, do jego uszu nie dobiegał żaden dźwięk.

Postanowił ruszyć przed siebie, mając nadzieję, że odnajdzie odpowiedź na pytanie, jak się tu znalazł. No i przede wszystkim wyjście. Nie uśmiechało mu się przebywać w zimnym, mrocznym
i na dodatek wilgotnym tunelu. Przełknął ślinę.

Każdy jego krok odbijał się echem w tunelu. Gdy wytężył słuch, prócz odgłosu butów, do jego uszu dobiegło buczenie, dobywające się prawdopodobnie z jakiejś maszyny. Nie zastanawiał się nad tym, co to może być. Idąc rozglądał się na boki, za wszelką cenę nie chcąc przeoczyć skrętu, jeśli taki by się pojawił. W pewnym momencie usłyszał coś dziwnego. Zatrzymał się nasłuchując. Dźwięk trwał na tyle długo, że bez trudu go zidentyfikował. To człowiek. Ktoś krzyczał.

Przełknął ślinę. W głosie nieszczęśnika wyraźnie było słychać cierpienie, pomimo odległości i echa, przez które dźwięki nakładały się na siebie. Co tu się, do cholery dzieje?

Nie chcąc zwracać na siebie uwagi, nie odkrzyknął, że rusza
z pomocą, ale zamiast tego zaczął biec. Miał nadzieję, że zdąży. Że odnajdzie właściciela głosu i dowie się czegoś o tym miejscu. Lampy, które szczątkowo oświetlały mroczny tunel ciągnęły się jednak
w nieskończoność, a oczy mężczyzny nie dostrzegały nic nowego. Po kilkuset metrach, gdy znów zaczął dokuczać mu ból głowy
i powoli dostawał zadyszki, kątem oka dostrzegł że mija coś, co bynajmniej nie jest pokrytą rurami, zaokrągloną ścianą tunelu. Spojrzał w tę stronę i to, co zobaczył we wnęce sprawiło, że z rozpędu omal się nie przewrócił.

W ścianie tunelu była cela. Więzienna cela z kratami. Rozejrzał się na boki, by sprawdzić, czy nadal jest tu sam, po czym podszedł do niej. Gdy się dokładniej przyjrzał, doszedł do wniosku, że nie jest to typowe miejsce, gdzie się kogoś więzi. Bardziej przypominało salę operacyjną. W jednym kącie, pod ścianą, stało zardzewiałe, szpitalne łóżko z podartym i poplamionym materacem. Obok znajdowało się przytwierdzone do podłoża duże, drewniane krzesło. Wzrok mężczyzny przesunął się po reszcie pomieszczenia. Gdy dostrzegł różnorakie narzędzia, leżące na stoliku, sparaliżował go strach. Były tam olbrzymie nożyce, skalpele, obcęgi, piły, kleszcze... i wiele innego złomu, którego nazw sobie nie przypominał, a o zastosowaniu wolał nawet nie myśleć. Wszystko było splamione czymś, co z daleka przypominało ciemny olej, na dodatek w większości zardzewiałe. Gdy tak stał wpatrzony w te niezwykłe przybory, znów usłyszał wrzask. Tym razem wydawał się dobiegać z bliska. Nie zastanawiając się, ruszył w stronę krzyku. Po kilku metrach natrafił na kolejną zakratowaną celę, ale tym razem… Tym razem nie była pusta.

Tutaj także znajdowało się stare, zniszczone łóżko i drewniane krzesło, ale na tym ktoś siedział. Przed nim stała duża, oślepiająco rażąca lampa. Świeciła prosto w twarz siedzącego człowieka.

Gdy oderwał od niej wzrok, dostrzegł potwornie okaleczonego mężczyznę. Miał na sobie poplamione krwią i prawdopodobnie moczem, porwane spodnie. Tułów był nagi. Przyjrzał się jego klatce piersiowej i zauważył, że gwałtownie, chaotycznie się unosi. Nieszczęśnik był łysy, na głowie miał coś w rodzaju hełmu, z którego wystawały jakieś kable i inne ustrojstwa. Spod niego wypływało kilka stróżek zaschniętej krwi, jednak nie to przykuło uwagę obserwatora.

Tułów. Nie mógł oderwać od niego wzroku. Był… rozcięty
w kształcie litery Y. Dokładnie tak, jak robią to patolodzy w trakcie sekcji zwłok. Przełknął ślinę. Co tu się, do ciężkiej cholery, wyrabia? Mimo rozcięcia, nieszczęśnik wciąż żył. Poruszał ustami, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk, przynajmniej nie słyszał go tam, gdzie stał. Zamglone oczy półprzytomnie rozglądały się dookoła. Wątpił, by ten człowiek wiedział, co się z nim dzieje.

- Jeszcze chwilka, już momencik… - usłyszał czyjś głos.

Dopiero teraz uświadomił sobie, że pacjent nie jest jedynym człowiekiem, znajdującym się w celi. Prócz niego był tam ktoś jeszcze. Pod ścianą, z lewej strony pomieszczenia, stał… doktor.

Zszokowany dotychczas mężczyzna teraz skamieniał ze strachu. Niski, łysiejący człowieczek w lekarskim kitlu – częściowo zaplamionym przez krew – i masce na twarzy odwrócił się w stronę swojego pacjenta i zmrużył oczy. Prawdopodobnie się uśmiechał.
I z tego, co słyszał mężczyzna ukradkiem obserwujący wnętrze celi, cały czas mruczał coś pod nosem.

- Demencja... przerażające złudzenia... psychotyczna paranoja... okrutne… socjopatyczne zachowanie...

- Człowieku…! – wycharczał przypięty do krzesła skórzanymi pasami więzień – pacjent. – Co ty robisz?! Przestań… proszę!

- Muszę przeprowadzić skuteczną terapię… Muszę uwolnić wasze umysły od cierpień, które kaleczą duszy wszystkich… którzy przebywają w tych ścianach…

Człowieczek w kitlu podszedł do pacjenta.

- Twoja wątroba… - mruknął, spoglądając ze zniesmaczeniem na rozcięcie na brzuchu więźnia.

Następnie nachylił się i wyciągnął ręce. Palcami rozchylił grube fałdy skóry. Łysy mężczyzna zaczął szybciej oddychać, pomarszczony brzuch zaczął się trząść jak galareta.

- Nie, proszę, nie…!

- Dobry Boże – wyrwało się mężczyźnie przy kratach.

Doktorek zamarł w bezruchu. Powoli odwrócił głowę i ujrzał obserwatora. Ich spojrzenia spotkały się. W jednym malowała się ciekawość i lekkie zaskoczenie, w drugim strach i panika.

- Numer dwa tysiące trzysta dwadzieścia trzy? Co tutaj robisz? Już się obudziłeś? Myślałem, że zostaniesz nieprzytomny, dopóki nie przeprowadzę zabiegu na twoim sąsiedzie…

- Zabiegu…? Człowieku… - niemal krzyknął mężczyzna o numerze dwa tysiące trzysta dwadzieścia trzy. – Ty go wypatroszyłeś!

Na te słowa doktor groźnie zmarszczył brwi. Widząc to, mężczyźnie krew zastygła w żyłach. Lekarz podszedł do stolika z przyrządami, wziął z niego jeden ze skalpeli i podszedł do krat.

Numer 2323 nie zrobił najmniejszego ruchu. Stał na swoim miejscu, próbując sprawiać wrażenie, że się nie boi. Jednak to była maska. W rzeczywistości był przerażony, jak cholera. W środku trząsł się jak osika na wietrze. Wiedział już, że człowiek w poplamionym krwią lekarskim kitlu jest szalony, wiedział, że jest zdolny do najgorszych okropności, jednak… Nie uciekał. Jeszcze nie.

- Śmiesz twierdzić, że to, co robię, jest złe?

Mężczyzna dostrzegł kątem oka błysk skalpela. Poczuł, jak ogarnia go panika. Cela była zamknięta. Doktor znajdował się w środku – on na zewnątrz. Miał szansę.

Uśmiechnął się.

- Jesteś chory. Powinieneś się leczyć.

Widząc grymas na twarzy oprawcy puścił się pędem przed siebie. Chciał uciec stąd jak najdalej. Nieważne, jak długi jest ten tunel. Będzie biegł dopóki starczy mu sił. Szok wywołany widokiem
w prowizorycznej sali operacyjnej otrzeźwił go, więc dopiero teraz zauważył, że jest bosy. Jego stopy z cichym plaśnięciem uderzały
o chłodny beton. Ponadto stwierdził, że jest ubrany tak, jak nieszczęśnik, którego widział na krześle. Luźne, błękitne spodnie i koszula, która tamtemu była już niepotrzebna.

Usłyszał za sobą szczęk stali, ale nie przejął się nim. Pewnie szaleniec zapomniał, że zamknął się od wewnątrz i teraz się wścieka, nie mogąc się wydostać. Dobrze. Ma czas, by oddalić się od tego miejsca. Oby gdzieś niedaleko było wyjście… Jakiekolwiek…

W związku z tym, że w tunelu panowała niesamowita cisza, tupot jego nagich stóp i szybki, gwałtowny oddech, były jedynymi dźwiękami, jakie się roznosiły.

To dziwne, ale jego prześladowca nie krzyczał. Nie wydawał
z siebie jakiegokolwiek dźwięku. Człowiek o numerze dwa tysiące trzysta dwadzieścia trzy przypuszczał, że będzie wrzeszczał, wpadnie w szał, próbując jak najszybciej się wydostać. Jednak nic takiego nie miało miejsca.

W chwili, gdy zaczął się nad tym głębiej zastanawiać, do jego uszu w końcu dobiegł jakiś dźwięk. Identyczny jak ten, który wydawały jego stopy. No, prawie. Ten odgłos był cięższy. Doktorek miał na sobie buty.

Zbliżał się. Zbliżał się coraz szybciej. Mężczyzna zdziwił się. Jakim cudem ten mały facet jest taki szybki? Nie zdołał jednak dojść do rozwikłania tej zagadki, gdyż w tej samej chwili poczuł ostrze wprawnym ruchem przecinające jego skórę. „To nic, dam radę”, pomyślał.

Nie było to jednak zwykłe cięcie. Niemal natychmiast poczuł oszałamiający, paraliżujący ból, błyskawicznie rozlewający się na całą nogę.. Chory doktor był nie tylko nadzwyczaj szybki, ale i wykształcony. Dobrze wiedział, jak zatrzymać uciekiniera. Ostrze zagłębiło się w nogę pacjenta, tuż nad kostką. Wprawnie i głęboko. Jeden ruch wystarczył, by go sparaliżować. Stal zagłębiła się w skórze, ścięgno Achillesa zostało przecięte. Numer dwa tysiące trzysta dwadzieścia trzy przebiegł jeszcze ze dwa metry. Zaczął kuleć. Czuł, jak krew ścieka mu na stopę. Dużo krwi. Ciepłej, lepkiej krwi. Chciał biec, biec tak szybko, jak tylko potrafił. Był młody, miał dużo energii. Powinien dać radę uciec. Szaleniec jest starszy, na dłuższym dystansie nie byłby w stanie go dopaść.

Ogarnęło go zdumienie, gdy zamiast kolejnego kroku, stracił równowagę i runął jak długi na ziemię. Nie zdążył wyciągnąć rąk
i boleśnie uderzył brodą chłodny beton. Przygryzł sobie przy tym język (właściwie to miał wrażenie, że go sobie przypadkowo odgryzł)i poczuł w ustach słodko – metaliczny smak krwi.

- Co, do… – wymamrotał, odwracając się na plecy.

W tej samej chwili doktorek wspiął się na niego, tak, że ich twarze znajdowały się teraz naprzeciwko siebie.

- Mam cię, króliczku – wydyszał mu prosto w twarz chory psychicznie doktor.

Sparaliżowany mężczyzna jednym ruchem zrzucił go z siebie
i przeturlał się na brzuch. Zacisnął zęby, starając się ignorować ból rozciętej nogi i zaczął się rozpaczliwie czołgać. Jak najdalej. Jak najdalej od tego psychopaty. Już po kilkunastu centymetrach poczuł kolejne cięcie na swoim ciele. Zacisnął zęby, ze wszystkich sił starając się zdusić w gardle wrzask bólu.

Psychopata przeciął mu drugie ścięgno Achillesa. Teraz miał sparaliżowane obie nogi. Nie miał jak uciec. Był zdany tylko na swoje dłonie. Na dłonie i mięśnie, od których teraz zależało jego życie. Wydając z siebie ciche, niekontrolowane jęki bólu, zmieszane ze szlochem, nie poddał się i zaczął dalej sunąć po twardym, chłodnym betonie. Uniósł głowę, pot zalewał mu oczy. Na plecach poczuł małe, odrażająco ciekawskie dłonie doktorka.

- Spokojnie, króliczku, spokojnie – usłyszał jego cichy, łagodny głos.

Od jego brzmienia ciało pacjenta przeszył dreszcz. Ten człowiek jest szalony.

Jest szalony i chce go zaaa

MATKO BOSKA, CO ZA BÓL!

PIERDOLONY PSYCHOL WBIŁ MI SKALPEL POD ŻEBRA!

Pod wpływem ciosu ciało pacjenta o numerze dwa tysiące trzysta dwadzieścia trzy zgięło się w pół. Oczy niemal wyszły z orbit,
z szeroko otwartych ust nie wydobywał się żaden dźwięk. Szok i ból tak go sparaliżowały, że nie był w stanie zaczerpnąć powietrza. Palce obu dłoni zaciskały się kurczowo, by po chwili rozprostować, zaciskały i rozluźniały, zgodnie ze spazmami bólu przeszywającymi ciało mężczyzny.

W końcu zacisnęły się w pięści.

- Nie… Nie… Nie złapiesz… Muszę… Muszę się…. Wydostanę się stąd…

- Mój drogi, nieładnie jest wychodzić bez pożegnania – rozległ się uprzejmy głos za jego plecami, ale niemal go nie słyszał. Ze wszystkich sił próbował kontynuować swoją ucieczkę.

Gdzieś niedaleko rozległy się kroki. W umyśle mężczyzny pojawiła się jaskrawa, chaotyczna myśl: „Ratunek?! Boże, proszę, niech mnie ktoś stąd zabierze!”.

Uniósł głowę i spojrzał przed siebie. Widział ciężkie, skórzane buty, zbliżające się śpiesznym krokiem w jego stronę. Doktor też zauważył przybysza.

- Panie Januszu, czy nasze dwie pacjentki są w swoich pokojach?

- Oczywiście, panie doktorze. Widzę, że ma pan jakiś problem
z tym pacjentem? – niski, tubalny głos nadchodzącego mężczyzny uświadomił rannemu, że właśnie stracił szansę na ratunek.

Pan Janusz okazał się być podwładnym jego stręczyciela.

- Za wcześnie się obudził i w dodatku chciał wyjść bez pożegnania. Nawet nie zdążyłem go przebadać –powiedział smutno doktor.

- Zanieść go do celi operacyjnej?

- Tak, poproszę. Uważaj, może jeszcze się wiercić.

Janusz pokiwał głową i nachylił się, aby podnieść pacjenta o numerze dwa tysiące trzysta dwadzieścia trzy.

Ranny mężczyzna poczuł, jak duże, silne dłonie chwytają go
i z łatwością unoszą w górę. Wszystko wokół zawirowało, gdy olbrzym przerzucił go sobie przez ramię, jak worek z cementem. Ruszyli z powrotem do celi. Po drodze, choć umysł niedoszłego uciekiniera był już nieco stępiony przez ból nóg i cios w bok, zaczął się zastanawiać, o kim wspominał szalony doktor. Dwie pacjentki? Są tu jeszcze jakieś kobiety? Jeśli tak, to w jakich pokojach się znajdują? Czy są tu jakiekolwiek pomieszczenia, które zasługują na miano pokoi?

Czuł krew ściekającą mu po kostkach i po brzuchu. Wiedział, że pobrudziła ja także niosącego go Janusza, ale nie przejął się tym. Myślał o tym, co się teraz z nim stanie.

W końcu zaczęli zwalniać.

- Widzę, że jeszcze nie skończył pan z numerem dwa tysiące trzysta dwadzieścia cztery?

- Nie zdążyłem, niestety – odezwał się doktor.

Półprzytomny mężczyzna uniósł głowę akurat w chwili, gdy podszedł do wciąż siedzącego na krześle, konającego więźnia. Odpiął pasy, które uciskały jego nadgarstki, a następnie schylił się i to samo zrobił z tymi, które opinały kostki. Przez kilka sekund ofiara była wolna, ale nie była już w stanie podjąć jakąkolwiek walkę.

- Doktorze Mortisie…? – zaczął Janusz.

- Poradzę sobie – odpowiedział tamten.

Numer dwa tysiące trzysta dwadzieścia trzy dostrzegł zakrwawione ostrze skalpela, unoszące się w dłoni Mortisa. Mężczyzna wykonał nagły ruch, wbijając je w szyję wypatroszonego nieszczęśnika, który natychmiast zaczął się krztusić, rozpaczliwie próbując złapać oddech. Z jego ust zaczęła wypływać gęsta krew, która ściekała na szyję, a potem na rozcięty tułów. Doktor Mortis ni to zrzucił, ni to zepchnął go z krzesła. Bezwładne ciało stoczyło się na ziemię. Przez kilka chwil drżało w niekontrolowanych spazmach, ale po chwili znieruchomiało. Krztuszenie się ucichło.

Wciąż żył, jednak miał coraz mniej sił. Było kwestią czasu, kiedy wyzionie ducha.

Sparaliżowany przez strach, ranny pacjent, który wciąż wisiał na barczystym Januszu, obserwował całą scenę, ale nie był w stanie nawet krzyczeć ze strachu. Doktor dał znać swojego asystentowi
i jego świat znów zawirował. W jednej chwili został brutalnie posadzony na krześle i ciasno przypięty skórzanymi pasami. Janusz zapalił lampę, wciąż stojącą na wprost krzesła i nagle otumaniony pacjent został zalany falą oślepiającego blasku. Nie widział nic, prócz bieli. Docierały do niego tylko głosy obu mężczyzn, dobiegające jakby
z daleka.

- To od czego zaczniemy, panie doktorze?

- Myślę, że od nacięcia. Muszę sprawdzić, czy skalpel nie uszkodził mu narządów wewnętrznych.

Rozległ się cichy szelest kartek, a po chwili odezwał się Janusz:

- Pacjent numer dwa tysiące trzysta dwadzieścia trzy. Sprawdźmy… personalia: Adam Wołecki, pseudonim… Wołowina. Powód, dla którego się tutaj znalazł, jest bardzo ciekawy. Otóż cierpi on na psychozę.

- Psychozę, tak? Ciekawie, ciekawie, nie powiem… - odezwał się doktor Mortis. –Jakie są szczegóły?

Ponownie zaszeleściły kartki.

- Według dokumentacji jego leczenia, ma psychozę dotyczącą zaburzeń spostrzegania…

- No proszę. Który zmysł? –w głosie Mortisa dało się wyczuć podekscytowanie.

Przez chwilę panowała cisza, gdy asystent szukał odpowiednich informacji.

- Wzrok. Omamy. Omamy o dużym natężeniu. Standardowe formy leczenia nie pomogły, dlatego się tu znalazł. W dodatku… no, no, nieźle.

- Hm?

- Podobno zabił swoją żonę i kilkuletnią córkę. Niestety nie wiadomo, dlaczego. Wiadomo jednak, w jaki sposób to zrobił. Najpierw rozłupał im czaszki młotkiem, a potem związał liną, przytwierdzając je do… nie mogę odczytać… mniejsza z tym. Później rozpalił ogromne ognisko i zaczął je piec. Tak, jak kiełbasy nad grillem. Następnie, gdy były już miękkie i chrupiące, zaczął odkrajać najsmaczniejsze kawałki i… jeść. Pseudonim „Wołowina” nieprzypadkowo związany jest z jego nazwiskiem.

Doktor pokiwał w zamyśleniu głową.

- Czyżby wtedy myślał, że przygotowuje zwyczajny posiłek? Dobrze, dobrze… Wydaje się być ciekawym przypadkiem. Jeszcze nie miałem okazji badać czyjegoś umysłu. Ciekawie, ciekawie. Gdy tylko sprawdzę, czy narządy wewnętrzne są nienaruszone, sprawdzimy stan mózgu, dobrze? Może trzeba będzie coś z nim zrobić.

Janusz nie odpowiedział, pacjent o numerze dwa tysiące trzysta dwadzieścia trzy, który w normalnym świecie nazywał się Adam Wołecki, przypuszczał, że jedynie skinął głową.

Blask lampy został przyćmiony, doktor stanął teraz tuż przed pacjentem.

- No dobrze, zacznijmy zabieg. Nie ruszaj się, bo będzie bolało.

Choć Adam wciąż widział przed sobą jaskrawe plamy, czuł, że skalpel właśnie zbliża się do jego ciała. Poczuł na sobie duże, silne dłonie Janusza, które jednym, zdecydowanym ruchem rozerwały jego koszulę. Tuż po tym chłodne ostrze dotknęło skóry na piersiach.

Wołecki poczuł, jak ogarnia go zimny, bezlitosny strach. To, co przed chwilą przeczytał ten cały Janusz, nie mogło być prawdą. Nie mogło. Jak mógłby zabić własną żonę i córkę i tego nie pamiętać?

Dobry Boże…

Klatka piersiowa mężczyzny zaczęła się gwałtownie unosić
i opadać w krótkich, urywanych oddechach.

- Piotrze, mam go przytrzymać? – zapytał Janusz.

Doktor Piotr Mortis pokręcił głową. Nim pacjent zdążył cokolwiek zrobić, poczuł, jak końcówka ostrza zagłębia się w jego ciele, tworząc dość płytką, ale bolesną ranę.

Dłoń doktora zaczęła powoli i bezlitośnie sunąć w dół klatki piersiowej.

W chwili, gdy Adam Wołyński po raz pierwszy zobaczył pracującego doktora Mortisa, kilka pięter wyżej, w jednym z zimnych, wilgotnych, obskurnych pokoi, który nawet nie zasługiwał na miano izolatki, Kamila Wolniakowska, na co dzień studiująca w Moraszewie, odzyskała przytomność. Pomieszczenie pogrążone było w półmroku. Bolała ją głowa. Nie miała pojęcia, co się stało, ani gdzie się znajduje. Zaczęła mrugać, by jak najszybciej odzyskać pełną świadomość. Uświadomiła sobie, że siedzi na krześle. Ubrana jest
w sweter i jeansy. Spróbowała poruszyć dłońmi, ale ku jej zdumieniu okazało się, że nadgarstki są unieruchomione. Spojrzała na nie i to, co zobaczyła sprawiło, że z przerażenia zaczęła się trząść.

Pamięć wróciła w jednej chwili. Dziewczyna przypomniała sobie wszystko, od samego początku, każdy najdrobniejszy szczegół…

Kamila Wolniakowska szła opustoszałą aleją. Wiatr nawiewał jej pod stopy liście w odcieniach pomarańczy, czerwieni i brązu. Przystanęła na chwilę, poprawiła szalik, naciągnęła rękawiczki na zmarznięte dłonie i ruszyła w stronę uczelni. Spojrzała na zegarek i przyspieszyła kroku. Zostało niewiele czasu do rozpoczęcia zajęć, a nie chciała się spóźnić.

Wciąż nie przyzwyczaiła się do nowych ludzi i nowego miasta. Wszystko szło nie tak, jak powinno, ale widmo porażki dodawało jej sił do walki z przeciwnościami losu.

Zaczęło się od problemów ze znalezieniem mieszkania. Żadna oferta nie była dla niej korzystna. Na jakiś czas zatrzymała się
u znajomych z liceum, którzy mieszkali wprawdzie dość daleko od jej uniwersytetu, jednak nie miała wyboru. Długie jesienne spacery sprawiały Kamili niczym nieograniczoną przyjemność.

Nawet w swoim rodzinnym Mardzewie lubiła wybrać się na długi, wieczorny spacer. Często chodziła nad pobliskie jezioro, które graniczyło z obszernym, gęstym lasem, siadała na plaży i wpatrywała się w nieruchomą toń jeziora.

Teraz, gdy zaczynała całkiem nowe życie, z dala od rodziny
i przyjaciół z dzieciństwa, postanowiła, że nie zaprzestanie wędrówek, które tak po prostu pomagały jej odcinać się od szarej codzienności. Codzienności, w której jest tyle pośpiechu i hałasu… Spacery pomagały jej się wyciszyć, zaakceptować i zrozumieć prawa rządzą-ce światem, ukoić nerwy, zrelaksować. Leżąc na plaży i pozwalając, by chłodna woda obmywała jej nagie stopy, wpatrywała się w niebo, rozmyślając o wszystkim i o niczym.

Teraz, gdy przeprowadziła się do Moraszewa, będzie musiała zredukować częstotliwość owych przechadzek do minimum. Zostają jeszcze spacery na uczelnię oraz droga powrotna, jednak to już nie to samo. Umysł Alicji jest wtedy zaprzątnięty powtarzaniem materiału na zajęcia, nie ma czasu, ani miejsca na rozmyślania i wyciszanie umysłu do tego błogiego stanu, w którym powoli przygotowujemy się do zaśnięcia.

Do Moraszewa przyjechała na kilka dni przed rozpoczęciem roku akademickiego, a gdy zadokowała się już u przyjaciół, mogła pozwolić sobie na wieczorne zwiedzanie miasta i okolic. To właśnie przez jeden z takich spacerów zaspała kolejnego dnia, co zaowocowało śpiesznym marszem przez niewielki zagajnik z dala od zabudowań. Uniwersytet w Moraszewie znajdował się bowiem na obrzeżach miasta. Kamila Wolniakowska poprawiła wiązanie szalika, pochylając głowę. W tej chwili poczuła, jak wiatr szumi liśćmi drzew. Kilka z nich zerwało się z ziemi i z cichym szelestem, niesione przez silny, lecz łagodny powiew wiatru. Gdy dziewczyna podniosła wzrok, zobaczyła przed sobą wysokiego mężczyznę, powoli idącego w jej stronę. Oprócz nich w lasku nie było nikogo. Mężczyzna znajdował się wprawdzie kilkanaście metrów od dziewczyny, jednak ta już wtedy poczuła bliżej nieokreślony niepokój. Rozejrzała się wokół, jednak nie dostrzegła wokół siebie nikogo innego. Przez chwilę zastanawiała się, co robić: iść dalej, nie zwracając uwagi na zbliżającą się postać, czy też zawrócić i pójść inną drogą. Zaryzykowałaby wtedy dość solidne spóźnienie, ale przynajmniej czuła by się znacznie lepiej.

Cenne sekundy mijały, mężczyzna się zbliżał. Nieco się ociągając, w końcu podjęła decyzję. Lekko drżącymi nogami ruszyła przed siebie. Oddychała głęboko, starając się nie zwracać uwagi na nie-znacznie przyspieszone bicie serca. Opuściła głowę, pozwalając, by puszyste, brązowe włosy okryły jej rumianą twarz. Zbliżała się do niego. W pewnym momencie nie wytrzymała i skierowała wzrok na człowieka, który wywołał u niej nieopanowaną falę niepokoju, zalewającą jej ciało tak gwałtownie, jak fala tsunami nadmorską miejscowość.

Jego widok sprawił, że Kamilę prócz niepokoju zaczęło ogarniać przerażenie. Człowiek, który się do niej zbliżał, mimo iż wyglądał na eleganckiego – doskonale uszyty, czarny garnitur, biała koszula, czerwony krawat, lśniące półbuty, łysa głowa, lśniąca w ostatnich promieniach słońca, leniwie chowającego się za odległymi zabudowaniami – to wszystko sprawiało wrażenie, że to tylko zajęty swoimi sprawami prawnik, który został dziś dłużej w swojej kancelarii, bądź lekarz, wracający do domu po męczącym dniu spędzonym w swoim dusznym gabinecie, w którym pewnie musiał się męczyć z różnej maści pacjentami.

Chociaż wyglądał całkowicie naturalnie, ba, nawet jego zachowanie nie budziło żadnych podejrzeń, coś w tym człowieku sprawiało, że ciało Kamili Wolniakowskiej przeszył dreszcz. Poczuła, że dostała gęsiej skórki, jak kiedyś, gdy jeszcze była w podstawówce.

Uczyła ją wtedy nauczycielka o wyjątkowo niemiłym nastawieniu. Wydawać by się mogło, że kobieta, która wyglądała jak trzy-drzwiowa szafa z burzą lokowanych włosów w stylu afro, naukę
w szkole podstawowej traktuje jako najgorszą możliwą karę. Widać było, że nie sprawia jej to przyjemności. Cierpieli na tym uczniowie. Gdy ktoś rozmawiał na lekcji, kazała mu do siebie podejść i wyciągnąć przed siebie obie ręce, wnętrzem dłoni do góry. Chwytała wtedy drewniany wskaźnik i uderzała nim w ich dłonie. Nie była delikatna. Niejednokrotnie dzieci, które przeszkadzały jej na lekcji wracały do ławek ze łzami w oczach. Wiele płakało.

Pewnego razu, gdy nauczycielka pisała coś na tablicy, koleżanka Kamili szepnęła coś do niej chichocząc przy tym, a ona jej odpowie-działa, lecz zrobiła to odrobinę zbyt głośno. Kobieta gwałtownie odwróciła się od tablicy, przeszywała wzrokiem całą klasę. Chwyciła leżący na biurku wskaźnik i zaczęła przechadzać się po sali. Na pytanie, kto rozmawiał, nie uzyskała odpowiedzi. Gdy zbliżała się do czwartej ławki w środkowym rzędzie, ławki Kamili i Karoliny, która rozpoczęła rozmowę, Wolniakowską przeszyło to samo przerażenie, co kilka lat później. Dziewczynka zbladła, oczy utkwiła na twarzy nauczycielki, która wąskimi oczyma obserwowała klasę, szukając winowajcy. Wskaźnikiem lekko pukała we wnętrze lewej dłoni. Kamila bała się, że kobieta usłyszy bicie jej serca, które sprawiało wrażenie, że za chwilę rozerwie jej klatkę piersiową i wyskoczy na ławkę. Dziewczyna przełknęła ślinę, która z trudem przecisnęła się przez zaciśnięte gardło. W końcu nauczycielka odwróciła się i wróciła do tablicy, a Kamila odetchnęła z niepohamowaną ulgą, łapiąc się za serce, które radośnie podskakiwało w jej drżącej klatce piersiowej. W ciągu kilku sekund jej czoło oblał zimny pot, który teraz starła jednym ruchem dłoni, uśmiechając się szeroko i wracając do notowania lekcji.

Podobnie było tym razem. Nagle zrobiło jej się niesamowicie gorąco, a serce waliło, jak oszalałe. Na czoło wystąpił zimny pot, lecz nie chciała go ścierać, by nie wzbudzać podejrzeń tajemniczego mężczyzny. Modląc się w duchu, ostrożnie go minęła. Serce nadal usiłowało rozerwać jej pierś. Gdy była kilka kroków za lekarzem/prawnikiem, zatrzymała się, przyłożyła dłoń do klatki piersiowej i zaczęła powoli uspokajać swój oddech. Drugą ręką wytarła mokre czoło, uśmiechając się do siebie. Oparła się dłońmi o kolana, oddychając głęboko.

I to był jej błąd.

Nagle poczuła, jak czyjaś dłoń przykłada jej coś białego do nosa. Myślała, że próbuje wcisnąć jej coś do ust, więc zacisnęła je mocno, i gwałtownie się wyprostowała. Druga ręka oplotła jej klatkę, miażdżąc piersi dziewczyny. Próbowała krzyczeć, wzywać pomocy, jednak dłoń z białą szmatką skutecznie jej to uniemożliwiała. Była
w stanie wydobyć z siebie jedynie niezrozumiałe, zduszone jęki
i pochrząkiwania. Kątem oka dostrzegła, że ręce, które ją oplatają odziane są w czarny garnitur. Na lewej, tej, która była przy ustach dostrzegła srebrny zegarek.

Liście leżące na ziemi, bądź wiszące na gałęziach drzew straciły barwę. Wszystko zaczęło się rozmywać… Kamila nie miała siły walczyć… Szmatka przyłożona do jej nosa… była czymś nasączona… silny, przenikliwie słodki zapach… chloroform…?

Wolniakowska nie miała już czasu, by roztrząsać tę kwestię, ponieważ jej umysł utonął w bezczasowej otchłani bezkresnej nieświadomości. Przez chwilę miała wrażenie, że pogrążona w ciemności spada w mroczną przepaść bez dna, a potem… potem przestała cokolwiek czuć. Ciało dziewczyny osunęło się bezwładnie, jednak silne ręce mężczyzny chwyciły je mocno. Prawnik/lekarz złapał ją pod pachami i zaczął ciągnąć w kierunku swojego samochodu, czarnego mercedesa, który stał zaparkowany niedaleko lasku. Przez cały czas rozglądał się dookoła sprawdzając, czy nigdzie nie ma świadków. Droga, którą wybrała sobie tego dnia studentka, by dotrzeć na uczelnię miała to do siebie, że ze względu na jej umiejscowienie, była mało uczęszczana. I o to chodziło elegancko ubranemu mężczyźnie. Podszedł do samochodu, lewą ręką otworzył drzwi i wsadził nieprzytomną Kamilę do środka, kładąc ją na tylnym siedzeniu. Wyprostował się, wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki paczkę papierosów i zapalił jednego. Zaciągnął się dymem i odetchnął głęboko. Chwilę postał przy samochodzie, aż w końcu sam wsiadł do środka. Zapiął pas, włączył silnik i wyjechał z lasu na znajdującą się nieopodal główną drogę. O tej porze ruch był zerowy, więc nie musiał się niczym martwić. Skręcił w lewo i ruszył, przyspieszając do niemal stu kilometrów na godzinę.

Kamila Wolniakowska leżała nieprzytomna na tylnym siedzeniu samochodu doktora Piotra Mortisa. Mężczyzna zmierzał do budynku znajdującego się nieopodal Mardzewa, w którym miał swój prywatny gabinet. A Kamila miała być jego kolejną pacjentką.
I

Piotr Mortis

Doktor Piotr Mortis był czterdziestopięcioletnim kawalerem. Mieszkał sam, w swoim niewielkim, jednorodzinnym domku
w zachodniej części Mardzewa. Przez całe swoje dorosłe życie nie związał się z żadną kobietą. Było ich kilka, lecz z żadną nie mógł ułożyć sobie życia.

Być może było to uwarunkowane tym, że przez całe dzieciństwo mieszkał z matką, ojciec odszedł od niej, gdy dowiedział się, że jest w ciąży. Ciężarna kobieta została więc zmuszona do samodzielnego utrzymania siebie i nienarodzonego jeszcze dziecka. Okazało się, że urodziły się dwa bobasy. Dwóch chłopców, bliźniaków, choć kompletnie do siebie niepodobnych, w dodatku dwa tygodnie przed terminem, co kompletnie zaskoczyło ich matkę, Zofię, która akurat była
w pracy. Z zawodu była introligatorką, pracowała w niewielkiej drukarni, od początku jej działalności. Z czasem firma rozrosła się, zatrudniono nowych pracowników, powiększono jej teren. Później dobudowano piętro, aby oddzielić halę drukarską od introligatorni. Na parterze, w cięższych warunkach pracowali mężczyźni, a kobiety – jedną z nich była Zofia – na górze, przygotowywały gotowe produkty.

Zofia nie wyszła za mąż, więc jej panieńskie nazwisko przeszło na synów. Synów, którego od najmłodszych lat traktowała z surowością, okazując im niewielką ilość matczynej miłości. Obaj chłopcy odpowiadali za swoją skórę, musieli nauczyć się zadbać nie tylko
o siebie, ale i o matkę, która z trudem wiązała koniec z końcem. Prawdopodobnie jednak właśnie to surowe traktowanie pomogło młodemu Piotrowi osiągać dobre wyniki w szkole już od najmłodszych lat. Z roku na rok radził sobie coraz lepiej. Nie wiadomo, czy to przez nacisk matki, czy z własnej woli, ale zdecydował się studiować stomatologię, którą ukończył bez najmniejszych problemów.

Lata mijały. Lata pełne sercowych niepowodzeń i sukcesów zawodowych. To właśnie te niepowodzenia były przyczyną skrzywienia psychiki doktora Mortisa. Mimo iż był cenionym dentystą
w Mardzewie – jego gabinet niejednokrotnie oblegały dziesiątki pacjentów dziennie, znalazł także zatrudnienie, jako jeden z lekarzy w szpitalu umiejscowionym na pograniczu miasta. Do swojego prywatnego gabinetu przyjmował klientów jedynie w soboty. W szpitalu pracował od poniedziałku do piątku, nie raz w pocie czoła. Za to sobota… sobota była przez doktora Mortisa traktowana niemalże
z namaszczeniem. Każda czynność miała głęboki podtekst duchowy, nic nie było przypadkowe. Doktor Piotr Mortis słynął z tego, że potrafił umiejętnie się zorganizować, czego przykładem była punktualność – do pracy spóźnił się tylko jeden, jedyny raz, który każdemu mógł się zdarzyć. Po prostu zaspał. Jednak po przybyciu do gabinetu, uwidoczniła się kolejna cecha Mortisa – być może odziedziczona w jakiś sposób po matce surowość do samego siebie. Mężczyzna postanowił ukarać się za spóźnienie. Podwinął rękaw lewej ręki, chwycił ze stołu jedno z wierteł dentystycznych i wygrawerował sobie na ręce piętnaście poziomych względem dłoni kresek. Po jednej za każdą minutę spóźnienia.

Sobota była dla Mortisa dniem tak wyjątkowym, jak dla normalnych ludzi dzień ślubu. Tuż po przebudzeniu wstawał z łóżka, prze-ciągał się, ruszał do pokoju gościnnego, włączał kino domowe
i słuchał swojego ulubionego zespołu, „Mercyful Fate”. Najczęściej odtwarzał klasyczną płytę z roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego, zatytułowanej "Don't Break The Oath”. Włączał jeden ze swych ulubionych utworów z tego albumu, „Come To The Sabbath” i podchodził do lustra, znajdującego się przy schodach na pierwsze piętro, niedaleko drzwi wejściowych do jego domu. Przedpokój,
w którym znajdowało się lustro, pogrążony był w półmroku. Ciem-na, niemal czarna tapeta w dziwne wzory, brak lampy na suficie, brązowy dywan, to wszystko sprawiało, że obcej osobie ciężko byłoby się rozeznać w umeblowaniu przedpokoju, które zresztą było bardzo skromne – znajdowały się w nim tylko niewielka półka na buty oraz stoliczek na klucze i inne drobiazgi. Jednak Mortis nie przejmował się, że pomieszczenie spowija mrok. Nie miewał i nie przyjmował gości, był typem samotnika. Sąsiedzi także trzymali się od niego z daleka. Wielu z nich skrycie uważało go za niezrównoważonego psychicznie. Zamknięty w sobie, rzadko widziano go poza domem. Do pracy jeździł samochodem, weekendy spędzał w domu, nie wychylając nawet nosa.

Tak więc Piotr Mortis stawał przed lustrem i przyglądał się swojej bladej twarzy, ostro zarysowującej się wśród mnóstwa cieni zalegających mroczny przedpokój. Na jego obliczu rozkwitał obleśny uśmiech, a po chwili słychać było kilka słów, które brzmiały mniej więcej tak:

- Dziś jest twój dzień, Mortis. Wiertła gotowe, pacjenci czekają. Bierz się do roboty.

Głos Piotra Mortisa był zimny, bezemocjonalny. Wyraźnie dało się w nim czuć chłodne wyrafinowanie i brak litości. Po dowartościowaniu się przed lustrem, doktor kierował się do łazienki, gdzie brał prysznic. Po skończonej kąpieli dentysta jadł śniadanie. Nigdy w jego jadłospisie nie pojawiało się zwierzęce mięso. Kochał zwierzęta tak bardzo, że postanowił zostać weganem i nie jeść żadnego produktu pochodzącego ze zwierząt.

Nie znaczy to jednak, że doktor Mortis nie lubił mięsa. Pani Renata Arszycka, stała pacjentka pana Piotra, doskonale komponowała się na talerzu wśród gotowanej marchewki, ziemniaków i sałatek, które dentysta jadał w weekendy. Około godziny ósmej trzydzieści doktor był już gotowy do przyjęcia pierwszego pacjenta w swoim prywatnym gabinecie, które oryginalnie było piwnicą. Siedział nieruchomo w miękkim, skórzanym fotelu. Ręce spoczywały swobodnie na oparciach, palce wybijały rytm jednego z ulubionych utworów grupy „Mercyful Fate”. Uszy łowiły dźwięk wskazówek starego zegara, które leniwie, wręcz hipnotyzująco tykały gdzieś z kąta pokoju pogrążonego w półmroku. Mogłoby się wydawać, że mężczyzna znajduje się w swoistym półśnie, jest całkowicie rozluźniony… jednak było całkiem inaczej. Doktor Mortis wędrował po mrocznych, nieograniczonych i niezbadanych zakamarkach swojego chorego umysłu o skrzywionym poczuciu moralności i zatartych granicach pomiędzy tym, co dobre, a tym, co złe. Pustym, tępym wzrokiem wpatrywał się w drzwi swojego gabinetu, czekając na pierwszego pacjenta.

Uraz do ojca, za to, że opuścił go po zapłodnieniu jego matki, sprawił, że Piotr nienawidził większości mężczyzn. Uraz do matki oraz kobiet, które nie chciały się z nim związać zaowocował nienawiścią nie tylko do nich, ale i do innych. Nie raz i nie dwa, miał ochotę puścić hamulce i zająć się swoimi pacjentami w szpitalu. Jednak samodyscyplina mu na to nie pozwalała. Z niecierpliwością czekał na sobotę i na… „specjalne” wizyty.

Kamila Wolniakowska miała być kolejną pacjentką Piotra Mortisa. Wpadła na niego w piątkowy ranek, przez co w sobotę miała umówioną „specjalną” wizytę. Wizytę w piwnicznym gabinecie doktora.

II

W poczekalni

Kamila otworzyła oczy. Na początku wszystko było nieostre, tworzyło jedno, wielkie skupisko jednokolorowych plam. Dopiero, gdy zamrugała kilka razy, świat nabrał ostrości. Dziewczyna stwierdziła z niepokojem, że ma opuchnięte powieki. Ostry, kłujący ból przeszywał jej nerwy za każdym razem, gdy usiłowała mrugnąć. Oczy zaszły jej łzami. Spróbowała je wytrzeć ręką, ale dotarło do niej, że obie kończyny ma unieruchomione.

Siedziała na krześle dentystycznym, wokół nadgarstków miała owinięty drut kolczasty, który wpił się w jej skórę. Cienkie stróżki krwi spływały na palce, a potem leniwie skapywały na podłogę. Kostki, uda i klatka piersiowa były oplecione szerokimi, skórzanymi pasami, które skutecznie ją unieruchamiały. Pasy były tak ciasno zapięte, że mobilność Kamili została ograniczona do minimum. „Gdzie ja jestem?”, przemknęło jej przez głowę. Rozejrzała się wokół i po części z ulgą, po części ze zgrozą spostrzegła, że niedaleko niej, na drugim fotelu siedzi jej przyjaciółka z podstawówki, Weronika Skrzynecka. Oczy miała zamknięte, zdawała się spać. Była przywiązana w taki sam sposób, jak ona.

- Psst! Weronika, słyszysz mnie? – szepnęła w jej stronę.

Dziewczyna otworzyła oczy i rozglądnęła się wokół. Sprawiała wrażenie nieco oderwanej od rzeczywistości. Jej smukła, blada twarz wyraźnie kontrastowała z półmrokiem zalegającym w pomieszczeniu.

- Co… Kamila? Co ty tutaj robisz? – wymamrotała Weronika, również szeptem.

- Nie wiem… ktoś mnie tu przywiózł… ostatnią rzecz, jaką pamiętam był widok mężczyzny w garniturze, którego spotkałam w parku… - szepnęła Kamila.

- Mężczyzna w garniturze? Był łysy? – spytała Skrzynecka.

- Tak! To on nas tu przywiózł?

- Chyba tak… - Weronika stęknęła z bólu, gdy próbowała ruszyć rękoma. – Moje ręce… o Boże, ja krwawię! Co on mi zrobił?

- Cii… Ja też jestem tak uwięziona. Możesz się uwolnić? - spytała Wolniakowska, w niewielkim stopniu pokrzepiona obecnością przyjaciółki.

- Wątpię. Ten facet dobrze wiedział co robi… Chciał nas unieruchomić i udało mu się to. Jak myślisz, co on może od nas chcieć?

- Nie mam pojęcia… - odpowiedziała Kamila. Powoli zaczynała ogarniać ją czarna rozpacz.

Załzawionymi oczyma rozejrzała się wokół. Gęsty mrok zalegał pokój, w którym znajdowały się dziewczyny, mogła dostrzec jedynie niewyraźne zarysy rzeczy, które mogły się w nim znajdować.

- Wiesz, gdzie jesteśmy? – spytała.

- W jego domu, w piwnicy. Ocknęłam się, gdy mnie tu znosił. Próbowałam się wyrwać, ale nie dałam mu rady. Znów mnie uśpił…

Weronika umilkła. Kamila natomiast nadal rozglądała się po pokoju, starając się w jakiś sposób rozpoznać, co je otacza. Rozbudzony umysł kalkulował chłodno. Przetwarzał wszystkie informacje, próbując znaleźć jakieś racjonalne wytłumaczenie i przede wszystkim sposób, by się stąd wydostać, gdy gdzieś w mieszkaniu skrzypnęły drzwi. Serce dziewczyny przyspieszyło, usłyszała, jak jej przyjaciółka zaczyna głośniej oddychać.

- Boże, proszę, nie… - usłyszała jej paniczny szept.

Po chwili na schodach prowadzących do piwnicy zapaliło się światło. Do uszu Kamili Wolniakowskiej dobiegły ciężkie odgłosy kroków. Ktoś schodził po drewnianych schodach. Dziewczyna wzięła głęboki wdech i nie zważając na ból nadgarstków, zacisnęła dłonie w pięści. W progu piwnicy pojawiła się postać mężczyzny, zasłaniając sobą niewielkie źródło światła, padające zza jej pleców. Uniosła lewą rękę i zapaliła światło. Coś pyknęło, a po chwili piwnica została oświetlona przez trzy jarzeniówki wiszące na suficie. Alicja zmrużyła oczy, porażone nagłym rozświetleniem pomieszczenia. Mężczyzna ruszył wolnym krokiem w stronę dziewczyn, a odgłos jego kroków otrzeźwił Kamilę. Zamrugała spuchniętymi powiekami. Gdy świat nabrał barw i ostrości, zobaczyła go w całej okazałości.

- Witam, drogie panie. Nazywam się Piotr Mortis – rzekł miłym głosem doktor. – Niepokoi mnie stan waszego uzębienia, postanowiłem więc przeprowadzić zabieg. Nie macie nic przeciwko, prawda? – spytał, uśmiechając się do Weroniki, która miała powieki mocno zaciśnięte.

- Zostaw nas w spokoju! – wycedziła przyjaciółka Kamili.

Doktor Mortis nic nie powiedział, jedynie pokręcił głową z politowaniem.

- Moje drogie… chyba nie wiecie, jak poważny macie problem – rzekł mężczyzna w ubraniu doktora.

Kamila, korzystając z tego, że uwaga „dentysty” skupiona była na Weronice, dokładnie mu się przyjrzała. Ubrany był w zielony fartuch, sięgający kolan. Czarne spodnie i lśniące buty potwierdzały przypuszczenie dziewczyny, że Mortis pod lekarskim strojem ma na sobie garnitur, w który ubrany był w parku. Przeniosła wzrok na górę i dopiero teraz zobaczyła, co mężczyzna ma na głowie. Gdy zobaczyła przezroczystą, plastikową szybkę osłaniającą jego twarz, serce ze strachu podeszło jej do gardła. Nie miała pojęcia, skąd wzięło się to przypuszczenie, jednak była niemal pewna, że podobne ochraniacze na twarz stosują patologowie.

Doktor Mortis podszedł do stolika, wyciągnął z niewielkiego pudełka parę białych rękawic i założył je na dłonie. Guma, z której były wykonane, strzeliła cicho, gdy naciągał je na nadgarstki.
Z twarzy mężczyzny ani na chwilę nie schodził lekki, sympatyczny uśmiech. Doktor podszedł do uwięzionej Weroniki, nachylił się nad nią i rzekł:

- Powiedz: aaaa.

Usta Skrzyneckiej przypominały cienką kreskę. Dziewczyna ani myślała słuchać doktora. Wolniakowska obserwowała uważnie całą sytuację kalkulując i zastanawiając się, czy istnieje jakakolwiek szansa, by zdołały się uwolnić i uciec z tej piwnicy. Okaleczone
i brutalnie przytwierdzone do fotela ręce nie pomagały w planowaniu ewentualnej ucieczki.

- Otwórz usta – rzekł doktor Mortis, już bez cienia sympatii
w głosie.

Nic. Zacięta twarz Weroniki nie zdradzała żadnych emocji.

- Otwórz.

Cisza

- Otwórz je.

Znów brak reakcji. Doktor Mortis przymknął oczy, uśmiechając się pod nosem. Wyprostował się i zaczął odwracać w stronę Kamili, która na ten widok skamieniała ze strachu. „Boże, nie, proszę, nie, niech nie idzie do mnie”, pomyślała, zaciskając z przerażenia wszystkie mięśnie. Gdy Weronika zaczęła mieć nadzieję, że doktor się od niej odczepił, na jej lewy policzek spadł potężny, miażdżący cios. Otwarta dłoń, odziana w białą rękawicę z niewyobrażalną prędkością i siłą uderzyła w twarz dziewczyny. Głowa odskoczyła na bok, przed oczami Skrzyneckiej pociemniało. Krzyknęła z bólu
i przerażenia. W momencie uderzenia przegryzła sobie skórę po wewnętrznej stronie policzka i jej usta wypełniły się słodką krwią. Dziewczyna splunęła na ziemię i krzyknęła z całych sił:

- RATUNKU! NA POMOC!

Doktor Mortis, gdy usłyszał dźwięk śliny spadającej na podłogę, zastygł w bezruchu. Stał plecami do Weroniki, więc nie widziała jego twarzy.

- Jak śmiesz pluć krwią na podłogę mojego gabinetu, gówniaro? – rzekł cicho, ale dobitnie.

Podszedł do stolika, przy którym zakładał rękawice. Chwycił niewielkie, białe pudełko i wrócił do fotelu, na którym uwięził nieszczęsną dziewczynę. Spojrzał na jej dwukolorową twarz i uśmiechnął się w zamyśleniu. Na twarzy Wery wyraźnie zarysowywał się ślad po uderzeniu. Lewa strona twarzy była niemalże sina, druga dla kontrastu biała jak papier. Doktor wysypał na rękę zawartość pudełka. Kamila dopiero teraz zobaczyła, co było na pudełku. Czarny napis układał się w dziwne słowo Mitocondril. Pod spodem było coś jeszcze, ale z tej odległości nie mogła tego rozszyfrować. Zaniepokoiło ją to, co widziała na ręce Piotra Mortisa.

- Otwórz usta – ponownie rzekł mężczyzna, przykładając jej dłoń do warg.

Weronika energicznie pokręciła głową.

- Nie ruszaj się, kurwo!

- Zostaw mnie! – wrzasnęła dziewczyna prosto w twarz mężczyzny, a drobne krople śliny i krwi wylądowały na ochronnej masce. Nie zastanawiając się długo, doktor Mortis skorzystał z tego, że usta Pauliny w końcu się otworzyły. Wepchnął jej do nich garść tamponów dentystycznych, które wziął z pudełka z napisem Mitocondril
i trzymał na otwartej dłoni.

- Przykro mi – rzekł Piotr, doskonale udając prawdziwy smutek. – Gdybyś zachowywała się racjonalnie, nie musielibyśmy przez to przechodzić.

Wpatrywał się w zaskoczoną twarz dziewczyny, uśmiechając się na widok jej wypchanych, różnobarwnych policzków.

Weronika zaczęła się dławić.

Miękkie tampony nasiąknęły śliną i krwią z poranionej jamy ustnej nastolatki. Metaliczny posmak krwi drażnił jej receptory smaku, nieustannie powodując coraz to większe obrzydzenie. „Boże… nie… zaraz się zrzygam…”, przemknęło jej przez otumaniony umysł.

Kamila tymczasem, widząc, że doktor nie żartuje, zaczęła improwizować. Spojrzała na swe nadgarstki, oplecione drutem kolczastym. Zamknęła oczy, analizując swoją sytuację i to, co zamierza zrobić. Zdawało jej się, że wszystkie te lata spacerów o zmierzchu
i rozmyślań nad sensem życia prowadziły ją właśnie do tej chwili. Przez ten czas nauczyła się wyciszyć swoją duszę i umysł, skupiając się na jednej rzeczy, nie zwracając uwagi na to, co fizyczne, ale na to, co duchowe. Wzięła głęboki, drżący oddech i zaczęła kręcić nadgarstkami na boki.

- I radziłbym ci ich nie wypluwać – mruknął Mortis, odkładając pudełko z tamponami z powrotem na stolik. – Ale w razie czego…

To mówiąc wziął ze stołu taśmę klejącą i podszedł do dziewczyny, jednak ta nie wytrzymała już ani chwili dłużej i otworzyła usta. Wypadły z nich tampony, przemoczone śliną, krwią i wymiotami. Spadły jej na nogi wraz z resztą gęstych rzygowin, które ubrudziły jej elegancki sweter. Nastolatka oblała się zimnym potem. W ustach czuła obrzydliwy smak własnych wymiocin, który zaowocował kolejnym napadem torsji.

- O, nie, moja droga, tak się bawić nie będziemy – rzekł doktor
z obrzydzeniem.

Podszedł do niej i odkleił taśmę. Zakleił usta, nie patrząc, czy zdążyła je zamknąć, czy nie i owinął kilka razy głowę dziewczyny, włącznie z czarnymi, delikatnie lokowanymi włosami. Teraz była już całkowicie obezwładniona. Machanie głową nic by jej nie dało. Wytrzeszczonymi, zaczerwienionymi od łez oczami obserwowała mężczyznę, który podszedł do stolika znajdującego się naprzeciwko fotela Kamili.

Dziewczyna znieruchomiała, starając się nie zwracać na siebie uwagi. Dzięki odrzuceniu myśli o jakimkolwiek bólu, udało jej się
w tym krótkim czasie wysunąć dłonie aż do kostek. Teraz, gdy dok-tor zbliżył się do jej fotela, położyła poszarpane przez drut nadgarstki na fotelu, jakby nigdy nic. Oddychała głęboko, spokojnie, nie wydając z siebie nawet najmniejszego dźwięku. Zamknęła oczy
w milczeniu prosząc Boga o łaskę. Chyba ją wysłuchał, bo doktor Mortis wziął ze stolika coś podobnego do wiertarki, a potem pod-szedł do jednej z szaf ze szklanymi drzwiami, stojącej pod ścianą. Otworzył jedno skrzydło i wyciągnął z niego olbrzymie tytanowe wiertło. Do uszu dziewczyn dolatywało nieustanne pogwizdywanie. Doktor Piotr Mortis gwizdał rytm piosenki, którą słyszeli z wieży. „Specjalnie zostawił ją włączoną, żeby nikt na zewnątrz nie słyszał naszych krzyków”, pomyślała Kamila, a prostota geniuszu szaleńca ją sparaliżowała. „Nikt nie wie, że tu jesteśmy i nikt nas nie usłyszy. Oby się udało… proszę…”

Po chwili obie ręce Kamili Wolniakowskiej były wolne. Wsunęła je jednak z powrotem w kajdanki z drutu kolczastego, aby oprawca nie zauważył, że odzyskała swobodę. Obserwowała, jak Piotr Mortis wraca do stolika naprzeciw niej i kładzie na nim wiertarkę z olbrzymim wiertłem. Ponownie stanął przed zakneblowaną studentką
i oparł ręce na biodrach, wzdychając przy tym głęboko.

- Święci Pańscy, co ja mam z tobą zrobić? - westchnął.

Weronika w odpowiedzi wydała z siebie serię dziwnych, niemożliwych do wyartykułowania dźwięków.

- Co mówisz? Nie rozumiem cię… - powiedział doktor Mortis nachylając się nad pacjentką. – Mów wyraźniej, bardzo proszę.

Ciało Weroniki zadrżało wściekle, jakby próbowała jakimś cudem sturlać się z fotela, choć przecież dobrze wiedziała, że nie ma na to szans. Mężczyzna ponownie westchnął ciężko i wrócił do stolika. Chwycił wiertarkę i przymknął oczy. Stał plecami do niej, więc dziewczyna nie mogła widzieć, co robi. Widziała natomiast bezgraniczne przerażenie wyraźnie rysujące się na twarzy Kamili. Wysapała w jej stronę kilka dźwięków, ale tamta nie zwróciła na to uwagi. W zamian za to, zaciskając dłonie w pięści i narażając się na kolejne poranienia drutem kolczastym, krzyknęła do Mortisa:

- Stój! Nie możesz…! Proszę! Nie rób jej krzywdy!

Na dźwięk słowa „jej” przez ciało Weroniki przeszedł dreszcz. Rozszerzonymi ze strachu oczami wpatrywała się na zmianę
w przyjaciółkę i plecy doktora, mając nadzieję, że Kamila w końcu coś jej powie. Wolniakowska była jednak sama zbyt przerażona, aby dodać coś więcej. Miała przeczucie, że wie, co zamierza zrobić doktor i ta świadomość doprowadzała ją niemal do omdlenia ze strachu.

Piotr Mortis spojrzał na nią kątem oka. Podszedł do studentki,
a dziewczyna ze strachu o mały włos nie zaczęła płakać. Pokiwał palcem przed nosem nastolatki i wyszeptał groźnie:

- Spokojnie, nie panikuj. I na ciebie przyjdzie pora, moja droga – to mówiąc, pocałował Kamilę w policzek i wyprostował się, unosząc ręce na wysokość piersi.

Weronika dopiero teraz miała okazję dostrzec, co trzymał doktor
i co sprawiło, że Wolniakowska zaczęła krzyczeć, by nie robił jej krzywdy. Oczy ze strachu niemalże wyszły jej z orbit, ciało dostało drgawek. Z zaklejonych ust zaczęły wydobywać się szaleńcze, paniczne wrzaski. Oprawca skrzywił się i włączył wiertarkę, która była tak cicha, że nawet stłumione wrzaski zakneblowanej zdołały ją zagłuszyć.

- Święci Pańscy, nie krzycz tak, bo uszy już mnie od tego bolą. Miej trochę kultury, kurwa. Kultury, moja droga. O ile wiesz, co to jest – powiedział łysy doktor i podszedł niej.

Dziewczyna zaczęła wrzeszczeć jeszcze głośniej, aż Kamila zaczęła się dziwić, że gardło jeszcze jej nie boli. Gdy wpatrywała się w plecy szaleńca, dotarło do niej, że prawdopodobnie doktor właśnie teraz zamierza zakończyć cierpienia jej koleżanki. I choć wydaje się to dziwne, to całkiem łatwo przyszło jej pogodzenie się z tym, że ten facet zabije jej najlepszą przyjaciółkę z dzieciństwa, a ona nie będzie mogła nic zrobić. W sytuacji, gdybyśmy mieli do wyboru ocalenie swojego życia, lub życia osoby, którą kochamy, co byśmy wybrali? Najprawdopodobniej poświęcilibyśmy się dla dobra drugiego człowieka. Ale jest także druga strona medalu… Co byśmy zrobili, gdy nie moglibyśmy uratować ukochanej osoby, a jedynie swoje własne życie? W ciągu kilku sekund, jakie miała do namysłu, przemyślała wszystkie opcje, jakie były dostępne w jej sytuacji, po czym ostrożnie wyciągnęła zakrwawione ręce z więzów ostrego drutu i zajęła się pasami ciasno opinającymi jej ciało. W międzyczasie Piotr Mortis zbliżył się do Skrzyneckiej, całkowicie zasłaniając jej Kamilę. Wolniakowska osądziła, że to jej jedyna, niepowtarzalna szansa. Choć serce sprawiało wrażenie, że za chwilę rozerwie jej piersi, a rozum podpowiadał że to bezmyślne szaleństwo, z solidnym wysiłkiem udało jej się bezgłośnie odpiąć pierwszą klamrę, zapiętą na piersiach. Z kolejną odczekała chwilę, aż oddech jej się uspokoi. W tym czasie doktor Mortis zbliżał wirujące z zawrotną prędkością wiertło do zaklejonych taśmą ust Weroniki, która szlochała, jęczała i krzyczała na zmianę z przerażenia. Oddychając płytko i gwałtownie, zezowała oczy w panice obserwując, jak tytanowe wiertło zbliża się do jej ust. Po chwili dotknęło taśmy, natychmiast żłobiąc w niej dziurkę, powiększającą się z każdą chwilą. Szalony doktor przesunął wiertłem w poziomie, zgodnie z linią ust i pchnął mocniej. Wiertło dotarło do miękkich ust, rozrywając je na strzępy. Fragmenty warg i krew rozprysnęły się na wszystkie strony, w tym na plastikową maskę, która ochraniała twarz Mortisa właśnie przed taką surówką. Dziewczyna zawyła w niewyobrażalnym bólu, przeszywającym jej mięśnie twarzy. Zbladła, co ostro kontrastowało z pokrywającą ją czerwoną posoką. Myśli jak szalone przelatywały przez porażony umysł nastolatki. Nie zwracała na nie najmniejszej uwagi, z wyjątkiem jednej, która zwolniła i powoli wwiercała się w jej psychikę. „Nie zęby, Boże, proszę, nie zęby!”. Teraz, gdy taśma została przerwana, ponownie mogła zaczerpnąć powietrza pełną piersią. Wzięła wdech jednym potężnym haustem i używając całej swej młodzieńczej siły, wrzasnęła z głębi płuc. Kamila, która właśnie miała brać się za ostatni pas na wysokości kostek, znieruchomiała i z przerażeniem spojrzała w stronę sąsiedniego fotela. „Boże – pomyślała – proszę Cię, daj mi jeszcze trochę czasu…”. Zamknęła oczy, ostrożnie przełykając ślinę. Nagle do jej uszu dobiegł płaski dźwięk, a po nim kolejny krzyk. „Spoliczkował ją”, przemknęło jej przez głowę. Drżącymi ze strachu palcami zaczęła rozpinać ostatnią klamrę. Tymczasem Mortis delikatnie, wręcz czule pogłaskał Weronikę po rozpalonej głowie.

- Grzeczna dziewczynka – szepnął, całując ją w lśniące od potu czoło. – Jak mówiłem na początku, niepokoi mnie stan waszego uzębienia i chciałbym je sprawdzić. Chyba zapomniałem dodać, że gdybyście stawiały opór, użyję siły? No tak, moja wina. Święci Pańscy, wybacz mi, to przez te ciągłe nerwy. Wiesz, poznaję kobietę, wpada mi w oko, myślę sobie – co mi szkodzi spróbować? Podchodzę, rozmawiam, odprowadzam do domu, przy odrobinie szczęścia umawiamy się na randkę. Dostaję od niej też numer telefonu. Wszystko idzie zgodnie z planem, kobitka przychodzi punktualnie, zabieram ją na kolację, albo jedziemy do kina na jakiś fajny film… wszystko pięknie, ślicznie, ładnie, ale powiedz mi, dlaczego, do ciężkiej kurwy zawsze kończy się na tej pierwszej randce?! Dlaczego?! Dlaczego żadna z tych suk nie chce się ze mną spotkać drugi raz? Czy one nie wiedzą, że ja też mam uczucia? Że gdy ktoś mi się spodoba, mogę niechcący się do niego przywiązać? Czy to tak trud-no, kurwa ich mać, pojąć?!

Piotr Mortis zacisnął dłonie w pięści i zaczął uderzać Weronikę
w brzuch. Ciężkie, dokładnie wymierzone w przeponę ciosy spadały na nią jak grad. Dziewczyna zakrztusiła się powietrzem. Z jej rozwierconych ust, których cienkie kawałki zwisały luźno wokół jamy ustnej, wytrysnęła ślina zmieszana z krwią i resztką tamponów. Spadły na jej podołek, paskudnie plamiąc jej biały sweter i ciemnoniebieskie jeansy.

- Oouuhh… - wystękała, gdy na jej twarz z ogromną siłą spadła pięść Piotra Mortisa

- Dlaczego?! Słyszysz, kurwo? Odpowiedz mi, dlaczego z was są takie kurwa podłe szmaty, co?!

Skrzynecka milczała, łzy swobodnie spływały po jej policzkach, mieszając się z krwią. Bała się wykonywać jakiekolwiek ruchy twarzy, by nie narazić się na wściekłą falę bólu paraliżującego umysł, który i tak był już w strzępach. Psychika dziewczyny rozpadła się na setki malutkich części, jak lustro, które spadnie na ziemię.

Kamila słuchała tego monologu w osłupieniu. Nowa konkluzja oświeciła jej szare komórki. Czy ten wariat właśnie nie wyjawił im powodów swojego postępowania? Wolniakowska siedziała sztywno na fotelu, ręce trzymając między kolanami. Stopy swobodnie dotykały ziemi. Była wolna, ale to, co przed chwilą usłyszała, tak ją zszokowało, że chwilowo nie była w stanie ruszyć się z miejsca. Gdyby doktor ją teraz zobaczył, zabiłby ją bez wahania. Mimo to, jeszcze raz zaryzykowała. Do jej głowy napływały myśli, które musiała przetrawić. Czy to możliwe, że ten facet tak się zachowuje z powodu wieloletnich niepowodzeń sercowych? Czy gniew, który przez lata
w nim dojrzewał, dopiero teraz znalazł upust? Tylko dlaczego wy-brał akurat je? A co, jeśli one nie są pierwsze? Może przed nimi były inne kobiety, które tu przywiózł, a potem zabił, zadając im najpierw cierpienie na wzór tego, które sam przeżył?

Dobry Boże, jakie ten człowiek musi mieć problemy z własną psychiką! Prawdopodobnie nie potrafi pogodzić się z przegraną, czyli w tym wypadku sercowym niepowodzeniem, a rozładowuje się właśnie w ten sposób…. Jeśli to jest prawda… to doktor Piotr Mortis jest jednym z groźniejszych, psychopatycznych morderców, których nigdy dotąd nie wykryto. Zbrodnie, których się dopuścił, muszą być ukarane! Taki człowiek nie może swobodnie chodzić po świecie
i polować na kobiety, jak na zwierzęta! Nie może, i ona, Kamila Wolniakowska go powstrzyma.

Powstrzyma… albo zginie próbując.

III

Zabieg

Doktor Mortis obrócił się nagle. Kam skamieniała ze strachu. Mężczyzna podszedł do stolika stojącego przez fotelem Weroniki
i wziął z niego długie ostrze. Kołodziejowa mogła mówić o nadzwyczajnym szczęściu – w ogóle nie zwrócił na nią uwagi. Wrócił do swojej pacjentki i zaczął odpinać pasy, którymi spięte było ciało nastolatki. Następnie uwolnił ją z „kajdan”. „Boże, teraz się odwróci, proszę, niech się nie odwraca, proszę Cię”, myśli zaczęły niebezpiecznie zbliżać się do drzwi w jej umyśle, na których napisane było czerwoną farbą PANIKA. Doktor schylił się i wziął drżące ze strachu i targane spazmami bólu ciało Pauliny, jak pan młody, chwytający swoją świeżo poślubioną małżonkę i wnoszący ją na rękach przez próg domu. Skierował się do drugiego pokoju, jednak w połowie drogi przystanął. Kamila miała wrażenie, że za chwilę zemdleje
z przerażenia.

- Nic się nie bój, moja mała! Na ciebie też przyjdzie pora, wszystko w swoim czasie! – krzyknął Mortis przez ramię i ruszył do drugiego pomieszczenia. Zniknął w mroku razem z jęczącą cicho Weroniką. Po chwili w pomieszczeniu zapaliło się światło i Kamila dostrzegła, że jest wyłożone śnieżnobiałymi płytkami. Doktor znów zaczął gwizdać pod nosem, co ją nieco otrzeźwiło.

Jeśli chciała uciec, musiała się śpieszyć i wykorzystać to, że Mortis skupił się na jej przyjaciółce. Ostrożnie, w całkowitej ciszy zsunęła się z fotela, ale nogi się pod nią ugięły i o mały włos nie straciła równowagi. Zamknęła oczy, próbując się uspokoić. „Oddychaj, oddychaj spokojnie”, powtarzała sobie w myślach. Spojrzała
w kierunku pomieszczenia, do którego zabrał jej przyjaciółkę szalony doktor. Poruszyła bezgłośnie ustami, formując je w jedno słowo: Przepraszam.

Była wolna, teraz, jeśli zachowa dość uwagi i jeśli szczęście będzie tak, jak dotąd miała po swojej stronie, może uda jej się niepostrzeżenie wydostać z piwnicy. Zrobiła dwa niepewne kroki
w stronę schodów prowadzących do wyjścia, lecz w tym momencie do jej uszu dobiegł krzyk.

- Oooaaaeee!

Spojrzała w stronę pomieszczenia, w którym doktor nadal dręczył Paulinę. Zmrużyła oczy. Jej przyjaciółka próbowała coś powiedzieć, ale uniemożliwiły jej to wargi, które wyglądały jak wyciągnięte z maszynki do mięsa.

Krzyczała „zostaw mnie”. Kamila Wolniakowska stanęła przed ciężkim wyborem. Kilka kroków dzieliło ją od wydostania się z tego piekła. Z drugiej strony, kilka kroków dzieliło ją od najlepszej przyjaciółki. Oddychała szybko, lecz bezgłośnie, desperacko rozglądając się dookoła. Nie widziała szans, by mogła uratować Weronikę. Prawdę mówiąc, nie było też zbyt wielkich szans na to, że zdoła siebie samą uratować. Przez chwilę dziesiątki myśli kotłowały się
w jej wytrąconym z równowagi umyśle. W końcu ostrożnie, nie wytwarzając żadnego dźwięku podeszwami butów, zbliżyła się do ściany. Serce waliło jej jak młot, miała wrażenie, że za chwilę jej żebra eksplodują. Odetchnęła głęboko i wstrzymała oddech, ignorując początki zawrotów głowy. Podeszła do drzwi i ostrożnie wychyliła się za próg. Zamknęła prawe oko, a lewym lustrowała wnętrze i im więcej widziała, tym bardziej jej źrenica zmniejszała swój rozmiar.

W pomieszczeniu było przeraźliwie jasno. Tu także znajdowały się jarzeniówki, które świeciły silnym, ostrym blaskiem. Na przeciwległej ścianie znajdowały się, rozmieszczone na całej jej wysokości, srebrne chłodnie. „Boże… ten facet ma tu własne prosektorium…” Na środku stał stół, który sprawiał wrażenie, jakby Mortis ukradł go ze szpitala. Nad nim wisiała lampa, której światło padało na ciało Weroniki. Doktor Mortis stał przy swoim biurku, tyłem do wejścia, więc nie widział Kamili. Przymknął oczy i w milczeniu przygotowywał się do operacji. Oddychał powoli, głęboko. Zastanawiał się, które kleszcze wybrać. Do ekstrakcji zębów dentyści używają kilku rodzajów narzędzi. Doktor Piotr Mortis używał narzędzi firmy Berten, jednej z najpopularniejszych na rynku stomatologicznym.
W związku z tym, że i górne i dolne zęby dziewczyny wymagają usunięcia, wybrał kleszcze o numerze sto dwa i sto trzy, odpowiednio do wyrywania górnych i dolnych siekaczy i kłów.

Kamila nie miała pojęcia, ile czasu to trwało. Pomyślała, że lepiej będzie, gdy zacznie się wycofywać już teraz, bo potem szaleniec może ją zobaczyć. Spróbowała odejść od ściany, jednak nie była
w stanie. Szok sprawił, że nie mogła wykonać najmniejszego ruchu, stała, skulona pod ścianą i jednym okiem z przerażeniem podglądała doktora. Mężczyzna w końcu się odwrócił i podszedł do prosektoryjnego stołu. Zapalił lampę. Oślepiająca fala jasnego światła zalała ciało Weroniki. Dziewczyna zamknęła oczy. Nadal dusiła się własną krwią. Nagle poczuła, jak Mortis chwyta jej lewą dłoń i przywiązuje ją do stołu, a po chwili to samo robi z prawą. Zaczęła kiwać głową na boki, w niemym proteście.

Kamila przełknęła ostrożnie ślinę, która smakowała jak piasek. Myśli dziewczyny były skierowane w stronę drzwi u szczytu schodów, jednak strach nie pozwalał jej się ruszyć z miejsca.

Piotr Mortis podszedł do głowy Weroniki. Światło lampy kom-pletnie oślepiło dziewczynę, więc nawet nie mogła dostrzec twarzy oprawcy.

- Oooeee eee... – wycharczała, opluwając się krwią.

- Spokojnie, mała, spokojnie. Stan twojego uzębienia jest… cóż. Po prostu tragiczny. Jestem więc zmuszony usunąć z twojej jamy ustnej te zęby, których już nie da się uratować…

Przez ciało Skrzyneckiej przeszedł dreszcz strachu. Znowu się rozszlochała.

- Cii, nie płacz, moja droga, nie płacz… - szepnął jej na ucho doktor Mortis uspokajającym głosem.

Szalony mężczyzna nachylił się nad dziewczyną i włożył jej do ust trzymane w ręce kleszcze. Skrępowana ofiara stęknęła zaskoczona, a po chwili poczuła, jak na jednym z górnych siekaczy zaciska się chłodny metal. Doktor Mortis przymknął oczy i z całej chwili pociągnął narzędzie w dół. Dziewczyna poczuła chrupnięcie i krew, która niemal jednocześnie zaczęła się sączyć do jej przełyku. Bezlitosna ekstrakcja zdrowego zęba spowodowała niewyobrażalny wybuch bólu. Weronika krzyknęła po części ze strachu, po części
z zaskoczenia. Potem zaczęła wyć i rzucać się po stole, jednak nie mogła nic zrobić. Mortis skutecznie ją do niego przytwierdził.

Doktor odłożył ząb na bok, do specjalnej miski i ponownie zanurzył kleszcze w jamie ustnej dziewczyny. Zacisnął je i gwałtownie szarpnął, wyrywając kolejnego zęba. Odłożył go do miseczki i znów się nachylił.

Wyrwał następnego.

I kolejnego.

I jeszcze jednego.

Po piątym zębie Weronika nie miała już sił, by się wiercić, jednak znalazła w sobie dość energii, by krzyczeć. Wrzeszczała z bólu, a krew chlupotała jej w gardle, powodując ohydne rzężenie, które bawiło Mortisa.

- Śpiewać ci się zachciało? Przykro mi, ale już pies mojej babci lepiej śpiewał… - rzekł, biorąc do ręki chusteczkę i wycierając krew z maski.

Widząc, że Skrzynecka zamierza zamknąć poszarpane resztki ust, z powrotem chwycił chłodne narzędzie i spojrzał w głąb jej jamy ustnej.

- No już, otwieraj buźkę. Nie zostało już wiele… około sześciu może siedmiu.

Zrezygnowana ofiara nie była już w stanie stawiać oporu nie-zrównoważonemu, psychopatycznemu świrowi. Bezwiednie rozchyliła pozostałości po niegdyś zmysłowych wargach, pozwalając mu robić, co tylko zechce. Mortis tymczasem zmienił kleszcze na numer sto dwadzieścia jeden, przeznaczone do usuwania górnych przedtrzonowców i niezwłocznie zabrał się do roboty. Sparaliżowana od stóp do głów Kamila obserwowała jednym okiem wyrafinowaną brutalność i chłodny profesjonalizm doktora Mortisa, który zmienił numer sto dwadzieścia jeden na sto dwadzieścia dwa, odpowiedzialny za dolne przedtrzonowce. Gdy dziewczyna widziała, jak ten psychol wyrywa zęby jej przyjaciółki jeden po drugim, bez żadnego znieczulenia, bez litości, zebrało jej się na wymioty. Jakimś cudem udało jej się zdusić je w sobie, nie zwracając na siebie uwagi. Gdy doktor zakończył pracę w jamie ustnej Weroniki, jedyną rzeczą, jaką czuła, był okrutny, promieniujący z jej szczęk ból, który rozchodził się na całe ciało, zagłuszając wszystko inne. Był zbyt silny, by mogła go ignorować, lecz za słaby, by pozbawić ją przytomności.

Doktor odłożył na stolik kleszcze i spojrzał na pacjentkę, której ciało raz po raz przeszywały dreszcze.

- Święci Pańscy, miałaś więcej ząbków do usunięcia, niż myślałem! Ale możesz być spokojna, moja droga, już po wszystkim. Ach! Byłbym zapomniał! Pewnie strasznie chce ci się pić. Poczekaj tu na mnie chwilkę, zaraz coś ci przyniosę – rzekł, głaszcząc ją po spoconym czole.

Odwrócił się do niej tyłem i podszedł do szafki wiszącej na lewej ścianie i wyciągnął z niej jakąś butelkę. Kamila otrząsnęła się
z szoku. Jej umysł znów zaczął pracować. Pierwsza myśl, która się
w nim pojawiła, brzmiała „Uciekaj, póki możesz”. Oparła się plecami o ścianę i odetchnęła głęboko.

- Teraz, albo nigdy – szepnęła, ale tak cicho, że sama siebie nie usłyszała.

Zaczęła się skradać w stronę wyjścia. Ostrożnie stawiała jedną stopę za drugą, starając się nie wytworzyć żadnego dźwięku.
W końcu dotarła do schodów i tam ponownie zdjął ją strach. Okazało się, że były drewniane, a to znaczyło, że mogą pod nią trzeszczeć. Gdyby nawet udało jej się dojść na górę, bez alarmowania Mortisa, nie miała pewności, czy drzwi nie są zamknięte na klucz. Obejrzała się w stronę piwnicznego prosektorium i przełknęła ślinę. Z wnętrza nie dobiegał żaden dźwięk, co ją zaniepokoiło. Zaczęła mieć wraże-nie, że doktor za chwilę przyjdzie sprawdzić, czy Wolniakowska nadal siedzi na fotelu, a wtedy przyłapie ją na próbie ucieczki. Nie mogła na to pozwolić. Skoro nie mogła uratować przyjaciółki, zaryzykuje chociaż próbę ucieczki. Ponownie spojrzała na schody. Westchnęła głęboko, jedną, zakrwawioną rękę kładąc na drewnianej poręczy. Kiedyś czytała, że takie schody nie trzeszczą, gdy się po nich stąpa na samych bokach. Z tym przekonaniem uniosła prawą nogę i delikatnie położyła ją na stopniu. Nic nie skrzypiało. Chwyciła mocniej poręcz i przeniosła ciężar ciała. Tym razem usłyszała cichutki dźwięk. Dostawiła drugą stopę i zamarła w bezruchu. Serce biło jej jak oszalałe, w uszach słyszała szum krwi. Spojrzała w stronę drzwi. Przed nią było jeszcze kilkanaście schodów. Nie wiedziała, czy starczy jej czasu na przebycie ich w takim tempie. Mortis mógł w każdej chwili skończyć z Weroniką i przyjść tu po nią. Ostrożnie weszła na drugi stopień, zaciskając zęby, gdy usłyszała ciche skrzypnięcie. W tym momencie z prosektorium nadeszła pomoc. Skrzynecka ryknęła z bólu na całe gardło, gdy doktor Mortis wlał jej w usta spirytus salicylowy, które bezlitośnie drażnił jej świeże, ciągle krwawiące rany po zębach. Nigdy jeszcze nie czuła czegoś takiego. Ten ból był niewyobrażalny, nie znała słów, jakimi mogłaby go opisać. Zdawało jej się, że wnętrze jej jamy ustnej i przełyku płonie. Wrzeszczała tak bardzo, że wkrótce jej krzyki zmieniły się w rzężenie. Kręciło jej się w głowie, w oczach miała tyle łez, że ledwo przez nie widziała. Nieświadomie po raz ostatni pomogła swojej psiapsiółce ze szkolnej ławki. Jej głośne wrzaski i szloch dały Alicji swoistą zasłonę dźwiękową. Gdy tylko usłyszała głos Weroniki, niosący się potężnym echem po całej piwnicy, nie zastanawiając się ani chwili, wbiegła po schodach i stanęła przed drzwiami. Oddychając ciężko, położyła na chłodnej klamce drżącą dłoń i nacisnęła. Drzwi uchyliły się nieznacznie. Z dołu wciąż dochodziły jęki i głos Mortisa, oznajmiający, że dziewczyna przesadza.

- No, już, już, uspokój się. Mam nadzieję, że teraz ci lepiej, moja droga. No już, nie krzycz tak, bo zedrzesz sobie całe gardełko – rzekł, opierając ręce o stół. – I co ja mam teraz z tobą zrobić? - spytał. – O! Już wiem! – krzyknął nagle, uderzając się otwartą dłonią w czoło.

Odwrócił się i poszedł do chłodni. Weronika uniosła lekko głowę i dostrzegła, że chłodnie są na całej ścianie. Wyglądały bardzo profesjonalnie, stalowe drzwiczki lśniły chłodno w blasku lamp. Otworzył jedną na oścież i mogła zobaczyć jej ciemne i chłodne wnętrze. Podszedł do stołu. Pojęła, że doktor zamierza ją tam wsadzić i zaczęła się wiercić, rozpaczliwie starając się mu w tym przeszkodzić. Nagle oboje zastygli w bezruchu. Z drugiego pomieszczenia dobiegło ich skrzypnięcie drzwi. Przerażone spojrzenie nastolatki na sekundę spotkało się z lekko zaskoczonym wzrokiem Piotra Mortisa. W jednej chwili pojął, co się dzieje, zaciskając zęby.

- Ona ucieka – mruknął, odpinając najpierw jedną, potem drugą dłoń Skrzyneckiej.

Zaskoczona dziewczyna nie stawiała mu już oporu, zastanawiała się, jakim cudem Kamili udało się wydostać z kajdan z drutu kolczastego. Nie dane jednak było jej dłużej roztrząsać tę kwestię, gdyż doktor Mortis wziął ją na ręce i poszedł w stronę chłodni.

- Ooo ooiii? – wyjęczała.

Mortis nic jej nie odpowiedział, tylko położył ją na chłodnym stole, a gdy próbowała wstać, potężnie uderzył ją pięścią w przeponę. Weronika ciężko upadła na stół, a doktor Mortis jednym pchnięciem wsunął go do środka, a następnie zatrzasnął drzwiczki. Zablokował je tak, że tylko od zewnątrz możliwe było ponowne ich otwarcie. Podbiegł do tablicy rozdzielczej i w komorze, w której znajdowała się rycząca wniebogłosy Weronika Skrzynecka, ustawił temperaturę na minus dziesięć stopni Celsjusza. Potem chwycił ze stołu niewielki skalpel i ruszył w pościg za uciekinierką. Wpadł do swojego gabinetu i spojrzał na fotel, do którego ją przywiązał. Na poręczach i ziemi widać było krew. Zaklął cicho pod nosem i wbiegł po schodach na górę.

IV

Ucieczka

Kamila otworzyła drzwi, które skrzypnęły głośno. Dziewczyna zesztywniała na całym ciele, nasłuchując dźwięków dobiegających
z piwnicznego prosektorium. Przez chwilę panowała przerażająca cisza, lecz po chwili usłyszała, jak Mortis szarpie się z Weroniką. „Usłyszał je, na pewno je usłyszał”, przemknęło jej przez głowę. Nie tracąc czasu, wybiegła z piwnicy. Okazało się, że za drzwiami znaj-dują się kolejne schody, tym razem marmurowe. Wbiegła na nie czym prędzej, skacząc po dwa, trzy naraz. Gdy dobiegała do szczytu, stopa ześlizgnęła jej się ze stopnia i upadła, prawym kolanem boleśnie uderzając w kant schodka. Syknęła cicho, podniosła się i pobiegła dalej. Otworzyła drzwi, wchodząc do mrocznego przedpokoju. Rozejrzała się na boki. Korytarz prowadził z lewej strony do głównego pokoju, a z prawej do drzwi wejściowych. Przed nią znajdowały się schody biegnące na górę. Decyzja była szybka – uciec jak najdalej z tego przeklętego domu. Podbiegła do drzwi, próbując je otworzyć, jednak nadaremnie, były zamknięte na klucz. Zaczęła walić w nie pięściami, płacząc z rozpaczy.

- Gdzie jesteś, mała zdziro? – usłyszała głos doktora Mortisa. Był już na schodach, więc jej przewaga zmniejszała się z sekundy na sekundę. – Chodź no tu, muszę ci zrobić mały zabieg!

Kamila obróciła się i rozejrzała po przedpokoju. Była w kropce. W ostatniej chwili pobiegła przez przedpokój. Mijała drzwi do piw-nicy w chwili, gdy wybiegł z nich Piotr Mortis. Wpadli na siebie, mężczyzna zachwiał się i oparł o futrynę, a ona odskoczyła w bok, wpadając na ścianę, jednak nie straciła równowagi. Pobiegła dalej, chaotycznie rozglądając się dookoła. Wbiegła do pokoju, w którym na środku stała kanapa, na wprost niej telewizor, a pod nim wieża stereo, z której nadal leciała muzyka. Na wprost niej znajdowało się szklane okno – jej ostatnia nadzieja.

- I tak mi nie uciekniesz, moja droga! Święci Pańscy, ależ ty jesteś uparta! – usłyszała za plecami głos szaleńca.

Niewiele myśląc skierowała się w stronę okna. Było zamknięte. Nie chciała tracić czasu na szukanie klamki, więc obróciła się lewym barkiem w jego stronę i skoczyła. Nie przebiła się, ale na oknie po-jawiła się rozległa pajęczyna pęknięć. Odwróciła się za siebie. Mortis już zmierzał w jej kierunku. Cofnęła się dwa kroki i wbiegła w okno. Szyba nie wytrzymała drugiego uderzenia i rozsypała się na setki mniejszych i większych kawałków. Runęła na ziemię wśród wielu ostrych odłamków.

- O żeż ty… - mruknął Mortis, stając w miejscu. – Jak śmiesz… - zaczął, ale dziewczyna właśnie się podniosła i puściła w dalszy bieg.

Zamilkł więc i pobiegł za nią, nie zdejmując ani maski, ani lekarskiego kitla. Wbiegła pomiędzy drzewa, wśród których unosiła się mleczna mgła. Jej rozgrzaną, zakrwawioną twarz raz po raz uderzały sterczące gałęzie, niejednokrotnie boleśnie ją raniąc, ale dziewczyna nie zwracała uwagi na takie drobiazgi. Umysł miała zaprzątnięty tylko jednym – ucieczką. Wiedziała, że skoro udało jej się dotrzeć aż tutaj, nie może się poddać. Biegła pochylona, ręce wyciągnęła przed siebie. Miała wrażenie, że oślepła. Mimo mgły, w lesie panował mrok, co chwilę wpadała na jakieś drzewo Obolałe, zakrwawione ręce raz po raz uderzały w pnie drzew. W głowie kołatała jej tylko jedna myśl: „Biegnij, biegnij, biegnij… nie zatrzymuj się, biegnij, uciekaj jak najdalej od tego psychola! BIEGNIJ!” Za sobą cały czas słyszała krzyczącego doktora Mortisa. Chyba miał ze sobą latarkę, bo co kilka sekund na pniach przed sobą widziała strumień jej światła.

Biegła. Biegła tak szybko, że nie czuła palącego bólu mięśni nóg, ani kłucia w klatce piersiowej. W pewnym momencie potknęła się
i upadła twarzą prosto w wilgotne runo leśne. To było tak niespodziewanie orzeźwiające, że przez chwilę nie miała ochoty wstawać.

Oddychając ciężko, rozkoszowała się niepowtarzalnym zapachem i wodą na rozpalonych policzkach i czole.

- Chodź no tu! Twoje uzębienie wymaga interwencji profesjonalisty! – usłyszała za sobą zadyszany, zniecierpliwiony głos, który podziałał na nią jak wiadro zimnej wody. Natychmiast wstała
i zataczając się, pobiegła dalej.

Pościg trwał jeszcze kilkanaście minut, Mortis znalazł się nie-bezpiecznie blisko uciekinierki. Tak, blisko, że gdy oglądała się za siebie, widziała między drzewami jego biały kitel.

- Boże… pomocy…! – wycharczała, przyspieszając nieco.

Podniosła umęczony wzrok i dostrzegła, że zbliża się do ulicy. Równie dobrze jednak mogła to być halucynacja. Opuściła głowę, przebiegła kilka metrów i wpadła na drzewo. Obolałe ręce zwisały luźno wzdłuż tułowia. Przytuliła się do niego, szukając jakiegoś oparcia. Nie miała już sił. Serce boleśnie obijało jej się o żebra. Pompowało krew z nieprawdopodobną prędkością, w uszach słyszała swój puls, który z pewnością był niewiarygodnie wysoki. Dom został już co najmniej kilka kilometrów za nią, jednak szalony doktor Mortis nadal nie zrezygnował. Był już tak blisko, że słyszała jego ciężki oddech. „Czy już nie ma dla mnie ratunku?”, pomyślała. Prze-biegła już setki metrów, ale nadal nie była bezpieczna. Dystans między nią, a ścigającym ją mężczyzną zmniejszał się z sekundy na sekundę.

- Boże… co robić…? – wyszeptała płacząc.

Rozglądała się rozpaczliwie dookoła, aż w końcu dostrzegła mijające ją światła, kilkadziesiąt metrów dalej. Miała rację. Niedaleko znajdowała się ulica. Na twarzy umęczonej nastolatki pojawił się uśmiech.

- Jeszcze trochę… dasz radę, Kamuś… jeszcze kawałek… no już, rusz się… - mruknęła do siebie, odrywając się od drzewa.

Przebiegła kawałek, gdy światła kolejnego samochodu prześlizgnęły się po jej obliczu.

Ulica. Musi dostać się na ulicę. To był jej priorytet. Bez względu na wszystko, musiała dobiec na ulicę.

- Nie uciekniesz mi, moja droga! – usłyszała za sobą znajomy głos, który zmroził w niej krew. Nie przypuszczała, że jest już tak blisko. Jeśli teraz się zatrzyma, wszystko przepadnie. Cała ucieczka będzie gówno warta. Psychol ją dopadnie i wywierci jej za karę wszystkie zęby. Na samą myśl o tym, dostała gęsiej skórki. „Jeszcze kawałek…”. Widziała już asfalt pomiędzy drzewami. Wykorzystując ostatnie rezerwy, przyspieszyła i przedzierając się przez gęste krzaki, wybiegła na ulicę. W oddali, z lewej strony zobaczyła nadjeżdżający samochód.

Nadjeżdżała pomoc.

Pobiegła w jego stronę, unosząc ręce do góry i machając kierowcy. Mortis zwolnił. Widział dokładnie postać nastolatki pomiędzy drzewami. Schował się za jednym z szerszych, łapiąc oddech.

- Nie uciekniesz mi… nie pozwolę na to – szepnął do siebie, rozcierając sobie gardło, które rozbolało go od morderczego biegu.

W dłoni wciąż trzymał skalpel. Dopiero teraz dostrzegł, że nadal ma na sobie biały kitel, poplamiony krwią pacjentki. Natychmiast go z siebie zrzucił, zostając w samym garniturze. Po chwili do kitla dołączyła zaparowana i zakrwawiona maska zdjęta ze spoconej twarzy.

- Uciekła… cholera, pierwsza dziewczyna, która kiedykolwiek mi uciekła… - mruknął do siebie Piotr kucając i skradając się
w stronę ulicy. Uciekinierka znajdowała się już kilka metrów przed nim, jednak nie przejmował się tym. Wiedział, że na tej ulicy, w tym miejscu, pościg dobiegnie końca. I żaden przejeżdżający samochód mu w tym nie przeszkodzi. Schował się w krzakach przy drodze
i czekał. Skalpel lśnił delikatnie w jego pomarszczonej, drżącej dłoni.

Alicja biegła, zataczając się jak pijana. Pojazd się zbliżał. Kierowca pewnie już ją widział. Powoli zwolniła, teraz szła, ciągle
z rękami nad głową. „Proszę, zatrzymaj się, proszę, proszę…”, myślała nieustannie. Zmrużyła oczy, lewą ręką osłaniając się przed blaskiem reflektorów.

Samochód podjechał i się zatrzymał. Ze środka wysiadł wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Stanął przed samochodem i oznajmił wyraźnym, donośnym głosem:

- Komenda Powiatowa Policji w Mardzewie, co ci się stało?

„Policja! Dzięki Bogu! Jestem uratowana!”, pomyślała Kamila, która z wycieńczenia chwilowo nie mogła wydobyć z siebie głosu. Oparła drżące dłonie na kolanach, dysząc ciężko. Miała wrażenie, że za chwilę wyrzyga płuca.

- Niech to szlag – zaklął Mortis, zastanawiając się co dalej.

- Hej, nic ci nie jest? – spytał policjant, wyciągając pistolet z kabury i podchodząc do dziewczyny.

- Ja… nie… on… - próbowała wydusić z siebie cokolwiek.

- Spokojnie, oddychaj głęboko – rzekł policjant uspokajającym tonem, obserwując pokaleczone dłonie dziewczyny. – Jesteś sama? – spytał, unosząc broń i rozglądając się dookoła.

- Ja uciekłam… - wykrztusiła z siebie Wolniakowska. – Ten wariat… Mortis… Piotr Mortis… porwał nas… mnie… mnie i Weronikę… ona została… chyba zabił ją… ma tam całe prosektorium… wiedzieliście o tym…?

- Kto kogo porwał? – spytał policjant, marszcząc brwi. – Spokojnie, nie śpiesz się…

- Nie, on jest tuż za mną…. Pomocy… błagam, niech go pan za-strzeli… on jest szalony… to morderca!

- Morderca? – spytał funkcjonariusz, czujnie rozglądając się dookoła. Obserwował linie drzew, jednak nie dostrzegł nikogo ukrywającego się w krzakach. – Nikogo tu nie ma, słyszysz? Jesteś już bezpieczna. Chodź, w radiowozie ochłoniesz. Pojedziemy na komendę i tam złożysz nam kompletne zeznania.

Policjant podszedł do Kamili, delikatnie chwytając ją za rękę. Dziewczyna nie miała nic przeciwko, mimo iż morderca jest tuż za nią, dobrze jest być w końcu przy kimś, przy kim może czuć się bezpiecznie. W chwili, gdy miał się obrócić, za jego plecami dostrzegła ruch, a po chwili dłoń zaciskającą się na ustach policjanta oraz drugą, trzymającą coś ostrego; która pojawiła się na wysokości szyi. Srebrne ostrze zagłębiło się w niej pod lewym uchem policjanta i przejechało przez całą szyję, aż pod prawe ucho. Mężczyzna rozszerzył oczy ze zdumienia w tej samej chwili, w której krew
z poderżniętego gardła chlusnęła, zalewając jego mundur. Niewielka część spadła też na Kamilę, która zaskoczona usiadła na ulicy. Nogi policjanta zaczęły drżeć, pistolet wysunął się z dłoni i upadł na asfalt, na szczęście nie wystrzelił. Mortis, którego spocona i rumiana twarz z okrutnym, obleśnym uśmiechem pojawiła się nad lewym ramieniem konającego funkcjonariusza chyba go nie zauważył. Przerażona dziewczyna nie wiedziała, na czym skupić uwagę, na oczach, które uciekły policjantowi w tył głowy, na odrażającym obliczu mordercy, czy też na pistolecie leżącym na ziemi. Nogi funkcjonariusza zaczęły drżeć. Prawa stopa trafiła w pistolet, podsuwając go tak blisko przerażonej dziewczyny, że bez trudu mogła wziąć go do ręki.

- Hej, maleńka. Nie ładnie jest tak wychodzić bez pożegnania. No, ale jestem ci winien wyrazy szacunku. Nie tylko za to, że tobie jako jedynej z moich pacjentów udało się uciec, ale i za to, że dobiegłaś tak daleko. Święci Pańscy, jużem myślał, że cię nie dogonię. No, ale wszystko dobre, co się dobrze kończy, no nie, moja droga? – to mówiąc odepchnął trupa policjanta, który swoją drogą zaczął mu już ciążyć. To był naprawdę kawał faceta. Zwłoki runęły jak kłoda na ziemię. Krew zaczęła sączyć się na asfalt. Mortis zbliżył się do siedzącej na ulicy Wolniakowskiej.

- To co, moja droga, wracamy do domku? – spytał.

Kamila jednak miała już plan. Powoli, nie wzbudzając podejrzeń, położyła rękę na broni.

- Daj mi rękę, pomogę ci wstać – rzekł Piotr Mortis, wyciągając do niej prawą dłoń.

Milczała, była zbyt przerażona, by powiedzieć choćby słowo. Drżała na całym ciele, z ust wydobywały się niewielkie obłoki pary. Przełknęła ślinę i wykrztusiła:

- Zostaw mnie!

- Moja droga, nic się nie bój, przecież nie chcę zrobić ci krzywdy…

- Nie? A co zrobiłeś Weronice? Zabiłeś ją! Zabiłeś ją, psycholu!

Na dźwięk ostatniego słowa, Mortis drgnął, a jego twarz przybrała surowy wyraz.

- Uważaj na to, co mówisz, młoda panno.

Kamila chwyciła pistolet i uniosła go do góry, celując prosto
w twarz mężczyzny, który zaskoczony wpatrywał się w broń i drżące ręce pacjentki. Podniosła się, nie spuszczając wzroku z szaleńca.

- Zabiłeś ją! – krzyknęła. – Jak mogłeś! Potrzebujesz pomocy! Jesteś chory!

- Spokojnie, moja droga, spokojnie. Nie zabiłem jeszcze twojej przyjaciółki. Jeszcze nie… ale przypuszczam, że już długo nie pożyje.

- Nie kłam! Wiem, że to zrobiłeś! Jak mogłeś… - wykrztusiła
z niedowierzaniem.

Doktor Piotr Mortis westchnął i postawił krok w kierunku dziewczyny.

- Nie ruszaj się! – krzyknęła, zaciskając obie dłonie na pistolecie i unosząc go w górę.

Doktor Mortis skamieniał. Po raz pierwszy w życiu widział wycelowanego w siebie gnata.

- Święci Pańscy! Uważaj, bo zrobisz tym komuś krzywdę! – rzekł w którego wnętrzu nieśmiało zaczął kwitnąć niepokój.

- Nie ruszaj się, psycholu – powtórzyła, tym razem już opanowanym, chłodnym głosem. – Jeśli zbliżysz się do mnie jeszcze choćby na krok, zabiję cię. Nie zawaham się strzelić, uwierz mi.

Mężczyzna spojrzał na pistolet i ze zdumieniem stwierdził, że już nie drży. Doktor Piotr przełknął ślinę.

- Daj spokój, moja droga, oboje wiemy, że nie strze... – zaczął, ale nie skończył.

Kamila wycelowała mu pod nogi i nacisnęła spust. Rozległ się ogłuszający huk. Pocisk uderzył w asfalt, kilka centymetrów od stóp Mortisa. Siła wystrzału wstrząsnęła ramionami dziewczyny, dezorientując ją na chwilę.

- Kurwa mać! – krzyknął Mortis, unosząc ręce w górę i cofając się kilka kroków. – Czyś ty oszalała? Mogłaś mnie postrzelić!

Pistolet wrócił na wysokość twarzy Piotra Mortisa i znieruchomiał. Kamila uśmiechnęła się półgębkiem.

- No co ty nie powiesz… - mruknęła, przesuwając broń nieco na lewo i ponownie naciskając spust. Chłodne nocne powietrze ponownie przeszył grzmot i poniósł się echem po lesie.

Odkąd chwyciła pistolet, poczuła, jak w jej ciało wstępują nowe siły. I nie, nie chodzi o siły fizyczne, lecz o psychiczne. Świadomość, że wreszcie może zemścić się za krzywdy wyrządzone jej i Weronice, że w jednej chwili może pozbawić życia tego szaleńca, który zapewne wielokrotnie w podobny sposób torturował i zabijał niewinnych ludzi… Mężczyzn… kobiety… może nawet dzieci. Boże, jakie to chore. Ten facet naprawdę ma nierówno pod sufitem. Jakim cudem dotąd nikt go nie wyśledził? Czyżby był aż tak okrutnie genialny, że za każdym razem uchodziło mu to na sucho? Nie miała ochoty się nad tym zastanawiać. Stała na środku ulicy i czuła, jak krople deszczu rozbijają się na jej twarzy i dłoniach, patrzyła prosto w oczy mordercy, który na jej oczach poderżnął gardło przedstawicielowi prawa, dostrzegała w nich… no właśnie, co to było? Chłodną obojętność, arogancję, wyższość, pewność siebie? A może wszystko naraz? Co nim sterowało? Rządza zemsty tak silna, że był zdolny zabić drugiego człowieka, byleby tylko ulżyć sobie w cierpieniu? Według niej, ten człowiek, o ile jeszcze był godzien tego miana, nie miał nic na swoją obronę.

Mortis stęknął, gdy pocisk rozorał mu skórę na prawym ramieniu. Przyłożył lewą dłoń do rany, chwiejąc się lekko.

- Co ty wyprawiasz?! – ryknął i ruszył w jej kierunku, w pozie przypominającej wściekłego byka.

Pistolet wystrzelił jeszcze dwa razy. Pierwszy pocisk zahaczył
o skroń, drugi zagłębił się w ciało nieco powyżej serca. Pod doktorem Mortisem ugięły się nogi i całym ciężarem swojego ciała oparł się o nastolatkę. Dziewczyna zachwiała się i razem z nim upadła na ziemię. Nie wypuściła pistoletu. Mortis przez chwilę leżał na niej,
z twarzą na unoszącej się i opadającej gwałtownie klatce piersiowej dziewczyny.

- Coś ty narobiła… - wycharczał, unosząc głowę.

Krew ze zranionej głowy obficie zalewała twarz mężczyzny. Dy-szał ciężko, obserwując ją nienawistnym spojrzeniem. Prawe oko miał zamknięte, lewe groźnie zmrużone.

- Nie uciekniesz mi! – krzyknął, wyciągając do niej ręce.

Dostrzegła, że prawej dłoni nadal trzyma zakrwawiony skalpel. Natychmiast zepchnęła go z siebie i zaczęła odsuwać się jak najdalej. Mortis jednak zdołał chwycić jej nogę i pociągnął do siebie.

- Puszczaj! – krzyknęła, odwracając się do szaleńca.

- Wciąż możemy wszystko naprawić – usłyszała ohydny, ciężki szept doktora Mortisa.

Czuła, jak jego dłonie, przypominające olbrzymie pająki wędrują po jej nogach coraz wyżej i wyżej. Szarpnęła nogą i kopnęła go prosto w twarz. Mężczyzna zawył z bólu, łapiąc się za nos. Kamila skorzystała z sytuacji i odczołgała się tak, by nie mógł jej sięgnąć
i stanęła na równych nogach, oddychając ciężko, ale spokojnie.

- Nawet, jeśli byś dobrowolnie się poddała, to tym, co teraz zrobiłaś, zasłużyłaś sobie na srogą karę – rzekł, podnosząc się
i wycierając dłonią krew, cieknącą z nosa. Garnitur przemakał od krwi z piersi, Mortis opadał z sił. Stał na zgiętych nogach, wyglądał, jakby za chwilę miał zemdleć. Łysa głowa była niesamowicie blada. Deszcz subtelnie, lecz wytrwale zmywał krew z jego twarzy.

- Niech no tylko cię dorwę, moja droga. Gdy tylko zacisnę dłonie na twym gardle… - to mówiąc rzucił się na Kamilę.

Dziewczyna ostatni raz nacisnęła spust. Ostatni pocisk w magazynku wydostał się z lufy i trafił prosto w biodro doktora Piotra Mortisa. Mężczyzna ponownie zachwiał się i runął prosto na nią, jednak zdążyła odsunąć się z odrazą. Szalony doktor upadł na ziemię. W dłoni nadal kurczowo ściskał skalpel. Z ust i rozoranego biodra krew gwałtownie wypływała na mokry asfalt. Dziewczyna upuściła broń, która z cichym odgłosem spadła na ziemię. Przyłożyła dłonie do twarzy, w niemym przerażeniu obserwując ciało psychopaty. Po chwili Mortis znieruchomiał. Skalpel wysunął się z jego dłoni na ulicę. Czyżby w końcu zdechł? Pragnęła tego z całego serca, ale wolała nie sprawdzać osobiście. Odeszła kilka kroków od trupa policjanta i ciała Mortisa.. Zaczęła płakać, po części z radości, po części nadal ze strachu. „Jestem wolna”, pomyślała. Dopiero teraz całe napięcie uleciało z niej, jak powietrze z przebitej opony od roweru. Wciąż była oszołomiona. Miała na sobie krew swoją, policjanta i szalonego doktora. Nie wiedząc, co robi, zaczęła iść środkiem ulicy w stronę, skąd nadjechał radiowóz.

Przeżyła. Pierwsza pacjentka doktora Piotr Mortisa, która uniknęła zaplanowanej wizyty w jego prywatnym gabinecie, a zarazem ostatnia, jaką w nim przyjął.

Była wolna. Żyła. I tylko to miało dla niej teraz znaczenie.

Poruszając się lekko chwiejnym krokiem, nie zważając na nasilający się deszcz, zniknęła we mgle, która leniwie wypływała
z lasu na drogę.

V

Z deszczu pod rynnę
Tymczasem, kilkaset metrów dalej, samochód leniwie wlekł się po śliskiej, asfaltowej drodze. Siedzący za kierownicą Janusz Mortis ze znudzeniem wpatrywał się przed ciągnącą się przed nim jezdnię. Meżczyzna wracał do domu, który dzielił razem ze swoim bratem, Piotrem. Mimo iż byli bliźniakami, nie byli do siebie zbyt podobni. Piotr Mortis był wysoki i szczupły, łysy i bez zarostu, Janusz natomiast nieco krępy. Jego głowa także była gładko ogolona, jednak niżej kłębiła się brązowa broda, długa na kilkanaście centymetrów
i zwężająca się pod koniec tak, że razem z sumiastymi wąsami,
w pewnym sensie tworzyła trójkąt. Janusz był także nieco wyższy od Piotra i zdecydowanie silniejszy.

Zmrok już zapadł, włączył więc długie światła. Wyjeżdżając zza zakrętu, dostrzegł radiowóz, stojący niemal na środku drogi. Światła były włączone, wyglądało na to, że silnik wciąż jest na chodzie.
W blasku reflektorów dostrzegł leżące na ziemi dwie postacie. Jedną z nich otaczała ciemna kałuża. Janusz od razu domyślił się, że jest to krew. Druga twarzą dotykała ziemi.

Mężczyzna podjechał bliżej i zaparkował. Wysiadł z pojazdu
i podszedł do człowieka leżącego na brzuchu. Widok bladej, łysej głowy, tkwiącej w kałuży krwi sprawił, że skamieniał, a jego ciało przeszył dreszcz.

Piotr. Od razu go poznał. Kucnął przy nim i ostrożnie przewrócił brata na plecy.

- Piotr, słyszysz mnie? – zapytał, klepiąc go delikatnie otwartą dłonią w policzek.

Doktor mruknął coś niezrozumiale, a potem otworzył oczy. Janusz dostrzegł, że źrenice okrywa lekka mgła. Piotr potrzebował natychmiastowej pomocy, inaczej mógł się wykrwawić.

- Ona… - poruszył wargami, z trudem artykułując słowa. – Ona… uciekła… pomóż… złapać…

- Spokojnie, zaraz cię stąd zabiorę – powiedział Janusz, ostrożnie biorąc brata na ręce i stając na równych nogach. Podszedł do samochodu, otworzył drzwi od strony pasażera i delikatnie, uważając, by nie sprawić mu bólu, posadził go na siedzeniu. Zatrzasnął drzwi, okrążył pojazd i nie zwracając uwagi na martwego policjanta, usiadł obok niego.

- Jedź… za nią. Musimy… - Piotr zakrztusił się krwią i zakaszlał. Posoka, która wytrysnęła z jego ust, spadła na jego i tak przemoczoną, niegdyś białą koszulę.

Janusz spojrzał na niego niepewnie.

- Jesteś pewien, że dasz radę?

- Tak… złap ją. Musi mi zapłacić… za to, co zrobiła…

Brodaty mężczyzna westchnął głęboko. Znał Piotra od dziecka
i wiedział, że nie należy on do ludzi, z którymi się dyskutuje. Był niesamowicie uparty. Ponadto, jeśli raz obrał sobie jakiś cel, robił wszystko, by go osiągnąć. Bez względu na środki, jakie musiałby przedsięwziąć. Nawet, jeśli chodziło o jego zdrowie.

Samochód ruszył. Wyminął radiowóz i przyspieszył. Piotr półprzymkniętymi oczami obserwował jezdnię. „Nie mogła odejść zbyt daleko… na pewno jest gdzieś w pobliżu… chyba że weszła do lasu. Oby nie… nie sądzę, żeby zdecydowała się szukać ratunku w lesie, zwłaszcza, że było już dawno po zmroku.”

Powieki strasznie mu ciążyły, resztkami sił zachowywał świadomość. Przy każdym oddechu czuł ból. Miał nadzieję, że pocisk, który trafił go w pierś, nie zahaczył o płuco. Gdyby tak było, pewnie skonałby na mokrym asfalcie na długo przed przybyciem Janusza. Całe szczęście, że go spotkał.

- Chyba ją widzę – usłyszał głos brata, dobiegający z oddali.

Zamrugał oczami, by z powrotem zyskać ostrość widzenia. Janusz miał rację. To była ona. Szła środkiem ulicy, zataczając się lekko.

- Zatrzymaj ją… - stęknął.

Janusz kiwnął głową i mocniej nacisnął pedał gazu. Dziewczyna musiała usłyszeć zbliżający się pojazd, bo skierowała się na bok, na pobocze. Jej chód przypominał sposób, w jaki poruszają się zombie, powolny, ociężały, budzący niepokój. Mortis bez słowa skręcił w jej stronę. Nim zdążyła się obejrzeć, rozpędzony samochód lewym reflektorem zahaczył o jej miednicę. Siła uderzenia rzuciła ją na maskę, a potem na ziemię. Wszystko stało się tak nagle, że nie zdążyła nawet krzyknąć. W tych ułamkach sekund, ciało Wolniakowskiej nie było niczym więcej, jak zwykłym workiem. Gdy znalazła się na ziemi, w jakiś sposób zdążyła zabrać rękę, zanim przejechało po niej tylnie koło pojazdu. Ból w miednicy ostrymi falami rozlewał się na całe ciało, nie wiedziała, czy jest uszkodzona, chwilowo nie czuła nic prócz bólu, który zdawał się być jaskrawą falą, zalewającą jej umysł.

Samochód braci zatrzymał się. Drzwi po jej stronie otworzyły się, z wnętrza wysiadł wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Widziała go niewyraźnie, rzeczywistość szybko traciła ostrość, sekundy dzieliły ją od utraty przytomności. Wszystko zlewało się w paletę bezkształtnych barw. Nie zdawała sobie z tego sprawy, ale oddychała głęboko, spokojnie, zupełnie jakby była pogodzona z tym, co ją czeka. Mężczyzna pochylił się nad nią i dostrzegła ciemny, bujny zarost na jego twarzy. Wsadził pod nią ręce i wyprostował się. Kolejna, paraliżująca fala bólu rozprzestrzeniła się z bioder na resztę ciała. Dziewczyna otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Nie była w stanie nawet jęczeć. Upadając, zraniła się
w głowę, jej blada twarz zalana była krwią. Mężczyzna otworzył tylnie drzwi i wrzucił ją do środka. Jak worek. Znów poczuła się jak przedmiot. Ciężki, bezwładny worek z kośćmi. Usłyszała, jak drzwi z trzaskiem się zamykają. Brodaty mężczyzna wsiadł do samochodu, siadając na fotelu kierowcy.

- Dzień dobry… Kamilo… - usłyszała znajomy głos.

Ostatkiem sił uniosła głowę i spojrzała w stronę, skąd dobiegał. Zobaczyła go. Wciąż żył. Wpatrywał się w nią, jego twarz także była cała w krwi. Uśmiechał się. To był szyderczy uśmiech. Z oczu Kamili Wolniakowskiej popłynęły łzy, rozmazując soczyście czerwoną krew. Była wolna raptem przez kilka minut. Wpadła z deszczu pod rynnę. Piotr Mortis żył. W dodatku teraz miał pomocnika.

Nim straciła świadomość dotarło do niej, że praktycznie już jest martwa.
VI
Szpital
Kilkadziesiąt godzin później Kamila, wciąż w szoku, siedziała przywiązana do krzesła w ciemnym, ponurym pomieszczeniu. „Gdzie ja jestem?”, ta myśl, jako pierwsza pojawiła się w jej nie do końca jeszcze oprzytomniałym umyśle. Głowa wciąż ją bolała. Przy każdym, choćby najdelikatniejszym ruchu, gdzieś w środku rozlegało się ostre ukłucie, którego echo rozchodziło się na całe ciało. Wpatrywała się w swoje nadgarstki pozwalając, by bezradność sytuacji, w której się znalazła, paraliżowała ją od stóp do głów. Uciekła psychicznie choremu Piotrowi Mortisowi, ale nie odeszła daleko, do dopadł ją razem z innym mężczyzną. Kim on był? Wspólnikiem? Pomocnikiem? Nie miała zielonego pojęcia i szczerze mówiąc, w tej chwili nie bardzo ją to obchodziło. Musiała się stąd wydostać. Jeśli tego nie zrobi, jeden z nich może tu wrócić i w jednej chwili z nią skończyć.

Poruszyła palcami. Jej dłonie wciąż były pokryte krwią. Teraz, gdy ze strachu zaczęła się pocić, krew zaczynała być lepka. W normalnej sytuacji ten widok sprawiłby, że wstrząsnąłby nią dreszcz. Obecnie była jednak w takim stanie, że nie wywarło to na niej żadnego wrażenia. Jedyne, na czym była skupiona, to ucieczka. Musi się stąd wydostać, bez względu na to, gdzie jest. Nadgarstki były skrępowane żyłką, boleśnie wpijającą się w poranioną już skórę. Zdziwił ją fakt, że użyli tylko żyłki, skoro w „gabinecie” psychopaty związana była drutem kolczastym. Czy sądzili, że żyłka wystarczy? Zacisnęła zęby, przygryzając dolną wargę. Następnie ścisnęła dłoń
w pięść i zamknęła oczy. Nie wiedziała, jak bardzo jest wytrzymała. Ze wszystkich sił próbowała podnieść ręce. Cienka linka zatapiała się w jej skórze, na nowo otwierając zaschnięte rany. W końcu pękła, a Kamila o mały włos nie krzyknęła z zaskoczenia i bólu. Dłonie miała wolne… zostały nogi. Nachyliła się ostrożnie i spojrzała
w dół. Nie mogła uwierzyć własnym oczom: nogi nie były niczym skrępowane. Była wolna. To było tak niewiarygodne, że prawie przez minutę siedziała nieruchomo, nieprzytomnie wpatrując się
w swoje stopy. W końcu jednak dotarło do niej, że jeśli chce żyć, musi się ruszyć teraz, w tej chwili. Musi wydostać się z tego pokoju
i spróbować znaleźć wyjście z tego budynku. Wiedziała, że psychiczny doktor gdzieś tu jest, że mimo tak wielu poważnych ran,
w jakiś sposób udało mu się przeżyć. I jeśli tak było, Kamila była niemal pewna, że to tylko dzięki zasłudze tego drugiego, większego mężczyzny. Gdyby się nie pojawił, Piotr Mortis umarłby na środku ulicy. A teraz, dzięki niemu, dziewczyna była w jeszcze gorszym niebezpieczeństwie, niż przedtem. Jeśli jakimś cudem Piotrowi udało się wylizać… dojść do siebie… to teraz z pewnością pragnie zemsty. I nic już mu nie stoi na przeszkodzie. Musiała się stąd wydostać. Musiała uciekać. W chwili, gdy zamierzała wstać i ruszyć do wyjścia, do jej uszu dobiegł cichy dźwięk, który sprawił, że krew zastygła jej w żyłach. Cichutkie chrobotanie i wysokie, ale ciche piski. Zastygła w bezruchu. Czekała, aż dźwięk się powtórzy, jednak zamiast niego usłyszała co innego. Cichy tupot niewielkich łapek. Szczury. Teraz, gdy się skupiła, jej zmysły zarejestrowały coś jeszcze. W pomieszczeniu, w którym ją przetrzymywano, panował niewyobrażalny smród. Każdy głębszy wdech powodował, że dostawała torsji i o mały włos nie wymiotowała. Zdziwił ją fakt, że dopiero teraz to poczuła. Dlaczego? Dopiero teraz doszła do siebie i zaczęła brać głębsze wdechy. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że jest
w samym środku piekła. Uniosła wzrok i zobaczyła przed sobą drzwi. W wąskiej szparze między podłogą, dostrzegła szary kształt. Coś się przez nią przeciskało. Gdy stworzenie weszło do środka, zobaczyła, że to szczur. Zwierzę zatrzymało się, powęszyło przez chwilę, pisnęło radośnie i pognało na krótkich łapach do czegoś, co znajdowało się za Kamilą. Przebiegło obok jej stóp, kompletnie nie zwracając na nią uwagi. Po chwili zza jej pleców dobiegły kolejne piski i ciche, dziwne dźwięki. Nie wiedziała, co oznaczają i raczej nie miała ochoty tego sprawdzać. Spróbowała się podnieść, ale gdy stanęła na nogach, gdy cały ciężar ciała dziewczyny przeniósł się na nogi, poczuła ból na wysokości miednicy. Pojawił się nagle, jak fale na spokojnej tafli jeziora, po wrzuceniu weń kamienia. Gdy zrobiła pierwszy krok, ból się nasilił, uniemożliwiając jej dalszy chód. Zachwiała się i runęła na ziemię. Była tak zaskoczona, że nie zdążyła nawet krzyknąć. Upadłszy na chłodną ziemię, zdała sobie sprawę, że leży na gołym cemencie. Uniosła się lekko i przewróciła na plecy, oddychając głęboko. I wtedy to dostrzegła.

W drugiej części pokoju, tuż za krzesłem, leżały ciała. Ludzkie zwłoki potraktowane jako worki na ziemniaki, zajmujące całą szerokość pokoju. Leżały jedne na drugich, tworząc odrażający wał śmierci, wznoszący się niemal aż po sam sufit. Z tego, co mogła dostrzec w półmroku, zalegającym pomieszczenie, wywnioskowała, że były w różnym stopniu rozkładu. Nad wszystkimi unosił się rój much, które o dziwo zachowywały się niemal bezszelestnie. Ale to nie muchy sprawiły, że w ustach poczuła wymiociny. Sprawił to wygląd zwłok. Wszystkie były przerażająco blade, ale to nie wszystko. Niemal każde ciało było ponadgryzane przez szczury, myszy
i innych padlinożerców, których zwabił odór gnijącego ciała. Oczy Kamili w niemym szoku rejestrowały to, co się przed nimi rozpościerało. W pełni wykształcone plamy opadowe sugerowały, że zwłoki znajdują się tutaj już ponad dziesięć godzin, a ich temperatura niemal na sto procent była równa tej, która panowała w pomieszczeniu. Krew we wszystkich ciałach już dawno przemieściła się do najniższych jego części, co spowodowało pojawienie się upiornej, trupiej bladości na twarzach i rękach martwych mężczyzn i kobiet. Mimo ciemności, była jeszcze w stanie dostrzec, że wszystkie usta są nienaturalnie brunatne, wręcz sine… Kilka ciał sprawiało wrażenie, iż leżą tu nieco dłużej, ponad trzydzieści sześć godzin. Spora część powierzchni takich ciał zabarwiona była na zielono, co oznaczało rozpoczęcie procesu gnicia.

Kamila obserwowała to wszystko szeroko otwartymi oczami. Widziała przed sobą górę trupów, którą otaczał paskudny, ohydny smród, który wydawał się być tak gęsty, iż niema tworzył widoczną gołym okiem ciemną chmurę. Oszołomiona odrażającym widokiem dziewczyna zaczęła powoli się podnosić, ale znów poczuła porażający ból miednicy. Musiała być poważnie potłuczona, skoro nie była
w stanie zrobić dwóch kroków o własnych siłach. Zrezygnowawszy z próby stanięcia na nogach, przewróciła się na plecy i zaczęła czołgać się w kierunku wyjścia. Modliła się, by były otwarte. Każda minuta spędzona w tym pokoju doprowadzała ją do szaleństwa. Chciała się stąd wydostać czym prędzej. Im szybciej znajdzie się
z dala od cuchnących, porozszarpywanych i rozkładających się zwłok, tym lepiej. Nie widziała jednak wszystkiego, co skrywał półmrok… Niektóre spośród ciał bowiem spoczywały w mroku znacznie dłużej od pozostałych. Po ponad siedemdziesięciu dwóch godzinach od śmierci w ich wnętrzu zaczęły gromadzić się gazy gnilne, powodując wzdęcie zgniłozielonych korpusów. Skóra na brzuchach napięła się do granic możliwości, ukazując pod sobą napęczniałe, sine żyły. Najdelikatniejszy dotyk spowodowałby ujście tych gazów przez sine usta, które z lubością rozszarpywały wygłodniałe szczury.

Wolniakowska dotarła do drzwi i opierając się dłońmi o ścianę, zaczęła się wspinać. Po dłuższej chwili udało jej się stanąć na drżących nogach, rozpaczliwie przytulając się do ściany. Położyła jedną dłoń na klamce i już miała spróbować ją nacisnąć, gdy sama ustąpiła, a drzwi otworzyły się z rozmachem. Uderzyły ją brutalnie w twarz, odpychając od ściany. Straciła równowagę i runęła do tyłu na plecy. Rozpaczliwie wyciągnęła ręce, próbując złapać się klamki, ale nie zdążyła. Upadła na ziemię, a jej głowa odbiła się od niej jak piłka. Miała wrażenie, że jej mózg rozpryskuje się o ściany czaszki jak galareta. W otartych na oścież drzwiach zobaczyła wysoką, niewyraźną postać. Domyśliła się, że to wspólnik Piotra Mortisa. Zanim zdążyła cokolwiek zrobić, poczuła, jak jego silne dłonie unoszą ją do góry. Janusz Mortis z łatwością uniósł ciało studentki i przerzucając je sobie przez ramię, jak worek ziemniaków, ruszył korytarzem. Pacjentka się obudziła. Piotr się ucieszy. W końcu będzie mógł dokończyć swoje sprawy.

Gdy zabrali ją z ulicy, wrócili do domu Piotra. Zostawili ją nieprzytomną w samochodzie, a sami weszli do środka. Janusz pobieżnie opatrzył brata, przemywając i bandażując mu rany. Dzięki swojemu wykształceniu, był w stanie wyciągnąć pociski, które utknęły
w jego ciele, tak że już nic nie zagrażało jego życiu. Nie martwił się, że umrze, Piotr był silny, a teraz dodatkowo napędzała go żądza zemsty na tej dziewczynie. Połknął sporo tabletek przeciwbólowych, dzięki czemu był w stanie zachować trzeźwość umysłu. Choć jest to kwestia sporna. Gdy przebudził się krótko po zabiegu, od razu chciał dobrać się do studentki, jednak Janusz go powstrzymał. To nie była odpowiednia pora. Musi jeszcze trochę poczekać. To on zasugerował mu, by zabrali uciekinierkę do szpitala. Tam będzie mógł na spokojnie się nią zająć, gdy już się obudzi. Piotr przystał na to, choć zrobił to niechętnie. W końcu dojechali do szpitala, gdzie Piotr mógł zregenerować nadwątlone siły. Janusz w tym czasie zaniósł nieprzytomną Kamilę do sali, w której trzymali to, co zostało z ich medycznych eksperymentów.

Eksperymentów, których żaden pacjent nie był w stanie przeżyć. Bracia Mortisowie zajmowali się bowiem badaniem wytrzymałości ludzi na ból, prowadząc bezlitosne badania. Wiele ciał, których Kamila nie była w stanie dostrzec ze względu na mrok i ich niezliczoną liczbę, było potwornie okaleczonych. Rozcięte brzuchy, ponacinane kończyny, wycięte języki, poodcinane policzki, palce, piersi, powydłubywane gałki oczne, zmasakrowane nosy… To tylko pobieżny opis tego, czego dopuściła się ta dwójka mężczyzn. Teraz ich pacjentami była Kamila Wolniakowska oraz cierpiący na psychozę, morderca Adam „Wołowina” Wołecki.

Dziewczyna spróbowała się rozejrzeć. Mimo iż nie widziała zbyt wyraźnie, to, co zdołała dostrzec, nie napełniło jej zbytnią nadzieją. Nie miała pojęcia, gdzie się znajduje, ani co się z nią stanie. Gdy obraz przed jej oczami zaczął się wyostrzać, mogła rozróżnić poszczególne elementy otoczenia. Zobaczyła, że idą korytarzem, który także był pogrążony w półmroku. W nim również unosił się ciężki, ohydny zapach. Wolała nie zastanawiać się, czy tutaj także znajdują się gnijące ciała. Wystarczyła jej świadomość faktu, że… wszystko dookoła było zniszczone. Ściany zupełnie nie przypominały swojego pierwotnego wyglądu. Farba odchodziła od nich płatami, walając się na ziemi, na której leżały rzeczy, których w obecnym stanie nie potrafiła nazwać. To jednak wystarczyło, by umysł studentki wysunął konkluzję, która na nowo napełniła ją panicznym strachem: zabrali ją do jakiegoś opuszczonego budynku. Mało tego, do budynku, w którym masowo morduje się ludzi. Czy naprawdę nikt nie wiedział o tym miejscu? Nie była w stanie w to uwierzyć. Przymknęła oczy, próbując pogodzić się ze swoim losem, ale właśnie w tym momencie coś, co znajdowało się na podłodze, przykuło jej wzrok. Pod ścianą leżał człowiek. Z tego, co zdążyła zauważyć, sprawiał wrażenie, jakby gdzieś się czołgał. Niestety jego stan był opłakany. Nie miał jednej ręki, a rana nie była w żaden sposób opatrzona. Ciało leżało w kałuży krwi. Wolniakowska mogła sobie jedynie wyobrażać, co czuje ten mężczyzna. Udało jej się dostrzec fragment twarzy, bladej jak kreda. Konający mężczyzna musiał usłyszeć przechodzącego lekarza, uniósł bowiem głowę i z nadludzkim wysiłkiem jedyną rękę. Z jego ust, spryskanych zaschniętą krwią, wydobył się rozpaczliwy, nieskładny jęk. Janusz zatrzymał się przy nim i spojrzał mu prosto w oczy. Mężczyzna dostrzegł to i zaczął płaczliwie zawodzić. Rozedrgane palce niczym pająki opadły na stopę doktora, szukając jakiegokolwiek ratunku z jego strony. Janusz Mortis jednak nie zamierzał mu pomagać. Niedbałym machnięciem nogi strącił dłoń konającego, a następnie uniósł i opuścił ją na głowę rannego. Nieszczęsny pacjent zaczął resztką sił krzyczeć i drżeć na całym ciele, ale nie miał szans. Doktor Mortis bez przerwy unosił i opuszczał nogę, jakby chciał zgnieść puszkę po piwie. Nie przestał nawet, gdy rozcapierzone palce zastygły, przypominając zakrzywione szpony, a całe ciało znieruchomiało. Kamila obserwowała to kątem oka
i słyszała dźwięk, jaki temu towarzyszył. Strach ulotnił się z niej
w ułamku sekundy. Teraz była jedynie biernym obserwatorem, bo cóż innego jej pozostało? W końcu usłyszała specyficzny dźwięk, ten, którego nie można pomylić z żadnym innym… a po chwili zobaczyła fragmenty mózgu, które wypłynęły z roztrzaskanej czaszki.
W normalnych okolicznościach dostałaby torsji, ale teraz… mogła jedynie odwrócić wzrok i czekać, aż oszalały porywacz przestanie rozdeptywać to, co zostało z głowy tego biednego człowieka. Po paru chwilach ruszyli dalej. Kamila wolała nie patrzeć na zwłoki pacjenta. Dość już widziała. Nie zauważyła, kiedy dotarli do klatki schodowej. Janusz otworzył drzwi i zaczął schodzić po schodach
w dół. Wolniakowska nawet nie łudziła się, że chce ją wypuścić. Nie po tym, co widziała w swojej „celi”. Miała tylko nadzieję, że zrobią to szybko i nie będzie zbytnio bolało.

Zeszli kilka pięter i znaleźli się w miejscu, w którym smród się przerzedził. Teraz wyraźnie mogła poczuć chłodniejsze powietrze. Uniosła głowę i zobaczyła, że wchodzą do tajemniczego, mrocznego tunelu, rozświetlanego tylko przez niewielkie lampy na sklepieniu, rozmieszczone co kilka metrów. Z trudem przełknęła ślinę. Zaczęła myśleć, jak uwolnić się i uciec temu psychopacie. W chwili, gdy straciła wszelką nadzieję, dostrzegła pas podobny do tego, który mają przy sobie budowlańcy. Przy tym jednak nie było narzędzi, które miałby przy sobie wspomniany pracownik. Były inne, znacznie gorsze, z punktu widzenia Kamili. To, co tkwiło przytroczone do bioder Janusza wzbudziło w Wolniakowskiej grozę tak wielką, że mimowolnie zaczęła się trząść. Dostrzegła strzykawki. Kilka różnokolorowych strzykawek i niewielkie nożyki, podejrzewała, że mogą to być jakieś miniaturowe skalpele, ale nie była pewna. W jej głowie pojawiła się desperacka, szaleńcza myśl. Brawurowa, nierozsądna idea, szansa na ratunek tak nikła, że sama myśl o niej sprawiała, że serce w piersiach Kamili zaczynało niespokojnie drżeć. Wiedziała, że musi działać szybko. Do jej uszu dobiegały wrzaski jednego
z pacjentów, co nasunęło jej na myśl porażający wniosek: w podziemiach tego budynku mają miejsce rzeczy tak okrutne, że nawet tacy psychopaci jak doktor Mortis wolą trzymać je w sekrecie. Czym były spowodowane te wrzaski i dlaczego byli w podziemiach? Powoli przełknęła ślinę, dochodząc do wniosku, że nie spieszy jej się
z poznaniem odpowiedzi.

Uznała, że jeśli ma zamiar podjąć jakiekolwiek działanie, które mogłoby ocalić jej życie, to teraz jest na to najlepsza pora. Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna niósł ją przerzuconą przez ramię, jak worek cementu. Szli przez długi, pogrążony w gęstym półmroku tunel, rozświetlany przez niestabilne światło lamp. Powoli, starając się nie wzbudzić podejrzenia mężczyzny, wyciągnęła rękę w stronę pasa ze strzykawkami. Myślała, że oszaleje, gdy spocone palce ślizgały się po ściankach, za którymi bezdźwięczne chlupotały tajemnicze roztwory. W końcu jednak udało jej się pewnie chwycić jedną z nich i bezszelestnie wyciągnąć. Graniczyło to z cudem, dłoń dziewczyny drżała tak, jakby Kamila cierpiała na Parkinsona, jednakże nie uderzyła o żaden z sąsiednich iniektorów. Objęła ją mocniej, przyglądając się cieczy w środku. Nie miała zielonego pojęcia, z czym ma do czynienia i jaki efekt wywrze to na jej porywaczu, ale nie miała wyboru. Musiała spróbować. Musiała spróbować podjąć jakąkolwiek walkę. Zdawała sobie sprawę, że wiąże się to z ogromnym ryzykiem, ale nie miała czasu. Ten drugi, Piotr Mortis, który praktycznie zamordował jej przyjaciółkę, mógł usłyszeć hałas…

Na szczęście Wolniakowska dobrze trafiła. Jej palce zacisnęły się na strzykawce, na której znajdowała się przezroczysta naklejka
z napisem: tiopental. Było go około czterech gramów. Wiedząc, że nie może tracić czasu, zamachnęła się i wbiła mu ją w szyję. Mężczyzna uchylił się, ale poniewczasie. Igła zagłębiła się w jego ciele,
z ust wydobył się rozedrgany, niekontrolowany jęk, po czym całym swoim ciężarem runął na ziemię. Kamila czym prędzej odczołgała się od potężnego ciała, nie spuszczając go z oczu.

- Co… ty… - zdążył z trudem wystękać, po czym stracił przytomność.

Kamila przez chwilę wpatrywała się w doktora. Nie ruszał się, była wolna, mogła uciekać. Z oddali co chwilę dobiegały echa wrzasków jednego z pacjentów. Dziewczyna spojrzała w tamtą stronę
i przełknęła ślinę. Ciało pragnęło jak najszybciej oddalić się z tego przeklętego miejsca, ale nie pozwalało jej na to sumienie. Ostrożnie przysunęła się do ciała mężczyzny i położyła dwa palce na szyi doktora. Chciała sprawdzić, czy wciąż żyje. Chwila, w której szukała tętnicy, trwała dla niej wieczność. Cały czas miała wrażenie, że porywacz nagle otworzy oczy i podobnie jak jakiś czas temu jego chory brat, zacznie się do niej dobierać. Nic takiego jednak się nie stało. Zamiast tego poczuła tętno, co kazało jej sądzić, że psychopata wciąż żyje. Drżąc ze strachu spojrzała na trzymaną w dłoni strzykawkę. Zostało w niej niewiele substancji. Uznała, że jeśli ilość, jaką wstrzyknęła do jego ciała go nie zabiła, nie zrobi tego także ta, która pozostała. Odłożyła ją na ziemię i spojrzała na pas. O dziwo, przy upadku Mortisa żadna z pozostałych się nie stłukła. Zbliżyła się do niego i przyjrzała pozostałym. Wzięła jedną z nich do ręki. Napis na naklejce brzmiał: pankuronium. Coś jej to mówiło, ale nie mogła sobie przypomnieć, co dokładnie. Kiedyś już to słyszała. Dłuższą chwilę zajęło jej uświadomienie sobie, że ta substancja, którą trzyma w rękach, znana jest szerzej pod nieco inną nazwą. Zmrużyła oczy. Szaleniec dostanie to, na co zasługuje. Pochyliła się nad jego głową
i przyłożyła igłę do szyi. Nacisnęła na skórę i wstrzyknęła. Pavulon, znajdujący się w strzykawce w ciągu kilku sekund został wtłoczony w ciało Mortisa. Wiedziała, na czym polega jego działanie. Dawka, jakiej użyła rozluźni jego mięśnie, paraliżując na tyle, że w ciągu piętnastu sekund przestanie oddychać. Odłożyła strzykawkę na bok
i wyciągnęła następną. Na nalepce dostrzegła skrót: „chl. pot.” Domyśliła się, że chodzi o chlorek potasu. Spojrzała na twarz mężczyzny. Wciąż miał otwarte oczy, ale źrenice uciekły mu w tył głowy. Nie zastanawiając się wiele nad tym, co robi, wbiła ostatnią igłę
w lewe oko. Przebiła wilgotną powierzchnię gałki ocznej, a chlorek sodu zaczął się dostawać do głowy mężczyzny. Śmierć Janusza była przesądzona, został potraktowany dwoma potężnymi środkami,
w dodatku trzeci zastrzyk dostał prosto w oko... Kamila nie wiedziała, jakie jest zastosowanie chlorku, ale nie obchodziło jej to. Ciecz
z ostatniego iniektora miała za zadanie zatrzymać akcję serca ofiary.

Studentka odetchnęła głęboko. Przez chwilę siedziała nieruchomo, zastanawiając się, co powinna zrobić. Ucieczka była priorytetem, ale kompletnie nie miała pojęcia, gdzie się znajduje. Mogła wrócić do góry, ale bała się, że zacznie błądzić po mrocznych, rozsypujących się korytarzach, na których czaić mogli się potwornie okaleczeni szaleńcy. Mogła też pójść dalej tunelem, ale nie wiedziała, dokąd ją zaprowadzi. Starała się oddychać głęboko, spokojnie. Musiała przeanalizować swoją sytuację. Spojrzała na pas ze strzykawkami. Zostały jeszcze trzy, ale nie była w stanie dostrzec, jakie nazwy są napisane na naklejkach. Westchnęła głęboko. Czas mijał. Do jej uszu co kilka sekund dolatywały odległe wrzaski pacjentów, dobiegające gdzieś z góry budynku. Były także inne, a ich źródło znajdowało się bliżej, niż mogła się spodziewać, niestety echo spowodowało, że sprawiały wrażenie, jakby dochodziły do Kamili ze wszystkich stron. Sięgnęła po jeden z małych skalpeli i chwyciła go w dłoń. Nie czuła się z nim pewniej, ale lepszy rydz, niż nic. Nawet w takiej sytuacji, jakiej się znajdowała. Musiała mieć jakąś broń.

VII

Dogrywka
Minął niemal kwadrans, nim zdołała dojść do siebie. Podniosła się ociężale i stanęła na zdrętwiałych, drżących nogach. Rozejrzała się uważnie dookoła. Widok mrocznego, wilgotnego, cuchnącego tunelu nie napełnił jej optymizmem. Spojrzała w stronę, skąd dochodziły wrzaski. Nie miała pojęcia, co kryje się w mroku tunelu, nie wiedziała też, co zastanie, gdy wróci na klatkę schodową i pójdzie na górę szukać wyjścia. Uznała, że tunel musi dokądś prowadzić i mieć jakiś koniec, który, jak sądziła, okaże się być wyjściem na zewnątrz. Desperacko trzymając się tej myśli podjęła decyzję i ostrożnie, jedną ręką trzymając się chropowatej, pokrytej wilgocią ściany, ruszyła przed siebie. Starała się iść powoli, tłumacząc sobie, że w jej sytuacji pośpiech nie jest wskazany. Wiedziała, że musi być ostrożna, że musi zachowywać się jak najciszej. Modliła się, aby nikt nie usłyszał cichego dźwięku, jaki wydawały jej stopy, gdy powoli posuwała się przed siebie. Po kilkunastu metrach okazało się, że jej obawy były bezpodstawne. Do jej uszu zaczęły dobiegać ludzkie wrzaski. Przeraźliwe, przepełnione cierpieniem, męskie wrzaski. Zatrzymała się na chwilę, ale wiedziała, że nie może zawrócić. Musi iść przed siebie i skonfrontować się z tym, co ją czeka. Czymkolwiek by to nie było. Przyspieszyła kroku. Po pewnym czasie zaczęła mieć wrażenie, że pomiędzy gardłowymi wrzaskami słyszy także czyjeś gwizdanie. Gwizdanie, które brzmiało jak to, które wydaje się przy pracy. Przełknęła ślinę. Wiedziała, że psychopatyczny doktor jest gdzieś przed nią i że aby się wydostać, będzie musiała go wyminąć… a nawet walczyć. Zdawała sobie sprawę z faktu, że nie jest to wykluczone. Pocieszała się faktem, że wcześniej go postrzeliła, wiec powinien nie być w takiej formie, jak przedtem. Jeśli będzie musiała przed nim uciekać, ma większe szanse na ratunek, niż wtedy, gdy biegła przez las. Nie może jednak zapominać, że wciąż nie ma pojęcia, co czeka ją na końcu tunelu. Może kończyć się ślepą uliczką, a wtedy Mortis ją dopadnie i w tym podziemnym korytarzu rozbrzmią wrzaski dziewczyny. Uznała, że musi zaryzykować. Musi coś zrobi. Wydostanie się stąd, lub umrze próbując. Tak, jak poprzednio. Skoro udało jej się wyjść z piwnicznego gabinetu i dożyć aż dotąd… to uda jej się wyjść i z tego przeklętego miejsca.

Głosy stawały się coraz wyraźniejsze, ale wciąż nie tworzyły żadnych konkretnych słów. Był to po prostu przepełniony cierpieniem jazgot, którego słuchanie przyprawiało Kamilę o gęsią skórkę. Co musiało dziać się z tym człowiekiem? Jakiego rodzaju tortury stosował Mortis? Kamila za żadne skarby wolałaby tego nie wiedzieć, ale zdawała sobie sprawę, że nie ma wyboru. Zwiększyła ostrożność i wciąż szła przed siebie. Oddychała głęboko, starając się zachować spokój. W pewnym momencie jej palce wyczuły pustkę. Zatrzymała się, czując, jak w jednej chwili ogarnia ją panika. Chwilę zajęło jej uświadomienie sobie, że dotarła do pierwszej podziemnej celi. Zimne kraty nieco ją uspokoiły – cokolwiek mogło znajdować się w środku, kraty wyglądały na tyle solidnie, że mogła czuć się
w miarę bezpiecznie. Ruszyła dalej, w ciągu następnych piętnastu metrów trafiła na kolejne dwie cele. Obie były pogrążone w ciemnościach tak samo, jak pierwsza. Krzyki za to stawały się coraz wyraźniejsze. Widziała, że w następnej świeci się światło. Przybliżyła się do ściany i zaczęła ostrożniej niż dotychczas, powoli iść w jego stronę. Serce z każdym krokiem biło mocniej, w ustach dziewczyny zaschło. Teraz już wyraźnie słyszała gwizdanie. Cela byłą coraz bliżej. Kamila w końcu podeszła na tyle blisko, że mogła ostrożnie do niej zajrzeć. To, co zobaczyła, w jednej chwili usprawiedliwiło wszystkie wrzaski. Z oczu dziewczyny mimowolnie popłynęły łzy. Żaden człowiek nie zasłużył na takie tortury. Jeśli dotychczas myślała, że razem z Weroniką zaznały bólu, to teraz zobaczyła, że Mortis tak naprawdę był dla nich łaskawy. To, co zrobił swojemu więźniowi przeszło najgorsze wyobrażenia dziewczyny.

Mężczyzna siedział przywiązany do krzesła, podobnego do tego, do którego była przywiązana Kamila w piwnicy psychopaty. Był nagi od pasa w górę. Do sutków miał przyczepione obcęgi. Nie to jednak było najboleśniejsze. Na torsie mężczyzny widniało rozcięcie, pro linia niemalże od szyi, aż do pasa. Skóra była lekko rozchylona na boki, Wolniakowska dokładnie widziała jej grube fałdy. Widok ten jednak nadal nie był najgorszy. Doktor przeszedł samego siebie.

Piotr Mortis wyciągnął z trzewi pacjenta jego jelita i owinął się nimi tak, jak choinkę ozdabia się włosami anielskimi. Poruszał się powoli, wykonując obrzydliwy, rytualny taniec. Do tego wszystkiego gwizdał i nucił jakąś radosną melodię pod nosem. Kamila w końcu nie wytrzymała i opierając się jedną dłonią o ścianę tunelu, pochyliła się i zwymiotowała. Zawartość jej żołądka z głośnym chlupotem spadła na ziemię. Mortis przerwał swój ohydny taniec i powoli obrócił się w stronę, z której dobiegł dźwięk. Wolniakowska w tej samej chwili podniosła głowę i otarła usta dłonią. Ich spojrzenia spotkały się. Oczy studentki rozszerzyły się z przerażenia, a mężczyzny zwężyły groźnie. Kamila chciała uciec, ale strach tak bardzo ją sparaliżował, że nie była w stanie wykonać ruchu.

- No, no, no, kogóż my tu mamy? – spytał psychopata.

Wolniakowska nie odpowiedziała. Drżała na całym ciele.

- Spotkałaś może mojego brata po drodze? Miał cię tu przyprowadzić… na małą operację – to mówiąc uśmiechnął się złowieszczo.

Dopiero teraz dotarło do niej, że Piotr także jest rozebrany do pasa. I choć na twarzy ma niewielką maskę chirurgiczną, po jego policzkach widać było, że się uśmiecha. Dziewczyna była w szoku. Wygląda na to, że ten potężny mężczyzna, którego udało jej się zabić był jego bratem. Dziewczyna uśmiechnęła się w duszy. Piotr Mortis zabił jej przyjaciółkę, Kamila zabiła jego brata. Uznała, że udało jej się zemścić. Teraz tylko musi się stąd wydostać i będzie wolna…

Piotr Mortis uniósł do góry lewą brew.

- Nie widziałaś go, prawda? Ech, pewnie znów zajął się słabszymi pacjentami… - westchnął.

„Zajął się słabszymi pacjentami”? Kamili przemknęło przez głowę, że miała okazję sprawdzić, na czym to polegało. Na samo wspomnienie pękającej czaszki poczuła dreszcz grozy na plecach.

Wypatroszony mężczyzna, który dotychczas miał głowę odrzuconą na plecy, poruszył się i spojrzał na dziewczynę. Kamila dostrzegła jego zamglone spojrzenie i zrobiło jej się żal tego człowieka. Nie miała pojęcia kim był, ale ta trupia bladość na jego twarzy spowodowała, że zapragnęła sprawić, by doktor Piotr Mortis cierpiał. By poczuł chociaż namiastkę bólu, który on i jego brat wyrządzali swoim ofiarom. Nie wiedziała jeszcze tylko, jak tego dokona. Usta pacjenta poruszyły się, a z ich wnętrza wydobył się cichy szept.

- Pomóż… ratuj…

Wolniakowska usłyszała to i poczuła, jak wzbiera w niej gniew. Zacisnęła palce na trzymanym w dłoni małym skalpelu. Mortis podszedł do krat. Kamila uświadomiła sobie, że cela jest otwarta. Przestąpił jej próg i podszedł do niej. Stali twarzą w twarz, więc doskonale widziała strugi krwi spływające po torsie mężczyzny. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, z całej siły odepchnęła doktora. Piotr zatoczył się i cofnął do celi, wpadając na stół z narzędziami chirurgicznymi. Spojrzenie Kamili padło na przykutego do krzesła, konającego mężczyznę, który wciąż szeptem błagał ją o ratunek. Nawet ona wiedziała, że nie ma już dla niego nadziei. Prędzej, czy później umrze, a jego jelita leniwie zsuną się na ziemię. Jakakolwiek pomoc z jej strony będzie bezsensowna: ani ona, ani najlepszy lekarz nie są w stanie już go uratować. Kątem oka dostrzegła, że Mortis się podnosi. Nie czekając, aż dojdzie do siebie, podbiegła do niego, zamachnęła się i przeciągnęła ostrzem skalpela po jego nagiej klatce piersiowej. Narzędzie przebiło skórę mężczyzny, jego krew zmieszała się z krwią jego pacjenta. Od teraz na torsie miał wyciętą ukośną linię, ciągnącą się od prawego ramienia niemal po same lewe biodro. Znów się cofnął, sycząc z wściekłości bardziej, niż z bólu. Na szczęście ostrze nie dosięgło rany po postrzale. Kamila wykorzystała tę okazję do ucieczki. Wybiegła z celi, niedbałym ruchem ją zatrzaskując, starając się zyskać na czasie. Biegła tak, szybko, jak tylko mogła. Oddychała głęboko, w równym rytmie, próbując zachować spokój. Po kilkunastu metrach usłyszała, jak Piotr Mortis otwiera celę i rusza w pogoń.

Zaczął się pościg. Kamila miała szansę drugi raz wyjść żywo ze spotkania z doktorem Mortisem, jednak nic nie było jeszcze przesądzone. Biegnąc, dostrzegła zbliżającą się do niej, leżącą na ziemi sylwetkę człowieka. Janusz Mortis, brat Piotra. Nie zwalniając przeskoczyła nad ciałem i pobiegła dalej. W końcu dotarła do drzwi prowadzących na klatkę schodową. Były szerokie, dwuskrzydłowe, ale jedno z nich było otwarte. Przeszła przez nie i je też zamknęła. Niby nic, ale zawsze jest to przewaga chociaż trzech sekund. Zaczęła wbiegać po schodach, modląc się, by Piotr zauważył ciało swojego brata.

Okaleczony mężczyzna biegł za uciekinierką. Przepełniony gniewem, trzymając w dłoni zakrwawiony tasak, myślał tylko
o zemście. Niestety nie dostrzegł ciała Janusza, wpadł na niego
w pełnym pędzie. Stracił równowagę i z cichym krzykiem runął na ziemię. Spojrzał na to, co spowodowało jego upadek. Na twarzy Piotra pojawiło się zdumienie. Drżącą ręką dotknął szyi brata, próbując wyczuć puls, ale bezskutecznie. Padł na kolana i opuścił głowę na piersi. Dłonie, zaciśnięte w pięści, położył na torsie martwego mężczyzny. Były zaciśnięte tak mocno, że drżały niekontrolowanie. Gniew doktora Piotra Mortisa rósł z sekundy na sekundę. Śmierć brata zaskoczyła go. Nie spodziewał się, że ta głupia smarkula może zrobić coś takiego. Pożałuje tego. Oj tak. Odnajdzie ją i sprawi, że pożałuje tego, co zrobiła. Sprawi jej ból. Pokaże, czym jest cierpienie. Nie będzie litości. Kamila Wolniakowska zasłużyła na śmierć,
a Piotr Mortis będzie jej osobistym katem.

Studentka tymczasem dotarła do tunelu, przez który niedawno niósł ją Janusz Mortis. Oddychała głęboko, rozglądając się, w poszukiwaniu drogi ucieczki. Nie widziała nigdzie wyjścia do holu,
a nie miała czasu sprawdzać, które z kilku drzwi okażą się być dla niej wyjściem. Zamiast tego zaczęła biec przed siebie. Na końcu korytarza dostrzegła duże okno. Zacisnęła dłonie w pięści i skoczyła przed siebie. Ciało dziewczyny przeszło przez szybę i spadło w dół. Wylądowała na twardej ziemi. Na szczęście okno nie znajdowało się wysoko. Wyskoczyła z pierwszego piętra i miała sporo szczęścia, że przy upadku niczego sobie nie połamała. Niestety jednak kilka odłamków szkła wbiło jej się w skórę, ale nie przywiązała do tego większej wagi. Była wolna. Drugi raz udało jej się uciec doktorowi Mortisowi, ale tym razem nie pozwoli się złapać. Powoli wstała, zataczając się lekko. Wprawdzie żadna kość nie ucierpiała, ale ziemia mimo wszystko była twarda. Bolała ją głowa, czuła się jak pijana. Niedaleko miejsca, w którym stała dostrzegła linię drzew. Zaczęła kuśtykać w jej stronę. Gdy się do niej zbliżała, kątem oka dostrzegła samochód, którym została tu przywieziona. W jej głowie pojawiła się szalona myśl. Podeszła do niego i spojrzała przez szybę. Niestety, nie dostrzegła nigdzie kluczyków. Zamiast tego, do jej uszu dobiegł znienawidzony głos:

- Moja droga, gdzie się podziałaś? Nieładnie wychodzić bez pożegnania.

Obejrzała się przerażona. Był już na korytarzu, pewnie sprawdzał pokoje. Zaraz podejdzie do okna i ją zobaczy. Musi uciekać. Zaczęła kuśtykać w stronę linii drzew.

Pięć metrów.

- Kochanie, no gdzie jesteś? Nie zgadniesz, co się stało z moim bratem! Na pewno jesteś ciekawa, wiem to na pewno!

Był coraz bliżej okna.

Dwa metry.

- Skarbie, nie zostawiaj mnie, dobrze wiesz, że cię potrzebuję!

Pół metra. Ostatnie centymetry pokonała rozpaczliwym skokiem. Znalazła się w cieniu drzew w tej samej chwili, w której Piotr Mortis podszedł do okna.

- Wyszłaś przez okno, prawda? – powiedział głośno, uważnie lustrując teren wokół miejsca, w którym upadła Kamila. Spojrzał na samochód i uśmiechnął się. Jeśli sądziła, że nim ucieknie, była w błędzie. Kluczyki wciąż były w kieszeni Janusza, który gdy przywiózł Piotra i Kamilę zaparkował niedaleko wejścia do szpitala. Na samo wspomnienie postrzału uniósł dłoń i położył ją na opatrunku zrobionym przez brata. Zmrużył oczy i zacisnął zęby.

- Znajdę cię! – krzyknął, odchodząc od okna.

Kamila Wolniakowska była już kilkaset metrów za linią drzew. Coraz dalej odchodziła od szpitala, w którym dwóch psychicznie chorych braci prowadziło swoje odrażające eksperymenty. Wkrótce dotarła do drogi i skierowała się w stronę najbliższego miejsca,
w którym miała nadzieję znaleźć ludzi. Normalnych ludzi. Chciała wrócić do domu.

Doktor Piotr Mortis spokojnym krokiem, lekko kulejąc i dysząc ciężko zbliżał się do wyjścia ze szpitala. Przez szaleńczy bieg za uciekinierką rana na piersi otworzyła się, krew zabarwiła opatrunek najpierw na różowo, potem na soczystą czerwień. Ponadto krwawił
z rozcięcia, które zawdzięczał tej małej smarkuli. Czuł się słabo, ale nie mógł odpoczywać. Nie mógł sobie jeszcze pozwolić na taki wysiłek, ale nie mógł też pozwolić tej dziewczynie uciec. Gdziekolwiek by się nie schowała, on ją znajdzie. Opatrzy sobie obie rany, nałoży opatrunek i ruszy w pościg. Spokojnie, bez pośpiechu. Co nagle, to po diable. Nie jest w stanie uciec daleko idąc na piechotę. Z łatwością ją znajdzie. Nie spocznie, póki mu się to nie uda.

Gdy już to zrobi, sprawi, że poczuje ból. Kamila Wolniakowska będzie cierpiała, a on, doktor Piotr Mortis w końcu się na niej zemści.

10 kwietnia – 26 września 2013
Oceń:
2
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!