Rysa

Dodane przez: amel, 20.03.2014, 10:59
Reklama:
- Jesteś zwykłą nic niewartą szmatą! Żałuję, że się do tej pory nie zabiłaś, że w ogóle cię poznałem! Coś takiego jak ty w ogóle nie ma prawa żyć! Jesteś jebanym śmieciem, który powinien zdechnąć i zgnić! Nienawidzę cię! - krzyczał, po czym się rozłączył.
S. był moim chłopakiem. Był, bo dziś, gdy był u mnie, postawił mi ultimatum - albo się z nim prześpię, albo koniec z nami. Nie chciałam tego, więc wybrałam drugą opcję. Pobił mnie i wyszedł z mojego mieszkania.
Byliśmy razem ponad rok. Kochałam go. Boże, kochałam z całego serca. Wiadomo - mieliśmy ciężkie chwile, jak w każdym związku. Ale byłam przekonana, że on jest tym facetem, z którym spędzę resztę życia.
Naiwna, zakochana idiotka.
Spojrzałam na swoje uda - były całe w bliznach. Nie cięłam się po to, aby umrzeć, tylko po to aby poczuć ból. Chciałam czuć coś fizycznego tylko po to, aby nie czuć bólu psychicznego.
Za każdym cholernym razem, gdy mówił mi jak beznadziejna jestem, sięgałam po żyletkę i rysowałam krwawą ścieżkę na swoich udach. Dlaczego akurat tam? Bo nie chciałam, żeby ktokolwiek o tym wiedział. To było moje. To był mój ból. To był mój sposób, aby ukoić myśli. Gdy czułam przeszywający ból w nodze i strużki krwi, cieknącej po moim ciele, chociaż na moment wyłączałam swoje myśli, nie myślałam o tym, jak bardzo spierdzieliłam swoje życie, nie myślałam o tym, co słyszałam od S., o tym, jak wiele bólu psychicznego mi zadawał.
Spojrzałam za okno, na którego parapecie siedziałam. Było już ciemno, padał deszcz. Popatrzyłam w swoje odbicie. Boże, kim ja do jasnej cholery jestem?! Jestem teraz kimś, kim nigdy nie chciałam się stać. Zapuchnięta twarz, podbite, zapłakane oczy, usta sine od ich ciągłego zaciskania i zagryzania. Kiedyś byłam silna, wesoła, pełna życia. A teraz? Jestem głupią dziewczyną, która nie radzi sobie z własnym życiem, która kocha kogoś, kto każdego dnia rozpierdziela jej serce na miliony kawałeczków. Jestem cieniem dawnej siebie.
Jeszcze niedawno umiałam płakać. Jeszcze miesiąc temu nie było nocy, której nie spędziłabym na płakaniu w poduszkę. Tylko, że pewnego dnia coś we mnie pękło. To było chyba wtedy, gdy S. uderzył mnie pierwszy raz. A może wtedy, gdy dowiedziałam się, że mnie zdradził? Nie wiem.
Każdy dzień zlewa się z poprzednim. Zaraz po przyjściu ze szkoły kładę się i bezmyślnie gapię w sufit trzęsąc się w nieistniejącym płaczu. Chciałabym móc płakać, ale już nie potrafię. To dla mnie za wiele, już tak nie potrafię.
Wstałam kierując się do kuchni. Wzięłam apteczkę i zaczęłam szukać leków. Wyjęłam wszystkie, które mogły powodować zatrzymanie pracy serca, śpiączkę, a nawet śmierć.
Podjęłam już decyzję. Po co mam żyć, skoro nikomu nie jestem potrzebna, nikt mnie nie kocha? Może S. miał rację z tym, że nie mam prawa żyć, że ktoś taki jak ja powinien leżeć dwa metry pod ziemią?
Spojrzałam na leki, które wyciągnęłam - całkiem niezła kolekcja. Na oko było ich przynajmniej sto, wypełniały całą moją dłoń i ledwo się w niej mieściły. Wzięłam szklankę z suszarki i przesypałam do niej mój bilet do śmierci. Poszłam do barku w salonie.
Zawsze chciałam umrzeć we śnie. Wydawało mi się, że wtedy to nie będzie bolało, że nawet nie zauważę gdy będę umierać. Tabletki są chyba dobrym rozwiązaniem. Sięgnęłam po dwie butelki wódki. Powinno starczyć.
Poszłam do łazienki i odkręciłam wodę, aby napełniła wannę. Otworzyłam butelkę trunku i wypiłam pierwszy łyk. Gorzki płyn nieprzyjemnie drapał po gardle. Nigdy nie lubiłam alkoholu, ale raz w życiu, w jego ostatnich chwilach, mogę "zaszaleć". Nie mam już nic do stracenia.
Znalazłam w szafce żyletkę. Moje kochane maleństwo. Przynajmniej ona jest ze mną zawsze, tylko na nią mogę liczyć. Boże, to brzmi jak gorzkie żale jakiegoś emo czy innego stwora załamanego byle pierdołą.
Położyłam żyletkę na brzegu wanny, a obok postawiłam butelki z wódką oraz szklankę z lekami. To żałosne. Całkiem jak jakiś cholerny zestaw małego samobójcy.
Wzięłam telefon i włączyłam muzykę. Następnie rozebrałam się i weszłam do wanny. Ciepła woda otuliła mnie delikatnie, rozluźniając moje mięśnie. Zakręciłam wodę i wygodnie się położyłam. Wzięłam szklankę i nasypałam kilka tabletek na dłoń. Wsypałam je do ust, po czym sięgnęłam po butelkę i pociągnęłam duży łyk. Ciecz paliła mnie po gardle. Ale to dobrze. Ból jest dobry. Odstawiłam szklankę i sięgnęłam po żyletkę.
- Witaj maleńka - powiedziałam delikatnie ujmując ją i przystawiając do nadgarstka.
Pociągnęłam ją prostopadle do żyły. Aż tak żałosna nie jestem, aby umrzeć od jednego cięcia. Wzięłam kolejne kilka łyków alkoholu. Łazienka wokół mnie leniwie wirowała, a ja odstawiłam na chwilę butelkę, po czym wzięłam naczynie z tabletkami. Są takie małe, a mają mnie zabić.
To śmieszne. Zamiast skoczyć z dachu czy rzucić się pod samochód, ja jak jakaś chora romantyczka siedzę w wannie i ćpam tabletki. Ale taka już jestem - chcę zostawić wszystko dla siebie. Nie chcę, żeby ktoś widział moją śmierć.
Przystawiłam szklankę do ust i wysypałam do nich wszystkie leki, a po chwili popiłam wódką. Mam nadzieję, że to załatwi sprawę. Na wszelki wypadek odłożyłam szklankę i ponownie sięgnęłam po żyletkę. Na zmianę cięłam i piłam alkohol.
Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że dzięki temu, iż siedzę w ciepłej wodzie, leki zadziałają szybciej oraz krócej będę musiała czekać na wykrwawienie się.
Ale to już nieistotne. Umrę. Zabiję się i to będzie najlepsza rzecz, jaką w życiu zrobię.
Ciągle cięłam prostopadle do żył. Po chwili cała butelka była już opróżniona. Sięgnęłam po kolejną. Czułam się jak na haju, wszystko wokół mnie wirowało. Miałam nadzieję, że to leki zaczynają działać.
W tym momencie z telefonu zaczęła sączyć się piosenka moja i S. Pierwszy raz od dawna poczułam ciepłe łzy na swojej twarzy. Niewiele myśląc wzięłam duży łyk z butelki, po czym mocno i głęboko poprowadziłam żyletkę wzdłuż żyły. To było to. Bolało tak bardzo, że nie słyszałam muzyki. Wszystko zniknęło, został tylko ból. Co chwilę upijałam kilka dużych łyków i cięłam się.
Spojrzałam na wodę - była lekko różowa. Po ręce spływało mi kilka strużek krwi. Dosłownie czułam, jak ze mnie upływa. W pewnym momencie zaczęło robić mi się ciemno przed oczami i poczułam jakbym odlatywała. Nie byłam w stanie poruszyć swoimi kończynami. Zamknęłam oczy. Umierałam.
***
- Będzie żyła. Straciła dużo krwi, ale jej stan się już powoli poprawia - usłyszałam jakiś głos.
Otworzyłam oczy. Zobaczyłam światło, które mnie oślepiło. Czy już umarłam i byłam w niebie? Nie, to nierealne. Samobójcy chyba nie idą do nieba. Po chwili zaczęłam dostrzegać rozmazane kształty, które z czasem nabierały ostrości. Zamknęłam oczy i ponownie je otworzyłam. Dostrzegłam jakiś ludzi, którzy stali nade mną.
- Obudziła się - usłyszałam głos należący do jakiegoś faceta w kitlu. Obok niego stał S.


Część druga: http://straszne-historie.pl/story/6278

-----
Jest to jedno z pierwszych opowiadań jakie napisałam. Jestem świadoma tego, że nie jest to typowa creepypasta lub nawet straszna historia, ale to opowiadanie jest dla mnie ważne i uważam, że najbardziej przerażającą rzeczą jest bezsilność, brak zrozumienia i chęć zniknięcia.
Oceń:
8
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!