Potępieni

Dodane przez: rygezengro, 28.04.2014, 05:07
Reklama:
Musiało minąć wiele ostrych rozmów z Ojcem Franklinem, nim postanowił on pokazać mi Potępionych. Na początku myślałem, iż mówi on o jakimś dziele sztuki o tematyce religijnej, skrywanym gdzieś na okazję rozmowy z takim ateistą jak ja. Spotkawszy się kolejnego dnia, Ojciec mnie przeprosił i stwierdził, że wszystko co powiedział, wyszło z niego pod wpływem emocji i propozycja, którą mi składał, naturalnie nie była dostępna. To rozpaliło we mnie gniew i jednocześnie zainteresowanie, więc dociekałem. Spotkania z duchownym były coraz rzadsze, a on sam unikał mnie na wszystkie możliwe sposoby. Nie mogąc się doprosić od niego choćby kilku minutowego spotkania, nawet zaręczając, że temat Potępionych nie będzie poruszany, począłem szukać na własną rękę. W starych księgach sporo znalazłem o Potępionych. Większość dostępnej mi literatury opisywała ich jako dusze skazane na wieczne cierpienia z powodu grzesznego życia. Jednak niektóre pozycje, znacznie bardziej interesujące, nie negowały wprawdzie pozostałych, lecz dopowiadały nieśmiało, iż dusze te przeżywają katusze na naszym padole, omawiane zaś piekło przeżywając głęboko w sobie. Nie wiedziałem czy uważać słowa Ojca Franklina za swego rodzaju dziwaczną klątwę, która miałaby sprowadzić moją duszę do piekła, która nim wstrząsnęła, ponieważ tak mocno wierzył w jej działanie. Takie tłumaczenie w zasadzie powinienem przyjąć, jednak jakaś część mnie podpowiadała mi, że ten człowiek, będący najdziwaczniejszym kaznodzieją jakiego znałem czy o którym w ogóle słyszałem, nie wpadł przypadkiem na pomysł karania takich jak ja, zamykaniem w jakichś pomieszczeniach tortur. Wiem, że pomysł ten był absurdalny, ale byłem tak zły na duchownego, że wystarczył mi on jako pretekst, aby wybrać się którejś nocy na jego plebanię i przeszukać tamtejsze piwnice. Szczerze – nie spodziewałem się znaleźć tam tego, co zobaczyłem, chciałem jedynie go przestraszyć. Zostawić po sobie ślady włamania i tym samym zrobić mu na złość. I chyba tym motywowany właśnie tak zrobiłem, schodząc po drewnianych stopniach w gorętsze piekło, niż mógłby sobie wyobrazić najbardziej sadystyczny katolik.

Byłem przygotowany na otworzenie zamka za pomocą wytrychu, któregoż to nauczyłem się używać jeszcze w latach wczesnej młodości, jednak, ku mojemu zdziwieniu, nie było to konieczne. Drzwi były otwarte. Wszedłem niepewnie do wąskiego korytarza okrytego mrokiem nocy. Światło latarki gubiło się na ścianach i drobnych meblach aż natrafiło na niewielki panel. Był to alarm o którym nie miałem pojęcia. Właściwie, będąc wiele razy u Ojca Franklina, nigdy go nie spostrzegłem i byłem pewien, iż go nie ma. Gdyby drzwi nie były otwarte, albo mimo wszystko był on włączony, marnie bym skończył. Jednak z jakiegoś powodu stary klecha zrezygnował z ochrony tej nocy. Z jakiego, dowiedziałem się chwilę później, kiedy podszedłem do niewielkiego stolika przy schodach. Leżała na nim kartka papieru i różaniec.


"Witaj Benjaminie. Jeżeli to czytasz, Szatan wygrał z moimi modlitwami i przyszedłeś zobaczyć Potępionych. Jeśli tutaj jesteś, usłyszałem Twoje kroki, kiedy wchodziłeś, bowiem z pewnością nie spałem. Nie śpię już od kilku dni, martwiąc się o Twoją duszę. Zatem idź i zobacz, co masz zobaczyć, a ja będę się modlił. Pamiętaj jedynie, że Cię ostrzegałem. Drzwi do piwnicy znajdziesz na lewo. Są otwarte. Proszę, niech Twoja ignorancja nie będzie tak wielka i weź ze sobą choć ten różaniec. Nawet jeżeli nie wierzysz w jego moc. To mała rzecz, dla Ciebie nic takiego.


Ojciec Franklin"


Odłożyłem kartkę papieru i zacisnąłem pięści. Jak mógł potraktować mnie w ten sposób? Nie zważywszy na jego bezczelność, udałem się do niewielkich, drewnianych drzwiczek z mosiężną klamką. Nacisnąłem ją i faktycznie – usłyszałem niewielki, starczy jęk gdzieś nad sobą. Tym bardziej się uśmiechnąłem i odepchnąłem od siebie drzwi z impetem, uderzając nimi o ścianę, tak, aby słyszał jak najwyraźniej. Następnie wszedłem do środka.

W dół prowadziły niewielkie, trzeszczące schodki. Włącznik światła nie działał, czego mogłem się spodziewać. Duchowny, jak się domyślałem, pragnął nastraszyć mnie na wszelkie znane sobie sposoby. Mimo to zszedłem na dół, stąpając pewnie i mocno, a drogę oświecała mi latarka.

Znalazłszy się u końca schodków, ujrzałem przed sobą rozciągający się korytarz z wieloma odnogami po obu stronach. Podłoże było wyłożone piaskiem, a pod nim najpewniej była ziemia, ściany zaś i sklepienie murowane, porządnie obrośnięte mchem. Udałem się przed siebie i już po kilku krokach ujrzałem jedną z odnóg. Prowadziła ona do kolejnego skrzyżowania i nie zauważyłem tam niczego interesującego. Szedłem zatem dalej i, nie ukrywam, serce biło mi szybko. Gdyby nie złość, która we mnie kipiała, być może umierałbym ze strachu. Przerażająca cisza, ciemność i smród, którego nie umiałem opisać, przyprawiała mnie o dreszcze. Być może to było miejsce w którym powinienem był się cofnąć, może ostatnie, kiedy jeszcze mogłem wrócić. Ale duma mi na to nie pozwoliła. Szedłem przed siebie.

Kolejne odnogi niosły ze sobą jedynie rozczarowanie. Nic się w nich nie znajdywało. Jedynie korytarz, taki jak ten, którym szedłem, i piasek pod stopami. Nie podjąłem się jednak skręcania, gdyż obawiałem się tego, że się zgubię. Dopóki przede mną wciąż rozciągała się droga, szedłem. I byłem zdziwiony, że idę tak długo. Plebania wszakże nie była wielka, więc katakumby również nie mogły takie być. Szybko jednak mój mózg połączył fakty i zdałem sobie sprawę, iż kierunek, w którym idę, a szedłem cały czas prosto, więc wiedziałem to bez większej analizy, prowadził w stronę cmentarza. Przeraziłem się na tę myśl, uznając Ojca Franklina za skończonego psychopatę, jednak wciąż mnie to nie powstrzymało. Idąc dalej, szedłem jako Ręka Sprawiedliwości, sprawiedliwsza od chrześcijańskiego boga, która gotów była zapamiętać wszystko to, co zobaczy, i wezwać odpowiednie służby, które nauczą starego dominikanina odrobiny etyki.

Na jednym ze skrzyżowań stał nowy element wystroju, a był to drewniany krzyż wbity w miękką ziemię. Był on przy ścianie, a jego odstające końce wskazywały drogę z której przyszedłem i drogę przede mną, od której nie odchodziła żadna odnoga. Ruszyłem więc dalej, pewien, iż niedługo powinienem na coś natrafić.

Po chwili wędrówki znalazłem się w przedziwnej sali pełnej niewielkich kolumn podpierających sklepienie. Światło latarki nie docierało do przeciwległej ściany, ponieważ blokowała je kolumnada słupów ustawionych bez najmniejszego porządku. To tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że miejsce w którym się znajduję bez wątpienia jest dziełem amatorskiej ręki, choć nie miałem pojęcia jak długo musiało być budowane. Bądź co bądź, nie wykluczonym był fakt, iż jego poprzednicy mieli te same problemy z psychiką.

Szedłem pomiędzy kolumnami, nie mając dłużej pojęcia czy idę przed siebie, czy gdzieś w bok. Zbyt często obracałem się i rozglądałem i choć bardzo starałem się zachować świadomość tego, w którą stronę szedłem i skąd przyszedłem, utraciłem ją. Wpadłem w panikę. Mój oddech, jak i chód, przyspieszyły i gnały mnie pomiędzy wyrastającymi spod ziemi kamieniami, a mi odechciało się dłużej pozostawać w tym miejscu. Odwróciłem się, aby ruszyć w drogę powrotną, jednak nie miałem pojęcia czy idę w dobrym kierunku. Tak czy inaczej, uznając bezsensowne działanie jako wyższe niż bezczynność, przemierzałem niemal truchtem bezkresy księżowskiej piwnicy.

Oddech mój rozbijał się o zimne ściany i wracał równie zgubiony jak ja sam. Zapragnąłem krzyczeć o pomoc, kompletnie ignorując jakiekolwiek walory dumy i zapominając o wściekłości. Nie wiedziałem przecież kiedy jego starcza stopa stanie w tym miejscu, a nawet jeśli, to czy zdoła mnie odnaleźć.

Determinacja musiała ustąpić ludzkim siłom i przystanąłem, oparłszy się o jedną z kolumn. Korzystając z okazji począłem myśleć, szukając w głowie jakiegoś cudownego wyjścia z sytuacji, w której się znalazłem. Stałem tak dysząc głośno – oh, zbyt głośno – i po prostu myślałem. Myślenie to zostało przerwane, podobnież jak mój oddech, kiedy usłyszałem szmer po swojej lewej stronie. Ostrożnie i z przestrachem, nie czując swoich członków, które przeszył morderczy strach, obróciłem w dłoni latarkę w kierunku, z którego dźwięk dobiegał, samemu stojąc w kompletnym bezruchu. Światło spoczęło na najobrzydliwszym i najbrzydszym stworzeniu na jakie przyszło mi kiedykolwiek patrzeć.

Ujrzałem starca w poszarpanych łachmanach, który z wyciągniętymi, drżącymi rękoma szedł w moją stronę, powoli przesuwając po piasku swoje bose stopy. Resztki jego włosów opadały na wszystkich możliwych stronach niewielkiej głowy, również na wielkich, ziejących czernią dziurach, w których kiedyś, mam nadzieję, były jego oczy. Otworzył usta, wydając z siebie zdławiony dźwięk i dalej szurał w moim kierunku.

Kiedy organizm pozwolił mi się ocknąć z szoku, odsunąłem się od ściany i starałem się w miarę cicho od niego odejść, jednak, jak się okazało, jego słuch okazał się lepszy niż przypuszczałem, najpewniej w wyniku długiej egzystencji w nieprzeniknionej ciemności.

Zacząłem biec. Uciekałem oglądając się raz po raz za siebie, całkowicie ogarnięty paniką. Wydawałem z siebie ciche pojękiwania z każdym wpadnięciem na kolumnę i były to dźwięki ochoczo namawiające gardło do krzyku ze wszystkich jego sił, co też za niedługi czas miało miejsce.

Wpadając na jedną z kolumn faktycznie krzyknąłem. Był to nieartykułowany dźwięk, nie składający się na żadne słowo. Z racji tego, iż się nie poruszałem, zacząłem słyszeć w oddali sapanie i pojękiwanie podobne do takiego, jakie wydaje się w wyniku wysiłku czy bólu. Dotarło do mnie zewsząd, a może z nikąd i połączone było z pospiesznym szuraniem stóp o piasek.

To, co było dalej, leży jedynie w granicach domysłu.

Najpewniej biegłem. I krzyczałem. Może płakałem, może błagałem o pomoc. Kto wie, może się też modliłem. Jeśli jednak tak było, moje modlitwy zostały wysłuchane, ponieważ znalazłem się w wąskim korytarzu i obiłem o drewniany krzyż przy ścianie. Na pewien sposób szczęśliwy biegłem przed siebie, aż ujrzałem w nikłym świetle latarki schody prowadzące na górę. Już prawie przy nich byłem, kiedy poczułem ból głowy, oszołomienie i natychmiast zemdlałem.

Obudziłem się oparty plecami o chropowatą ścianę. Dokoła było ciemno. Dotknąłem swojej głowy na której wyrósł duży, gorący guz i syknąłem z bólu, który wynikł z jego dotknięcia. Kilka sekund potem rozległ się głos, tym razem, wyraźnie przede mną.
- Ostrzegałem Cię, Benjaminie – powiedział doniośle głos starego dominikanina.
- Ty gnido – wyszeptałem – zapal światło!
- Chociaż się modliłem i próbowałem wykupić u Matki Bożej Twoją duszę, Twoje pragnienie grzechu okazało się silniejsze i zszedłeś. I szedłeś tak długo, nie wziąwszy ze sobą różańca. Zatem teraz go nie ma i jesteś tam, gdzie chciałeś. Co teraz zrobisz, bezbożniku? Gdzie jest jakiś bóg zdolny ci pomóc?
- Zapal światło, to ci pokażę! - wstałem i ruszyłem w kierunku głosu, jednak niemal od razu się przewróciłem, kompletnie zdezorientowany.
- I nawet w takiej chwili jesteś zuchwalcem. Nie mam zatem wątpliwości, że czekał cię los na jaki zasłużyłeś. Ja zrobiłem wszystko co w mojej mocy.
- Zapal to cholerne światło i niech cię tylko dorwę!
Klik.
Zapadła cisza. Rozglądałem się w przerażeniu w głębokiej ciemności, nic nie dostrzegając.
- Włóż baterie popaprańcu.
- Są włożone.
- Nie baw się ze mną!
Usłyszałem jak mężczyzna się uśmiechnął wydmuchując powietrze, po czym przeszedł obok mnie insynuując jakąś pieśń religijną.
- Wracaj tu! Chodź tutaj!

Moje krzyki jednak zdały się na nic i wkrótce przestałem go słyszeć. Zsunąłem się na ziemię i moja twarz spoczęła w rękach. I to chyba właśnie wtedy, kiedy moje palce wylądowały w dwóch dziurach w mojej głowie, mroczne korytarze pod plebanią wypełnił najrozpaczliwszy z krzyków.

Tak oto zostałem Potępionym.
Źródło: Własne
Oceń:
10
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!