Klucz do bram raju

Dodane przez: thepele, 29.11.2012, 09:12
Reklama:
~~Tama.~~

Widok kilkudziesięciu metrów w dół nie robił na nim wrażenia. Lekki wiatr, właściwie podmuch, trącał grzywkę opadającą na oczy. Smukła sylwetka, na której spoczywała flanelowa koszula w kratę wypuszczona na dopasowane do ciała dżinsy, była jedyną w okolicy. Szedł krawędzią, bawiąc się swoim poczuciem strachu. Strącenie równowagi groziłoby śmiercią, a przecież śmierć bywa końcem. Tuż za nim liście na drobnych gałązkach czerpały rozkosz padającego deszczu. Zbliżała się noc. Niewyraźne kontury podłoża stawały się coraz bardziej śliskie. Budowa tej tamy pochłonęła kilka ludzkich istnień, a on teraz stąpał po kamieniach murowanej barierki, jakby jego to nie dotyczyło. Każdy krok, odliczany w myślach, stawiany był w ten sam sposób. Lewa stopa w połowie była wysunięta za krawędź. Prawa zaś stawiana na środku murku pozwalała zachować stabilizację. Noc zapadła na dobre. Droga na drugi koniec była jeszcze daleka. Do przejścia pozostało 150 metrów. Zatrzymał się w połowie drogi i obrócił w stronę przepaści. Wlepił wzrok w spienioną fale na samym dole, w lasy, które unosiły wzgórza. Wreszcie spojrzał w niebo, na którym srebrzysty księżyc oświetlał okolicę wyjątkowym blaskiem. Myśląc o bólu, w wyniku uderzenia o ziemię, przesunął się jeszcze bliżej otchłani. Ściskając w dłoni krzyżyk, zrobił swój ostatni krok do przodu.



~~Tama. Następnego dnia.~~

- Nie żyje.- Poprawiając czapkę na spoconej głowie, porucznik odpowiedział na pytające spojrzenie inspektora.

- To widzę, a teraz chcę wiedzieć, dlaczego.

- Zapewne to był jeden z tych zrozpaczonych nastolatków, którym rodzice odcinają Internet. A może zostawiła go dziewczyna, albo chłopak. - Powiedział z nutą krytycyzmu.- Nie widać żadnych zadrapań, które często występują u ofiar broniących się przed upadkiem. Więc z pewnością to samobójstwo.

- Wyjaśni nam to sekcja zwłok, a co z świadkami?

- Nie było nikogo, wszyscy jego znajomi mają alibi. Rodzice powiedzieli, że czasami wychodził na imprezy, więc się nie martwili do czasu, aż nie wrócił następnego dnia na obiad.

- Kto go znalazł?

- Strażnik, który przyjechał na obchód.

- Dobrze, w takim razie spiszcie raport i niech on wyląduje na moim biurku.

- Aha, inspektorze, jeszcze jedno. W jego dłoni znaleźliśmy krzyżyk.

Pan „władza” wsiadł do swojego auta. Gdy tylko zobaczył w lusterku ostatni radiowóz, spojrzał na boczne siedzenie, na którym leżał krzyżyk zapakowany w przezroczystą torebkę. Widać było, że nowe metody badania miejsca zbrodni dawały rezultaty. Jakby samobójstwo było zbrodnią. Prowadząc jedną ręką, drugą odpalił papierosa, którego rozkoszny dym wypełnił płuca. Jeszcze raz spojrzał na dowód i wysypał go z woreczka. Obracając w palcach, przyglądał mu się z wrodzoną ciekawością. Nie był to zwykły krzyż z Chrystusem. Nie był też zrobiony z byle gówna, raczej opisując go, w raporcie powinno się użyć słowa „kamień”. Dokładnie ten sam, z którego była zbudowana tama. Po przetarciu kciukiem jednej strony zauważył też inicjały K.M.

- O kurwa…



Uderzenie w nadjeżdżające auto było jak błyskawica. Nie zdążył się pożegnać z nikim bliskim. Nie zdążył skończyć ostatniego papierosa. Nie przepłynęło przez niego całe życie, nim je zakończył.

- Jak to możliwe? Przed chwilą jeszcze tu był, rozmawialiśmy o tym dzieciaku, wsadził dupę w auto i odjechał.- Porucznik był lekko przestraszony tym, co przed chwilą usłyszał. Śmierć detektywa była dla niego szokiem. Wiedział, że to na nim spocznie zbadanie tych dwóch spraw. Do tej pory jego największym sukcesem było odkrycie, kto próbował się włamać do monopolowego. Milczenie przerwało kolejne zdanie usłyszane w słuchawce.

- Świadkowie twierdzą, że zjechał na przeciwległy pas ruchu bez żadnego powodu. Dopiero śledztwo wykaże, co było przyczyną zgonu.

Wszystkie rzeczy osobiste, znalezione w samochodzie, zostały złożone do jednej torby i podpisane imieniem i nazwiskiem inspektora. Torba leżała przy jego zwłokach. Wśród kluczy, portfela, okularów i jeszcze kilku drobiazgów nie było jednak krzyżyka.





~~Ścieżka prowadząca do tamy. Kilka tygodni później.~~

- Widzisz, mówiłem, że spacer nam dobrze zrobi. – Uśmiechnięty i lekko zdyszany przemówił po kilkunastu minutach wycieczki do mniej zadowolonej żony.

- Ty i ten Twój cały nartołoking… - odpowiedziała z przekąsem.

- Nordickwalking, skarbie - poprawił ją.

- Obojętnie. Zamiast oglądać moje seriale, szwendam się po tych górach. Po prostu niebo dla… - Jej głos zawiesił się, nie kończąc zdania.

- …sylwetki, więc nie marudź. – Mąż dopiero po chwili zauważył, jak jego ukochana zatrzymała się i nerwowo rozglądała.

- Gdzie jest Max?

- Pewnie ugania się za królikami czy czymś tam. - Z początku nie przejął się, lecz dla pewności postanowił go zawołać. - Max!

- Max!!!

- Biegnie i jak zwykle coś niesie w pysku.

Ale Max nie dobiegł do właścicieli. Kilkanaście metrów od nich oberwał od rozpędzonego jelenia. Dostał porożem prosto w żebra. Przelatując trzy metry, zatrzymał się na kamiennej ścieżce. Jeleń stanął i spojrzał na małżeństwo. Po nogawce przerażonej kobiety spłynęły krople moczu. Zwierzę zatrzymało wzrok na nich jeszcze chwilę. Jakby zastanawiało się, czy ma zaatakować właścicieli. Czarne oczy, wlepione prosto w nich, nie wyrażały niczego. Ten moment trwał dla nich wiecznie. Jeleń otrząsnął się i jeszcze raz spojrzał na parę oddaloną zaledwie o kilka drzew. Tym razem jego wzrok był inny. Po czym dwoma susami znalazł się z powrotem w lesie. Mąż kobiety natychmiast podbiegł do psa i ukląkł przed nim. Nie widział, że jego blada żona nie mogła się ruszyć z miejsca. Krew wciąż wylewała się z pyska Maxa, lecąc pod stopy kobiety. Właściciel czworonoga zauważył, jak krew przemywa kawałek kamienia, który pies trzymał w swojej szczęce. Był to krzyż. Wziął go w swoje palce i przecierając, zauważył inicjały. Schował go do kieszeni i, po raz pierwszy od momentu ataku jelenia na psa, zobaczył, że jego żona wciąż stoi nieruchomo ze wzrokiem utkwionym w las.

- Doktorze, jak mogę jej pomóc? - pytał mąż. W oczach było widać łzy.

- To my musimy pomóc, podaliśmy sporą dawkę leków uspakajających. Ale to jeszcze potrwa, nim wróci do normy. O ile wróci.

- Jak to?

- Takie wydarzenia mogą wpłynąć na człowieka powodując trwałe zmiany w psychice.

- Trwałe? To oznacza, że może z tego nie wyjść?

- Niestety tak. Leczenie trwa bardzo długo, czasami są to lata…

Nim lekarz zdążył skończyć zdanie, kobieta, która była wpatrzona w ścianę, obróciła się w ich stronę. Patrząc na męża, poprosiła o to, by wrócili do domu. Spokojnym głosem powiedziała iż czuje się dobrze, że to był tylko szok i nie czuje potrzeby pozostania w tym miejscu ani chwili dłużej. Mąż oczywiście z przyjemnością wysłuchał jej prośby i podpisał dokument potwierdzający wypis ze szpitala.

Pielęgniarka szturchnęła lekko lekarza w ramię, który, zapatrzony w szybę szpitalnego okna, obserwował małżeństwo wsiadające do samochodu.

- A ty co tak się gapisz? - spytała.

Lekarz ocknął się i odpowiedział.
- Podałem jej taką dawkę środka uspakajającego, że nie powinna wykrztusić z siebie ani słowa, a ona się uśmiechała, rozmawiała i wyszła stąd o własnych siłach.



~~Dom małżeństwa. Noc.~~

- Kochanie, musisz odpocząć. Połóż się, a ja ci zrobię filiżankę kawy. Kupiłem Twoją ulubioną, Jacobs.

- Nie muszę odpoczywać.

- Jest środek nocy. A ty siedzisz na balkonie i gapisz się w ten cholerny księżyc. Wiem, że to wydarzenie wywołało u ciebie szok, ale tak nie można. Może odwiozę cię do szpitala?

Wyszedł na balkon i stanął między nią, a poręczą, zasłaniając srebrzystą kulę. Włożył dłoń do kieszeni spodni i wyczuł kamień. Dopiero teraz przypomniał sobie o nim. Wyjął go i obracał w palcach milcząc. Ich wzrok się spotkał. Ze strachem uświadomił sobie, że przeszywa go to samo uczucie którym obdarował ich ten dziki zwierz wcześniej tego samego dnia. Nim zdążył wykonać jakikolwiek ruch, ona wstała i popchnęła go z nie wyobrażalną siłą. Nie złapał się barierki. Nie spadł też tak, by złamać sobie obojczyk. Złamał sobie kark.



~~Cmentarz. Kilka dni później.~~

Znów padał deszcz. Ceremonia pogrzebowa odbyła się tradycyjnie. Obok szeregu nieznanych ludzi, którzy składali kondolencje stała wdowa. Smutne twarze ukryte były pod parasolami. Podchodzili pojedynczo składając kondolencje. W myślach jednak mieli tylko to, by jak najszybciej wyjść z tego błota. I nie musieć patrzeć na niewzruszoną minę wdowy. Ksiądz oczywiście zrobił to pierwszy i odszedł, by nie poplamić sobie nowej pary świecących lakierków. Gdy wszyscy odeszli, uklękła. Jakby na chwilę wybita z amoku, rozglądnęła się wokół siebie. Spojrzenie kobiety utkwiło w ostatnim punkcie, nim zaszkliły się od miliona łez. Zobaczyła obok świeżego nasypu ziemi pokryty w całości mchem i przysypany liśćmi krzyż z kamienia. Był przytwierdzony do płyty która miała małą szparę. Oczy z niebieskiego przybrały barwę o wiele ciemniejszą, bliską czerni. Swoimi nienagannymi paznokciami poczęła zdrapywać soczysty mech. Aż do momentu ukazania się inicjałów M.K.

Z jej ust wydobył się męski głos:

- Oddałem ich dusze diabłu, byś mogła zaznać nieba. Żegnaj maleńka.

Wrzuciła krzyżyk w szczelinę.
Źródło: Tama
Oceń:
3
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!