Pomoc dla odchudzających się

Dodane przez: angie, 18.07.2014, 13:09
Reklama:
Nigdy nie byłam gruba. Wręcz przeciwnie – jako mała dziewczynka byłam chuda jak patyk. Jak większość małych dziewczynek zresztą. Ale to i tak niezmiernie i ostentacyjnie dziwiło tę wredniejszą część mojej rodziny. „Ale chudzina!”, „Ty żyjesz, dziecko?!”, „Zaraz znikniesz!”. Kiedy teraz o tym pomyślę, nie mogę uwierzyć, że kiedyś moim marzeniem było przytyć. Chociaż z drugiej strony, po wielkim śniadaniu, kanapkach, batonach, chipsach w szkole i pełnym talerzu maminego obiadu szłam bawić się i biegać z kolegami i koleżankami do samego wieczora. Może to było przyczyną mojej szczupłej sylwetki? A może, jak to się mówi, „geny” albo dobra przemiana materii? Zresztą, nieważne. Która dziewięcio- czy dwunastolatka myśli o dbaniu o figurę? Przyjaciele, zabawa, dobre oceny – to się wtedy dla mnie liczyło. I tak było aż do gimnazjum, kiedy zaczyna się nieprzyjemny okres dojrzewania. Figura się zmienia. Powiedzielibyście, że na lepsze, ale oprócz pojawienia się wcięcia w talii czy biustu, zaokrąglają się też biodra i uda. I pewnie nawet bym tego nie zauważyła, gdyby nie kolega z klasy niżej.
- Ale balerony! – krzyknął na całą salę gimnastyczną. Nie zrozumiałam go wtedy.
- Co powiedziałeś? – Stanęłam jak wryta w swoich krótkich spodenkach do w-fu.
Uśmiechnął się pod nosem.
- Nic. Tylko to, że masz grube nogi.

I od tego czasu skończyła się radość z jedzenia i lekcji w-fu. Teraz ciężko mi uwierzyć, jak bardzo wpłynęła na mnie opinia jednego człowieka. Ale cóż, byłam tylko dzieckiem. Liczenie kalorii, diety, z których rezygnowałam po dwóch dniach przez głód, którego nie umiałam pokonać, ćwiczenia... Nic mnie nie satysfakcjonowało. Patrząc w lustro, umierałam. To nie była anoreksja – nigdy się nie głodziłam – ale czasem zdawałam sobie sprawę, że to nie jest normalne.

Jednym z moich sposobów „dobijania się” było oglądanie w Internecie chudych kobiet. Któregoś dnia przez przypadek trafiłam na artykuł o anorektyczkach. Miałam wtedy 20 lat. Przeglądając komentarze, rzucił mi się w oczy jeden, dość specyficzny. „Nie musisz tego robić. Wystarczy poprosić!” – napisał ktoś o nicku „PoMOCNY”. Obok sloganu – link. Wyglądało to jak jakaś dziwna reklama, ale czy zaszkodzi sprawdzić?

Link był adresem strony promującej terapię pana PoMocnego, który zajmował się hipnozą. Tło witryny było dość... nietypowe: składało się na różne wersje słowa „POPROŚ!” – pionowe, poziome, wielkie, małe, na ukos – na jaskrawo różowym tle. „Witajcie!!!” – zaczynał się tekst o jakże zaskakującym tytule „POPROŚ!” – „Od dzisiaj jestem WASZYM PRZYJACIELEM! To ja jestem Pan PoMOCNY! Gdy wszyscy inni was opuszczą, ja zostanę z wami DO KOŃCA! Kiedy inni odmawiają wam pomocy, przyjdźcie do mnie! Chcecie być szczupli? Chcecie być chudzi? A może chcecie być przezroczyści? To wszystko zagwarantuję wam ja, Pan PoMOCNY!!! MUSICIE jedynie POPROSIĆ!”

Pod tekstem wielkimi literami znajdował się adres e-mail. „Co mi szkodzi?”, pomyślałam znowu. Napisałam więc zwięzłego maila, informującego, że chciałabym zapisać się na jego terapię, zapytałam o cenę, pozdrowiłam, bla bla, podpisałam się.

Czekałam niecierpliwie 2 tygodnie. I nic się nie stało. Pan PoMocny nie odpisał. Przejrzałam jeszcze raz jego stronę – może gdzieś był jakiś haczyk? Może trzeba najpierw wysłać pieniądze? I nagle coś mnie tknęło. Napisałam maila jeszcze raz, tyle, że tym razem z tematem „Proszę”. „Witam, Panie PoMocny, chciałabym prosić Pana o zapisanie mnie na terapię. Proszę.” Byłam w szoku, kiedy odpowiedź otrzymałam w następnej minucie. „Witaj!!! Twoja gorąca prośba została wysłuchana, kolejna zabłąkana duszyczko! Do tej pory kroczyłaś samotnie przez tę wrogą pustynię życia, ale od teraz jest przy tobie Pan PoMOCNY! Terapia rozpoczyna się JUŻ za CZTERY TYGODNIE! Dokładna data i adres poniżej! Zaproś przyjaciół! WIELU przyjaciół! Do zobaczenia!”

Dobra... Ten pan PoMocny to jakiś świr. Albo po prostu tak bardzo kocha ludzi... Nieważne. Nie zaprosiłam żadnych przyjaciół, bo nikt nie wiedział o mojej obsesji na punkcie idealnej figury. Niecały miesiąc od przeczytania maila powiedziałam mamie, że jadę z koleżankami do kina i wybrałam się pod wskazany adres. Budynek był trochę inny, niż się spodziewałam. Zwykła, szara kamienica, nad drzwiami do klatki schodowej duży plakat z napisem „Pan PoMOCNY”. I tyle. Nigdzie szyldu „Super – terapia odchudzająca” albo „Hipnotyzer, który czyni cuda”. Pomyślałam, że pewnie jeździ od miasta do miasta, a skoro już przejechałam tutaj taki kawał drogi, to przecież się w ostatniej chwili nie wycofam.

Mieszkanie na ostatnim piętrze, drzwi otwarte. Już od wejścia dobiegły mnie rozmowy. Dość duży pokój, a w nim około piętnaścioro ludzi. Grubi, otyli, z lekką nadwagą, bez nadwagi, ale też było kilka dziewczyn i jeden chłopak, którzy wyglądali, jakby uciekli z obozu koncentracyjnego. Jedni patrzyli na nich z przerażeniem, inni z wrogością, jeszcze inni zastanawiali się pewnie, czy dobrze trafili, bo tamci młodzi, chudzi ludzie potrzebowali raczej przymusowego dokarmiania, aniżeli odchudzania. Przywitałam się, usiadłam na jednym z ustawionych w półokrąg krzeseł i rozpoczęłam rozmowę z siedzącym obok chłopakiem. Wkrótce nadszedł i on – pan PoMocny. Wyglądał dziwacznie. Był trochę podobny do klauna. Miał mały, kolorowy kapelusz, zielone spodnie, czerwoną koszulę i czarny krawat, który w ogóle nie pasował do reszty. A tym, co skutecznie odwracało uwagę od jego stroju, była sylwetka. Pan PoMocny był przeraźliwie chudy. Michael Jackson byłby przy nim grubasem.
- Witajcie, dzieci!!! – wykrzyknął radośnie. Zbyt radośnie. – Moje dzieci!!! Nie wiecie nawet, jak się cieszę, że was widzę!
- Dzieci?... – szepnęłam do nowo poznanego kolegi.
- Oj, daj spokój, pewnie chce nas zjednoczyć w walce czy coś. Albo pokazać, że jest naszym mentorem w odchudzaniu. – Chłopak, jak widać, był bardzo zdeterminowany w pokonaniu swojej nadwagi.
- Właśnie dziś, właśnie teraz, rozpocznie się wasza wędrówka ZE MNĄ, która zakończy się NASZYM pełnym, zasłużonym SUKCESEM! Wszyscy POPROSILIŚCIE mnie o pomoc, więc wam pomogę! Wasze PROŚBY zostały wysłuchane! – kontynuował ten cudak, akcentując wyraźnie wybrane słowa. – Na pewno spotkaliście już na swojej drodze fałszywych przyjaciół, wciskających wam nic nie warte herbatki odchudzające! Z pewnością słyszeliście, że nie dacie rady schudnąć – Tu spojrzał na grubszych gości. – lub tego nie potrzebujecie – Nie jestem pewna, ale chyba popatrzył prosto na mnie. – albo nawet, że musicie jeść więcej i zgłosić się do specjalisty! – Zerknął na anorektyków. - Posłuchajcie mnie, dzieci! Bardzo uważnie! TO NIEPRAWDA! Nieprawda, że nie dacie rady! Nie myślcie, że tego nie potrzebujecie! Nie wierzcie, że jesteście za chudzi! – Złapał rękę przeraźliwie chudego chłopaka i mocno nią potrząsnął, tak, że tamten mało nie spadł z krzesła. Mimo tego on i jego koleżanki wpatrywali się w pana PoMocnego z uwielbieniem. – Najważniejsze jest to, co sami o sobie myślicie! To SOBIE macie się podobać, nie innym ludziom! Jeśli chcecie być chudsi, chudnijcie! Chociażby cały świat mówił wam, że wyglądacie jak szkielety, chudnijcie! Bo to wszystko z zazdrości! CHUDNIJCIE! ZE MNĄ!!!

Rozległy się gromkie brawa większości obecnych. Byłam trochę przestraszona. Ok, koleś chce pomagać ludziom z nadwagą, to świetnie, ale wmawiać anorektykom, że powinni schudnąć? Przecież to absurd.
Pan PoMocny śmiał się, aż brawa zaczęły stopniowo cichnąć.
- A teraz proponuję, żebyśmy wszyscy się sobie przedstawili! Bądźmy jedną rodziną! SZCZĘŚLIWĄ rodziną!!!
„Jak w AA.”, pomyślałam.

- Kiedy już się wszyscy doskonale znamy, pora na TERAPIĘ! – Aż podskoczył z podekscytowania i mogłabym przysiąc, że pociekła mu ślinka. – Jak już wiecie, jestem hipnotyzerem. Zaraz rozpoczniemy hipnozę, ale nie macie się czego bać! To nic strasznego! A do tego sami zdziwicie się efektami! Będziecie jeść to, co zwykle, dużo czy mało, zdrowo czy niezdrowo, a wasze ciało będzie traciło na wadze! To niesamowite, prawda?!
- Ile kosztuje jedna terapia? – spytałam. Pozostali patrzyli na mnie, jakby wyrwani z transu. Moje pytanie chyba sprowadziło ich na ziemię.
- Moje dzieci!!! – Tym razem PoMocny nie spojrzał na mnie ani razu. – Nie jestem tu po to, żeby wyciągać od was pieniądze! Jestem tu po to, by wam pomóc! Pieniądze nie dają szczęścia, droga dziewczynko, dziecko moje! – Wiedziałam, że mówił do mnie, jednak nie patrzył na mnie. – Szczęście daje TYLKO I WYŁĄCZNIE zadowolenie z siebie! Ze swojego wyglądu, który za kilka terapii stanie się cudowny! Kiedy pomagasz innym, sam stajesz się MOCNY! Zapamiętaj to, drogie dziecko! Ale koniec już tego gadania, zaczynajmy!!! Czy jesteście gotowi na swoją wspaniałą przemianę?!

Większość zawzięcie pokiwała głowami, z ust niektórych wyrwało się ciche, lecz gorączkowe „tak””.

Byłam pewna, że zaraz wyjmie jakieś wahadełko, pomacha nam tym przed oczami, część zahipnotyzuje, a druga część się zniechęci i będzie po terapii. Tymczasem pan PoMocny włączył dziwną muzykę i polecił nam rozsiąść się wygodnie, a następnie zrelaksować się i zamknąć oczy. Ta skrzecząca piosenka tylko przeszkadzała w rozluźnieniu się, ale ledwo zamknęłam oczy, już spałam.

I to były najgorsze chwile mojego życia. Wszystkie złe sytuacje, które kiedykolwiek mi się przydarzyły, wróciły w snach z podwójną siłą. Patrzyłam, jak tuż obok mnie przebiega mój ukochany kot z dzieciństwa, a zaraz potem kilka centymetrów ode mnie przejeżdża samochód i go potrąca. Oczywiście, tak w rzeczywistości nie było – wypadek zdarzył się na drodze, ja bawiłam się na trawniku – jednak widocznie dzięki panu PoMocnemu mogłam to przeżyć jeszcze raz z dużo bliższej odległości. Patrzyłam, jak opony miażdżą mojemu dawnemu kotu czaszkę, jak oczy wybuchają mu z oczodołów wraz ze strumieniami krwi, jak jego łapki leżą pod dziwnym, nienaturalnym kątem i przeżywałam ten koszmar jeszcze raz, jeszcze wyraźniej. Padłam na kolana przed moim najlepszym przyjacielem z dzieciństwa i zaczęłam ryczeć. Zakryłam twarz dłońmi, a kiedy spojrzałam znowu, nie byłam już na ulicy, tylko na drzewie. Znałam tę okolicę – to było gospodarstwo mojej babci, w którym kiedyś złamałam sobie rękę. Zdziwiona i przestraszona odchyliłam się odruchowo i, a jakże, spadłam. Tylko, do cholery, nie pamiętałam, że to złamanie tak bolało. I nie przypominam sobie, żeby złamana kość przecięła skórę i to na tyle, żebym mogła ją zobaczyć w całej okazałości. Podniosłam zranioną rękę, która zadyndała jak u szmacianej lalki, sprawiając mi jeszcze potworniejszy ból, i wtedy otworzyłam oczy. Rozejrzałam się szybko, pierwszy raz dzisiaj czując ulgę, że nadal jestem w mieszkaniu PoMocnego, a nie pod drzewem, gdzie mogłam pooglądać sobie moją połamaną kość.
- I jak się spało?! – roześmiał się gospodarz. – Mieliście miłe sny? Mam nadzieję! To koniec pierwszych zajęć! Do zobaczenia jutro o tej samej porze!

Pomachał nam i już go nie było. Rozejrzałam się nieprzytomnie. Ludzie wyglądali na dość zszokowanych, pewnie śniły im się podobne rzeczy. Nie zastanawiając się długo, wstałam i jak najszybciej wyniosłam się stamtąd, postanawiając sobie, że już nigdy tu nie wrócę.

Następnego ranka, jak co dzień, stanęłam na wadze. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom! Od wczoraj schudłam dwa kilo! Natychmiast zapomniałam o moim postanowieniu. Nieważne są koszmary, jeśli to daje takie efekty! Zresztą, może złe sny to tylko efekt uboczny pierwszej „hipnozy”? A może to przypadek, że przyśniły mi się akurat wtedy?

Popołudniu znów byłam w mieszkaniu pana PoMocnego. Widać było niemałe poruszenie – wszyscy dzielili się ze sobą liczbą zgubionych kilogramów.
- Cztery kilo, rozumiesz, dziewczyno? Cztery kilo! Tyle straciłem od wczoraj! – wykrzyczał mi do ucha mój niedawno poznany kolega. – No czy to nie wspaniałe?
- Faktycznie, to świetnie! – przyznałam mu rację. – Gość jest dobry w tym, co robi.
- Dobry? Dobry?! Jest genialny! Jeśli schudnę do dziewięćdziesięciu kilo, sam mu wcisnę ze dwie stówy, nawet jeśli nie będzie ich chciał!
- Witajcie ponownie, moje dzieciątka!!! Humorki dopisują, jak widzę! Ile moje słoneczka straciły już na wadze?

Nastąpiło przekrzykiwanie się zebranych gości, jedynie najchudsi siedzieli cicho. Bo też ile mieli stracić i z czego? Czym byłoby ich, może, pół kilo, przy pięciu kilogramach najgrubszego uczestnika?
- A zatem, nie traćmy czasu! Zaczynamy drugą część terapii!!!

Włączył muzykę, zamknęłam oczy i natychmiast znalazłam się na znajomej jezdni. Jęknęłam na myśl o przeżywaniu koszmaru z dzieciństwa kolejny raz – lecz tym razem nic koło mnie nie przebiegło. Poczułam jedynie, jak jakiś kot łasi się do moich nóg i zadrżałam, kiedy zobaczyłam, że to mój obecny pupil, który przecież teraz powinien być w moim rodzinnym domu, siedzieć między moimi rodzicami i głośno mruczeć pod ich głaszczącymi go dłońmi. Przeraziłam się nie na żarty, chciałam go wziąć na ręce, by nie powtórzyła się sytuacja z przeszłości, jednak nie mogłam się ruszyć; nie byłam w stanie kiwnąć palcem, a co dopiero schylić się po zwierzątko. I tak oto powtórzyło się wszystko. To samo miejsce, samochód, gałki oczne wypchnięte przez krew wylewającą się z oczodołów – tylko kot nie ten sam. Tym razem to był mój obecny najlepszy przyjaciel, przy którego mruczeniu zasypiałam co noc od dziesięciu lat. Pomyślałam, że może jeśli zakryję twarz dłońmi, tak jak zrobiłam to wczoraj, to ucieknę od tego koszmaru (wolałam już przeżywać kolejny raz złamanie kończyny, niż patrzeć na zwłoki mojego kota), ale jak miałam to zrobić, kiedy stałam jak sparaliżowana? Zacisnęłam więc z całej siły oczy – jedyny ruch, jaki mogłam wykonać –, a kiedy je otworzyłam, nie siedziałam na drzewie. Ja już z niego spadałam. Tylko, cholera, ile można spadać z jabłoni?! Gruchnęłam mocno o ziemię i mimo jeszcze gorszego bólu, niż wczoraj, spojrzałam w górę. Drzewo na pewno nie było jabłonią. Kasztan? Dąb? Pieprzony baobab?! Co to ma być? Większe niż stodoła, gruby pień, a pod nim ja – z nie tylko złamaną ręką, ale i obiema nogami i pozbawiona większości paznokci, zamiast których widniały tylko czerwone źródła wycieku krwi.

Otworzyłam oczy. Pan PoMocny patrzył na nas z zaciekawieniem i wyszczerzał wszystkie zęby w szerokim uśmiechu. Teraz byłam naprawdę przerażona. Co jest z tym gościem nie tak?! Ma w drugim pokoju jakieś zioło, z którego robi ognisko, żebyśmy mogli wdychać dym i potem mieć sny narkotyczne?
- No to do jutra, dzieci drogie! – zapiszczał PoMocny. – O tej samej porze!!!

Tego dnia schudłam trzy kilo. Przez dwa dni straciłam na wadze pięć kilogramów. Tak, to było świetne. Ale nie do końca. Fakt, było po mnie widać, że jestem szczuplejsza, ale fałdki tłuszczu nie zniknęły. Były takie same jak przez schudnięciem. Ja natomiast miałam dużo mniej siły. Postanowiłam zrezygnować z terapii pana PoMocnego, jednak mój nowy kolega (z którym wymieniłam się numerami telefonów) namówił mnie na jeszcze jeden seans. Jeśli nie po to, żeby schudnąć, to chociaż żeby się z nim pożegnać (mieszkamy dość daleko od siebie, poza tym nie miałam już zamiaru utrzymywać kontaktu z nikim, kto kojarzył mi się z panem PoMocnym).

Kiedy przyjechałam pod kamienicę, zobaczyłam jedną z tych bardzo chudych dziewczyn, które uczęszczały na terapię. Stała przed drzwiami i płakała. Wysiadłam z samochodu, pobiegłam do niej i zapytałam, co się stało.
- Przyjechałam... Bo chciałam powiedzieć panu PoMocnemu... No i wam... – chlipała. – Że Anita... Wiesz, moja koleżanka... Ta z czarnymi włosami... No to ona... No... No nie żyje... – rozpłakała się jeszcze bardziej.
- Jak to nie żyje? – spytałam głupio.
- Nie żyje! – Spojrzała na mnie z bólem. – Zmarła wczoraj... Popołudniu....
- Zagłodziła się? – rzuciłam i od razu pożałowałam swoich słów.

Dziewczyna spojrzała na mnie z pogardą.
- Anita się nie głodziła. Jadła niewiele, ale nie chciała umrzeć. Nie chciała, żeby rodzina za nią tęskniła, nie chciała, żeby... Żeby... Cierpieli... – Znowu zaczęła szlochać. – Lekarz stwierdził, że przyczyną... Przyczyną... Zgonu... Było zatrzymanie akcji serca. Tak jakby jej serce nagle zmalało, osłabło i przestało bić! Rozumiesz? – Rzuciła mi się w ramiona, mimo że znała mnie zaledwie trzeci dzień. Poczułam się niezręcznie, jednak przytuliłam ją, a potem zaprowadziłam na górę. Mój nowy kolega już tam był, tak samo jak Pan PoMocny, ponieważ przez rozmowę na dole trochę się spóźniłyśmy. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Pan PoMocny nadal miał swoją czerwoną koszulę, obciął jej jednak rękawy, ukazując swoje umięśnione ramiona. Gdzie się podział ten biedny, wychudzony człowieczek, który 2 dni temu ledwie trzymał się na swoich patykowatych nóżkach?

I wtedy zrozumiałam wszystko.
- Ty gnoju – szepnęłam, a że po naszym spóźnieniu zrobiło się ciszej, większość usłyszała moje słowa i z przerażeniem spojrzała na pana PoMocnego.
- Co tam szepczesz, moje dziecko? – PoMocny szczerzył się, jednak dostrzegłam w jego oczach cień niepokoju.
- Niedosłyszałeś? Ty gnoju! – wrzasnęłam. – Jesteś zwykłym oszustem! Przez ciebie zginęła dziewczyna!

Zaległa cisza. Wszyscy spoglądali to na mnie, to na gospodarza.
- Kochanie, nie rozumiem, o co ci cho...
- To oszust! – krzyknęłam tym razem do zgromadzonych uczestników. – Nie rozumiecie jeszcze, że to oszust?! Naprawdę nie dziwi was to, że bez najmniejszego wysiłku zgubiliście tyle kilogramów w dwa dni? A może nie zauważyliście, jak on się zmienił przez te dwa dni?! – Wskazałam ręką na pana PoMocnego. – Myślicie, że to możliwe, że po dwóch dniach ręce nie mieszczą mu się w rękawach? Spójrzcie na niego! – Wszyscy posłusznie spojrzeli na ręce pana PoMocnego. – A teraz spójrzcie na siebie! Zniknął wasz tłuszcz? Czy fałdy tłuszczu, które mieliście, zmniejszyły się? Nie! Bo spaliliście mięśnie! Wszystkie kilogramy, które straciliście, składały się na wasze mięśnie! Anita umarła, bo nie miała ich za dużo, więc ten świr ukradł jej... Jakkolwiek to brzmi, on zabrał kawał jej serca!
- Zamknij się już! – powiedział podniesionym głosem pan PoMocny.
- Serce też jest mięśniem, nie wiedzieliście o tym? A co z tą jego „hipnozą”?! Uważacie, że puszczając głupią muzyczkę, można kogoś zahipnotyzować?
- Powiedziałem: zamknij się!!! – wydarł się pan PoMocny. Uczestnicy patrzyli na mnie, teraz jednak w jeszcze większym szoku spojrzeli na niego.
- A gdzie się podziało „kochanie”?! – krzyczałam dalej, a łzy złości leciały mi po policzkach. – Gdzie są „drogie dzieci”? No gdzie?!
- PROSILIŚCIE o pomoc! – wrzasnął pan PoMocny. Nie było już śladu po jego dawnym uśmiechu. – PROSILIŚCIE, a JA was wysłuchałem!!! TYLKO ja! Sami tego chcieliście, WSZYSCY prosiliście! Błagaliście! NIEWDZIĘCZNICY! Dostaliście, czego chcieliście, a okazaliście jedynie NIEWDZIĘCZNOŚĆ! Pomogłem wam! A za pomoc należy się zapłata! ZAPŁATA! Pieniądze są nic nie warte! Nie warte nic!!! Liczy się tylko siła! Nieskończona siła! Niekończące się życie!!! – Zrzucił kapelusz z głowy i zaczął ciągnąć się za włosy, lecz niewielu z uczestników na to patrzyło, bowiem większość już dawno wybiegła z mieszkania, nie tyle przekonana moją dość szaloną teorią, ile przerażona prawdziwym obliczem pana PoMocnego.

Niewielu też przyszło na pogrzeb Anity. Po pogrzebie pojechałam z kolegą z „terapii” pod dom pana PoMocnego, jednak plakat zniknął. Drzwi do jego mieszkania też nikt nie otwierał – na pewno się wyniósł. Strona internetowa również zniknęła, jednak jestem pewna, że założy nową.

Tego wieczora położyłam się wcześniej, zmęczona pogrzebem, powrotem do kamienicy PoMocnego i rozmową do późna z kolegą z „terapii”. Mimo tego nie mogłam zasnąć, ponieważ mój kot nie przyszedł wymruczeć mi do ucha swojej kołysanki. Odwróciłam się na drugi bok i o mało nie dostałam zawału serca, kiedy poczułam, jak ktoś zatyka mi usta dłonią i unieruchamia.
- Witaj, moje dziecko. – Usłyszałam głos, którego nigdy więcej nie chciałam usłyszeć. – Prosiłaś o pomoc, dobrze pamiętam? Zgoda, pomogę ci, schudniesz dużo więcej niż chciałaś, ale zobaczmy najpierw, co też może ci się przyśnić...
Źródło: głowa ;)
Oceń:
26
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!