PENPAL - BALONY cz. 2

Dodane przez: białadama, 4.12.2012, 04:33
Reklama:
Spis części:
1: http://straszne-historie.pl/story/780
2: http://straszne-historie.pl/story/781
3: http://straszne-historie.pl/story/2600
4: http://straszne-historie.pl/story/2601
5: http://straszne-historie.pl/story/2602
6: http://straszne-historie.pl/story/2603

Kilku z was zadało mi pytania, przez które byłem zaciekawiony szczegółami z mojego dzieciństwa. Dlatego poprosiłem mamę o rozmowę. Kiedy usłyszała moje pytania, powiedziała:
- Dlaczego nie opowiesz im o pieprzonych balonach skoro są tacy ciekawi.
Jak tylko wypowiedziała te słowa, przypomniało mi się sporo rzeczy z dzieciństwa.

Kiedy miałem pięć lat, chodziłem do szkoły podstawowej, która skupiała się na nauce poprzez zabawę. Była częścią programu stworzonego dla dzieci, aby mogły rozwijać się we własnym tempie. Każdy nauczyciel musiał sam przygotować sobie plan, według którego będzie nauczał. Miał wymyślić sposób, w jaki będzie prowadził wszystkie lekcje. Tematy nazywały się „grupy”. Była grupa „kosmiczna”, grupa o nazwie „Ziemia” i grupa, do której ja należałem – „wspólnota”.
W szkole nie nauczyłem się wiele poza wiązaniem butów i dzieleniem się z innymi. Pamiętam dobrze tylko dwie rzeczy: byłem najlepszy w pisaniu swojego imienia bezbłędnie i w „Balonowym Projekcie”, który miał pokazać nam, jak działa wspólnota na podstawowym poziomie.
Pewnego piątku (pamiętam, że to był piątek, bo byłem podekscytowany projektem zaplanowanym na koniec tygodnia) na początku roku, weszliśmy rano do klasy i zobaczyliśmy, że do każdego biurka przywiązany był balon. Na każdej ławce leżał też długopis, marker, kartka papieru i koperta. Mieliśmy napisać list na kartce, włożyć go do koperty i przywiązać do balonu. Mogliśmy coś narysować, jeśli nie chcieliśmy pisać. Większość dzieciaków zaczęła kłócić się o balony, bo były w różnych kolorach, ale ja od razu zacząłem sporządzać notkę.
Musieliśmy stosować się do pewnych zasad w liście, ale pozwolono nam na pewną kreatywność. Moja notka wyglądała mniej więcej tak: „Cześć. Znalazłeś mój balon! Mam na imię [imię] i chodzę do szkoły imienia.................... . Możesz zatrzymać sobie ten balon, ale mam nadzieję, że do mnie napiszesz! Lubię oglądać filmy, budować forty, pływać i bawić się z kolegami. Co ty lubisz? Napisz do mnie szybko. W kopercie masz dolara na znaczek!” Na dolarze napisałem: „NA ZNACZEK”. Moja mama uważała, że nie musiałem tego robić, ale wydawało mi się to świetne.
Nauczyciel zrobił każdemu z nas zdjęcie z balonem i kazał włożyć je do koperty razem z listem. Dołączono także jeszcze drugi list, który zapewne wyjaśniał naturę projektu i zachęcał do odpisania na nasze listy i wysłania nam zdjęcia swojej okolicy lub szkoły. Taki był cel projektu – zbudować poczucie wspólnoty bez wychodzenia ze szkoły i nawiązać bezpieczny kontakt z innymi ludźmi.
Przez kolejne kilka tygodni zaczęły przychodzić listy. Większość zawierała zdjęcia różnych krajobrazów, które nauczyciel zawieszał na tablicy z dopiskiem, jak daleko doleciał dany balon. Wydaje mi się, że to był dobry pomysł, bo chodziliśmy do szkoły bardzo chętnie, żeby zobaczyć, czy dostaliśmy list. Przez cały rok, jeden dzień w tygodniu był poświęcony odpisywaniu na te listy, lub na listy kogoś innego jeśli nie otrzymaliśmy jeszcze swojego.
Mój list przyszedł jako jeden z ostatnich. Kiedy wszedłem do klasy, spojrzałem na swoją ławkę i z zawodem zauważyłem, że nie ma na niej listu. Ale kiedy usiadłem, nauczyciel podał mi kopertę. Musiał widzieć, jaki byłem podekscytowany, kiedy ją otwierałem, bo położył rękę na moim ramieniu i powiedział:
- Proszę, nie smuć się.
Nie rozumiałem, o co mu chodziło – dlaczego miałbym być smutny skoro w końcu otrzymałem swój list? Przecież nie mogła nawet wiedzieć, co było w środku. Ale po chwili zdałem sobie sprawę, że nauczyciele na pewno wcześniej sprawdzali koperty, żeby dzieci nie otrzymały czegoś nieodpowiedniego. Ale mimo to – dlaczego miałbym być rozczarowany? Zrozumiałem, kiedy otworzyłem kopertę.
W środku nie było listu.
Jedyną rzeczą w kopercie było zdjęcie, ale nie wiedziałem do końca, co się na nim znajduje. Wyglądało jak zdjęcie skrawka pustyni, ale było zbyt niewyraźne, bym mógł być tego pewny. Nie było adresu zwrotnego, więc nie mogłem nawet odpisać. Byłem załamany.
Minął jakiś czas i listy przestały przychodzić. Każdy, włącznie ze mną, przestał interesować się nimi prawie całkowicie. Wtedy otrzymałem nową kopertę.
Poje podekscytowanie było nie do opisania, spotęgowane, że teraz już nikt nie otrzymywał listów, a ja tak. Drugi list miał sens – w pierwszym było niewyraźne zdjęcie, więc ktoś po prostu chciał to wyjaśnić. Ale znowu nie było listu w kopercie, tylko kolejne zdjęcie.
To było mniej rozmazane, ale wciąż go nie rozumiałem. Fotograf skierował aparat w górę uchwycając róg budynku, ale resztę zdjęcia wypełniał odblask słońca.
Ponieważ balony nigdy nie odlatywały zbyt daleko i ponieważ wszystkie były wypuszczone tego samego dnia, na tablicy zabrakło miejsca i pozwolona nam zabrać zdjęcia do domów. Mój najlepszy kolega, Josh, miał najwięcej zdjęć po mnie, bo jego balon trafił do fajnej osoby, która zrobiła zdjęcia całej swojej okolicy. Zabrał do domu cztery fotografie.
Ja zabrałem prawie pięćdziesiąt.
Wszystkie koperty zostały otwarte przez nauczyciela, ale po jakimś czasie przestałem nawet patrzeć na te zdjęcia. Mimo to zostawiłem je sobie w jednej z szuflad, w której trzymałem moją kolekcję kamieni, kart z komiksów i miniaturowe kaski graczy rugby. Inne rzeczy zaczęły zaprzątać moją głowę.

Moja mama na święta podarowała mi maszynę do robienia śnieżek, która strasznie spodobała się Joshowi. Męczył swoich rodziców tak długo, aż kupili mu trochę lepszą na urodziny, które miał pod koniec roku szkolnego. Tamtego lata wpadliśmy na pomysł, że zaczniemy sprzedawać śnieżki i zarobimy na tym fortunę. Josh mieszkał w innej okolicy, ale ostatecznie zdecydowaliśmy, że zaczniemy sprzedać koło mojego domu, ponieważ mieszkało tu więcej ludzi, którzy spędzali dużo czasu na zewnątrz.
Sprzedawaliśmy śnieżki przez około pięć tygodni, kiedy mama kazała nam przestać.
Dopiero niedawno zrozumiałem, dlaczego.
W piątym tygodniu Josh i ja liczyliśmy nasze pieniądze. Oboje mieliśmy maszynę do śnieżek, więc włożyliśmy wszystkie pieniądze do jednego woreczka i podzieliliśmy się po równo. W sumie zarobiliśmy szesnaście dolarów na dzień. Kiedy Josh podał mi ostatniego dolara, stanąłem jak wryty.
Na dolarze było napisane: „NA ZNACZEK”.
Josh zauważył szok na mojej twarzy i natychmiast zapytał, czy coś źle policzył. Opowiedziałem mu o dolarze.
- To super! – odpowiedział i musiałem się z nim zgodzić.
Fakt, że dolar wrócił do mnie po tym, jak musiał podróżować z rąk do rąk, sprawił, że byłem podekscytowany. Pobiegłem do domu i od razu opowiedziałem o tym mamie. Rozproszył ją telefon i powiedziała tylko coś, że to super. Sfrustrowany wyszedłem znów na dwór i powiedziałem Joshowi, że mam coś, co chcę mu pokazać.
W moim pokoju wyciągnąłem zdjęcia i podałem mu. Po około dziesięciu fotkach Josh wyglądał na znudzonego i zaproponował zabawę w wojnę. Poszliśmy więc do lasu.
Przez jakiś czas bawiliśmy się w naszej dziurze (o której wspomniałem w poprzedniej historii). Kilka razy przeszkodził nam hałas wśród drzew wokół nas. W lesie żyły dzikie koty i szopy, ale ten dźwięk był zbyt głośny i zaczęliśmy zgadywać co to może być. Próbowaliśmy się nawzajem przestraszyć. Moim ostatnim strzałem była mumia, ale Josh utrzymywał, że to robot. Zanim wyszliśmy z lasu, Josh stał się poważny, spojrzał mi w oczy i powiedział:
- Słyszałeś to, prawda? Brzmiało jak robot. Też to słyszałeś, nie?
Słyszałem. Brzmiało w pewien sposób mechanicznie, więc zgodziłem się z nim. Dopiero teraz zrozumiałem, co wtedy słyszeliśmy.

Kiedy wróciliśmy, mama Josha czekała na niego w kuchni z moją mamą. Josh powiedział jej o robocie. Mamy zaśmiały się i Josh pojechał do domu. Zjadłem kolację i poszedłem do łóżka.
Nie poleżałem zbyt długo, bo zdecydowałem, że jeszcze raz obejrzę moje zdjęcia. Wyjąłem pierwszą kopertę, położyłem na podłodze, a na niej ułożyłem zdjęcie. Zrobiłem to samo z resztą kopert, układając je obok siebie. Po pewnym czasie stworzyły one razem większy obraz.
Zobaczyłem drzewo, na którym siedział ptak, znak ograniczenia prędkości, kable energetyczne, grupę ludzi wchodzących do budynku. I wtedy zobaczyłem coś, co mnie zszokowało. Pamiętam, że powtarzałem wtedy w kółko: „Dlaczego jestem na tym zdjęciu?”
Na tyle grupy ludzi wchodzących do budynku, byłem ja trzymający za rękę moją mamę. Byliśmy na brzegu zdjęcia, ale z pewnością to byliśmy my. Przejrzałem wszystkie zdjęcia i byłem coraz bardziej zaniepokojony. To było naprawdę dziwne uczucie – nie strach, ale poczucie, że wpadłem w tarapaty. Nie wiem, dlaczego tak się czułem, ale nie opuszczało mnie poczucie, że coś zrobiłem nie tak.
Byłem na każdym zdjęciu!
Żadna z fotografii nie była zrobiona z bliska. Na żadnej nie byłem tylko ja. Ale widziałem siebie na każdym z nich – z boku, na dole, w rogu... Na niektórych był tylko maleńki fragment mojej twarzy, ale wciąż byłem na każdym zdjęciu!
Nie wiedziałem, co robić. Umysł dziecka działa w śmieszny sposób, bałem się, że będę miał kłopoty za to, że jeszcze nie śpię. Skoro już i tak czułem się, jakbym zrobił coś złego, zdecydowałem, że sprawa będzie musiała zaczekać do jutra.
Następnego dnia moja mama miała wolne i spędziła większość czasu sprzątając mieszkanie. Oglądałem kreskówki i czekałem na dobry moment na rozmowę z nią. Kiedy wyszła, by zebrać listy ze skrzynki, pobiegłem do pokoju i wziąłem kilka zdjęć, które później położyłem na stole. Kiedy mama wróciła, powiedziałem:
- Mamo, możesz tu na chwilę przyjść? Mam tu takie zdjęcia...
- Daj mi minutkę, kochanie – odparła. – Muszę coś zaznaczyć w kalendarzu.
Po kilku minutach stanęła za mną i zapytała o co chodzi. Słyszałem jak rozrywa jakieś koperty, ale ja tylko patrzyłem na moje zdjęcia i opowiedziałem jej o nich. Kiedy mówiłem, słyszałem tylko jak potwierdza krótkimi ochami i achami, a potem nagle zamilkła. Słyszałem tylko lekki odgłos kopert, które miała w rękach. Potem usłyszałem od niej coś, co brzmiało jakby próbowała złapać oddech w pokoju, w którym nie było powietrza. Upuściła koperty i pobiegła do kuchni, do telefonu.
- Mamo, przepraszam – powiedziałem. – Nie bądź na mnie zła.
Mama chodziła w kółko z telefonem przy uchu i krzyczała do słuchawki. Usiadłem zdenerwowany i rzuciłem okiem na rozsypane listy. Coś wystawało z jednej koperty, więc wyciągnąłem to bez namysłu.
To było kolejne zdjęcie.
Zdezorientowany pomyślałem, że jedna z moich kopert upadła na ziemię, ale po chwili zrozumiałem, że tej fotografii jeszcze nie widziałem. Byłem na niej ja, ale zdjęcie było zrobione z bliższej odległości. Byłem otoczony drzewami i uśmiechałem się. Zauważyłem, że był ze mną Josh. To byliśmy my dwa dni wcześniej.
Zacząłem wołać mamę, która wciąż krzyczała do telefonu. Wołałem ją aż odpowiedziała:
- Co?!
- Z kim rozmawiasz ? – to było jedyne, co zdołałem wypowiedzieć.
- Z policją, kochanie.
- Ale dlaczego? Przepraszam, nie chciałem zrobić nic....
Odpowiedziała mi w sposób, którego nie rozumiałem przez długi czas. Chwyciła kopertę i najnowsze zdjęcie i rzuciła je na stół przede mną. Podstawiła mi potem kopertę pod nos, ale ja byłem w stanie tylko patrzeć na jej, coraz bledszą, twarz. Ze łzami w oczach powiedziała, że musiała zadzwonić na policję, bo na kopercie nie było znaczka.
Oceń:
17
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!