Ekspedycja

Dodane przez: arianne, 4.08.2014, 22:27
Reklama:
Dwa dni po zakończeniu wstępnego szkolenia i wyposażeniu chętnych w najpotrzebniejsze rzeczy, nasza ekspedycja była gotowa do drogi. Jeszcze mogliśmy się wycofać, byliśmy jednak młodzi i pełni nadziei, spragnieni przygód i niezwykle naiwni. To wszystko zaważyło na naszej wyprawie.

Miałem dwadzieścia dwa lata i byłem świeżo upieczonym botanikiem. O poszukiwaniu ochotników dowiedziałem się z prasy, a ponieważ mieliśmy zbadać jedną z większych puszczy Europy. Uznałem, że będzie to dla mnie wspaniała okazja, by sprawdzić swoją wiedzę, a przy okazji zobaczyć kawałek świata. Zwłaszcza, że nie sama puszcza była dla nas celem, a odnalezienie zaginionych członków grupy AD-00, z którymi Instytut stracił kontakt pół roku wcześniej. Nasi przełożeni podejrzewali, że byli zbyt słabo wyposażeni, albo pochłonęły ich bagna - postanowili więc drugi raz nie popełnić tego błędu i wyposażyli nas dużo staranniej. Niestety, nie dysponowali dokładnymi mapami tamtych terenów - je mieli sporządzić tamci.

Ja, Andrzej, Borys i Kasieńka byliśmy dobrze przygotowani, a tak nam się wydawało. Andrzej był kartografem, Borys żołnierzem (nieoficjalnie przyznał, że wywalili go na zbity pysk za picie), Kasia natomiast specjalizowała się w łączności radiowej na dużych odległościach. Raczej nie było między nami spięć, wydawało nam się, że te dwa tygodnie spędzone w Instytucie doskonale się dogadywaliśmy.

Z samego rana wsadzili nas do wozu terenowego i jeszcze śpiących zawieźli tak głęboko w las, jak tylko się dało - niestety droga skończyła się szybko. Poinstruowali nas, że mamy raz na dwanaście godzin kontaktować się z nimi, podali nam sprzęt i prowiant w ogromnych plecakach, po czym życzyli powodzenia i odjechali. W tym momencie Borys wsadził łapę pod swoją kurtkę i wyjął z niej piersiówkę, widocznie nic sobie nie robiąc z próśb i wcześniejszych ustaleń. Kasieńka zrobiła naburmuszoną minę - była najbardziej zasadniczą ze wszystkich kobiet, jakie kiedykolwiek poznałem i widziałem po jej oczach, że do końca wyprawy będzie na niego wściekła.

Niewiele rozmawialiśmy, z naszych ust wychodziła para - temperatura poniżej zera robiła swoje. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się, by Andrzej mógł nakreślić nasze przypuszczalne położenie na mapie. Pora dnia nie miała dla nas dużego znaczenia, przez konary drzew przedzierała się niewielka ilość światła - czułem się jak w ciemnym, zawilgoconym korytarzu. Jedynie śpiew ptaków upewniał mnie, że wciąż jestem w puszczy.

Szliśmy gęsiego, pierwsza osoba torowała nam drogę co i rusz obcinając gałęzie ostrą maczetą. Nie byliśmy bezbronni - zostaliśmy przeszkoleni w używaniu maczet i pistoletów hukowych na wypadek spotkania dzikich zwierząt. Otrzymaliśmy również race, na wypadek problemów z połączeniem radiowym w przypadku sytuacji kryzysowych, takich jak zagrożenie życia. Gdyby komuś coś się stało, mieliśmy dawać sygnał nimi co piętnaście minut przez godzinę - po tym pozostawić osobę ranną z bronią i zapasem jedzenia potrzebnego do przetrwania następnej doby. W tym czasie miała dotrzeć pomoc.

Pierwsze dwa dni były dobre - meldowaliśmy o położeniu, na noc rozstawialiśmy namiot. Nie działo się nic nadzwyczajnego. Póki co, nie znaleźliśmy również nikogo z AD-00, chociaż Andrzej znalazł medalik z Matką Boską nieopodal naszego obozowiska. Uznaliśmy, że mógł należeć do któregoś z członków tamtej ekipy.

Niestety, niedługo potem Kasieńce przydarzył się wypadek - skręciła kostkę. Początkowo szła z nami, chociaż widać było, że sprawia jej to ból. Wieczorem uznaliśmy jednak, że tak być nie może - dziewczyna się męczy, my zaś mamy coraz większe opóźnienie. Początkowo protestowała, zwłaszcza, że żaden z nas nie miał zielonego pojęcia na temat obsługi radiostacji. Nie chciała również zostać sama. Wahaliśmy się, była przecież kobietą, nie powinniśmy zostawiać jej samej w głuszy.

Połączyliśmy się z Instytutem, tym razem przed upływem dwunastu godzin. Zamiast poprzeć naszą prośbę o zakończenie ekspedycji do czasu wyzdrowienia Kasieńki, objechali nas od góry do dołu i kazali trzymać się ustalonych procedur, zostawić radiostację i iść dalej. Nawet Borys zmiękł, na pożegnanie oddał jej swoją piersiówkę, zaznaczając, że gdy się spotkają to ją odbierze.

Tego samego dnia dotarliśmy do skalnego występu. Wznosił się kilka metrów. Z trudem udało nam się wspiąć i chyba wszyscy dziękowaliśmy w duchu, że otrzymaliśmy również w sprzęt wspinaczkowy. Co jak co, ale żaden z nas nie miał powalającej formy, więc wspinanie na sucho nie wchodziło w grę.

Dalszy teren był płaski, choć wciąż mocno zalesiony. Wieczorem Andrzej oznajmił, że połowa drogi już za nami. Cieszyłem się, mimo tego, że martwiłem się o Kasię. Miałem nadzieję, że dotarli już do niej, że niebawem zabiorą ją poza puszczę i będzie czekała na nas bezpieczna, w cieple.

Spałem bardzo długo i mocno, dopiero po trzecim szturchnięciu Borysa zerwałem się jak oparzony. Uciszył mnie gestem i wskazał, bym wyszedł z nim przed namiot. Wygrzebałem się ze śpiwora, przeciągnąłem i poszedłem, choć nie miałem pojęcia, co też może on chcieć w najciemniejszej porze nocy.

- Słyszysz to? - zapytał szeptem.
- Co? - odpowiedziałem nieco za głośno, wciąż nie do końca obudzony.
- Wsłuchaj się, młody.

Nadstawiłem uszy, pewien, że gdzieś w okolicy buszuje dzikie zwierzę, dzik albo wilk, nieco przestraszony, bowiem do tej pory nie miałem okazji widzieć na własne oczy żadnego drapieżnika i prawdę mówiąc, wolałbym tego uniknąć. Tymczasem usłyszałem coś zgoła innego - to były rytmiczne dźwięki, ciche zawodzenie dochodzące z niewielkiej odległości. Moją pierwszą myślą było to, że naszej kompance dzieje się krzywda, ale gdy wspomniałem o tym byłemu żołnierzowi, popukał się znacząco w czoło.

Poszedłem za nim, starając się naśladować jego ostrożne kroki. Nieomal godzinę drogi od naszego namiotu znajdowała się mała polana, a na niej głaz. Gdy jednak przyjrzałem się raz jeszcze, przetarłem oczy ze zdumienia. Wokół kamienia zgromadzeni byli ludzie, nie zauważyłem ich wcześniej w ciemności. Mimo chłodu mieli jedynie przepaski na biodrach, na ich szyjach błyszczały długie sznury wypolerowanych otoczaków, które nosili tak, jak nasze kobiety noszą perły. W dłoniach mieli patyki, którymi uderzali jeden o drugi, wyglądało to jak dziwny rytuał urozmaicony pieśnią w nieznanym nam języku.

Chcieliśmy wycofać się cicho, jednak będąc niezdarą nadepnąłem na gałązkę, która pękła z trzaskiem pod moim butem. Zamarłem, a Borys przewrócił oczami wymownie. Nie było sensu uciekać, zbyt słabo znaliśmy ten gąszcz, a oni wydawali się tubylcami. Mieliśmy maczety i mimo ich przewagi, czuliśmy się bezpieczni, choć poddenerwowani. Usłyszeli nas, wiedzieliśmy, gdyż nastała cisza, po czym rozległy się miękkie kroki.

Zbliżyli się do nas w trójkę, reszta zastygła w oczekiwaniu kawałek dalej. Byli niżsi od nas, sięgali nam mniej więcej do ramion. Wszyscy mieli ciemne, długie włosy i czarne, małe jak paciorki oczy. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. Byli równie niepewni, jak i my. Po chwili jeden z nich wyciągnął do mnie dłoń i delikatnie dotknął mojego czoła. Uśmiechnął się i zauważyłem, że to kobieta - pod otoczakami błysnęła pierś ozdobiona prostymi znakami. Próbowała coś mówić, ale nie rozumieliśmy.

- Obcy - wydukała w końcu - Chodź.

Wtedy zrozumieliśmy, że AD-00 musiało tu być przed nami. Pokazywaliśmy na migi, pytaliśmy. Odpowiadali w ten sam sposób, wskazując, że poszli, że ich nie ma. Później kobieta powtórzyła, skinęła na nas ręką i zaprosiła do kręgu. Wciąż trzymając maczety w pogotowiu, poszliśmy za nimi.

Podali nam dziwne kwiaty, przypominające z wyglądu grzybienie. Jeden z nich nagryzł płatek swojego kwiatu i zaczął ssać sok. Spojrzeliśmy niepewni, jednak uczyniliśmy to samo, nie chcąc ich w żaden sposób urazić. Był lepki i słodki, orzeźwiający lepiej niż woda, a jednocześnie poczuliśmy się dziwnie zadowoleni, ociężali.

Nim się obejrzeliśmy, wrócili do przerwanej czynności, a my siedzieliśmy i patrzyliśmy. Tak minęła noc. Gdy tylko świt przedarł się przez gałęzie, zaprosili nas do siebie. Patrzyliśmy na ich małe chatki obrośnięte pnączami. Były niezwykle ładne, jednak jeśli by nas nie zaprowadzili, pewnie byśmy je ominęli - były niemal niewidoczne z daleka. Wokół pełno było bujnej roślinności, drzew i krzewów rodzących najróżniejszych barw owoce.

Borys mruknął coś na temat tego, że Andrzej powinien to zobaczyć. Tymczasem skierowali nas troskliwie do jednej z chat, podali wodę i ich przysmaki. Obsiadły nas kobiety. Powoli zaczynałem się czuć niekomfortowo, nie przywykłem do obsługiwania przez innych, wciąż jednak nie chciałem im uchybić.

Grali i śpiewali, oprowadzali nas po okolicy, pokazywali miejsce, gdzie rosną owe tajemnicze kwiaty. Widać było, że nas lubią. Spędziliśmy tam już dwa dni, a oni nie przestawali nam dogadzać. Było to miłe, jednak krępujące, szczególnie kobiece dłonie, które tak ochoczo pomagały mi zdjąć ubranie, kiedy szedłem się kąpać do pobliskiego jeziora. Mimo, że je odganiałem, one się śmiały i spoglądały na mnie. Widać było, że Borysowi pasuje takie zainteresowanie z ich strony. Z mężczyznami grał w jakąś dziwną grę podobną do kości, z kobietami zaś spędzał noce.

W końcu stwierdziłem, że tak być nie może i choć czułem się tu dobrze, rozum nakazywał mi powrót i sprowadzenie tu Andrzeja, a następnie kontynuowanie wyprawy. Im szybciej wyruszymy, tym lepiej dla nas. Poza tym złapałem się na tym, że coraz częściej myślę o Kasieńce i chciałbym być już w Instytucie. Tęskniłem również za smakiem mięsa, a w wiosce tych małych ludzi nie istniało żadne pojęcie na określenie go - kiedy pokazywałem, że chcę coś dużego, w czym mógłbym zatopić zęby, podawali mi owoc lub kwiat przynoszący upojenie.

Nocą wyruszyłem po Andrzeja. Błąkałem się dość długo, udało mi się w końcu dotrzeć do tamtej polany, później szło już łatwiej. Zastałem go siedzącego przy namiocie, tak jak go zostawiliśmy. Miał na twarzy kilkudniowy zarost, na mój widok zerwał się i krzyknął:

- Gdzieś ty, do cholery, był?!

Opowiedziałem mu, co i jak. Był wściekły, gdybym był Borysem, pewnie dostałbym w mordę. Natychmiast kazał mi zabierać się za sprzątanie obozu, wyzywał mnie od hulaki, a jednocześnie utyskiwał, że ekspedycja została narażona na szwank przez naszą niefrasobliwość.

Zdenerwowałem się, kiedy kilkukrotnie pomyliłem ścieżkę. Straciliśmy przez to dużo czasu. Dotarliśmy do osady nad ranem, było cicho jak makiem zasiał. Pokazałem Andrzejowi drogę do domku w którym spałem, położyliśmy się więc.

Dzień wstał, przynieśli nam śniadanie złożone z owoców. Mój towarzysz nieco się odprężył za sprawą ciemnowłosej kobiety, która cały ranek nie odstępowała go na krok. Wszystko byłoby w porządku, gdybym nie zauważył, że chata Borysa stoi pusta. Zapytałem jego ostatnią towarzyszkę, gdzie poszedł. Wskazała mi jezioro.

Wybraliśmy się tam, ponieważ minęło wiele czasu, a on wciąż nie wracał. Na brzegu stały jego buty, niedaleko leżała kurtka. Zaniepokoiło mnie to, nie widziałem go ani w wodzie, ani w pobliżu. Zawiał wiatr i poczułem dziwny zapach dochodzący zza drzew. Przywodził na myśl psujące się mięso. Ruszyłem tam, prowadząc za sobą zdezorientowanego kolegę.
Zmroziło mi krew w żyłach, niedawno spożyty posiłek podszedł mi do gardła. Obok mnie wymiotował Andrzej.

Wśród drzew, na palach wbitych w ziemię były ciała, niektóre obgryzione do kości, inne całkiem świeże. Dostrzegłem nagiego Borysa, chodziły po nim pierwsze muchy. Bzyczenie owadów było nieznośne, wypełniało mi uszy. Chyba płakałem. Dostrzegłem szczątki AD-00, na kilku z nich wisiały jeszcze kurtki, które wyglądały jak nasze. Na samym środku pobojowiska stał prymitywny posążek wykonany z drewna i to nasunęło mi myśl, że cofnęliśmy się do czasu składania ofiar z ludzi.

Nie wiem jak długo tak staliśmy. Mogły minąć minuty lub godziny. Usłyszeliśmy krzyki. Nie znaleźli nas przy jeziorze, domyślili się, gdzie jesteśmy. Andrzej ocknął się pierwszy i potrząsnął mną. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że powinniśmy uciekać, bo skończymy jak reszta.

Deptali nam po piętach, słyszeliśmy uderzanie patyków i zawodzenie piszczałek, wciąż bliskie i niezmienne. Polowali na nas, bo wiedzieliśmy. Wkrótce nad głową śmignął mi kamień wielkości pięści, potem drugi, który trafił mnie w ramię. Wrzasnąłem z bólu i pociemniało mi przed oczami, jednak biegłem dalej, choć płuca paliły mnie z wysiłku. Nagle krzyknął Andrzej. Dostał między łopatki, aż padł na ziemię. Próbowałem go podnieść, przez chwilę ciągnąłem go za sobą, wtedy właśnie któryś z tych potworków zadał ostateczny cios - w jego głowę.

Łzy zalewały mi oczy, nie wiedziałem, dokąd trafię, jednak moim celem było oddalić się od tego przeklętego miejsca raz na zawsze. W końcu potknąłem się o własne nogi, przekoziołkowałem po stromym zboczu i straciłem przytomność.

Obudziłem się wśród liści. Bolała mnie głowa, czułem się, jakby każda najmniejsza kosteczka w moim ciele była złamana. W gardle miałem sucho z pragnienia, a na mojej piersi spoczywał kwiat.

Początkowo sądziłem, że mnie znaleźli. Jednak minęła niemal doba, a ja wciąż idę, co i rusz ssąc sok kwiatu. Nie jest już tak upojny, jak tamtej pierwszej nocy. Teraz czuję w nim gorycz.

Niedługo później dotarłem do skaju lasu i uprzytomniłem sobie, że wciąż mam przy sobie race. Wystrzeliłem je. Pomoc przybyła niespodziewanie szybko. Byłem tak zmęczony, że pozwoliłem im zapakować się do helikoptera i choć wypytywali mnie, co się stało z resztą, nie byłem w stanie im odpowiedzieć. W końcu ciało odmówiło mi posłuszeństwa i zapadłem w sen.

Byłem w Instytucie. Pokój był biały, a ja leżałem na czystym, pachnącym lawendą łóżku. Podłączyli mnie do kroplówki. Obok mnie siedziała Kasieńka. Kiedy zobaczyła, że na nią patrzę, uśmiechnęła się.
Źródło: świeże.
Oceń:
8
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!