Jutra nie będzie

Dodane przez: kudaj, 22.08.2014, 11:35
Reklama:
James wygrzewał się na plaży w już dobre trzy godziny. Miał zamknięte oczy, chłonął słońce i orzeźwiajacy wietrzyk. Obok czuł obecność swojej pięknej żony, Liliany, jej perfum i olejku do opalania. To był ich czwarty dzień urlopu. Wynajęli pokój na tydzień w luksusuowym hotelu i spędzali czas jak na bogaczy na urlopie przystało. "Życie jest piękne", pomyślał, zanim odpłynął w krainę snu. Śniła mu się ona, piękna, stylowa, zawsze uśmiechnięta i pogodna. Jego muza, bezpieczna przystań, miłość jego życia. W jego śnie tańczyli na balu maturzystów. Wszyscy dookoła mu zazdrościli takiej dziewczyny. Już wtedy wiedział, jak bardzo ją kocha.

Ze snu obudziło go szturchnięcie w bok i zapach obcych perfum. Obudził się i jedym okiem spojrzał na miejsce gdzie powinna być jego żona. Zamiast jej, na jej kocu leżała jakaś dziewczyna. Wyglądała na dziewiętnaście lat i była śliczna, opierała się na jednym łokciu i patrzyła na Jamesa zalotnie.
- Hej przystojniaku, nie masz może ochoty pograć ze mną i moimi koleżankami w siate? - zagadała wskazując na swoje cztery koleżanki.
- Nie, dzięki, bądź łaskawa zabrać swoją zgrabną dupcię z miejsca mojej żony, skarbie. Ona zaraz wróci - odparł James i nie czekając na odpowiedź zamknął oczy i czekał aż natrętna dziewczyna odejdzie.

Niepocieszona dziewczyna spojrzała na niego z niedowierzaniem i z cichym westchnieniem wstała z koca. Czując że sobie poszła, James otworzył oczy, podniósł się na jednej ręce i zaczął wypatrywać swojej żony. Po dłuższej chwili dostrzegł ją pływającą w morzu. Uspokojony, poszedł drzemać dalej.

Tego samego dnia, o dziewiętnastej, wybrali się na kolację do luksusowej restauracji. On zamówił średnio wysmarzonego steka, a ona sałatkę z owocami morza. Mimo ze uwielbiała tą restaurację i tą sałatkę, to jej nie tknęła. Co jakiś czas tylko brała malutki łyczek wina. Choć bardziej wyglądąło to, jakby tylko zamaczała w nim usta, bo wina nie ubywało. James w końcu zauważył, że nic nie je i zmartwił się. Wziął jej rękę, czule pogłaskał i przyjrzał się uważnie swojej lubej. Miała kruczo czarne loki, spływające kaskadami na plecy i piersi. Ubrana była w czerwoną suknię z głębokim dekoltem. Mimo że się uśmiechała, James widział, że jej twarz wyraża niepokój. Była jakby blada i zatroskana. Patrzyła mu głęboko w oczy, jakby chciała zachować ten obraz na wieki. Tak, jakby miała go już więcej nie zobaczyć. Dziwne uczucia ogarnęły Jamesa.

- Co się dzieje, kochanie? Dlaczego nie jesz? - zapytał z troską.
- To nic, zaraz mi przejdzie - odparła, uciekając wzrokiem.
- Przecież widzę że coś cię męczy i nie kłam. Dobrze wiem kiedy kłamiesz, nigdy nie patrzysz mi wtedy w oczy - odparł i delikatnie pogłaskał ją po policzku. Ona po chwili spojrzała mu w oczy, zabrała jego rękę ze swojego policzka i ujęła w obie dłonie.
- Brzuch mnie bardzo boli, kochanie. To przez okres, naprawdę, nic się nie dzieje. Zjedz swoją kolację i chodźmy do hotelu.
James jeszcze troskliwiej się jej przyjrzał. Wiedział, jak ciężko znosi okres, ale z tego co pamietał, miał pojawić się dopiero za tydzień. Nagle obraz mu się zamglił i zaczęło mu się kręcić w głowie. Zamknął oczy i ukrył twarz w dłoniach. Słyszał czuły, troskliwy głos żony.
- James, kochanie, wszystko w porządku? - jej głos dobiegał jakby z oddali.
- Tak, zaraz mi przejdzie - odparł, dalej zakrywając twarz w dłoniach - to przez te tabletki. Lekarz się uparł, że mam je łykać. Jakbym tylko pamiętał coś z tej wizyty u niego...
- Dobrze, odpocznij, ja muszę isć do ubikacji, zaraz wracam - odparła i odeszła śpiesznym krokiem.
James odprowadził ja wzrokiem, lecz widział ją jak przez mgłę. "Cholerne tabletki", pomyślał.

Minęło 15 minut a ona nie wracała. Ból głowy zelżał i wzrok wrócił do normy. James cierpliwie czekał, aż jego żona wróci. W takich chwilach nudy swoim zwyczajem zaczął sobie przypominać wszyskie ważne rzeczy, które miał zrobić albo zrobił ostatnio. "Bilety na za tydzień zarezerwowałem, akcje sprzedane z zyskiem, transakcja Chrisa zamknięta na plusie, wyjazd służbowy... Zaraz, byłem zaraz przed urlopem przecież", James próbował sobie usilnie przypomnieć cokolwiek z tego wyjazdu, ale wspomnienia jakby mu umykały. Poczuł się dziwnie słabo. "Byłem, WIEM, że byłem. Tylko jakoś nie pamiętam. Nic nie piłem przecież. Jej nie było. Tylko to pamiętam. To musiał być bardzo nudny wyjazd w takim przypadku", myślał. Uśmiechnął się do siebie. Zawsze wszędzie jeździli razem, razem załatwiali interesy.
Z zamyślenia wyrwał go głos kelnera.

- Przepraszam, wszystko z porządku? - Zapytał uprzejmie.
- Tak, poproszę rachunek - odparł i spojrzał na zegarek. Nie było jej już 50 minut. "Straciłem poczucie czasu do cholery? Gdzie ona jest?", zaczął sie poważnie martwić i denerwować.

Kelner zjawił się po minucie z rachunkiem. James zapłacił i zostawił solidny napiwek jak zawsze. Szybko odszedł od stołu szukać żony. Szybko obszedł restaurację, jednak jej nie znalazł. Podszedł dyskretnie do wejścia do damskiej toalety i zapukał. Otworzyła mu starsza pani w żakiecie.

- Przepraszam, tutaj jest damska toaleta - rzuciła szybko i popatrzyła karząco na Jamesa.
- Tak, wiem, moja żona wyszła do toalety godzinę temu i jeszcze nie wróciła. Czy jest może w środku? - na te słowa wzrok kobiety zelżał.
- Nie, przykro mi, jestem tutaj sama w tym momencie.
- Jest pani pewna?
- Tak, oczywiście!- rzuciła i zamknęła za sobą drzwi.

Zrezygnowany James jeszcze raz obszedł restaurację, zapytał kelnerów, jednak ci twierdzili zgodnie, że nie widzieli nikogo takiego. Nawet próba przekupstwa nie odświeżyła ich pamięci. "Ślepi idioci", myślał wściekły. Zdenerwowany i zestresowany James wyszedł przed lokal i zadzwonił do żony. Sztuczny głos w komórce odparł: Nie ma takiego numeru. "Jak kurwa nie ma takiego numeru!" Rozgniewany nie na żarty, spróbował jeszcze kilka razy jednak automat uparcie twierdził, że podany numer nie istnieje. James sprawdził numer. Był dobrze. Znał go na pamięć, ten sam numer od 7 lat. Był zdezorientowany i czuł sie zagubiony. Ręce mu się trzęsły i pociły, nogi drżały i czuł nieprzyjemny ścisk w żołądku. Nie wiedział, co miał robić. Doświadczony biznesman, dorosły facet, stał na środku chodnika jak zagubione dziecko. "Musze zapalić, trudno jak Lili będzie zła". James rzucił palenie pod jej wpływem. Ruszył szybkim lecz niepewnym krokiem w stronę najbliższego kiosku. Kupił paczkę i zapalniczkę. Rękami trzęsącymi się ze stresu i poczucia winy zapalił pierwszego papierosa. Zaciągnął się. Dym przyniósł odrobinę ulgi. Zapalił drugiego i trzeciego. "No tak, pewnie pojechała do hotelu, kurwa, James, debilu". Pomysł trafił go jak pocisk. Rzucił na ziemię na wpół wypalonego papierosa i schował resztę do kieszeni. Zawołał taksówkę i uspokojony myślą, że zaraz ją zobaczy udał się do hotelu.

Od windy do drzwi pokoju praktycznie biegł. Otworzył szybko i wpadł do środka.

- Kochanie! - krzyknął, lecz odpowiedziała mu cisza.

Nie zdejmując butów wbiegł z przedpokoju do sypialni. "Pewnie śpi". Jednak sypialnia była pusta. Co gorsza, jej ubrania zniknęły.

Spanikowany James rzucał się po wynajętym apartamencie szukając najmniejszej wskazówki na to co się stało. Niczego jednak nie znalazł, zupełnie jakby Lili rozpłynęła się w powietrzu. Telefon uparcie twierdził, że numer nie istnieje.

Było już późno. James wbiegł do windy i zjechał do recepcji. Starając sie zachować zimną krew, podszedł do recepcjonistki i zapytał:

- Witam, przepraszam, że panią niepokoję o tej porze, jednak przyjechałem tutaj z pewną kobietą i obawiam się, że ona zniknęła. Czy wie pani może coś na ten temat?
- Postaram się pomóc. Który apartament pan wynajmuje?
- 216
- Dobrze, um... proszę poczekać chwilę. - Młoda recepcjonistka pogrzebała chwilę w komputerze, po czym podniosła głowę i z uprzejmym uśmiechem powiedziała:
- Niestety, nic mi nie wiadomo na temat tej pani. Pokój jest wynajęty na pana.
- Proszę! To dla mnie bardzo ważne, musi mi pani pomóc! - prosił James.
- Przykro mi, ale - recepcjonistka zrobiła małą pauzę i spojrzała dwuznacznie na Jamesa - hotel nie ponosi odpowiedzialności za "gości naszych gości"
- To moja żona głupia dziewczyno! - krzyknął oburzony James i wyszedł z hotelu.

Zaczął błądzić po ulicach. Zobaczywszy policjanta po raz kolejny zbeształ sam siebie za głupotę. Wyciągnął telefon i zadzwonił na policję.

- Dobry wieczór, chciałbym zgłosić zaginięcie Liliany Blake, jestem jej mężem. Ostatni raz widziałem ją dzisiaj o godzinie po dwudziestej. Nie ma jej w hotelu, ani jej ani jej rzeczy. Proszę o pomoc.
- Przykro mi, ale nie możemy rozpocząć poszukiwania zaginionej tak szybko, musi minać przynajmniej doba, chyba, że ma pan podejrzenie o porwanie.
- Ale jak to! Przecież mówię, szukałem, nigdzie jej nie ma!
- Przepraszam, ale takie są zasady. W ramach wyjątku mogę wysłać do pana patrol, ale najwcześniej jutro rano.
- Pierdol się! - James nie wytrzymał i rozłączył się.
Zrozpaczony, nie wiedział co miał zrobić. "Jeżeli zabrała swoje rzeczy to chyba nic jej nie jest", myślał naiwnie. "Nic jej nie jest", uczepił się tej myśli i zrezygnowany poszedł spać. Nałykał się tabletek nasennych i zapił alkoholem.

Sen nie przyniósł ukojenia, ani nie pozwolił odpocząć, ale przynajmniej zabił czas. Obudził się o piątej rano, obrócił się na bok, ale nie trafił na nic, do czego można by się przytulić. Ogarnęła go rozpacz połączona z niedowierzaniem. "Dlaczego ona to zrobiła? Odeszła? Uciekła? Czy to może jakiś nagły wypadek zmusił ją do przerwania urlopu", James leżał tak jeszcze kilka godzin. W końcu nie mógł znieść bezczynności. Ubrał się i wyszedł błądzić po mieście. Nie miał nadziei, że ją znajdzie, ale musiał coś robić bo inaczej by zwariował. Chodził po plaży, pytał przypadkowych ludzi, obsługę z którą mieli do czynienia przez te kilka dni. Nikt jej nie widział. Jak kamień w wodę. Ze stresu było mu niedobrze. Nic nie jadł, tylko pił wodę. Po obejściu całej okolicy, gdzie była jakakolwiek szansa, że ktoś ją widział, bo tam bywali razem, James udał się na poszukiwania po całym mieście. Spędził na tym cały dzień, a kiedy było już późno w nocy, poszedł do hotelu i powtórzył dawkę leków nasennych.

Rano od leków i głodu bolał go brzuch. Zjadł coś, modląc się, żeby nie zwymiotować, ubrał się i znowu szukał jej po całym mieście. Jego mózg nie pracował normalnie, jego myśli błądziły od irracjonalnego zniknięcia żony do błahych i losowych wydarzeń dookoła. Nie umiał się skupić, tak jakby mózg otulał mu ciężki stalowy płaszcz. Bładząc bez celu po zaułkach, trafił na biuro prywatnego detektywa. Wejście było w jednym z zaułków, było tu ciasno i brudno, walały się śmieci, a gdzieś w kącie leżał bezdomny. James nie był pewny czy spał czy nie żyje, ale nie dbał o to, ani o podejrzaną okolicę biura detektywa. Bez pukania otworzył stare drzwi i wszedł do środka. Znalazł się w ciemnym korytarzu bez okien. Po prawej stronie stały stare fotele ze zniszczoną tapicerką, a po lewej drzwi z napisaem WC. Na wprost znajdowały się lekko uchylone drzwi z których pomału wylewał się ciężki dywan dymu papierosowego przetkany promieniami światła z okna w pokoju za drzwiami. Dym tworzył fantazyjne formy i przez chwilę Jamesowi wydawało się że widzi w nich twarz swojej ukochanej, jednak wizja rozpłynęła się kiedy tylko zza drzwi dobiegł chrapliwy głos:

- Trzeba się umówić, najbliższy termin na za tydzień - burknął głos, i najwyraźniej uznał temat za skończony.

James wszedł do pokoju. Biuro było urządzone bogato, ale bez smaku, wszędzie walały się bibeloty, papiery, ozdoby i szafki na akta. Jedyne, małe okno było zamknięte i wpuszczało niewiele światła. Pomieszczenie było ciasne, duszne i sprawiało wrażenie prywatnej jamy jakiegoś gbura. Na dużym, i najwyraźniej drogim, skurzanym fotelu siedział grubawy facet w okolicach pięćdziesięciu pięciu lat. W jednym ręku trzymał cygaro, którym zaciągał się co jakiś czas. Spojrzał na natręta wzrokiem pozbawionym empatii.

- Musi mi pan pomóc, moja żona zniknęła - lekko zachrypniętym głosem powiedział James.
- Której części zdania: Trzeba się umówić, najbliższy termin na za tydzień - pan nie rozumie?
- Zapłacę podwójnie - powiedział szybko James, nie zależało mu na niczym teraz, a juz najmniej na pieniądzach. Chciał tylko mieć ją spowrotem - Jeżeli będzie trzeba to potrójnie - dodał i z ulgą zauważył, że wzrok gburowatego detektywa złagodniał
- Dobra, powiedz pan co wiesz, od razu uprzedzam, w takich przypadkach biorę tysiąc zaliczki. O zapłacie całości pogadamy jak się czegoś dowiem, stoi?
- Stoi - James uśmiechnął się do siebie. Wyciągnął książeczkę czekową i wypisał kwitek na tysiąc dolarów. Potem opowiedział wszystko co miało i co nie miało znaczenia z ostatnich dni. Opowiadał detektywowi o kolacjach, plaży, nawet o tym jak się kochali. Na koniec się rozpłakał.
- Dobra, gościu. Już, już. Znajdę ją. Jak znam kobiety, to by nie zostawiła takiego faceta jak pan. Dowiem się wszystkiego. Będę dzwonił jak tylko się czegos dowiem.

Zwierzenie się detektywowi i obietnica pomocy bardzo podniosła Jamesa na duchu. Dalej był zestresowany i ogarniała go rozpacz ale teraz miał przynajmniej promyk nadzieji. Wrócił do hotelu, wziął piwo i rozsiadł się przed telewizorem. Nie mógł się skupić na tym, co oglądał, ale kolorowe, szybko przeskakujące obrazki i głośne dźwięki przynajmniej odciągały część jego uwagi od zaginięcia żony. Po chwili wpadł w apatyczny stan, bolała go głowa i tylko oglądał bezmyślnie telewizję. Trwał tak, zapijając jedno piwo kolejnym, aż nie usnął w fotelu.

Nazajutrz doprowadził się do porządku. Wziął prysznic, ogolił się i wyjął czyste ubranie. Zjadł śniadanie w hotelowej restauracji i poszedł zabić czas i siły na basenie. Nie myślał o niczym, działał odruchowo, jak robot. Jego obojętna mina i odpychająca postawa rzucała się w oczy toteż nikt go nie zaczepiał, włącznie z obsługą hotelu. Po południu kupił gazetę, jednak do tego stopnia nie mógł zebrać myśli, że literki rozpływały mu się przed oczami, a przeczytany w skupieniu tekst szybko uciekał z głowy. W końcu zrezygnował z czytania i tylko wyciagnął się w fotelu i gapił bezmyślnie w sufit. Z apatycznego bezruchu wyrwał go dzwonek telefonu. Prawie dostał zawału. Odebrał szybko, nie patrząc kto dzwoni. W oczy rzuciła mu się godzina na zagarku nad telewizorem. Była dwudziesta druga.

- Przepraszam że dzwonie tak późno - odezwał się głos detektywa - ale mam pewne informacje, które mogą pana zainteresować - detektyw poczekał chwilę jednak James nie mógł z siebie wydobyć słowa. Niedoczekawszy się odpowiedzi detektyw kontynuował.
- Pana żona nie żyje. Od pół roku. Zginęła w katastrofie lotniczej, samolot miał awarię nad oceanem i wpadł do wody. Ciał do tej pory nie odnaleziono, ale nie ma wątpliwości że wszyscy na pokładzie zginęli - Czas dla Jamesa się zatrzymał.
- Ale jak to? Przecież ją widziałem, tuliłem, całowałem, rozmawiałem z nią jeszcze w tym tygodniu! - protestował James, ale strzępy wspomnień nagle wróciły. Wiedział, że detektyw nie kłamie. "Z tego stresu zapomniałem brać tabletki. Na co one były?", uderzyła go kolejna myśl.

Rzucił komórkę na ziemię i pobiegł do łazienki. Trzęsącymi rękoma wyjął ulotkę z pudełka z tabletkami. Napis głosił "Stosować na poważne objawy schizofrenii. Lek wydawany na receptę". Szok połączony z rozpaczą i niedowierzaniem przytłoczył Jamesa tak bardzo, że skulił się na podłodze w łazience, zamknął oczy i zaczął cicho szlochać. Po chwili jego rozpacz przybrała formę rwącej rzeki i rozpłakał się na dobre. Nie mógł uwierzyć w to, czego się dowiedział, jednak wszystko dziwnie pasowało. Wszystko poza jego odczuciami, które były zakrzywione przez chorobę.

Leżał tak przez godzinę zanim doszedł do siebie na tyle żeby się podnieść. "Ona już nie wróci", pomyślał gorzko i połknął tabletkę na schizofrenię. Wyszedł z sypialni i spojrzał na puste łóżko. Mimo woli wyobraził ją sobie tam i znowu się rozpłakał. Skulił się w kącie sypialni i zaczął bujać cicho szlochając. Minęła kolejna godzina, zanim doszedł do siebie. Wziął tabletki nasenne, ekstra dawnę leku na schizofrenię i poszedł spać.

Obudził się nagle i spojrzał na zegarek, było koło trzeciej. Dla wygody obrócił się na drugi bok i zobaczył, że koło niego leży Liliana. Serce podeszło mu do gardła i strach odebrał resztki rozumu. Zszedł z łóżka cicho, żeby jej nie obudzić i poszedł do łazienki. W lustrze widział ją, jak leży nieruchomo z włosami rozrzuconymi na poduszce. Wyjął tabletki i połknął trzy na raz. Wiedział, że nie powinien, ale nie mógł znieść psychicznie jej widoku. Stał tak chwilę w łazience z zamkniętymi oczami, czekając, aż tabletki zacznął działać. Nagle poczuł delikatne dotkniecie w ramię.

- Kochanie, czemu nie śpisz? - zapytała czułym, troskliwym głosem.
- Ona nie istnieje - wyszeptał James do siebie, zamykając oczy z całej siły.
- Kto nie istnieje, kochanie?
- Ty nie istniejesz! Nie żyjesz! - krzyknął i skulił się nad umywalką - Nie istniejesz, nie istniejesz, nie istniejesz - szeptał do siebie.
- Nie wygaduj głupstw - odparła i przytuliła go delikatnie od tyłu. James rzucił się jak poparzony i odrzucił Lilianę. Pierwszy raz użył na niej siły.
- Jesteś DUCHEM! Nie wierzę w ciebię, odejdź! - krzyczał, i zebrał się na odwagę żeby na nią spojrzeć. W jej oczach malowało się zdziwienie i wielka troska.
- Kochanie - zaprotestowała cicho, lecz James jej przerwał.
- Nie ma kochanie, ty nie żyjesz, jesteś tylko wytworem mojej chorej głowy, a ja mam na to leki!- krzyczał, patrząc jej w oczy. Siegnął po pudełko z tabletkami i połknął całą garść.
- Widzisz?! Teraz znikniesz! Już cię nie będzie - krzyczał triumfalnie - już nigdy więcej cię nie zobaczę - głos zaczął mu się załamywać - nigdy więcej...

Zebrał się na odwagę i wrócił do łóżka. Nie zwrócił uwagi na minę swojej żony, ominął ją, jakby wcale tam nie stała i położył się. Czuł, że jest mu bardzo niedobrze. W głowie się kręciło i wszystkie myśli zdawały się być bardzo odległe. Miał oczy otwarte i leżał na plecach. Widział ją kątem oka, jak stała w drzwiach łazienki, ręce miała skrzyżowane i patrzyła na niego jak na ciężko chore dziecko. W końcu podeszła do łóżka i wsunęła się pod kołdrę. Poczuł na swojej klatce piersiowej jej dłoń.

- Jutro już cię nie zobaczę, jutro będę normalny - powiedział cicho, gapiąc się uparcie w sufit.
- Jutra nie będzie - odparła, a on spojrzał jej głęboko w oczy. James nie mógł się opanować, jej widok poruszał go do głębi.
- Kocham cię - wyszeptał i stracił przytomność.
Oceń:
6
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!