Wagary

Dodane przez: niebiesky, 18.09.2014, 20:40
Reklama:
To miał być kolejny normalny dzień. Znów nie poszliśmy do szkoły. Ja, Maciek, Michał i Jacek spotkaliśmy się przed budynkiem naszego liceum.

- Ej, było coś z matmy? - spytał Maciek. - Wiecie, cała noc stracona na LOL'a i...
- Ta, znowu zadała 3 strony w zbiorze zadań - przerwał mu Michał. - Jak tak dalej pójdzie to jej się materiał skończy.
- No to może nie idźmy do szkoły? -zaproponowałem. Gdybym wtedy wiedział, jaki głupi był to pomysł... - Lecimy na bunkry, pogadamy, może jeszcze jakaś ekipa się zbierze.
- Ty, Łukasz. To może sam idź. - powiedział do mnie Jacek. - Jak wychowawca się dowie, znowu będzie lipa.
- Jacuś, nie spinaj się tak. - powiedzieliśmy do niego jednocześnie. - I tak zaraz wakacje, gówno nam zrobią - skończył Maciek.
- Dobra, to idziemy? Bo już mnie nogi bolą od tego stania. -powiedziałem.

Poszliśmy. Nasza szkoła była położona na skraju osiedla. Zaraz za nią rozpościerały się pola, a w jednym miejscu zaczynał się las. Znaliśmy dobrze tę okolicę. W lesie znajdował się system bunkrów, zbudowanych przez hitlerowców w trakcie II wojny światowej. Jest ogromny, a mimo to, by do niego dojść, trzeba znać las, w którym się znajduje - ten bowiem jest jeszcze większy.

Po kilkunastu minutach marszu dotarliśmy na skraj lasu. Każda osoba, odwiedzająca to miejsce po raz pierwszy z pewnością stanęłaby przed pierwszymi drzewami i ani myślała iść dalej. Nic dziwnego, gdy z przyjaciółmi pierwszy raz odwiedziliśmy to miejsce, również czuliśmy się nieswojo. Podczas, gdy przez całą drogę rozmawialiśmy i żartowaliśmy, tak przy wejściu do lasu ogarniała nas grobowa cisza, niepokój.
To jednak przeszłość, teraz wchodząc do lasu nie zaprzestaliśmy rozmów o grach, fajnych dziewczynach czy planach na nadchodzące wakacje.
Po 15 minutach wędrówki przez las bezbłędnie trafiliśmy na bunkry. Trafilibyśmy tam nawet z zamkniętymi oczami, podczas gdy jeszcze kilka lat temu musieliśmy penetrować las całymi dniami, by trafić na systemy umocnień.
Minęliśmy pierwszy z bunkrów, przeszliśmy kilkadziesiąt metrów, zeszliśmy ze stromej górki, minęliśmy kolejne dwa budynki. Jeszcze kilka minut drogi i byliśmy na miejscu. Usiedliśmy na dachu jednego z ceglanych schronów. Był on położony dosyć wysoko, można było dostrzec z niego okolicę w promieniu stu metrów. Drzewa rosły dość gęsto, lecz nie było prawie żadnych krzaków. Dopiero dalej zaczynały się krzaki, chwasty, a zagęszczenie drzew nieco się zmniejszało.

Usiedliśmy na cegłach, które kiedyś stanowiły część bunkra, teraz jednak leżały luźno. Wyjąłem papierosy, poczęstowałem kolegów. Zapaliliśmy. Następna godzina minęła nam na rozmowach, żartach. Plotkowaliśmy nawet, wbrew błędnemu powszechnemu przekonaniu, że faceci plotkować nie lubią. Po to są ludzie, żeby o nich mówić.

Skończyły nam się papierosy. Wtedy odezwał się Maciek:

- Chłopaki, mam dla was niespodziankę!
- Naszczałeś do słoika i chcesz nam pokazać? - roześmiał się Michał.
- Bardzo, kurwa, śmieszne. - odparł Maciek. - Przyniosłem nam to!
To mówiąc wyciągnął z plecaka cztery puszki piwa.
- Co? VIP? Co ty za szczyny kupiłeś! Teraz sam to pij! - zawołałem.
- Mówiłem że przyniósł siki? - zaśmiał się znowu Michał.
- A czego chcieliście, Jacka Danielsa? - oburzył się Maciek.
-Dobra, pijemy, lepsze to niż o suchym pysku siedzieć. - oznajmiłem.

Wzięliśmy piwo w ręce i powoli pijąc zaczęliśmy znów rozmawiać. Minęło może 15 minut. Rozmawialiśmy.

- Jechałem ostatnio autobusem - opowiadał Jacek - siedziałem sobie przy środkowym wejściu, wiecie, tam, gdzie jest miejsce dla matek z wózkami. I nagle wchodzi do autobusu zajebista dupeczka, blondyna. Mówię wam tak się napaliłem... Nie mogłem się napatrzyć. He he he, mówię wam, drugiej takiej chyba nie ma. Siedziała naprzeciwko mnie i sie uśmiechała. Już chciałem do niej zagadać, a tu na kolejnym przystanku wchodzi jakiś pasztet. Mało, wieloryb! Tłuste to, dziwne, że tylko za 1 bilet zapłaciło. Już chciałem spojrzeć znowu na piękną blondyneczkę, a ta żeńska kupa sadła usiadła koło mnie. Blondyneczka zaśmiała się i wysiadła na kolejnym przystanku. Chciałem tez wysiąść, pójść za nią, a to sadło zanim wstało, to kierowca drzwi zamknął!

- No to, Jacuś, taka sztuka ci uciekła! - zawołałem.
- Nawet nie wiecie jak cierpiałem! - kontynuował Jacek. - nawet szukałem jej na spotted, ale...
-Cicho! Słyszycie? - powiedział nam Maciek.

Nadstawiliśmy uszu. Słyszeliśmy, jakby ktoś szedł przez las po leśnym poszyciu, słyszeliśmy liście ugniatające się pod czyimiś stopami.
- Kto był na tyle powalony, żeby aż tak zapuścić się w las? - powiedziałem szeptem do przyjaciół. - Chyba niewiele osób zna to miejsce.
Kroki stawały się coraz głośniejsze. Pochyliliśmy się, zza trawy obrastającej dach bunkra poszukując źródła dźwięków.
- Widzicie coś? - powiedział szeptem lekko spanikowany Jacek.
Kroki ucichły. Nastała grobowa cisza. Staliśmy przykucnięci, w bezruchu. Minęła minuta, dwie, trzy. Już mieliśmy wstać i się rozejrzeć, gdy usłyszeliśmy szelest, a potem krusząca się cegłę, której odłamek spadł ze ściany bunkra na ziemię.

Przerażeni czekaliśmy co się dalej stanie. Czułem przyspieszone bicie serca. Znów zapanowała cisza. Wszyscy dobrze wiedzieliśmy, że cokolwiek to było, ucieczka nie miałaby sensu. Jeśli komukolwiek lub czemukolwiek udało się dostać pod bunkier niepostrzeżenie, na pewno by nas dogoniło.
- Kto tam? - powiedział przerażony Jacek w stronę miejsca, z którego wcześniej dobiegł dźwięk spadającego odłamka cegły.
Wtedy pod bunkrem jakby coś się zerwało. Usłyszeliśmy szybkie kroki, ktoś lub coś bardzo szybko przemieściło się na drugą stronę bunkra.
Las już nie był tym, jakim go znaliśmy. Już nie byliśmy tu panami. Poczuliśmy się intruzami.

- Słuchajcie, może to jakiś pies? - spytał z udawaną nadzieją, przerażony Maciek.
- Wychylę się i zobaczę - wyszeptał roztrzęsiony Michał. Po jego głosie dało się poznać, że wcale nie chciał tego robić.
Podkradł się do krawędzi dachu. Wychylił się powoli.

- Tu nic nie ma. - powiedział z lekkim niedowierzaniem w glosie Michał.
- Zalewasz. - powiedziałem. - to co słyszeliśmy? Chyba nie jesteśmy pijani? - to mówiąc podniosłem puszkę po piwie. 7.2%. -Tym by się nawet moja dziewczyna nie upiła! - powiedziałem i w gniewie rzuciłem puszką na dół. Wstałem. Pozostali także. Zaczęliśmy wypatrywać czegoś między drzewami. Po dziesięciu minutach rozglądania się - bez żadnego rezultatu oczywiście - Jacek stwierdził:

- Idziemy stąd.
- A co jeżeli nam się nie wydawało? - spytał Maciek?
- Przecież na dole nic nie ma. - powiedział Michał.
Zeszliśmy z bunkra. Obeszliśmy go naokoło. Ze zdziwieniem spostrzegliśmy, że w miejscu, gdzie słyszeliśmy kruszenie się cegły powstała dziura, szeroka na niecały metr i wysoka na nieco ponad półtora metra.
- Wchodzimy tam? - spytał Jacek. - Nie zdziwiło nas jego pytanie, ponieważ nigdy nie mieliśmy okazji zwiedzić "naszego" bunkra od środka. Wejście było zabudowane cegłami, które teraz zapadły się do wnętrza.

- Nie wiem czy to dobry pomysł - odparł Michał. To co się zdarzyło...
- To może wjedźmy. Zajrzymy tam tylko, a potem wyjdziemy i wracamy do miasta - przerwał mu Maciek.

Dziura nie była przekonująca, ale weszliśmy. Wciąż byliśmy nieco wystraszeni wydarzeniami, które rozegrały się przed kilkoma chwilami.
W środku znajdował się wąski korytarz ze schodami prowadzącymi kilka metrów w dół. Zapaliliśmy latarki w telefonach. Zeszliśmy po stromych schodach. Jakieś trzy metry w dół i trafiliśmy na korytarz. Nie mogliśmy ocenić jego wysokości, gdyż prawie po sam sufit zalany był wodą.

- No to lipa. Wracamy. - oznajmiłem.

Na te słowa wszyscy odwróciliśmy się w stronę wyjścia. Już chcieliśmy wykonać pierwszy krok, ruszyć po schodach na górę, gdy w dziurze, która służyła nam za wejście zobaczyliśmy istotę. Wyglądała jak mnich. Ubrana w długą, brązową szatę. Nie miała twarzy, a jej skóra była bardzo blada. Jacka i mnie sparaliżował strach, Michał wrzasnął, a Maciek wpadł do wody, która zalewała korytarz za nim. Zanim to zauważyliśmy, istota zniknęła.
Natychmiast odwróciliśmy się w stronę Maćka, który ledwo utrzymywał się na powierzchni wody.

- Wyciągnijcie mnie stąd! - wrzasnął do nas Maciek. Złapaliśmy go za ręce i zaczęliśmy ciągnąć.
- Co to kurwa było?! - krzyknąłem.
-Nie mam pojęcia! Ciągnij! Ta woda jest okrop... - urwał Maciek.
W jednym momencie poczuliśmy, jakby stał się bardzo ciężki. Coś ciągnęło go pod wodę.

- Chłopaki! Ciągnie mnie po wodę! - krzyknął Maciek. Nie mógł powiedzieć nic więcej. Jego głowa znalazła się pod wodą.
Jeszcze przez ułamek sekundy widzieliśmy, jak jego ciało znika pod wodą, ciągnięte przez coś w głąb zalanego tunelu.
- MACIEK! - krzyknęliśmy wszyscy trzej.
- Chłopaki, zwijamy stąd! Natychmiast! Lecimy do miasta i dzwonimy na policję! - zawołałem.
- A co jak ten pierdolony mnich dalej tu jest?! - krzyknął Jacek.
- Lecimy. Biegiem. - rozkazałem.

Wybiegliśmy z bunkra. Ledwo wymijaliśmy gęsto rosnące drzewa. Coś biegło za nami.
Nie mieliśmy siły i byliśmy zbyt przerażeni, by poinformować się wzajemnie, że coś nas ściga. Nie było zresztą takiej potrzeby. Wszyscy słyszeliśmy bardzo szybkie kroki za nami.
Jak burza wbiegliśmy w krzaki, które zaczynały w tym miejscu rosnąć. przedzieraliśmy się przez nie. Chciałem zawołać do chłopaków, że biegniemy w złą stronę, że zaraz się zgubimy. Zatrzymałem się. Nikogo nie było w pobliżu. Michał i Jacek musieli pobiec dalej lub gdzieś skręcić.
Uważnie nasłuchiwałem przez dobre 10 minut. Nie usłyszałem nic. Wciąż byłem przerażony, cały się trząsłem.

- Muszę tam wrócić i pójść dobra drogą, do miasta! - krzyczałem sam do siebie w myślach.
-NIE! Nie wrócę tam! Nie wrócę do tego czegoś! - huczały mi w głowie myśli.
Powoli, skradając się zacząłem wracać do miejsca, gdzie wbiegliśmy w pierwsze krzaki. Postanowiłem ominąć teren "naszego" bunkra i oddalić sie w druga stronę, do miasta.
Przez kolejne 15 minut wykonywałem ostrożnie po kroku, za każdym razem nasłuchując. Nagle w krzakach przede mną zauważyłem jakiś ruch. Chciałem uciekać.

- Łukasz! Stój! - usłyszałem z krzaków głos Jacka. -chodź tu, tylko cicho!
Podszedłem. Kucnąłem obok Jacka.
- Zatrzymałem się tutaj. Zobaczyłem, że nie ma ciebie ani Michała. To coś pobiegło za Michałem. - opowiedział mi Jacek.
- Jak to wyglądało? - spytałem go roztrzęsionym głosem.
- Nie wiem. Widziałem to tylko chwilę. Było wysokie. To było to... coś. To coś, co widzieliśmy w bunkrze.
- W którą stronę pobiegł Michał?
- W stronę zniszczonych umocnień.
- O nie, nie idziemy tam! - powiedziałem mu.
- Musimy mu pomóc! - odparł Jacek.
- Pójdziemy i to coś nas złapie. Idziemy do miasta i wzywamy tu policję. Oni mają większe szanse znaleźć tu cokolwiek.
- Lub kogokolwiek... - trafnie odrzekł Jacek.
- Czekaj. - chwyciłem Jacka za rękę. - zadzwonię do Michała na telefon. Może jest w pobliżu.
- A co jak ten mnich, czy cokolwiek to jest, usłyszy dzwonek? - spytał Jacek.
- Musimy zaryzykować - odparłem znajdując Michała w kontaktach.

Usłyszeliśmy sygnał. W tym samym momencie dało się usłyszeć jego dzwonek. Na lewo od nas. Ostrożnie podążyliśmy za odgłosem jego dzwoniącej komórki.
Leżała na ziemi, otoczona krzakami z każdej strony. Rozłączyłem się i podniosłem ubrudzony smartfon Michała.

- Zgubił go... - powiedział drżącym głosem Jacek.
- Widzę. Weź ten telefon i wracamy do miasta.
- Zadzwońmy po policję, teraz. - rozkazał Jacek.
- I co powiemy? Że jesteśmy w lesie i goni nas jakiś pierdolony mnich? Uznają to za głupi żart!
- Mimo to zadzwońmy.

Nie zdążyłem odpowiedzieć. Ze wszystkich storn zaczął nas dobiegać dźwięk szybkich kroków. Coś biegło w naszą stronę.
- Spieprzamy! Biegiem! - zawołałem i pociągnąłem Jacka za rękę. Pobiegliśmy, coś znów nas ścigało. Tym razem było tego więcej.
Wybiegliśmy na małą polanę. Po prawej stronie, przy wielkim drzewie coś klęczało. Niewątpliwie była to ta sama postać, którą widzieliśmy w bunkrze.

- Tam! Tam! To Michał! - zawołał Jacek.
Dopiero wtedy to spostrzegłem. Nie zapomnę tego widoku. Ta istota klęczała nad martwym ciałem Michała. Skalpowała go jakimś ostrym narzędziem. Nie mogłem na to patrzeć. Istota wstała i ruszyła na nas. Odbiliśmy w prawo.
Wybiegliśmy z polany, za sobą słyszeliśmy zbliżający się pościg. Biegłem przodem, Jacek był tuz za mną. Nagle usłyszałem jego krzyk. Odwróciłem się. To coś go dorwało. Chwyciło go i wykręciło głowę, łamiąc kark. Odrzuciło ciało Jacka i zaczęło biec za mną.

Biegłem najszybciej jak mogłem. Co jakiś czas potykałem się. Nogi miałem czerwone od pokrzyw, skórę na twarzy i na rękach porozcinaną i poobijaną. Uciekałem bijąc chyba wszystkie rekordy prędkości. Serce biło tak szybko i tak mocno, że zdawało się zaraz połamać mi żebra i wyskoczyć. Słony pot spływający z czoła wpływał na porozcinaną skórę mojej twarzy, powodując pieczenie. Nie zwracałem na to uwagi. Wciąż słyszałem za sobą pościg.
Wybiegłem z lasu na pole. w oddali zobaczyłem miasto i szkołę, pod której budynkiem wszystko się zaczęło. Dlaczego uciekliśmy z lekcji?! Dlaczego poszliśmy na te cholerne bunkry?! Dlacze...
Upadłem. Uderzyłem głową w ziemię. Mój świszczący oddech stawał się coraz cichszy. Straciłem przytomność.

Leżę w łóżku. jestem nakryty białą kołdrą. Ze stojaka znajdującego się obok mojego łóżka, przez rurkę spływa kroplówka. Rozejrzałem się po pokoju. Niewątpliwie byłem w szpitalu.
Drzwi do sali uchyliły się, weszła pielęgniarka. Podeszła do mnie.
- Obudziłeś się? Jak się czujesz? - spytała.
- Nie wiem - odpowiedziałem szczerze.
- Pójdę po doktora, niech on cię obejrzy - powiedziała do mnie.
- Niech pani zaczeka. - poprosiłem. - Co się w ogóle stało?
- Znaleziono cię w takim stanie na polu, przy lesie. - wytłumaczyła. - A co do reszty... doktor ci powie.
To mówiąc wyszła, by poinformować doktora, że się obudziłem.

Dopiero teraz zwróciłem uwagę na telewizor wiszący nad wejściem do sali. Były włączone wiadomości.

"Ciała trzech nastolatków w pobliskim lesie znalazła dzisiaj policja; przyczyną śmierci jednej z ofiar było utonięcie, nie wiadomo, jak zginęli dwaj pozostali chłopcy. Wszystkie ciała znaleziono przybite do drzew w okolicy jednego z bunkrów znajdujących się w lesie. Ponadto w pobliżu lasu znaleziono jeszcze jedną osobę, która może być związana ze sprawą. Policja nie podaje, do jakiego szpitala przetransportowano 17-sto latka. Prokuratura wszczęła już śledztwo w tej sprawie."

Wyłączyłem telewizor pilotem leżącym na stoliku przy łóżku. "To moja wina" - pomyślałem. Czułem, że nie będę mógł żyć z tą myślą. Że oni zginęli przez mój głupi pomysł.
Nagle ktoś zapukał do drzwi. Otworzyły się. Zobaczyłem postać przypominającą mnicha...

...

"Jak podaje rzecznik prasowy policji, śmierć poniósł jedyny prawdopodobny świadek makabrycznych wydarzeń, które rozegrały się wczoraj po południu w pobliskim lesie. Przyczyną zgonu było prawdopodobnie uduszenie."

Część druga: http://straszne-historie.pl/story/9328
Źródło: Własna historia
Oceń:
31
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!