Przytul się do ściany - definicja szaleństwa.

Dodane przez: astarot, 17.10.2014, 14:55
Reklama:
Przedmowa:
Chciałbym przedstawić Wam efekt mojej kilkudniowej pracy, podsycany różnorakimi emocjami i doświadczeniami życiowymi, oraz tym że od roku nic nie pisałem - co skłoniło mnie do stworzenia takiego oto skromnego dzieła. Miłej lektury!



Nie raz zostając sam w domu, dostawałem ochoty na przeglądanie różnorakich portali związanych ze zjawiskami paranormalnymi. To już taki mój bakcyl, emocje związane z lekkim podstraszaniem się nierealnymi rzeczami byłby podbudowywane przez uczucie samotności, i ciągłe wrażenie że ktoś stoi mi za plecami.
Właśnie to ostatnie jest najbardziej niepokojącym, towarzyszącym chyba każdemu z ludzi uczuciem, którego nie sposób opanować inaczej niż odwracając się do tyłu, w celu znalezienia źródła swojego niepokoju. Nigdy jednak nie wiemy co stoi za naszymi plecami, co też lepiej czasami nie ulegać pokusie. Cała historia tyczy się 18 grudnia 2011 roku. Moi rodzice postanowili spotkać się ze swoimi przyjaciółmi mieszkającymi w sąsiedztwie, bardzo lubili takie spotkania. Zaczyna się typowo, zostaję sam w domu, zżerają mnie nudy, kompletny brak zajęcia - postanawiam więc poczytać, pooglądać i poszperać w internecie o rzekomo strasznych rzeczach. Moje biurko stoi przy oknie, na wysokości małego, przylegającego doń daszku okalającego drzwi wejściowe kilka metrów niżej. Była już siódma wieczorem, na dworze istny mrok, aczkolwiek poświata blasku biła od puchowej pierzyny leżącej na wszystkim na czym tylko mogła.
Ogólnie, jestem fanem fotografii post-mortem tudzież i za jej oglądanie się wziąłem. Często ciężko jest znaleźć dobre zdjęcia tej dziedziny, ale rosyjskie bądź amerykańskie portale zawsze pomogą nam w znalezieniu tego, czego szukamy. Trafiłem na jeden z nich, jednak co było dziwne, nie były to typowe zdjęcia. Przedstawiały osoby średniego wzrostu, pozbawione głów. No, nie takie rzeczy się widziało. Ale jeżeli kilkadziesiąt zdjęć powtarza się z jedną, charakterystyczną cechą, to zaczyna to już przykuwać uwagę.
Wziąłem głęboki oddech, wykonałem kilka kliknięć, zacząłem szukać dalej. Jak się okazało, tego typu fotografie miały jakiś szczególny aspekt religijny w pewnych sferach społecznych, i były jakoby uhonorowaniem dla ciała posiadacza głowy, a nie dla jego chociażby - urody.
Ale co mi tam się zadręczać czymś takim. Jedynie lekko mnie to podnieciło. Jak zwykle, przed snem postanowiłem puścić sobie jakiś ulubiony zespół muzyczny, chociażby Entrails - i do takiej muzycznej sieczki poprzeglądać Sadistica. Typowo dla działu hard, trafiłem na masę poszarpanych ludzkich kończyn, zdjęć z sekcji zwłok czy powypadkowych, odrażających na pierwszy rzut oka filmów. Przygotowałem komputer do wyłączenia, poprawiłem poduszkę na moim łóżku stojącym zaraz obok drzwi (ogólnie, mam mały pokój, jakieś kilka na kilka metrów) i położyłem się na nim.
Zwykle w głowie siedziałyby mi jeszcze krótki czas temu oglądane zdjęcia, ale nie przejmowałem się nimi - bo jak już chyba mówiłem, nie było to niczym nadzwyczajnym. Położyłem się na brzuchu, zakrywając się kołdrą od pasa w dół. Obróciłem głowę w lewo, i w bezruchu obserwowałem krzesełko stojące w rogu pokoju, mając cholernie realne wrażenie, że coś na nim siedzi. Poczułem lekkie ukłucie w gardle i bezszelestnie zbliżyłem się jak najbardziej na zasięg ręki do krzesła, szarpiąc za coś na jego powierzchni. Niepotrzebnie się denerwowałem, była to bowiem tylko moja koszula i para jeans'ów.
Wziąłem głęboki oddech, ułożyłem się na łóżku w tej samej pozycji, co wcześniej. Przejmująca cisza, tylko wiatr delikatnie stukał o szybę. Nagle, coś bardzo głośno zadudniło! Jasna cholera, co to mogło być? Zerwałem się z łóżka, i spojrzałem przez okno. Ciężko byłoby cokolwiek zobaczyć, śnieg zerwał się z dachu na szczycie mojego domu i spadł na pomniejszy, przy moim oknie, tamując cały widok. No cóż, w pokoju zrobiło się jeszcze ciemniej, tylko chłodna łuna księżycowego światła wpadała przez szczelinki u szczytu okien.
Niby zwykłe, głupie zjawisko, a jednak pobudziło mnie. No, teraz na pewno nie zasnę. Ale nie miałem też ochoty na dłuższe siedzenie przed komputerem, usiadłem więc na łóżku i postanowiłem że pozostanę w takiej pozycji przez dłuższy czas. Zacząłem się zastanawiać nad wieloma rzeczami, gdyż jestem typem myśliciela. Ten spokojny okres nie trwał jednak długo. Usłyszałem mojego psa, skomlącego i piszczącego. Poddenerwowało mnie to, gdyż zwykle, widząc kogoś obcego, czy po prostu inne zwierzęta szczekał, a takich dźwięków nie zdarzyło mu się wydawać zbyt często.
Założyłem buty, jakiś dres i bluzę, wziąłem też spod łóżka krótką, metalową rurkę (zawsze ją tam trzymam, po prostu w razie jakiegoś wypadku!) i wyszedłem na dwór. Ogólnie, ciężko mnie przestraszyć, łatwiej - wzbudzić we mnie niepokój. Śnieg chrupał mi pod nogami, kilka poszczególnych płatków co jakiś czas wpadało do oczu. Podszedłem do klatki w której przebywał mój pies, uspokoił się, jednak podkulił ogon i wrócił do budy, patrząc gdzieś w głąb podwórza. Kilka razy gwizdałem do niego, chcąc przyciągnąć jakoś uwagę mojego kochanego pupila, ten jednak nie spuszczał wzroku z szarawej głębi mojego podwórka. Rzeczywiście, spojrzałem na garaż który się tam znajdował, zauważyłem że drzwi - były uchylone. Zaciekawiło mnie to, moglibyście mnie nazwać idiotą - ale uznałem że dobrze będzie to sprawdzić, na wszelki wypadek. Nie mieszkam z sąsiadami, więc garaż należy tylko do nas. A dziwne, żeby ktoś pałętał się po moim podwórku o tej godzinie.
Cicho zbliżyłem się do drzwi garażu, mogłem spokojnie prześlizgnąć się do środka. Jestem jednak dosyć nerwowy, więc wskoczyłem tam i od razu uruchomiłem światło. Narobiłem dużo hałasu, usłyszałem też ciche stąpnięcie gdzieś w jego głębi. Mogła to być jednak po prostu moja wina, mogłem tknąć jakiś kamień który odleciał tam, dalej. Światło - nie uruchomiło się. Wzbudziło to we mnie niepokój. Wskoczyłem do garażu, w którym prawdopodobnie ktoś mógł być, ściskając metalową rurkę w dłoni i hucząc na całe, zimne i ciemne pomieszczenie którego nie sposób było oświetlić.
Nasłuchiwałem tak chwilę, uspokajając bicie serca. Cóż, z tego co ustaliłem nikogo w budynku nie było. Powoli wysunąłem się z niego, uderzając przypadkiem rurką o zardzewiałą szafkę, z której kilka puszek spadło na ziemię. Zamknąłem też garaż, jednakże nie do końca, co utrudnił mi śnieg. Teraz priorytetem dla mnie było jak najszybsze znalezienie się w moim ciepłym łóżku. Odwróciłem się, i przyśpieszonym krokiem postanowiłem przebyć dystans do moich drzwi wejściowych. Pewnie domyślacie się co czułem?
Tak. Niepokój.
Wszystko to było dziwne, jednak z początku nie zadręczałem się jakimiś niepotrzebnymi, przypadkowymi rzeczami które miały za zadanie mnie przestraszyć. Ale to zaczynało się robić dziwne.
Przyjemnie byłoby znaleźć się teraz w towarzystwie moich rodziców. Kiedy oni mają zamiar wrócić? Zawsze muszą się zasiedzieć. Zdenerwowałem się na nich. Czyżby zapomnieli, że mają syna? Mniejsza o to, zamknąłem drzwi od środka, mama zabrała klucz. Zdjąłem buty, bluzę i spodnie jeszcze w korytarzu i wskoczyłem do łóżka. Och, jak ciepło i przyjemnie!
Byłem gotów by zasnąć, uspokojony tym że wszystkie dotychczasowe wydarzenia były jedynie kwestią przypadku. Usłyszałem kroki gdzieś za oknem, śnieg skrzypiał. W tak przenikliwej ciszy nawet huknięcie sowy w oddali byłoby słyszalne. Pewnie moi rodzice już wracali, a potwierdzić tę tezę mógłbym w jeden sposób - usłyszałbym szczęk otwieranego zamka.
Nic jednak nie usłyszałem. Zamiast tego, w głowie siedział mi odgłos kilku prędko stawianych kroków, jakoby ktoś nie chciał by ktokolwiek go zobaczył. Kroków szybkich, nerwowych, kogoś lub czegoś, co właśnie znajdowało się na moim podwórku. Teraz już niestety nie mogłem tego jakkolwiek sceptycznie ująć, nie byli to moi rodzice, bo raczej weszliby do domu od razu. Co gorsza, moje obawy sprawdziły się. Zamiast klucza wsuwanego do zamka, usłyszałem ruch klamki, który powtórzył się trzy razy. Za pierwszym razem energicznie, jakby ktoś chciał wejść do mojego domu jak najszybciej. Druga i trzecia próba potoczyła się wolniej, chyba ten "włamywacz" - tak go nazwijmy na obecną chwilę, nie chciał obudzić domowników, szarpiąc za klamkę.
Ale nie spałem. Na jego i moje nieszczęście. Ruchy ucichły, szybkie kroki za drzwiami znowu dały o sobie znać. Ten ktoś odszedł. Teraz - wiedziałem jedno. Ktoś próbuje wejść do mojego domu, ktoś mnie obserwował, jestem sam w fortecy w której się wychowałem, i muszę się jakoś obronić. Nie będziemy bawić się w żadnego bohatera, zachowam się raczej jak racjonalny człowiek.
Założyłem skarpetki, wygodne spodnie i koszulkę wraz z bluzą. Wyszedłem z pokoju na korytarz, w ręku ściskając rurkę. Nasłuchiwałem, czując bicie swojego serca, epicentrum całych nerwów we mnie. Kilkuminutową ciszę przerwał brzęk tłuczonego szkła. Do kuchni, przez okno wpadł jakiś ciężki przedmiot. Teraz naprawdę się przeraziłem, ale wykorzystując resztki opanowania, wsunąłem się delikatnie za ścianę, skąd mogłem być niewidocznym i obserwować okno. Przez chwilę było cicho, dalej jednakże dało się słyszeć kroki, szybkie, do tego posapywanie. Para czarnych rąk wsunęła się przez okno, jedna chwyciła kran, druga brzeg parapetu, aż po chwili do kuchni wsunęła się podłużna, ciemna sylwetka bardzo chudej postaci, garbatej, z niewyobrażalnie długimi odnóżami. Zakręciło mi się w głowie, zbrakło oddechu, jednakże stałem nieruchomo, obserwując jak to "coś" stanęło w mojej kuchni prostując się i dosięgając sufitu. Chwilę później jednakże przykucnęło, wydało odgłos przypominający wciąganie powietrza, szczęknęło zębami i...
Powiedziało:
- Wiem, że tu jesteś. -
-----
Zamknąłem oczy, wstrzymując oddech i zaciskając palce na swojej jedynej broni. Zaczynałem się z wolna trząść, nie mogąc tego opanować. W kuchni cisza. Grobowa cisza.
Nie wiedziałem cóż uczynić. Ruszyć się? Zabije mnie.
Krzyknąć, zawołać o pomoc? Zabije mnie.
A może dobiec do drzwi? Nie... To głupie. Pochopne. Dogoni mnie na dworze, rozszarpie swoimi długimi, ostrymi zębami.
Poczułem lekkie ciepło na policzku. Powtarzało się w kilkukrotnych, krótkich odstępach czasowych, jakby coś powiewało w moją stronę. Otworzyłem oczy.
Przed moją twarzą, z początku z mroku - wyłoniły się kontury, nos, oczy, usta... Czarne włosy opadały na czoło, pomarszczona skóra dawała znać o sędziwym wieku. To był mój ojciec.
- Synu, co Ty do jasnej cholery robisz? - zapytał.
Przez chwilę nie mogłem uwierzyć w to co właśnie się dzieje. Wziąłem głęboki oddech, odepchnąłem delikatnie tatę w prawą stronę i zajrzałem do kuchni. Na podłodze nie było ani okruszyny szkła. Szyba w całości, nic nie leżało na podłodze.
Co tu się dzieje? Nie rozumiem. Wyobraźnia płata mi figle?
Ojciec wpatrywał się we mnie. Od zawsze byłem dziwny, znali mnie już z moich wybryków i niecodziennych odpałów. Tym razem jednakże musieli się trochę zdziwić. W milczeniu udałem się do swojego pokoju, usiadłszy na łóżku oparłem się o ścianę. Zimny dreszcz obleciał całe moje ciało. Czy to była definicja szaleństwa? Tak realne przywidzenia? A może jestem chory?
Może coś jest nie tak z tym domem? Jak zwykle, podchodziłem do sprawy sceptycznie, aczkolwiek w tym przypadku musiałem już parę niewytłumaczalnych rzeczy wziąć pod uwagę. Chwyciłem za ołówek, za kartkę, i postarałem się to coś uwiecznić, narysować. Tak jak to zapamiętałem. Ręce mi się trzęsły, pierwsza linia przebiegła w miarę pomyślnie. Długi kark, mała głowa... Chuda sylwetka, cała czarna. I oczy. Dwa, małe, żarzące się na biały kolor punkciki utkwione w smolistym cielsku, przenikliwie spoglądające w głąb mnie.
Położyłem się do łóżka, miałem dość jak na jeden wieczór - za dużo wrażeń. Moje oczy zmrużyły się, do umysłu wtargnął spokój. Po raz kolejny mogłem odetchnąć. Przekonałem już siebie, że całe to zajście było jedynie bardzo realistycznym złudzeniem. Oczywiście wszystko trwa krótko. W domu zapadła cisza, rodzice po imprezie bardzo delikatnie zakrapianej alkoholem położyli się spać, tako i ja postanowiłem to zrobić. Spojrzałem w stronę okna.
O nie. Jednak część zdarzeń okazała się prawdziwą. Okno było przysypane śniegiem, światło księżyca wdzierało się jedynie przez małą szczelinkę u góry. Przyśpieszyło mi tętno, podniosłem się z łóżka i podszedłem powoli do okna. Stąpałem delikatnie i cicho. Odsunąłem firanę, wyjrzałem przez drobną szczelinę. Wszystko skąpane w blasku księżyca, jego białe światło, obecne wszędzie, odbijające się od każdego pojedynczego, widocznego miejsca. Trwałem tak nieruchomo przez kilkanaście sekund, wpatrując się w głębię podwórka, widząc urywek budy mojego psa zasłanianej przez drzewka świerkowe. Odetchnąłem ponownie, uspokoiłem się już całkowicie. Usiadłem na łóżku, oparłem się o ścianę i uśmiechnąłem. Wszystko było w porządku!
Poczułem ukłucie w lewym barku. Coś z wielką siłą się w niego wbiło. Próbowałem krzyczeć - było to niemożliwe. Moje usta były unieruchomione, wydawałem z siebie jedynie głuchy jęk. Ból był wręcz nie do zniesienia. Chciałem uwolnić się z objęć tego.. Tego czegoś, jednakże utrzymywało mnie w miejscu. Szarpnęło mnie za żebra, nie mogłem złapać oddechu. Spadłem z łóżka, wypchnięty. Czułem krew ściekającą po ramieniu, po klatce piersiowej. Leżałem nieruchomo na ziemi. Zacząłem krzyczeć, o dziwo - teraz się udało!
Zupełnie nie wiedziałem co się stało. Moja matka przyszła do pokoju, zapaliła światło i zaczęła krzyczeć.
- Wstawaj z tej podłogi! Jest pierwsza w nocy! - dało się wyczuć zdenerwowanie w jej głosie.
Przez chwilę nie wiedziałem co dokładnie się dzieje. Przytknąłem dłoń do poranionego barku, przynajmniej - tak mi się wcześniej wydawało. Po ranie nie było ani śladu, po krwi też. Kurwa. To zaczynało się robić przerażające nawet dla mnie.
Z poczuciem zażenowania, z lekkim trudem podniosłem się z podłogi. Matka wyszła z mojego pokoju szybkim krokiem, a ja usiadłem na podłodze, oparłszy się o łóżko. Zacząłem płakać. Nie rozumiałem tego co się dzieje. Najpierw to dziwne stworzenie, wszystkie te zjawiska. Teraz paranormalny atak na moje ciało. Słyszałem o takich przypadkach, ale nigdy nie sądziłem, że mogą być odczuwane i widziane jedynie przez odbiorcę. Przede wszystkim starałem zachować się zimną krew i uspokoić. I poczuć jakoś bezpieczniej. Nie wiedziałem co jeszcze może się wydarzyć. Może własna poduszka będzie próbowała mnie udusić?
Podniosłem się z podłogi, przetarłem twarz, spojrzałem na biurko. Leżał tam rysunek, ten sam rysunek który stworzyłem tak krótki czas temu. Zmienił się? Tak, nieznacznie, ale jednak.
Teraz, w czarnej sylwetce, ponurej i stworzonej prostymi metodami dało się zobaczyć przenikliwy uśmiech. Widocznie mamy do czynienia z duchem. Zastanawia Was pewnie jedno - to coś próbowało mnie zabić, a ja podchodzę do całości na spokojnie, opowiadam o swoich przeżyciach - całkiem normalnie. Powód jest jeden, mianowicie zakazuje się wręcz popadania w obłęd, zwariowanie to pierwszy krok do porażki. Przedstawiając ogólnie sytuację, mam do czynienia z czymś w rodzaju demona, który może mieć swój wkład w otaczającą mnie rzeczywistość, może mnie zaatakować, pojawiać się i znikać.
Potraktujmy to jak dziennik. Dziennik prób, dziennik spostrzeżeń i sposobów na pokonanie... Tego. Muszę poznać swojego wroga.
Siadłem przy biurku, zacząłem pisać. Im dłużej to robiłem, im więcej słów pojawiało się na czystych jeszcze przed chwilą kartkach zeszytu, tym bardziej pochłaniała mnie moja "praca". Jednakże również się bałem. Ciągle czułem się obserwowany, jakby tylko to coś czekało na mnie, zaraz za moimi plecami, siedząc na łóżku, wpatrując się we mnie. Wiedziałem jednak, że karmi się moim strachem, żeruje na mnie. Jest pasożytem, naprawdę paskudnym, wykorzystującym każdy odruch mojego wewnętrznego wcielenia, podatnego na wszelkie bodźce mające mi zagrozić.
Nie dam za wygraną. Będę pisał, poznam Ciebie - i Twoją naturę.
-----
Chłodny powiew wiatru dotknął mojej twarzy. Otworzyłem oczy. Leżałem, oparty o biurko, z twarzą na jego zimnej powierzchni, z długopisem w prawej dłoni, kryjąc się w białych, splamionych atramentem kartkach.
Czułem się nagi, i rzeczywiście tak było. Dzwoniło mi w uszach, podniosłem się i poczułem że strasznie boli mnie głowa. Wstałem z krzesła, odwróciłem się w lewo - w stronę okna. Po śniegu nie było śladu. Wszystko na dworze było szare. Drzewa, straciły liście. Ze ścian odpadła farba, trawa pożółkła. Klatka mojego psa... Była otwarta. Na podłodze mojego pokoju walały się papiery, ubrania. Ściany były pokryte pleśnią.
Język stanął mi w gardle.
- Coś jest nie tak. I teraz mówię to szczerze. - odrzekłem, sam do siebie, w akompaniamencie szumiącego wiatru.
Założyłem czym prędzej spodnie, buty, koszulkę. Schyliłem się pod łóżko, by wziąć swoją "broń". Nie było jej tam. Okej, poradzę sobie bez niej. Już i tak zbyt wiele się wydarzyło. Wyszedłem z pokoju. Stąpałem powoli, zwróciłem uwagę na ściany. Obrazki były poprzewracane, jakaś dziwna, srebrzysta maź spowiła ubrania leżące na ziemi i w salonie. W kuchni szyby były wybite, z kranu powoli sączyła się woda. Czułem się otępiały.
Wyszedłem z domu. Było zimno, w powietrzu unosił się dziwny zapach. Drzwi garażu były uchylone, zwróciłem na to uwagę w pierwszej chwili. Zacząłem się do nich zbliżać. Po ostatniej nocy miałem już szczerze wyjebane na to co mogło się stać. Chciałem po prostu poznać siebie, bo widocznie mój umysł zataił przede mną wiele rzeczy. Wszystko to spowijała aura mroku, misterności i magii. Nie rozumiałem tego, a człowiek zwykle boi się tego - czego nie rozumie.
Byłem czujnie nastawiony do otoczenia. Z garażu nie dochodził żaden dźwięk, wszedłem więc do środka. To co tam zobaczyłem, wstrząsnęło mną jak mało co. Mimo że ich nie kochałem, nie mieliśmy dobrego kontaktu - że między nami ciągle się sypało i powstawały kłótnie, zrobiło mi się ich żal. Do moich oczu wpłynęły łzy. To było... Przerażające.
Leżeli tam. Na ziemi, jak przedmioty. Bezwładni, martwi. Zimni i nadzy. Moja mama, miała wyrwane włosy. Zmasakrowaną twarz, pozbawiona uszu i dolnej szczęki. Krew zalała jej piersi, brzuch był poszarpany, wystawało z niego kilka żelaznych kolców. Lewa stopa była odcięta. Larwy, zaplęgły się w niej. Wyżerały ją od środka, żerowały na kobiecie która mnie narodziła.
Ojciec leżał obok niej. W jego klatkę piersiową wbity był nóż kuchenny, szyję przedziurawiono mu tą samą rurką, którą trzymałem pod łóżkiem. Jego czaszka zalana była krwią, ręce ponacinane. Z rozszarpanego brzucha wystawały narządy i połamane żebra.
- Czy to jest definicją szaleństwa? - spytałem ciszę.
Upadłem na kolana. Zamknąłem oczy, zacisnąłem dłonie. Nie rozumiałem tego, co dzieje się wokół mnie. Czy to Hiobowe pasmo na mnie zstąpiło? Czy uczyniłem coś, co nie spodobało się naturze? Czy ktokolwiek słyszał, o tak cholernie popierdolonym przypadku?
Podniosłem się. Pobiegłem do domu. Łzy ściekały po moich policzkach, zagryzałem wargi. Odepchnąłem drzwi, wiatr hulał po korytarzach mojego zniszczonego domu. Wszedłem do swojego pokoju, cuchnącego wilgocią i pleśnią, podniosłem z biurka kartki, wertując je w nerwach. Znalazłem... Znalazłem szkic. Wziąłem do ręki rysunek tego dziwnego stworzenia, porwałem go. Nie wiem czemu to zrobiłem. Był to impuls.
A może autosugestia?
Może zasugerowałem się jakimś durnym programem o przywoływaniu duchów, myśląc że w ten sposób uda mi się go przywołać? Zadziwiające. Stał przede mną.
Był przerażający, to prawda. Ale dopóki się nie ruszał, nie bałem się aż tak bardzo, jedynie - znieruchomiałem.
Miał ponad dwa metry wzrostu, długie ręce zakończone dłońmi, szponiastymi, ostrymi. Nogi krótsze niż ręce, ale umięśnione, spowite w małe kolce. Twarz - była owalna. W świetle dnia oczy nie żarzyły się w żadnym odcieniu - nie było ich widać. Usta tego... Czegoś - były otwarte, w środku dało zobaczyć się rząd ostrych, bladych zębów. Biło od niego mrokiem, zimnem, zgnilizną i chorobą, plugastwem i śmiercią, ale było też coś - co przyciągało mnie do niego.
Stał tak, i patrzył się na mnie. Przynajmniej tak wnioskowałem, po sposobie ułożenia jego głowy - miejsce gdzie powinny być oczy, skierowane było w moją stronę.
- Spójrz w głąb siebie. - rzekło.
W jednej chwili nie rozumiałem sensu tej wypowiedzi. Momentalnie, coś mną wstrząsnęło. Upadłem na ziemię, leżałem w bezwładzie. Uklęknął nade mną łagodnie, przytknął dłoń do mojej głowy.
- Zapytaj się w sercu. - powiedział znowu.
Tchnął we mnie konwulsje. Zacząłem się wić, wić jak larwa, jak ogon umierającego szczura, trząsłem, piana toczyła się z mych ust, moje serce ścisnął strach. Mrok zstąpił w moje oczy. Czułem, że przychodzi śmierć.
Czy śmierć tak wygląda?
Tak. Jest brzydka, przerażająca, cuchnie... Ale to mogła być pomyłka. Czasem - jest piękną, honorową i cudowną. Czasem, topi nas jak małego szczeniaka w wiadrze wody, rozkoszując się naszym cierpieniem.
- Wybudź się. - powiedział, rozpływając się z wolna w powietrzu.
Światło zaczęło zwyciężać nad mrokiem, przejmowało wodze. Obraz mojego pokoju powoli zaczęła wypełniać niebieska barwa. Leżałem na jakimś podłużnym obiekcie. Spojrzałem na tors - owijały mnie pasy. Próbowałem się poruszyć - było to niemożliwe. Puls przyśpieszył, zacząłem się nerwowo rozglądać. Spojrzałem do góry, po prostej linii. Moje oczy oślepiło bardzo jaskrawe światło - była to szpitalna lampa.
Łagodny głos, gdzieś z głębi pomieszczenia dał znać o swojej obecności:
- Leż spokojnie. Nic Ci tutaj nie grozi, możesz się uspokoić. Jesteśmy przy Tobie. - zbliżał się z każdą chwilą, słychać było stukot obcasów. Była to pielęgniarka?
Nachyliła się nade mną. Jasne, niebieskie oczy były jedynym widocznym obiektem spod lekarskiej maski. Patrzyła tak na mnie, przytknęła dłoń do mego czoła, po czym odrzekła:
- Wiesz co jest definicją szaleństwa? - spytała, ściągając maskę.
Błysnęły długie, ostre zęby. Twarz zmieniła kolor na czarny, skóra zmarszczyła się i zgniła momentalnie. Zatopiła kły w mojej szczęce. Ból był nie do zniesienia. Zamknąłem oczy.
To koniec.

------------
Serdecznie dziękuję za wsparcie przy pisaniu tego dzieła. Żartem mówiąc, jest to pierwsze opowiadanie w życiu które skończyłem. Jeżeli ktoś miałby chęć zadać mi pytania odnośnie mojej twórczości i planowanych przeze mnie nowych opowiadań (i o ile jest to dozwolone!) zapraszam na mojego aska.
http://ask.fm/jiggakarol
------------
Źródło: Przytul się do ściany - sfinalizowana seria.
Oceń:
4
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!