Dowód na istnienie Boga

Dodane przez: toshiko, 30.10.2014, 19:36
Reklama:
Moja siostra miała na imię Alicja. Została adoptowana przez moich rodziców, kiedy dowiedzieli się, że z przyczyn zdrowotnych nie mogą mieć kolejnego dziecka. Mieliśmy wtedy po siedem lat. Odkąd pamiętam tworzyliśmy duet najlepszych przyjaciół. Nazywaliśmy się bliźniakami, choć różniliśmy się na właściwie wszystkich płaszczyznach: Alicja była filigranową brunetką, ja jasnowłosym chłopcem z lekką nadwagą; ona lubiła melancholijną muzykę, ja uwielbiam hard rocka; ona w wolnym czasie czytała poezję, ja wolałem ślęczeć nad równaniami i odkrywać sekrety świata fizyki.
W wakacje przed rozpoczęciem przez nas szkoły średniej rodzice zginęli w wypadku. Zaopiekowała się nami siostra mamy – stara, bezdzietna panna o surowych zasadach. Nie było mowy o chodzeniu na imprezy czy siedzeniu nocami przy komputerze. Ciotka wprowadziła okrutny system kar za najdrobniejsze przewinienia: tygodniowy szlaban na wychodzenie z domu za trójkę z polskiego, wyrzucenie do śmietnika nowej bluzki za niewłożenie jej do szafki etc. Pamiętam, jak stara jędza spaliła moją kolekcję „Feynmanna wykładów z fizyki”, kiedy nauczycielka od historii doniosła jej, że spisywałem pracę domową. Do tej pory kojarzy mi się to z głośną wówczas sprawą „troskliwej matki”, która swojego synka za przejście przez jezdnię na czerwonym świetle zakatowała na śmierć.
Po otrzymaniu świadectwa dojrzałości oboje z Alicją uciekliśmy spod twardej ręki ciotki. Ja zacząłem studia na akademii technicznej i zamieszkałem w akademiku, Alicja poszła do zakonu. Nie rozumiałem jej decyzji – młoda, piękna dziewczyna postanowiła poświęcić życie modleniu się do Boga, który odebrał jej rodziców i radość najlepszych lat życia.
Nastawienie do religii było kolejnym dowodem, jak bardzo się różniliśmy. Alicja widziała w Bogu sposób na ucieczkę przed codziennymi zmartwieniami i o nic go nie obwiniała – uważała, że miał w śmierci rodziców jakiś cel. Ja też Go nie obwiniałem. Po prostu stwierdziłem, że nie istnieje.
Na studiach żyłem pełnią życia. Większość rzeczy, których powinienem się uczyć, miałem dawno w głowie, więc zamiast spędzać godziny na siedzeniu za książkami nadrabiałem zaległości w imprezowaniu i damsko-męskich namiętnościach.
Alicję denerwował mój tryb życia. W rozmowach przez telefon pouczała mnie i prawiła o idealnym świecie, który oferuje Pan w zamian za postępowanie zgodne z kodeksem kościoła.
- Jakie plany na dzisiaj? – spytała mnie pewnego popołudnia.
- Wybieramy się do klubu z chłopakami, ma być darmowa wejściówka dla kobiet, więc pewnie będzie ich sporo.
- Tylko proszę, nie rób głupot.
- Jakich głupot?
- Nie zgrywaj się. Znasz moje nastawienie do seksu przed ślubem.
- A ty znasz moje. Nikomu nie robię krzywdy, wręcz przeciwnie. To korzyść dla obu stron. Gdybyś spróbowała, też by ci się spodobało.
- Oj, przestań! To niemoralne i niezgodne z wolą Bożą.
- Chyba wolą kościoła. Seks przed ślubem to zło, in vitro to zło, antykoncepcja to zło… No chyba, że metodą kalendarzyka. Zabijanie plemników jest grzechem, ale komórka jajowa to już inna sprawa.
- Będę się modlić za twoje nawrócenie.
Wybuchnąłem śmiechem.
- Mówisz, jakbym był jakimś seryjnym mordercą. A ja nikomu nie robię krzywdy. Nikogo nie zabiłem, nie okradłem, brzydzę się kłamstwem i nie zdradziłbym nigdy żadnej kobiety. Nie potrzeba Boga, żeby postępować moralnie.
- Ale potrzeba Boga, żeby być szczęśliwym.
- Niestety w świecie, którym rządzą prawa fizyki nie ma miejsca dla Boga. Wyprali ci mózg w tym zakonie.
- Ja guzik wiem o prawach fizyki, więc możesz nazywać mnie ograniczoną, ale miej na uwadze fakt, że wielu światowej sławy naukowców to przykładni katolicy. Einstein był wierzący… Braciszku, ja jestem cały czas tą samą osobą, a wszystko, co mówię ma na celu tylko i wyłącznie twoje dobro. Nie wierzę, że jesteś szczęśliwy, że czegoś ci w życiu nie brakuje.
Miała trochę racji. Ateizm jest spoko, kiedy człowiek nie ma ani chwili na myślenie. Mnie pogrążenie się w niebycie po śmierci ciężko było przyjąć za aksjomat. Z jednej strony gardziłem katolikami za ich ograniczenie, z drugiej im tego ograniczenia zazdrościłem. Czasami zastanawiałem się, czy to nie działa na odwrót – może ograniczony umysł cechuje właśnie nieumiejętność powiązania ze sobą teorii ewolucji i istnienia Boga? Pobożność wybitnie inteligentnych ludzi potwierdza tę hipotezę, ciemnota fanatyków religijnych zaprzecza jej.
Chciałem uwierzyć, ale nie potrafiłem. Potrzebowałem dowodu. Oglądałem kiedyś film, w którym uśmiercono mężczyznę, a następnie przywrócono go do życia za pomocą elektrowstrząsów. Jest to oczywiście niemożliwe, ale zdałem sobie sprawę, że coś podobnego byłoby idealnym sposobem na rozwianie wątpliwości.
Spędziłem miesiące na projektowaniu urządzenia, które miało mi pomóc w poznaniu prawdy. Z obliczeń wynikało, że eksperyment powinien się udać. Gdy opowiedziałem o nim Alicji, była oburzona.
- To niemoralne!
- Co niemoralnego jest w wiedzy? Przecież Jezus Chrystus nie wierzył w Boga. On po prostu wiedział.
Największym problemem okazało się znalezienie królika doświadczalnego. Ja nie mogłem – ktoś musiał obsługiwać maszynę, ktoś musiał sterować eksperymentem i go obserwować. Alicja nie chciała o tym słyszeć, koledzy ze studiów bali się ryzyka. Umieściłem ogłoszenie w internecie.
Po kilku miesiącach odezwał się do mnie Tom – starszy mężczyzna z Wielkiej Brytanii. Nie miał żony ani dzieci, uznał projekt mojego eksperymentu za godny ryzyka i nie bał się ewentualnej śmierci, więc zgodził się poświęcić dla celów naukowych.
Przyjechał do mnie w środę popołudniu i nie traciliśmy czasu na zbędne konwersacje. Tom spisał wcześniej testament i posłusznie pozwolił się podpiąć do mojej aparatury. Kliknąłem odpowiedni przycisk i po kilku sekundach kardiogram przybrał kształt prostej.
Po kilku godzinach, które według planu miały być dobami, usłyszałem pikający dźwięk oznajmiający o przywróceniu czynności życiowych. Ucieszyłem się niezmiernie, lecz gdy zauważyłem, że Tom siedzi naprzeciwko mnie z otwartymi oczami, niezdolny się poruszyć, przeraziłem się.
- Coś musiało pójść nie tak… Tom, czy rozumiesz, co do ciebie mówię? – spytałem po angielsku roztrzęsionym głosem. – Jeśli rozumiesz, mrugnij!
Gdy mrugnął, odetchnąłem z ulgą.
- Ok… Nie denerwuj się. To na pewno tylko chwilowy paraliż.
Jednak zgodnie z moimi obawami praca jego serca pogorszała się. Wiedziałem, że jego życie potrwa jeszcze co najwyżej kilka minut. Nie było czasu.
Przypomniała mi się forma komunikacji, której używali bohaterowie „Zjawy” Mastertona.
- Tom… Będę mówił alfabet. Mrugnij, gdy wypowiem właściwą literę.
Tak też zrobiliśmy. Gdy z ciągu liter dało się utworzyć sensowne zdanie, Tom zamknął oczy. Chwilę później odszedł na zawsze.
Bógtuterazjest. Gdyby ktoś kiedykolwiek powiedział mi, że jestem zdolny do wybuchu radosnego śmiechu, mając obok siebie trupa, w życiu bym nie uwierzył. A jednak cieszyłem się jak dziecko.
Od razu zadzwoniłem do Alicji i opowiedziałem jej o wszystkim ze szczegółami. Pierwszy raz w życiu przyznałem jej, że miała rację.
Następnego dnia dowiedziałem się o jej samobójstwie. Moją pierwszą myślą było: „Alicja, coś ty zrobiła? To bez sensu! Przecież samobójcy nie idą do nieba”.
Dopiero później przeanalizowałem wszystko i zrozumiałem.
Godisnowhere
Oceń:
24
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!