Lokator

Dodane przez: arianne, 10.11.2014, 00:54
Reklama:
Agent nieruchomości zmarszczył czoło, spoglądając to w papiery, to na budynek, przed którym stał. Była to ogromna hala, w której niegdyś mieściła się fabryka obuwia. Część szyb została wybita przez chuliganów, drzwi dawno ktoś wyłamał. Sprawiało to koszmarne wrażenie i agent poczuł przemożną chęć powrotu do samochodu. Zastanawiał się, dlaczego do tej pory nie miał żadnego pojęcia o tym miejscu – przecież powinno znajdować się w ofertach biura, tymczasem dopiero dzień wcześniej dowiedział się, że istnieje. Klient pojawił się również dzień wcześniej, a teraz był spóźniony blisko kwadrans. Spojrzał nerwowo na zegarek.

– Cześć! – rozległ się melodyjny głos, a Tomek zobaczył, że biegnie do niego kobieta w czerwonej, ołówkowej spódnicy i równie krwistym żakiecie.

– Dzień dobry – odpowiedział i poprawił okulary – Czy możemy już zaczynać?

– Tak, tak, oczywiście – potrząsnęła potakująco blond czupryną – Przepraszam za spóźnienia. Nazywam się Wanda Szczepańska. A pan to Tomek Nowak.

– Zgadza się – przybrał profesjonalny uśmiech – Zapraszam.

Ruszył przodem, ona za nim, postukując obcasami. Była całkiem niebrzydka, jak stwierdził mierząc ją kątem oka, jednak zbyt wyzywająca jak na jego gust. Może jednak zaprosi ją na drinka, gdy zakończą transakcję.

Weszli do środka, omijając stertę śmieci piętrzących się obok – musiały się tu odbywać świetne imprezy, wszędzie walały się puszki po piwie i szkło z rozbitych butelek, które chrzęściło im pod butami. Ściany w większości były pomazane poprzez niezbyt ambitnych grafficiarzy, z innych płatami odchodziła farba. Pod stropem wisiały nagie żarówki.

– Póki co prądu nie ma – powiedział, a echo poniosło jego słowa.

– Nic nie szkodzi – zaśmiała się Wanda – Bardzo mi się tu podoba, można w tej sali zrobić bardzo przyjemny lokal, nie sądzi pan? Taki… industrialny!

– Industrialny…

– O, a tam będzie bar – wskazała palcem w nieokreślonym kierunku.

Nie miał w zwyczaju pozbawiać klientów złudzeń, liczyła się przede wszystkim prowizja, jednak gdyby ktoś go zapytał, odradzałby tą inwestycję, która pochłonąć mogłaby tonę szmalu. Sam nigdy nie odważyłby się na takie zagranie, lecz jego klientka była bardzo pewna swego, więc poprowadził ją dalej, pokazując dawne biura, w których prócz połamanych biurek i krzeseł walały się pety oraz pliki pospinanych razem kartek, których treść dawno wyblakła.

– Ślicznie – powiedziała i po chwili zapytała żwawo: – A macie tutaj piwnicę?

– Sekundkę. – spojrzał do teczki, by przyjrzeć się informacjom udostępnionym przez biuro. – Tak, zgadza się, pod całym budynkiem znajduje się piwnica.

– A mogę zobaczyć?

Westchnął, skinął głową i wyjął z kieszeni latarkę. Zapowiadał się taki miły dzień, tymczasem ta kobieta planowała go ciągać po po całym obiekcie. Podejrzewał, że w piwnicy będzie pełno szczurów i pająków. "Prowizja, prowizja, myśl o prowizji", myślał schodząc po ciemnych schodach, kiedy coś wyrwało się spod jego stóp piszcząc przeraźliwie. Wrzasnął i upuścił latarkę, która poturlała się kilka stopni niżej.

– Ojej, ależ pan strachliwy – mruknęła, przeciskając się obok niego tak, że otarła się o jego tors wydatnym biustem. Schyliła się po latarkę, a on pożałował, że ciemność uniemożliwia mu zerknięcie na jej nogi.

Poszła przodem. Pomyślał, że jeśli coś czai się w mroku, to dorwie najpierw ją. Zniknęła za zakrętem, po czym usłyszał, że coś przesuwa, zbiegł do niej, zauważył, że uwija się obok jakiegoś stołu.

– Co pani robi?

– Tu jest agregat! – zawołała radośnie – Może uda mi się go uruchomić!

Miał na końcu języka, że prędzej zostanie porażona prądem, gdy rozległo się miarowe buczenie, a salę rozświetlił rząd jarzeniówek. Kilka z nich mrugało, inne były spalone, lecz te, które świeciły dawały wystarczająco dużo światła, by można było zgasić latarkę. Wanda zerknęła na niego z nieukrywaną dumą.

– Potrafi pani coś jeszcze? – zapytał, przyglądając się z nieufnością.

– Stepować, piec ciasta i robić na drutach – odpowiedziała – Za to zawsze przypalam pieczeń.

Westchnął i usiadł na plastikowym krześle, które jako jedyne ostało się całe, tymczasem ona wędrowała po sali mrucząc do siebie. Skądś wyjęła miarę, zapewne z fikuśnej torebki w kształcie kwiatka, którą miała na ramieniu i teraz mierzyła powierzchnię piwnicy.

– Ile pan za to chce? – zapytała w końcu, zdmuchując z oczu włosy – Chcę kupić.

– Według danych to miejsce jest warte blisko sto tysięcy – odparł.

– Dam siedemdziesiąt.

– Sto.

– Osiemdziesiąt?

- Niech będzie...

– Biorę! – podała mu do uściśnięcia drobną rączkę, a uścisk miała mocny jak drwal, nie spodziewał się tego po takiej małej kobietce.



Remont dobiegał końca, tymczasem Wanda dzień w dzień przyjeżdżała czerwonym seicento pod fabrykę. Miała już spójny obraz całości, a robotnicy doskonale realizowali jej najdziksze fantazje – na ścianach lustrzana mozaika, marmurowe podłogi, bar z egzotycznego drewna, kryształowe żyrandole i wielka, dyskotekowa kula nad sceną.

Dla niej najważniejsza była jednak piwnica – zadbała, by została wyłożona atłasem, na ścianach osobiście udrapowała materiał. Na samym środku tego specyficznego miejsca umieściła ogromną, czerwoną poduchę z pluszu. Była dość zadowolona z rezultatu, zmusiła jeszcze ekipę do zamontowania kandelabrów, bo jarzeniówki psuły urok całości.

Kilka nocy później podjechała pod budynek zdezelowanym żukiem. Wyskoczyła z szoferki i otworzyła drugie drzwi, by wypuścić swojego pasażera, który łypnął na nią żółtym ślepiem.

– Wysiadaj, Romuś – rzuciła.

– Nie wysiądę – burknął.

– Wysiadaj, pokrako – pociągnęła go za ogon.

– Ty mnie już wcale nie kochasz, kobieto – zawył, po czym rozłożył szponiaste skrzydła, machnął nimi i już siedział na ziemi.

Romuś rósł jak na drożdżach, od ostatniej przeprowadzki przybyło mu jakieś pół metra. Zauważyła też, że na gadziej łepetynie pojawił się zaczątek rogów. Z reguły przeprowadzali się co rok, szukając coraz większych budynków. Z nostalgią pomyślała o czasach, kiedy spotkała go po raz pierwszy – była wtedy młodym grotołazem, który natrafił na małego smoka, ukrytego w głębokiej jaskini. Sięgał jej wtedy do pasa i żywił się głównie szczurami oraz zabłąkanymi wiewiórkami. W głębszej części jaskini natrafiła na wielkie, stare kości oraz kilka skrzyń wypełnionych po brzegi najróżniejszymi bogactwami.

Szedł za nią, ciężko stąpając – nie był przyzwyczajony do poruszania się pieszo, dużo lepiej szło mu za to latanie. Schodzenie do piwnicy okazało się dla niego niezwykle trudne, czym był zdenerwowany – nie musiała pytać, widziała, jak z jego nozdrzy unoszą się kłęby dymu.

Kiedy jednak znaleźli się już pod ziemią, Romuś przystanął zaskoczony.

– Nie umiem gwizdać – powiedział.

– Po co ci gwizdanie? – zapytała z uśmiechem.

– Zagwizdałbym teraz – wyszczerzył z radości ostre jak brzytwa kły – Ładnie mnie tu urządziłaś.

Rzucił się na wielką poduchę, merdając ogonem jak przerośnięty szczeniak. Po chwili leżał brzuchem do góry i chrapał w najlepsze. Wanda położyła się obok niego, wtulając się w niego, a on okrył ją skrzydłem. Kochała tego smoka całą sobą.



Impreza rozkręcała się na dobre. Barmanki i kelnerki uwijały się z drinkami, światła pulsowały, Wanda siedziała zaś w kącie i obserwowała dzikie harce młodzieży. Nigdy by nie przypuszczała, ze stanie się właścicielką najpopularniejszego klubu w mieście, tymczasem co wieczór pojawiały się tu hordy ludzi w najprzeróżniejszym wieku.

Co chwilę podchodził do niej jakiś pijany koleś, proponując taniec, a może coś więcej, jednak ona uśmiechała się tylko ironicznie. Jeśli któryś był agresywny lub zbyt natarczywy, wystarczyło, że skinęła na ochroniarza, a ten łapał delikwenta za kołnierz i wyrzucał na zbity pysk. Nie interesował ją podryw, szukała w tłumie czegoś zupełnie innego…

Minęła już druga w nocy, lokal był wypełniony niemal po brzegi, a ona wciąż nie upatrzyła odpowiedniej kandydatki. Większość z kobiet obecnych w lokalu przyszła z kimś, gdyby zainteresowała się taką, byłyby kłopoty. Potrzebowała szarej myszki, która pojawiła się w "Dragonezie" zupełnie sama.

Kiedy już myślała, że nic z tego nie wyjdzie, dostrzegła ją – była szatynką średniego wzrostu, troszkę przy kości, co próbowała ukryć obszerną sukienką sięgającą aż do kolan. Uśmiechała się niepewnie, jakby była w takim miejscu po raz pierwszy i sączyła swojego drinka przez słomkę. "Cóż za urocza dziewczynka", pomyślała Wanda, a na jej czerwonych wargach pojawił się uśmiech. Wstała z fotela i ruszyła w jej stronę lekkim krokiem.

– Cześć – krzyknęła, by przebić się przez dudniącą muzykę

– Nie jestem lesbijką! – warknęła tamta, a Wanda się roześmiała.

– Wiem, ja też nie – powiedziała – To mój klub i chcę, byś dobrze się bawiła! Postawię ci drinka!

Mała próbowała odmówić, jednak Wanda była nieugięta i stanęła za barem. Mieszając alkohole dodała do nich malutką pigułkę, która w mgnieniu oka rozpuściła się, pozostawiając swoją gorycz w płynie. Było to niezbędne, by napój zadziałał tak, jak trzeba. Przelała zawartość naczynia do wysokiego kieliszka, udekorowała kandyzowaną wisienką oraz różową parasolką, po czym podała dziewczynie, uśmiechając się zachęcająco.

Niedługo później ciągnęła za sobą zupełnie naćpaną pannę. Nie opierała się ona wcale, wręcz przeciwnie, ochoczo zgodziła się na zwiedzenie podziemi klubu. Szła na tych swoich zbyt wysokich butach, co i rusz się potykając.

– Jeszcze kawałek, śliczna, jeszcze kawałek i będziemy na dole – mruczała jej do ucha Wanda.



Kiedy na schodach rozległy się znajome kroki, Romuś podniósł łeb z posłania i przeciągnął się leniwie. Czuł się w tym miejscu szczęśliwy, choć głośna muzyka początkowo działała mu na nerwy. Ważne, że była Wanda, która go głaskała i bawiła się z nim.

Teraz czuł, że ona prowadzi kogoś ze sobą. Z jego gardła wydobył się mruk, a z nozdrzy uniósł się dym. Oblizał łakomie zielone wargi. Oby to było coś smakowitego, dawno nie miał między zębami czegoś, co przyniosłoby mu ukojenie głodu na dłużej.

Kiedy weszła, popychając przed sobą dziewczynę, smok jęknął z rozczarowania, a dziewczyna, choć niemal nieprzytomna krzyknęła na widok wielkiego gada zwiniętego na posłaniu.

– Coś ty mi przyprowadziła? – warknął – Chcesz, żeby cholesterol mi skoczył?

– Romuś, co ja ci poradzę… – zaczęła Wanda, trzymając z całych sił wyrywającą się dziewczynę.

– Romuald, kobieto, nie nazywaj mnie Romuś! – machnął ogonem zniecierpliwiony i przysunął pysk, by móc obwąchać posiłek. – To nawet nie jest dziewica.

Wanda westchnęła zniecierpliwiona i popatrzyła wyczekująco na smoka. Dobrze wiedział, jak trudno przychodziło jej zdobywanie jedzenia dla niego. Wszystko dlatego, że miał wybredny gust. Nie zadowoliłby się baraniną, nawet żywą i beczącą, musiała być kobieta. Najlepiej dziewica.

Smok jeszcze przez moment sprawiał wrażenie obrażonego, po czym wywrócił ślepiami i rzekł:

– Dobrze – mruknął – Wiedz jednak, że jeśli dostanę zawału, to będzie twoja wina.

– Zostawiam was – rzekła więc Wanda i wyszła z piwnicy, ryglując drzwi.

Mimo całej swojej miłości do wielkiego gada, nie chciała patrzeć, jak ten się pożywia. Kiedy był mniejszy widziała, jak odrywa głowę szczurowi. Wróciła do klubu, gdzie pozwoliła sobie na szybkiego drinka i papierosa.



– Romuś? – szepnęła Wanda, głaszcząc łeb gada.

– Tak? – mruknął, otwierając jedno oko i patrząc na nią badawczo.

– Urosłeś… – powiedziała z uśmiechem – Porysowałeś rogami sufit.

– Znowu chcesz się przeprowadzać, kobieto! – prychnął i obrażony odwrócił się do niej ogonem.
Źródło: moje własne i prywatne <3
Oceń:
9
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!